Najlepszy Lotnik

ZŁOTE MYŚLI ZBIGNIEWA TOMASZEWSKIEGO:
-Kto teraz dzieciom w Stęszewie z nieba cukierki zrzuci, pilota Romana Wawrzyniaka już nie ma i nigdy nie wróci. -Lepiej jest być dobrym i mieć złamane serce, niż być złym człowiekiem bez serca. -Próbuj zmienić dobrego człowieka zanim go ludzie zjedzą. -Tak drzewo jak człowiek, urośnie karłowate i złe. -Po świecie i ludziach widać, że sam Pan Bóg popełnia błędy. -Jeżeli myśli będą inne to i przyjaźni nie będzie. -Jeżeli będziesz osądzał to pamiętaj, że kiedyś Ciebie Pan Bóg osądzi. -Chcesz wytknąć wady drugiemu, zacznij od pierwszego, czyli siebie. -Daremne czekanie, aż to co złe samo się naprawi.
ZŁOTE AFORYZMY:
-„Nawet zmarli, okryci podwójną żałobą, w nieprzezroczystej głębi twego czasu, choć drzwi zamknęli za sobą, żyją w Tobie, jak echo wśród ciemnego lasu” – M. Jastrum, -Który skrzywdziłeś człowieka prostego śmiechem nad krzywdą jego wybuchając […] Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta, możesz go zabić – narodzi się nowy, spisane będą czyny i rozmowy. – Czesław Miłosz

BYŁO DWÓCH WIELKICH PILOTÓW W STĘSZEWIE.
Pierwszy to Józef Szyfter, zamordowany w Katyniu w 1940 roku, drugi to Roman Wawrzyniak, który zmarł na skutek wypadku między Rosnówkiem, a Stęszewem, spowodowanego przez pijanego kierowcę.
Całe życie pisałem tylko piórem, jednak ten artykuł muszę napisać długopisem, ponieważ słowa zapisane atramentem zaczęły się rozpływać we łzach po całej kartce.
Przyjaźń moja z Romanem rozpoczęła się na początku lat 90-tych. Mieszkałem sam w szczerym polu, z dala od ludzi. Najbliższe zabudowania znajdowały się w odległości około kilometra. Wąska, dwu kilometrowa, asfaltowa droga prowadziła do kopalni gazu i mojego domu, więc Roman wybrał sobie tę drogę za pas startowy i lądowisko. Którejś niedzieli przywiózł lotnię, zmontował ją i poleciał nią na mistrzostwa do Leszna. Nie wiem dokładnie, jakie to były mistrzostwa, jestem pewien że zdobył tam nagrodę, bo Roman nie lubił przegrywać. Całą niedzielę bawił się wspaniale, był w towarzystwie przyjaciół, pasjonatów pilotów. Nie zauważył, że zrobiło się późne popołudnie. Pożegnał się i wystartował z Leszna. Leciał nad szosą – krajowa piątką – wiodącą do Stęszewa, widział, jak słońce szybko zachodzi za haryzont. Jeszcze wtedy nie wiedział, że dostanie od Pana Boga dużą lekcję pokory, być może dlatego do końca życia był dobrym człowiekiem. Przez prawie 30 lat brał ode mnie stare, dobre jeszcze przedmioty – radia, telewizory i inne dla biednych dzieci i ludzi bezdomnych.
Wróćmy do feralnego powrotu z Leszna. Gdy już słońce zaszło zrobiło się szaro. Słyszał ryk silnika od trabanta z drewnianym śmigłem. Zbiornik był zrobiony ze starego karnistra do benzyny, do którego był wprowadzony wężyk do paliwa. Najprawdopodobniej Roman, 80 procent tej lotni, zbudował sam. Po chwili przestał omijać linie energetyczne wysokiego napięcia, bo ich po prostu nie widział. Spojrzał na licznik i wzniósł się wyżej. Od tej chwili widział wyłącznie światła samochodów, które jechały po szosie od Leszna, przez Kościan do Stęszewa. Po światłach doleciał do skrzyżowania w Stęszewie, na którym były latarnie. Skręcił w drogę na Buk, potem intuicyjnie w polu widział lampy, które się paliły na moim podwórku. Przyleciał nad mój dom. Latał nad nim tak długo, aż zaczęło się kończyć paliwo. Krzyczał, abym wyjechał samochodem na drogę i oświecił ją długimi światłami, aby mógł wylądować. Jednak tego dnia opuściło go szczęście, został sam na sam ze śmiercią. W domu nikogo nie było, bo byłem w Zakopanem. Roman z uwagi na brak paliwa podjął decyzję o lądowaniu. Miał pecha, bo nie trafił na drogę, zahaczył o przydrożne krzaki i się rozbił. Skończyło się na ogólnych potłuczeniach. Drewniane śmigło roztrzaskało się o ramę i zbiornik paliwa, który na całe szczęście nie wybuchł. Lotnia nadawała się na złom.
Lotniarz po kilku dniach doszedł do siebie, ale tego spotkania ze śmiercią nie zapomniał nigdy. Przez kilka tygodni pisaliśmy protokoły z wypadku, aby uzyskać z ubezpieczalni odszkodowanie. Pomimo tej tragedii nie mówił o niczym innym, tylko o zakupie nowej lotni, co w krótkim czasie się udało. Od tego czasu, przez te 30 lat, jak tylko w radiu podawali komunikat, że pod Wrocławiem, czy Szczecinem rozbił sie pilot, od razu dzwoniłem do Romana. Zawsze odbierał telefon i śmiał się ze mnie, mówił: „człowieku, lotnia jest bezpieczna”.
Jednak jak pokazali w telewizji, że jakiś pijany kierowca, uderzył czołowo w Fiata Punto, ludzie zaczęli mówić, że był to samochód mieszkańca Stęszewa. Roman jeździł Fiatem Uno, ale przypomniało mi się, że w zeszłym roku wziął ode mnie skrzynię biegów do Fiata Punto. Natychmiast zadzwoniłem do Romana, jednak tym razem telefon milczał i to przez dwa miesiące.
Będąc w niedziele 8-go marca na cmentarzu zobaczyłem coś, czego nigdy nie chciałbym zobaczyć. Był to nekrolog z wytłuszczonym imieniem i nazwiskiem – Roman Wawrzyniak.
A więc stało się! Nie mam już nikogo, z kim mógłbym pięć godzin na ławce, przy ognisku rozmawiać o pięknej miłości, która ma na imię pasja. Jest to choroba, na którą nie ma lekarstwa. Dla Romana pasją były samoloty i latanie, dla mnie książki, gazety, fotografie, zabytki. Moją pasją jest historia.
Gdy Roman opowiadał godzinami o swojej pasji, to ja słuchałem. Jak ja opowiadałem o swojej pasji, Roman słuchał.
W roku 2019 Roman zdobył licencję pilota. Byliśmy na lotnisku w Kobylnicy. Zaprosił mnie do hangaru, gdzie stało kilka samolotów i lotni. Na końcu stała mała awionetka, Roman pokazał mi ją i powiedział: „Zbyszek, ta jest moja, mam licencję pilota, teraz będę latał samolotem”. Po chwili zaczął z płótna wycinać kwadraty i prostokąty, mieszał różne kleje i naklejał kawałki płótna na skrzydła. Kiedy powiedziałem, że ten samolot ma chyba ze sto lat, pilot powiedział: „Zbyszek ja go zrobię, będzie jak nowy”. Zagadałem, że często przyjeżdża do mnie po części pilot, który lata helikopterem pogotowia i że zapytałem go kiedyś, czy nie boi się latać, a pilot helikoptera odpowiedział mi na to, że nigdy się nie bał i nigdy nie będzie się bał.
Roman odpowiedział mi na to :”Zbyszek ty nic nie wiesz. ten pilot już nigdy Cię nie odwiedzi. Zbudował sobie sam lekki samolot, poleciał na pierwszy lot i rozbił się”.
Roman mówił to z lekkim uśmiechem na twarzy. Widziałem po nim, że mu zazdrościł, że spełniły się jego marzenia. Marzył, aby latać swoim samolotem, zbudował i latał, a to, że zginął, było dla Romana mniej istotne. Ważne było to, że latał samolotem, który sam zbudował i spełniał marzenia. Roman nie miał tyle szczęścia, ponieważ zmarł na skutek wypadku, do którego doprowadził kompletnie pijany kierowca.
Roman miał jeszcze jedną pasję, mianowicie potrafił latać w eterze. Kiedy byłem u niego w domu, popijając kawę i przegryzając ciasto, byliśmy na całym świecie. Zrobiliśmy kilkaset tysięcy kilometrów za pomocą krótkich fal. Mianowicie, Romana drugą pasją było bycie „krótkofalowcem”. Rozmawiał z ośmioma kolegami po angielsku. W Japonii, Ameryce, czy Anglii – wszędzie gdzie się połączył, czuć było miłą, sympatyczną atmosferę rozmowy. Dopiero po zakończeniu poszczególnej rozmowy, Roman tłumaczył mi, o czym rozmawiali. Na dachu swojego domu miał miedziane druty, które służyły za anteny.
Roman, znając Twój upór w zdobywaniu i osiąganiu tego, co sobie wymarzyłeś, znając Ciebie, wcale bym się nie zdziwił, jakbyś któregoś dnia zadzwonił do mnie z opowieściami, co tam nowego wymyśliłeś.
Roman zdobył najpierw Mistrzostwo Wielkopolski, potem Polski, następnie Europy, sięgnął nawet po Mistrzostwo Świata.
Na lotnisku w Kobylnicy i Kąkolewie czuł się, jak dziecko w cukierni. Z każdej wyprawy na mistrzostwa przesyłał mi pocztówkę z podpisem „z lotniczym pozdrowieniem”.
Romanie Wawrzyniaku – pilocie, instruktorze, teraz ja ostatni raz w życiu napiszę – z lotniczym pozdrowieniem
Zbigniew Tomaszewski.

Brak komentarzy

Napisz komentarz