Sposób na daty

Sposób na daty
– Czy ty może pamiętasz datę bitwy pod Grunwaldem? – Marian Lichy zadał pytanie kumplowi Hipolitowi Mizerce.
– Ja, ja?! – jąkał się ten drugi.
– No to słucham, mój zacny kolego! – naciskał Marian.
– W lipcu 1410 roku, ale dnia dokładnie nie pamiętam. Kołacze mi się po głowie, że jakoś tak w połowie miesiąca – stękał Hipolit.
– Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! Zaskoczyłeś mnie przyjacielu! – z uznaniem rzekł Marian.
– A dlaczego przepytujesz mnie z historii. Przyznam ci się bez bicia, że nie jestem specjalnie mocny z dat, ale te najważniejsze staram się mieć wyryte w pamięci. Ale, ale, o co ci chodzi? O co ci biega? – próbował pytaniem zakończyć swój wywód Hipolit.
– A datę urodzenia swojej żoneczki Kundzi i pyskatej córeczki Balbiny pamiętasz? – śmiejąc się dopytywał Marian.
– Nie uwierzysz, ale nawet godziny, w których przyszły na świat. Mało tego znam rocznik mojej teściowej Melpomeny Szpary, z domu Szczeliny – tłumaczył Hipolit.
– Stop! Stój! Poczekaj chwilę, przyjacielu – zanosząc się śmiechem prosił Marian. Po chwili dopiero zwrócił się do kumpla. Powiedz mi skąd w tej rodzince twojej połowicy są takie abstrakcyjne imiona i nazwiska. Nie powiesz mi, że Mela, Szpara, Szczelina są piękne i dobrze się kojarzą. W jaki sposób ty masz to wszystko w łbie poukładane? Czy masz jakąś szczególną metodę na zapamiętywanie dat urodzin i imienin? – dopytywał Marian.
Bez ceregieli Hipolit rzekł:
– Sposób jest niezwykle skuteczny. Wystarczy raz zapomnieć, a po przykrościach, jakie cię spotkają, będziesz pamiętał na całe życie. Dokładnie ja zapomniałem o imieninach teściowej i o mało baby mnie nie „zahakały”.
– Ty wiesz, że ja też coś takiego miałem – przerwał Marian. Moja ma imieniny pod koniec czerwca, gdy skup zboża w Elewatorach idzie całą parą. Do roboty wychodziłem rychło rano, a wracałem późnym wieczorem. W jej imieniny wcześnie wstałem, gdy jeszcze spała, Wróciłem, gdy też już była w łóżku. Miałem lekko w czubie, to cicho się położyłem koło niej sądząc, że mocno garuje. Gdy tylko dotknąłem głową poduszki nastąpił atak: „Ty mordo pijacka! Ty nikczemniku! Ty łachudro! To tak o mnie pamiętasz? Tak mnie szanujesz? Ja ci poświęciłam swoje najlepsze lata. Dałam ci to, co najdroższe. Przez pół godziny dawała mi do wiwatu. Wreszcie dopuściła mnie do głosu i po przeprosinach przyjęła ode mnie życzenia. Ostatecznie przebłagałem ją, gdy dałem jej schowanego na skacowaną godzinę ostatniego stuzłotowego zaskórniaka. Powiem ci krótko, że od tego czasu już nigdy nie zapomniałem o jej urodzinach, imieninach oraz innych świętach, w tym ogromnie nielubianym przeze mnie dniu kobiet.
– My tu gadu, gadu o bzdetach a ty coś wspomniałeś o bitwie pod Grunwaldem – wtrącił Hipolit.
– Masz rację przyjacielu – natychmiast temat ten podjął Marian. Bo widzisz przyszedł mi na myśl mecz z Mistrzostw Europy w piłkę kopaną, między naszymi, a Niemcami. Jak pamiętasz tych zawodów razem nie oglądaliśmy. Czy może przypuszczasz, dlaczego tak się stało? – zwrócił się do kumpla.
Długo nie trwało jak Hipolit rzekł:
– W telewizji w czasie transmisji meczu puszczali „Krzyżaków” i u siebie chciałeś obejrzeć film.
– Bingo – z uznaniem wykrzyknął Marian. Dokładnie tak było. Po raz kolejny w zaciszu domowym oglądałem „Krzyżaków”. Losy głównych bohaterów, a szczególnie Zbyszka z Bogdańca, tragicznej Danusi Jurandówny i seksownej Jagienki Zych, mocno mnie wciągnęły. Przyznam ci się jednak, że pewien niepokój w sercu miałem.
– A to, dlaczego? – zapytał Hipolit.
– Poczekaj, już ci mówię – oznajmił Marian. W pokoju przez ścianę, transmisję z meczu oglądał sąsiad Benek Słabolepszy. Co chwilę coś wrzeszczał. Ani razu jednak nie krzyknął gol. Starałem skupiać się na filmie. Do momentu bitwy pod Grunwaldem nerwy trzymałem na wodzy. Gdy pokazali pole walki z wilczymi dołami, zakutymi w zbroje rycerzami, zmagającymi się pieszymi i jazdą serce zabiło mi mocniej. Gdy jeden z żołdaków z czarnym krzyżem na płaszczu zdobył chorągiew królewską nie wytrzymałem i nacisnąłem na pilota i przełączyłem na mecz. Odetchnąłem z ulgą, ponieważ na mistrzostwach było zero do zero i sędzia zakończył zawody. Natychmiast wróciłem do oglądania filmu. W tym czasie nasi kończyli „dożynki” na Krzyżakach. Moje serce się radowało. Powiem krótko używając terminologii piłkarskiej w ładnym stylu pokonaliśmy zakon.
– To jest oczywiste i o tym każdy wie od dzieciaka do staruszka – nie wytrzymał Hipolit.
– Nie masz racji przyjacielu – spokojnie rzekł Marian. Moja sąsiadka Berta Nadziana do dzisiaj nie wie, kto tryumfował pod Grunwaldem. Przed laty była na „Krzyżakach” w kinie. Oglądała go z zapartym tchem na przemian śmiejąc się lub płacząc. Na koniec filmu, gdy rozstrzygały się losy bitwy przypomniała sobie, że w domu nie wyłączyła żelazka. Błyskawicznie zerwała się z fotela i pognała biegiem do chaty. Dystans dwóch kilometrów ze zadartą kiecą pokonała w kilka minut z małym okładem. Z przerażeniem w oczach z daleka dojrzała, jak strażacy zwijają węże po akcji gaśniczej.
– Bujasz! Bujasz, jak z nut! – nie wytrzymał Hipolit.
– Oczywiście, że tak przyjacielu. Wszyscy w kraju nad Wisłą Wartą, Obrą i Samicą widzą, kto wygrał tę bitwę. Chciałem zabić ci klina i na chwilę mi się to udało! – zakończył Marian.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz