Pochodowe „momenty” oczami Mariana

Pochodowe „momenty” oczami Mariana
Tym razem w umówionym miejscu pierwszy pojawił się Marian Lichy. Usiadł na ławce i wygrzewał się w majowym słońcu. Było mu tak błogo, że zanim się zorientował powieki mu opadły i uciął sobie drzemkę. Śniło mu się, że tak, jak przed laty idzie w pochodzie pierwszomajowym i niesie ogromny sztandar. Nie był to jednak, ani polski, ani żaden z zaprzyjaźnionych państw, ale amerykański. Nie może go unieść, bo coś mu przeszkadza. Szybko się zorientował, że borą w tym udział dwa czynniki Jeden. to porywisty wiatr. a drugi, że stojący na trybunie ludzie dmuchają. ile sił w płucach w jego stronę, aby było mu jeszcze ciężej. Zły. jak szerszeń. przez sen krzyczał używając niewybrednych określeń, aby nie utrudniali mu udziału w pochodzie. Nagle coś szarpnęło go za ramię i otwarł oczy. Nad nim stał Hipolit:
– Przyjacielu musiałeś mieć koszmarny sen, bo krzyczałeś na cały głos – rzekł.
– Możesz mi powiedzieć, co niby wrzeszczałem? – niepewnie zapytał Marian.
– Z tego co usłyszałem to, aby czerwone pająki zamknęły modry i pocałowali cię w dupsko – odparł Hipolit.
– Powiem ci, że za słabo im dowaliłem – już spokojnie mówił Marian. Ty nic nie wiesz o „świecie pracy”, bo żyłeś z dala od świata i ludzi w tej swojej Pipidówce. Nie musiałeś iść na pochód i udawać, że jesteś patriotą.
– Proszę cię przyjacielu, nie próbuj swojej złości na tamte czasy przelewać na mnie – nie dawał się Hipolit. Z różnych źródeł wiem, że udział w pochodzie był obowiązkowy, ale jeżeli ktoś nawet nie poszedł, to kary, ani wylanie z roboty mu nie groziło.
– Muszę ci wyjaśnić – rzekł Marian – faktycznie nie, ale „komuna” stosowała różne metody zachęty dla biorących udział w pochodzie i społeczeństwa.
– Powiedz mi o tym – wtrącił Hipolit.
– Nie uwierzysz – zaczął Marian – ale na początku lat sześćdziesiątych ulicami miasta nad Obrą jeździł samochód ciężarowy z zakładów mięsnych, z którego rzucano parówki. Sporo kiełbasy ludzie złapali, ale też wiele upadło na ziemię.
– No to przecież była super akcja. Kiełbasa leciała z nieba i to za darmo –
nie wytrzymał Hipolit.
– Musisz też wiedzieć – nie dawał się rozkręcić kumplowi Marian – że wędlin i podrobów w sklepach w tamtych latach nie było lub były śladowe ilości. Z jednej strony, więc chcieli się podchlebić społeczeństwu. Z drugiej chcieli się jakoś wykręcić od rozdawnictwa. Szukali sposobu na to i znaleźli. Przez zaufanych puścili famę, że bardzo dużo kiełbasy się zmarnowało. Oczywiście nigdy już parówki z „nieba” nie leciały.
– Niesamowite – sapał Hipolit – Myślę jednak, że wiele było zła, ale były też akcenty zabawne, aby nie rzec – śmieszne. Wiem, że ty, jako dorosły na pochody nie chodziłeś, ale bacznie wychwytywałeś takie sytuacje. Opowiedz mi o nich.
– Proszę bardzo – rzekł Marian i natychmiast zaczął. Na dzień przed pierwszym majem smakosze alkoholu w rożnych miejscach i różnymi sposobami zaopatrywali się w opakowania szklane o pojemności, co najmniej pół litra. Wśród nich oczywiście byli ci, co zdeklarowali się wziąć udział w pochodzie. Myślę, że na trzeźwo nie za bardzo chcieliby się pokazać na ulicach miasta. W samo święto, zanim dotarli spod swojego zakładu na stadion miejski, już niejeden miał zdrowo w czubie. Jedna z firm z branży zbożowej wzbogaciła się o nowy zakład. Ówczesny „szef” wymyślił sobie, że czterech pracowników poniesie dużą makietę tego obiektu. W ten sposób chciał pochwalić się, jak dobrze rządzi i jakie ma efektowne pomysły.
– Zaczyna robić się ciekawie. Nawijaj szybciej przyjacielu – wtrącił Hipolit.
– Słuchaj, bo teraz będzie najważniejsze – mówił Marian. Wybrana ekipa „tragarzy”, która miała nieść makietę, ze względu na spory jej ciężar miała się włączyć do pochodu na dwie ulice przed trybuną honorową. W czasie oczekiwania, kilka razy pociągnęli z „flaszek”. Na rozmiękczonych nogach ustawili się przy wylocie ulicy, aby widzieć, kiedy nadejdzie ich zakład. Ich siły i cierpliwość została wystawiona na wielką próbę. Z głów im się kurzyło i niezbyt się orientowali, kto aktualnie maszeruje. Dwukrotnie próbowali włączyć do pochodu z nie swoim zakładem. Służby czuwające nad pochodem zorientowały się i kazały im się wycofać. Gdy wreszcie ich firma pojawiała się w oddali, nierówno poderwali makietę, drewniane uchwyty się złamały i całość runęła na asfalt. Makieta przełamała się na dwie części. Stojący na chodnikach i idący w pochodzie pokładali się ze śmiechu. Mówię ci, poruta była na całej lini.
– Powiem ci jeszcze historię z murzynem w tle – kontynuował Marian.
– Afro- Amerykaninem – przerwał kumplowi i Hipolit.
– Nie wymądrzaj się tylko posłuchaj, a sam się przekonasz, że był murzyn i szedł w pochodzie – ustawił kumpla Marian. Być może kiedyś wspomniałem ci, że byłem w harcerzach. Mama na moje prośby kupiła mi mundurek, czapkę, chustę i brązowy sznur.
– W razie czego mogłeś się powiesić. Tylko po co sznur był kolorowy? – prowokacyjnie odezwał się Hipolit.
– Jeżeli jeszcze raz się wtrącisz z tym swoimi, głupim tekstami, to nie ręczę za siebie – groźnie rzekł Marian. Wiedz małpi cycku, że byłem zastępowym, dlatego miałem brązowy sznur. Harcerze obowiązkowo musieli iść w pochodzie. Miałem wtedy dwanaście lat i już spoglądałem na dobrze zbudowane dziewczyny. Koniecznie chciałem dobrze wypaść na tej imprezie. W świąteczny poranek założyłem czyściutki wyprasowany mundurek. Martwiło mnie, że lekko spadają mi spodnie. Pomyślałem, że założę pas harcerski i będzie po kłopocie. Nie wiem, co się stało, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć. Czas uciekał, a ja trzymałem portki w ręce. Przypomniałem sobie, że przecież mój brat jest kominiarzem i ma szeroki skórzany pas. Chętnie pożyczył mi go, dodał tylko, abym go wyczyścił, bo jest od sadzy. Zrobił dodatkowe dziurki, by mi spadnie nie spadły z rzyci. Specjalnie nie miałem czasu, więc tylko przetarłem pas ścierką. O dziurkach zapomniałem. Pędem dotarłem na zbiórkę w chwili, gdy harcerze ruszali spod szkoły. Dołączyłem do nich i dumnie maszerowałem przed swoim zastępem. Pas na spodniach był za duży i co chwilę musiałem go poprawiać. Tego dnia było bardzo ciepło i w moim harcerskim uniformie mocno się pociłem. Na przemian poprawiałem pas i dłonią ocierałem twarz. Nie wiedziałem, dlaczego ludzie mi się bacznie przyglądali i się uśmiechali. Dopiero po przejściu przed trybuną jeden z kolegów podszedł do mnie, parsknął śmiechem i rzekł – te murzyn skąd się tu wziąłeś? Z duszą na ramieniu podbiegłem do okna wystawowego w sklepie i zobaczyłem odbicie swojej umazanej sadzą twarzy. Co miałem robić nadrabiałem miną. Biegiem pobiegłem do domu i umyłem się.
Jak widzisz przyjacielu było sporo jaj związanych z tym świętem pracy. Powiem ci też, że wielu ze sentymentem wspomina ten dzień. Mają do tego pełne prawo. Jest demokracja i każdy może myśleć i mówić, co mu się podoba lub nie. Jak to w życiu, jeden lubi, jak mu gra orkiestra cygańska, a drugi jak mu skarpety śmierdzą – swoim ulubionym powiedzeniem zakończył pierwszomajowe wspomnienia Marian.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz