Poświąteczne wspomnienia Mariana i Hipolita

Poświąteczne wspomnienia Mariana i Hipolita
Wielki tydzień przed Świętami Wielkanocnymi u Lichych i Mizerków nie zmieniał się „od zawsze”. Mycie okien, upinanie firan, czyszczenie lamp, trzepanie dywanów i znoszenie zakupów, było na pierwszym planie. W przewadzie prace na wysokościach, taszczenie ciężkich toreb i grzmocenie dywanów przypadały Marianowi i Hipolitowi. Co roku obiecywali sobie, że nie pozwolą się wykorzystywać. Skoro się poddamy – mówili do siebie – to będą nam kazały prać, zmieniać pościele, piec, gotować i szykować święconkę.
Na nic zdały się ich wysiłki, aby się z roboty wykręcić. Próbowali różnych sztuczek – w tym zatrucie żołądkowe, niemoc fizyczną, a nawet ogromny ból głowy – gdy „domowe gestapo” wkraczało do akcji z rozkazami, to potrzeba symulowania szybko ich opuszczała. Kobiety posuwały się też do szantażu mówiąc o „szklanym zajączku”, czyli koszyczku, w którym znalazłby się ich obiecany napój. Ciągle mieli nadzieję, że nadejdzie czas, że i dla nich świąteczne słoneczko zaświeci.
Tegoroczne święta kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka mieli spędzić w domu. Mieli, ale nie spędzili, bo szyki – jak to już w przeszłości bywało – pokrzyżowały im żoneczki. Wszystko mieli zapięte na ostatni guzik. W piwnicy każdy miał flaszkę gorzałki, a do tego krążek suchej kiełbasy i słój kiszonych ogórków.
– Diabli lub jak wolisz, baby nam radość zabrały. Zołzy jedne obiecały, że tym razem będziemy w domu – nie zważając na kumpla w liczbie mnogiej biadolił Hipolit.
– Tak, tak przyjacielu nie po raz pierwszy, ale i jestem tego pewny, że nie ostatni postanowiły zepsuć nam Wielkanoc – wtórował Marian.
To spotkanie kumple odbyli w Wielką środę. Od razu też umówili się na wtorek po świętach. Mocno wnerwieni postanowili, że każdy przygotuje swoim połowicom jakąś niezbyt miłą niespodziankę. „Ma być taka, żeby im w pięty poszło” – przegadywali się nawzajem.
Po wewnętrznej walce Marian Lichy postanowił, że w Wielki Piątek da swojej Gabrysi „za boże rany”. Z kolei Hipolit wykombinował, że swojej żoneczce zrobi „zajączka” niespodziankę. Jak postanowili, tak zrobili. Rano we wtorek po świętach, spotkali się w umówionym miejscu. Przy ławce w parku pierwszy dreptał Hipolit. Gdy zobaczył kumpla w oddali, to podbiegł do niego i dopytywał, jak było.
– I co i co? Dupa sina! – dumnie rzekł Marian.
– Tak bez kłopotu, a co za tym idzie bez konsekwencji dałeś jej „za boże rany”? – z niedowierzaniem dopytywał Hipolit.
– Tak znowu bez problemu się nie obyło, ale od czego jest głowa – tłumaczył Marian. Ostatnie dwa dni przed świętami spisywałem się bez zarzutu. Pomagałem, w czym tylko mogłem. Moja i jej mamuśka podejrzanie na mnie spoglądały. Nawet teść z początku nie kumał, co kombinuję. Dorwałem go na podwórzu i powiedziałem, co zamierzam. „Dobre, dobre” rzekł teść. „Ale pamiętaj, że już kilka lat temu daliśmy matce i córce łomot po rzyci. Mam nadzieje, że tego nie pamiętają. Ryzyk fizyk. Wchodzę w to i jestem z tobą. Wiesz, co zrobimy zamianę. Ja dam wycisk Gabrysi, czyli moje pyskatej córuchnie, a ty mojej połowicy, czyli twojej teściowej. Pamiętaj, że w tej tradycji nie ma litości” – rzekł teść i ścisnął mi rękę.
W czwartek po skromnej kolacji teść rzekł, że dwa tysiące lat temu nie znano, ani kawy, ani herbaty. Do wszystkiego podawano wino. Napitek ten o nazwie „cud natury” był dobry na trawienie, a co za tym idzie szczupłą sylwetkę. Wszystkie babki wtedy były „szlankowne”. Przypadkowo byłem w markecie i udało mi się kupić, za spore pieniądze flaszkę takiego wina, według receptury sprzed wieków. Teść kłamał, jak z nut. Nie sądziłem, że ten numer przejdzie. „Tej, stary” – wtrąciła mamuśka, to daj no ten nektar na trawinie. Skosztujemy z córką po lampeczce. Ja patrzę, a teść taszczy flachę dwulitrową bez banderoli. Wiedziałem, że starszy coś wywinął. Otwarł butelkę i nalał kobietom po pół szklanicy. Dziobnęły i tak im to zasmakowało, że wytrąbiły całą butlę. Dym miały taki, że musieliśmy je zaprowadzić do łóżka. Rozebraliśmy je, a szczególnie odsłoniliśmy te miejsca, gdzie miały oberwać. Zapadły w kamienny sen. Nawet nie czekaliśmy do północy tylko z teściem, zaopatrzeni w wierzbowe rózgi, stanęliśmy na ofiarami. Zgodnie z ustaleniami, ja lałem mamuśkę, a tato córkę. Wolałbym mojej natłuc, bo zawsze to młoda skóra, ale umowa, to umowa. Odstąpiliśmy mocno wypompowani, gdy dupska naszych ofiar zaczęły się robić czerwone.
– Mów, co było rano, jak się kobitki obudziły –dopytywał Hipolit.
– Powiem ci – tłumaczył Marian – że obie miały drogę przez mękę. Na zmianę latały do kibla popijając zimną wodę. Dopiero, jak im lekko przeszło zaczęły zastanawiać się, dlaczego bolą je dupska. Zaczęły coś podejrzewać i dopytywać, co to może być i skąd te dolegliwości. Pewnie pod wpływem coś się wam przydarzyło – łgaliśmy jak z nut.
– Jesteście mistrzami. Dwa razy na przestrzeni kilku lat wyszedł wam ten sam numer. Brawo – z uznaniem rzekł Hipolit.
– A co tam u ciebie? Czy w ogóle coś udało ci się zrobić twojej połowicy? – zapytał Marian.
– Powiem ci tak – odparł Hipolit. Niezły numer wywinąłem mojej Kudzi. Przy kolacji powiedziałem u teściów, że przed laty fajny był zwyczaj koszyczków, do których zając wkładał różne prezenty. Teściowa podchwyciła to i rzekła, że czasu jest mało, ale na próbę wrócimy do tego zwyczaju. Ja już mam coś dla mojej żoneczki – dodałem tajemniczo.
– Nie mogę się doczekać, co wykombinowałeś – zapytał Marian.
– Powiem ci, że przez mój pomysł o mało nie doszło do rodzinnego nieszczęścia. Zrobiłem duże gniazdo, które wymościłem siankiem. Z papieru wyciąłem duże serce, na którym napisałem – „mojej kochanej Kundzi wszystko, co na dzień dzisiejszy mam” .
– Ale przecież nic jej nie dałeś – nie wytrzymał Marian.
– Tak też przyjęła moja i jej mamuśka. Obydwie zgodnie nawtykały mi od gołodupca i skończonego dziada. Ja miałem ubaw, bo tak naprawdę, to przewidziałem ich zachowanie – śmiejąc się mówił Hipolit.
– A co one przygotowały dla ciebie i teścia – zapytał Marian.
– Chciały być dowcipne i do gniazdka włożyły nam po sporej pyrze z napisem wódka „Wyborowa” 0,5 litra – odparł Hipolit.
– To wiedzmy te babsztyle – nie wytrzymał Marian.
– Z początku też tak pomyślałem, ale odstąpiłem od walki, której i tak bym nie wygrał. Miałem dużą frajdę, że im bez bicia nieźle dowaliłem. Powiem ci, że człowiek powinien dawać to, co ma najlepszego. Ja dałem Kundzi symboliczne serce, ale szczere bez cienia złośliwości. Widocznie inni myślą inaczej, ale to ich problem – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz