Naiwność nie zna granic

Naiwność nie zna granic
Serdeczni kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka,gdy tylko temperatura przekroczyła dziesięć stopni powyżej zera natychmiast udali się do małego parku na swoją ławkę. Zlustrowali oparcie i siedzisko. Stwierdzili, że nikt na nią nie napaskudził i spokojnie usiedli.
– Jest klawo, jak cholera – zwrócił się Hipolit do przyjaciela.
– Te nie bądź taki duński Olsen, bo poza wzrostem, niczym go nie przypominasz. Tamten to miał głowę na karku, a nie tak jak ty, koński łeb – odpalił Marian.
– Nie odpowiadam na twoje zaczepki i nie wdaję się w bezsensowną pyskówkę – niezrażony odparł Hipolit.
– No i dobrze, bo jeszcze nie zacząłeś mówić, a już wieje nudą – zdecydowanie rzekł Marian. Pozwól zatem, że ja pociągnę interesujący temat. Sądziłem, ba byłem pewny, że nic już i nikt mnie zaskoczy. Tymczasem kilka dni temu usłyszałem taką petardę, że o mało z fotela nie spadłem.
– Sąsiadka ta, co ma krzywe nogi, a do tego kiepski wzrok, na ciebie leci – nie wytrzymał Hipolit.
– Bo jak cię palnę w ten poniemiecki łeb, to z ławki spadniesz – natychmiast zareagował Marian. Znasz moje sąsiadki i wiesz, że ciągle są niezłe laseczki i to do użycia. Wiedź też, że i owszem kilka na mniej leci, ale nie o tym chcę ci powiedzieć.
– Jedna to nawet o lasce chodzi –przeciągał strunę Hipolit i szybko dodał -A o jaką to petardę ci chodzi?
Zdegustowany postawą kumpla Marian rzekł:
– Niechętnie ci powiem, bo widzę, że trochę starszych wynalazków z dziedziny farmakologii cię nie ciągnie.
– Rumianek, szałwia, czarcie żebro, lipa są powszechnie znane pod różną postacią i nie musisz się popisywać – wyrwał się Hipolit.
– Wrzuć na luz, bo mnie wnerwiasz. Mówi ci coś komarze sadło i maść maciczna? – zapytał Marian.
– Nie ma co, walnąłeś jak zając na zakręcie, przyrodzeniem o sosnę. To, jakie duże te komary i skąd pochodzą, że można z nich otrzymywać tłuszcz na lekarstwo? A ta maść, to chyba od małży, bo jakoś nie umiem sobie wyobrazić, aby od kobiet. A na co to, to ma być pomocne? – zanosząc się śmiechem mówił Hipolit.
– Na głupotę, czyli na wszytko – bez emocjo odparł Marian.
– Nie rozumem kolego. Drwisz ze mnie w żywe oczy, czy mówisz serio? – niepewnie zapytał Hipolit.
– Od razu ci odpowiem – rzekł Marian. Jedno i drugie. Uzbrój się w cierpliwość i nie wtrącaj tych twoich trzech groszy, to ci wyjaśnię, o co w tym chodzi. W życiu można wszystko sprzedać i kupić. Kwestią jest odpowiednie podejście do kupującego. Taki dla natychmiastowej poprawy zdrowia, urody, sprawności, samopoczucia, nabycia siły zwykłej i witalnej wyda każdą kasę. W Warszawie przed wojną był aptekarz bardzo znany o nazwisku Różycki. Człowiek bardzo bogaty, spokojny i zarazem obrotny. Miał w firmie oddanego pracownika Baltazara Cwancygera. Ten to dopiero był agregat. Smykałkę do interesu miał nieziemską, a do tego dar przekonywania ogromy. On to wymyślił sadło komarze i maść maciczną. Wmawiał klientowi w zależności od jego potrzeb, że są to pewne specyfiki na porost włosów, wydłużanie narządów a szczególnie jednego, na zajście w ciążę, na zapobiegnie ciąży. Jak złapał „jelenia” to już go nie wypuścił. Zanim ten się zorientował, już miał towar w ręce i mocno odchudzony portfel.
– Ale to jakaś niedorzeczność, aby nie rzec bzdura. I na takie numery nabierał i naciągał ludzi? – nie wytrzymał Hipolit.
– Dobry bajer, to połowa sukcesu. Znasz to powiedzenie? – spokojnie zapytał Marian.
– Może tak niekiedy jest, ale ja bym się nie dał tak nabrać – wstawiał się Hipolit.
– Po wysłuchaniu mojej historii twierdzisz, że nikt by cię nie wyrolował. Przypomnę ci, że ktoś zupełnie niedawno zrobił cię w trąbę – z nutą złośliwości rzekł Marian.
Po słowach kumpla twarz Hipolit zrobiła się purpurowa. W jednej chwili przypomniał sobie zdarzenie, o którym sądził, że Marian już zapomniał. Próbował jeszcze lawirować. Po chwili zadał pytanie:
– Co masz na myśli przyjacielu?
– Nie zgrywaj głupka. Przecież wiesz, jak było z farbą do konserwacji twojego samochodu. Odświeżę ci pamięć, że sporo zapłaciłeś za ten wysokiej klasy środek do konserwacji karoserii – dogryzał Marian.
– Dałem się nabrać, ale tylko, dlatego, ze facet, który przyniósł farbę rzekomo z polecenia mojej żoneczki powiedział, że pani Kundzia kazała mi zapłacić. Trochę byłem zdziwiony, że konserwant jest w butelce po oleju. Gdy gościu odszedł tknięty złym przeczuciem odkręciłem korek. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że we flaszce jest woda. Nawet o tej przygodzie nie powiedziałem mojej żoneczce, bo miałbym przerąbane – tłumaczył się Hipolit.
– Czy nadal sądzisz, że nie ma cwaniaka, który gdy trafi na naiwniaka potrafi wszystko mu sprzedać? – dopytywał Marian.
– Zgadzam się z tobą, przyjacielu – odparł Hipolit. Zastanawiam się, dlaczego ludzie dają się tak łatwo nabierać?
– Naiwniaków nie sieją, ale się rodzą. Ekstra towarowa okazja bez względu na czasy – o ile zdrowy rozsądek śpi – może być kosztowna i wstydliwa – poważnie rzekł Marian i przybił kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz