Spóźniony biznes Marycha i Hipolita

Spóźniony biznes Marycha i Hipolita
Kilka dni mroźnej pogody sprawiły, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka szukali miejsca, gdzie mogliby spokojnie, w przyzwoitych warunkach spędzić czas. Wreszcie po kilku „adresach”, pod które zajrzeli, wybrali dwa. Pierwszy w piwiarni pod „Jeleniem” u Jacha Rogacza, a drugi w korytarzu bloku koło szkoły. Na parterze mieszkała w nim Rozalia Kogut. Szybko wkradli się w jej łaski. Mówili do niej Róża, a ona to bardzo lubiła. Doszło do tego, że proponowała im cieplą herbatę, a nawet szklaneczkę winka własnej roboty.
Zdarzyło się, że zaprosiła ich do mieszkania i wypiła z nim trochę trunku. Przyjaciele myśleli, że złapali Pan Boga za nogi. „Życie, jak w Madrycie” – mówili do siebie zacierając ręce.
Nic nie może wiecznie trwać. Tak było w ich przypadku. Nagle, niespodzianie wrócił z rejsu jej małżonek Narcyz Kogut. Był marynarzem i przez trzy miesiące nie było go w domu. Ogromnie był zazdrosny o swoją połowicę, a do tego jej nie ufał.
Jak grom wpadł do mieszkania. Zobaczył Mariana i Hipolita przy stole z jego małżonką. Do tego była flaszka wina i osobnicy, których nie lubił. Wtedy wpadł w furię. Zrobił karczemną awanturę. Wywalił ich ze słowami, że jak jeszcze raz ich zobaczy w pobliżu jego domu, to im coś tam powyrywa, a może jeszcze gorzej.
Gościu był potężnej postury i silny jak tur, dlatego kumple bez zbędnej dyskusji opuścili mieszkanie Kogutów. Pani domu nic nie robiła sobie z humoru małżonka i bezczelnie powiedziała, aby się nie kompromitował i zamilkł.
Marian i Hipolit wzięli sobie do serca groźby Narcyza i omijali jego chatę dużym łukiem. W akcie przyszłej, słodkiej zemsty obiecali sobie, że gdy porąbany Kogut wypłynie w kolejny rejs, to oni zajmą się jego żoneczką. Na samą myśl o tym zrobiło im się ciepło na sercu.
Przez kolejne dwa dni korzystali z ciepłego wnętrza piwiarni u Jacha. Udawało im się wyskrobać parę „zeciaków” i mogli golnąć po browarku. Właściciel niespecjalnie łaskawym okiem na nich spoglądał. Mruczał pod nosem, że zajmują mu przestrzeń barową siedząc po kilka godzin przy małym piwku. Za te niewybredne uwagi pod ich adresem, postanowili go „olać”.
W głowie Marian zrodziła się myśl. Bez ceregieli zwrócił się do Hipolita.
– Jest zima i mróz, bo taka jest kolej rzeczy w naszej strefie klimatycznej. Nie możemy korzystać ani z twojego, ani mojego mieszkania. Nasze żoneczki ogromnie nie lubią, gdy przebywamy razem, a jeszcze bardziej nie lubią naszych genialnych pomysłów. Mam pomysł, jak zdobyć finanse, które rozwiążą nasze kłopoty zimą.
Hipolit odezwał się niepewnie:
– Było usługowe trzepanie dywanów, mycie okien, wnoszenie węgla do piwnicy. Już się boję, co teraz wpadło ci do głowy. Do tej pory wszystkie pomysły twoje nie były warte funta kłaków, Zysku tyle, co pies ma w pysku, czyli nic.
– Tym razem na naszym osiedlu i przyległych ulicach, podczas mrozów, będziemy pomagali właścicielom odpalać samochody. Mówię ci, ba jestem pewny, że będzie to złoty interes. Bejmów, jak lodu, siana pełna górka – nakręcał się Marian.
– Hola, hola przyjacielu. Jak ty to sobie wyobrażasz. Trzeba będzie wstawać rychło rano i wziąć się do roboty. Jeżeli ma to być dochodowe, to musimy zaoferować skrobanie szyb i w razie opadów, odgarnianie śniegu. Zapychamy, a w razie ciężkiego zapalania, musimy mieć rezerwowy akumulator i przy użyciu dodatkowych kabli uruchamiać pojazd – konkretnie zwrócił się do kumpla Hipolit.
– Mam opracowaną strategię na ten czas – rzekł Marian. Każdego dnia wieczorem poszukam potencjalnych klientów i umówię się z nimi na usługę. Ty, skoro świat wstaniesz i pójdziesz pod wskazane przez ze mnie miejsce. Jak sam nie dasz rady, to zadzwonisz komórką, a ja możliwie szybko do ciebie dołączę. Odpalimy oporną „brykę”, skasujemy kasę i walimy na piwo.
– Już widzę, że to ty jesteś w tym przedsięwzięciu kierownikiem, a ja robotnikiem. Ty sobie leżysz do południa w ciepłym wyrku, a ja walczę z gruchotami na mrozie. Jakoś nie przekonujesz mnie do tego pomysłu – wyraźnie stawiał się Hipolit.
– Oj tam, oj tam! Szukasz pretekstu, aby nie wejść w biznes. Masz lenia i dwie lewe ręce. Ponadto sam nie masz lepszego pomysłu. Chyba, że masz? – po ataku na kumpla zadał pytanie Marian.
– Może mam, a może nie mam! – spokojnie odparł Hipolit. Wiedz jednak, że nie o moje chęci, nazywane przez ciebie nygustwem, ale czas chodzi.
– Wiedziałem, że nie będzie ci się chciało rychło rano wstawać – zaatakował Marian.
– Pozwól sobie coś powiedzieć – przerwał kumplowi Hipolit. Nie o ten czas chodzi, ale to, że już kończy się styczeń. Raptem było kilka dni mrozu i to nawet niezbyt siarczystego. Nie widziałem chociażby jednego przypadku, aby posiadacz pojazdu nie dał rady rano odpalić auta. W telewizji i radiu mówili, że będzie ocieplenie i temperatura skoczy powyżej zera. Twój pomysł – nie powiem – jest dobry, ale mocno spóźniony. Trzeba będzie do niego powrócić, ale na początku przyszłej zimy i wtedy modlić się o śnieg i mróz.
– Dobra, już dobra! Wrzuć na luz – rzekł Marian. Powiem tak, że częściowo, ale tylko częściowo masz rację. Zimy zapewne już nie będzie. Zleceń na usługi też nie uda się zdobyć. Musisz jednak przyznać, że genialny miałem pomysł. W takim razie, co robimy, zwrócił się do kumpla.
– To, co potrafimy najlepiej, czyli nic! – bez wahania odparł Hipolit.
– Rozumem – odparł Marian. Tymczasem idziemy na piwo, a biznesowe plany przekładamy na bliżej nieokreślony termin. Prawopodobnie na listopad.
W jednej chwili kumple wypracowali wspólne stanowisko, przybili „piątkę” i równym krokiem pomaszerowali do najbliższej piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz