JAK TO Z RADIOWĘZŁEM BYŁO

JAK TO Z RADIOWĘZŁEM BYŁO

Budowa radiowęzłów w miastach i na wsiach, zaraz po II wojnie światowej było ważne. Wcześniej za posiadanie radia w domu, jeszcze w roku 1945 była kara śmierci. Podobnie, jak za posiadania 1 dolara.

W Poznaniu po wojnie, do końca roku 1945 wykonano w sądzie na Młyńskiej sześć wyroków kary śmierci przez ścięcie głowy na gilotynie. Na ulicy Armii Czerwonej, obecnie ulicy Świętego Marcina, w jednej z kamienic mieszkał „ubowiec” (pracownik Urzędu Bezpieczeństwa). Miał on córkę na wydaniu i potrzebował mieszkania. Naprzeciw niego mieszkała samotna babcia. Podrzucił on jej w piwnicy, pod węgiel radio i powiadomił o tym fakcie UB. Babcię ścieli na Młyńskiej, a on za wzorową postawę obywatelską otrzymał mieszkanie.

W Stęszewie po wojnie linię radiowęzła pobudowano dość szybko. Były już słupy drewniane od linii telefonicznej. Numerów centrali telefonicznej było wówczas sto. Centrala po wojnie i do dzisiaj znajdowała się z tyłu budynku obecnej poczty i była produkcji francuskiej. Jej działanie obserwowałem osobiście w 1979 roku.

Jak ktoś wykręcał w domu na tarczy numer, to elektromagnes wysuwał bolce, następnie po małych szynach jechał wózek i zahaczając o bolce wykręcał numer. Najciekawszy był mały silniczek z turbinką wielkości pięści, który chodził 24 h. Był to, tak zwany buczek. Jak ktoś w domu podniósł słuchawkę, to słyszał sygnał. Dzisiejszy sygnał w słuchawce jest elektroniczny.

Radiowęzeł wybudowano w Stęszewie, we Wronczynie i jest prawdopodobne, że był też w innych wioskach. Budowa szła szybko, ponieważ druty były mocowane na izolatorach szklanych, przymocowanych do istniejących drewnianych słupów telefonicznych. Izolatory szklane montowano na budynkach, następnie łączono gołymi drutami. Kable w osłonie igielitu wprowadzano do domu w rurkach fajansowych. W razie awarii można było wymienić kabel, bez wiercenia i kucia. Zimą ludzie zatykali rurkę z kablem, bo wiało. Rurka na zewnątrz budynku była wygięta w kolano w dół, aby deszcz i śnieg nie dostawał się do domu.

Dzisiaj spacerując po starej części miasta, można zauważyć na szczytach budynków dwa szklane izolatory i rurkę z fajansu. Jest ich dość dużo. Węzeł radiowy włączano o piątej rano, a wyłączano wieczorem. Pierwsza rozgłośnia była na ulicy Kosickiego, w domu u Pana Zielińskiego. Przenieśli ją następnie na ulicę Kościańską do pomieszczenia, gdzie w latach 70-tych pan Zaborowski miał zakład szewski. Potem rozgłośnię przeniesiono do budynku obok kościółka, gdzie po wojnie zlokalizowano przedszkole. W tym budynku rozgłośnia radiowęzła pozostała do dnia likwidacji.

W czasie wojny w latach 1939 – 45, w tym domu znajdował się Dom Niemiecki (Deutsche House). Przed wojną dom należał do Wacława Vogla, do bogatego, starego kawalera – ale o nim szerzej w oddzielnym felietonie.

W podwórzu tego budynku w 1941 roku Niemcy wybudowali Pałac Ślubów tylko dla Niemców. Radiowęzeł w Stęszewie nazywano „guzioł”, „kołchoźnik” i „ szczekaczka”. Ogromne tuby-głośniki znajdowały się na Rynku przy słupie ogłoszeniowym. Obecnie znajduje się w tym miejscu kapliczka z zegarem. Drugi głośnik znajdował się przy kościółku na ulicy Kościańskiej, trzeci na ulicy Poznańskiej obok Magistratu.

Dzień 6 marca 1953 roku zapisał się w pamięci Stęszewa niecodziennym wydarzeniem. Z ogromnych głośników mieszkańcy usłyszeli następującą wiadomość:

„Rodacy! 5 marca 1953 roku zgasło dla nas słońce. Kochaliśmy go, jak ojca. Był dla nas przyjacielem. Ponieśliśmy ogromną stratę. Zostaliśmy sierotami. Zmarł ojciec narodu polskiego Józef Stalin. Jesteśmy w żałobie. Nie szczędźmy łez ojcu przyjacielowi, tatusiowi narodu polskiego.”

Następnie grano marsze żałobne. Tak, co parę minut powtarzano na przemian komunikat i muzykę. Trwało to przez kilka dni. Ludzie płakali. Chusteczkami ocierali łzy. Nie wiadomo, czy płakali ze wzruszenia, czy ze strachu. Wówczas średnio, co dziesiąty człowiek, to był kapuś.

Głośniki w domach miały potencjometry. Można je było ściszyć lub wyłączyć, a na ulicach – nie.

Gdy władze PRL zniosły karę za posiadanie radia, ludzie zaczęli kupować radioodbiorniki i powoli radiowęzeł przeznaczano do likwidacji.

Od początku powstania radiowęzła w Stęszewie, do jego końca, rozgłośnią zajmował się Pan Ossowski. Mieszkał na ulicy Kosickiego. Radiowęzłem zajmowała się Poczta Polska i tam płaciło się abonament.

Na koniec opiszę satyryczne zajście związane z radiowęzłem. W roku 1950 Ossowski idąc do rozgłośni na ulicę Kościańską zauważył, że jego znajomy pan Czajkowski – malarz pokojowy, pseudonim „Galop” maluje sufit w Banku Spółdzielczym na Rynku. Stał na drabinie.

Ossowski pobiegł do rozgłośni, chwycił mikrofon i głośno zapowiedział:

„A teraz mieszkańcy Stęszewa usłyszycie piękny utwór Czajkowskiego „Galop”. Pan Czajkowski, gdy to usłyszał z głośników, rzucił pędzel, krzyknął: Ja ci dam „galopa” i pędem ruszył, środkiem szosy do rozgłośni. Pan Ossowski widząc z okna biegnącego, zakluczył szybko drzwi. Po kilku minutach łomotania i krzyczenia Czajkowski wrócił do swojej pracy.

Pseudonim „Galop” ojciec malarza Czajkowskiego otrzymał od mieszkańców Stęszewa w okresie międzywojennym. Na ulicy Kościańskiej, na narożniku z ulicą Grobla, Czajkowski miał zakład krawiecki. Gdy klientki przynosiły coś do uszycia lub przerobienia i mówiły, że im się bardzo spieszy, na to Pan Czajkowski wszystkim klientom odpowiadał: „Galopem się zrobi”. Tak też i został „Galopem”.

Zbigniew Tomaszewski

Brak komentarzy

Napisz komentarz