Nie mów hop

Nie mów hop
– Już był w ogródku, już witał się z gąską i jak nie dostanie sztachętą w łeb to zobaczył Twardowskiego na księżycu, wszystkie gwiazdy i w ułamku sekundy odechciało mu się drobiu.
Mówiący te słowa Hipolit Lichy został zastopowany przez Mariana Lichego:
– Co ty chrzanisz. Co ty pieprzysz. Cytujesz mieszając fragmenty wiersza zapewne nieznanego ci autora. Czy ci palma odbiła, czy może coś zatrutego zjadłeś – seryjnie dopytywał kumpel.
– Nic z tych rzeczy – spokojnie odparł Hipolit. Wyobraź sobie, że jeden taki Binek Skibała bardzo lubił obcować z przyrodą. Mówiąc precyzyjniej zbierał plony z pół, działek a nawet ogródków.
– I co w tym dziwnego? Wielu lubi – przerwał kumplowi Marian.
– Tak tylko, że w zdecydowanej przewadze ze swoich – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Mów od razu, że facet chodził na charendę, skibę lub jak wolisz kraść innym – rzekł Marian.
– Sądziłem, że taki znawca życia od razu zrozumie istotę sprawy – prowokował kumpla Hipolit. Nie musiał czekać, bo ten od razy wypalił:
– Te istota! Bo zapomnę, że mam przed sobą tak lichą istotę i dam jej w ucho. Mów, co było, o co chodzi z tym amatorem cudzej własności.
– Już ci mówię, bo widzę, że jesteś bardzo nerwowy – uspakajająco rzekł Hipolit. Binek, jak tylko pojawiły się warzywa i owce zaczął robić zapasy na jesień i zimę. Pojawiły się jabłka już robił rozeznanie terenu i późnym wieczorem, bądź w nocy ruszał z worem, tam gdzie były najładniejsze. Gruszki, ogórki, pora, pietruszka, brał jak swoje. Szczególną słabość miał do kapusty. Bardzo lubił surówki, a najbardziej kiszoną. Wypatrzył na polu sąsiada Wacława Gęgały dużą ilość dorodnych głów kapusty. „Już są moje” – pomyślał. W jednej chwili zapomniał, że Wacek na kapuście sporo „kapuchy” zarabiał i dlatego też dawał na nią pilne baczenie. Już ja tak dopasuję miejsce i czas, że zanim się Wacek połapie, że ktoś mu koło „głąba” robi, to ja już ze dwa wory do chaty odniosę. Zdawało się Binkowi, że szczęście mu dopisało. Późnym wieczorem nagle nadciągnęła burza. Mrok, co pewien czas rozjaśniały błyskawice, a po nich grzmoty. Bardzo bał się burzy, ale stwierdził, że to jest idealna pogoda dla niego. Odziany w ciemny, nieprzemakalny płaszcz i gumowe buty oraz wory ruszył na akcję. Po chwili już ciął kapustę. Dorodna głowy trafiała do przepastnego wora. Za każdym razem wykorzystywał moment, gdy błyskawica rozjaśniała pole. Widział wtedy, gdzie są najładniejsze głowy. Jak to w życiu bywa zachłanność może być zgubna. Pomyślał, że jeszcze jedną, dorodną głowę dołoży. Wzniósł oczy w górę i pomyślał „Panie Boże mignij”, a ja wytnę tę największą. W chwili, gdy błyskawice rozbłysła, a w oddali uderzył piorun Binek niespodzianie dostał czymś twardym w łepetynę. W jednej chwili zrozumiał, że to sąsiad przyłapał go na kradzieży kapusty i od tłu przylał mu dębowym kołkiem. Zaskoczony i oszołomiony natychmiast rzucił się do ucieczki. Usłyszał za sobą, jak Gęgała wrzeszczy „te zając kapusty zapomniałeś zabrać”.
– Wiesz, że przyszło mi nas myśl powiedzenie – „nie mów hop póki nie przeskoczysz” – wtrącił Marian.
– Sądzę, że nie bez powodu, to mówisz – dociekał Hipolit.
– Już ci wyjaśniam, co mam na myśli – odparł Marian. Taki jeden -Zygfryd Dykciak w okresie, gdy nie było towaru na Rynku otworzył swój interes. Z drewna robił takie różne pierdoły, od wiatraczków na zapałki poprzez karmniki dla ptaków do psich bud włącznie. Te jego pożal się Boże rękodzieła znajdowały nabywców i sporo kasy zarabiał. Zmieniał auta, jak rękawiczki. Po kilku miesiącach sprzedawał jego zdaniem stare auto i kupował „markowe” ze sporą dopłatą. Fury kosztowały, a w kieszeni miał coraz mniej kasy. Z początku udawał, że wszystko jest pod kontrolą. Jeździł BMW lub Mercedesem i udawał panisko całą gębą. Jeżeli ktoś akurat z nim jechał w samochodzie, to popisywał się wyzywając właścicieli Syrenek i Fiatów, że pospycha ich z drogi do rowu. Uważał, ba był pewny, że nikt mi nie podskoczy, bo kto bogatemu cokolwiek zabroni – chełpił się wypinając wątłą klatę.
– I co spełnił swoje groźby porąbany bufon – poirytowany wszedł w zdanie kumpla Hipolit.
– I tu znów użyję powiedzenie, że nie dała Bozia świni rogów –kontynuował Marian. Interes zaczął mu iść coraz gorzej i po pewnym czasie splajtował. Za długi zabrali mu wszystko. Pod komorniczy młotek poszły maszyny i urządzenia. Nie wystarczyło to na pokrycie wszystkich zaległości, w tym na zaległe wypłaty dla pracowników i za energię. Po tym czyszczeniu nie miał nawet Fiacika. Pozostał mu po dziadku tylko ruski rower. Tym jednośladem zaczął się poruszać po mieście. Któregoś dnia dojrzał go jeden ze znajomych Henas Szneka, jak przemykał boczną uliczką. Spojrzał na Zygfryda i wrzasnął „Te mądrala, to jest ten spychacz, którym będziesz usuwał do rowu Syrenki i Fiaty”. Ten widział, że jajczy sobie z niego, ale udawał, że nie słyszy. Mocno nacisnął na pedały i trach zerwał mu się łańcuch. Dopadł go Henas, jak Zygfryd próbował szybko naprawić rower i dał mu do wiwatu od określeń na h, k i jeszcze wielu innych. Po chwili udało mu się i bez słowa zniknął za zakrętem ulicy.
– Tak to, już jest w życiu, że gdy ty nie szanujesz ludzi, gdy chwilowo jesteś bogaty nie licz, na to, że oni będą cię szanować i doceniać, gdy zostaniesz bez grosza przy dupsku – wtrącił Hipolit.
– Zgadzam się z tobą przyjacielu – rzekł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz