Konie i sołtys w roli głównej

Konie i sołtys w roli głównej
Tym razem Marian Lichy zaczął tak:
– W niedzielę udałem się na rocznicę mojego klubu o nazwie „Naprzód -Powoli” Jeziorak. Trochę wcześniej, bo już w piątek wyciągnąłem z szafy garnitur. Musiałem go lekko przewietrzyć, bo ostro zalatywał naftaliną. Moja Gabrysia tylko na mnie spoglądała i ironicznie się uśmiechała. Oczywiście nie byłaby sobą, aby nie wtrącać swoich trzech groszy: „Tej Marych szykujesz się bardziej niż na nasz ślub – mówiła. Odpaliłem jej, że z nią to musiałem się żenić a z klubem, to chce być na dobre i złe, bo to jest moja prawdziwa miłość. Udała, że nie słyszy, ale po jej ślepiach było widać, że zaraz mi dowali z grubej rury. „No to mój ty małżonku – mówiła dalej – skoro ci tak dobrze z kolesiami sportowcami, to nich ci dadzą kasę na świętowanie. Byłam już skłonna ofiarować ci parę złotych na piwo, ale za twój brak szacunku dla żony nie dostaniesz ani grosza”. Mamuśka nie gniewaj się ja tylko tak z nerwów coś palnąłem. Dawno z kumplami z boiska się nie widziałem i nie ukrywam, że mam pewne obawy jak to będzie. Zapewne kilku jest już po drugiej strony „bramki” – zagrałem na jej strunie litości. Połowica tylko na mnie spojrzała i wali – ty mi tu od mamuśki nie wyskakuj tak samo jak z nerwami. Pewnie sądzisz, że nie pamiętam jak to było pięć lat temu. Schlany i upaprany jak odyniec dotarłeś do domu. Garnitur tak zgnoiłeś, że musiałem go wyrzucić i kupić ci nowy. Tak, tak to ten, co go tak przygotowujesz do imprezy.
Kobieta miała rację, bo z kumplami tak zalaliśmy sobie pały, że po kilka razy się odprowadzaliśmy pod chaty. Padało i było niezłe błocko, ale tego po sporej dawce gorzały i piwska nie czułem. Nie pamiętałem też, gdzie przepadł mi klubowy znaczek i srebrna odznaka.
Nagle Gabrysia pojednawczo odezwała się – tu masz swoje odznaczenia i wepnij je w klapę marynarki. Pieniędzy ci nie daję, bo ja idę z tobą na imprezę i wezmę ze sobą portmonetkę.
Błyskawicznie zareagowałem na jej słowa. O nie skarbie ja z taką obstawą nie idę. Kumple będą się ze mnie nabijali. Moja długą chwilę radowała się mim zachowaniem Wreszcie odezwała się – nawet za dopłatą by nie poszła na tę imprezę. Ale pamiętaj, że żółtą kartkę profilaktycznie dostajesz już teraz w domu. Czerwony kartonik ujrzysz, gdy zobaczę cię wtaczającego się na gazie do mieszkania. Biada ci Marianie Lichy – dodała, ale takim tonem, że ciarki mi po plecach przeszły.
Nie powiem, bo imprezka była całkiem przyjemna a momentami wesoła. Pomimo kiepskiej pogody na wyznaczoną zbiórkę przyszło sporo wiary. „Kto ze sobą nosi ten się nie prosi”. W myśl tej zasady przed rozpoczęciem imprezy po łyczku z flaszki zrobiliśmy. Najlepszy był numer jak ruszyliśmy z Rynku na stadion. Na czele jechała duża bryka, na której jechali starsi kumple z drużyny. Tuż za nimi waliła orkiestra i kupa ludzi. Kierowca konnego pojazdu Czechu Podkowiak nie był z naszej gminy i nie widział, jaką trasą ma jechać. Zamiast skręcić na Rynku w lewo pojechał prosto zliczając dwie następne ulice nadkładając kilometr. Śmialiśmy się i żartowaliśmy mówiąc, że może by tak jeszcze ze dwie rundki zrobić w szybkim tempie dookoła Starówki to chmury rozpędzimy i nie będzie padać. Ale i bez tego niebo się nad nami zlitowało i się rozpogodziło. Odetchnąłem z ulgą mając na uwadze swój garnitur i słowa przestrogi mojej połowicy. Gdy wydawało się, nic się już dziwnego nie przytrafi na zakręcie ulicy jeden z koni się potknął. Na chodniku stał Ignac Puzon, który krzyknął do woźnicy czy jego szkapy mają ustawione zbieżność kopyt. Chłopsko aż gębę otworzył, bo po raz pierwszy coś takiego usłyszał. Nagle konie zarżały. Ignac krzyczy do woźnicy – gościu a te „greki” to araby”?.
A to, czemu nie na żarty zapytał kierowca podwody. Nie słyszysz, że jakoś taką rżą „dzihad” – odparł Ignac. Rozmawiali głośno to wielu słyszało, o czym dyskutują. Miejscowi znali Puzona i wiedzieli, że robi sobie jaja z woźnicy. Chłop też połapał się, że ten robi go w wała i krzyknął „pry”. Jeszcze konie nie stanęły a Czechu Podkowiak uzbrojony w bat zeskoczył z siedziska i z okrzykiem „ja ci ty bucu złamany dam zbieżność kopyt, araby, dzihad i pędem ruszył w stronę dowcipnisia. Ignac zorientował się, że żarty się skończyły i wziął nogi za pas. Co ci będę więcej mówił. Fajnie było na imprezie. Dostałem ponownie po pięciu latach „srebrną blachę” i nie wiem, czy tak dla jaj czy przez pomyłkę. Pogadaliśmy, wypiliśmy i dość późno wróciłem na paluszkach do chaty.
Po tym długim opowiadaniu Marian Lichy zamilkł. Wnikliwie spojrzał na Hipolita Mizerkę. Kumpel spokojnie trawił to, co usłyszał, po czym rzekł:
– Maryś ty miałeś swoje święto w niedzielę, a ja niezły ubaw już w sobotę. Posłuchaj, bo były niezłe jaja – nie czekając zaczął Hipolit. Od kliku dni moja Kundzia nawijała mi, że musimy iść na koncert tego Rufina Brzozy. W chacie nic innego nie leciało z różnego rodzaju odtwarzaczy jak piosenka „Tak blisko, tuż, tuż, na styk”, czy jakoś tak. Kobieta dostała na jego punkcie fioła. Po południu zaczęło się chmurzyć. Dalej były błyskawice, grzmoty i na koniec lunęło. Dobra nasza pomyślałem. No to nici z koncertu. Już chciałem wysączyć piwko, ale zastopowały mnie słowa Kundzia – nawet nie próbuj. Gdyby nawet brony leciały z nieba to i tak idziemy na stadion. Muszę zobaczyć swojego idola. Na długo przed planowanym występem byliśmy pod sceną, po której, jak ze sraczką biegali technicy i elektrycy. Aura sprawiła, że występ tego gościa od ckliwych piosenek sporo się opóźniła. Stało się tak z powodu nieszczelnego dachu i zacinającego z boku deszczu. Kable dostały wody i coś w aparaturze zwierało i piszczało. Nie dało się tego słuchać. Wreszcie późnym wieczorem usterkę usunięto i wyszedł na scenę gwiazdor wieczoru. Ledwo zaśpiewał jedną piosenkę, a już miał przygodę.
– Czy to Twoja wskoczyła na scenę? – wtrącił Marian.
– Moja nie, ale taki jeden facet na szklanym dopingu – tak. Nikt dokładnie nie widział jak, zrobił w konia ochraniarzy i wprysł na scenę. Dorwał się do mikrofonu i wrzeszczy – jestem sołtysem wioski oddalonej niewiele od Stęszewa i jestem twoim gorącym fanem. Ktoś z publiki krzykną buzi, a inny „idź na całość”. Wiara się podzieliła. Jedni pokładali się ze śmiechu. Drudzy gwizdali i wrzeszczeli, aby sołtysa wywalić na zbity pysk. Zaskoczony piosenkarz miał pełne pory strachu. Mocno nadrabiał miną. Próbował żartować mówiąc, że wolałby, aby na scenę zamiast facetów wchodziły fajne babki. Ochraniarze wkroczyli do akcji i sołtysa ściągnęli ze sceny. Byłem ubawiony po pachy. Sądziłem, że będzie po występie. Ku mojej rozpaczy Brzoza dokończył występ. Moja była w siódmym niebie. Z kolei ja, jeszcze bardziej go znielubiłem.
– Nie ma, co ukrywać trochę się działo i fajnie było. Z tym kumple jednomyślnie się zgodzili.
# „Kl”, co jakiś czas przypomina, że miejsca, czas i osoby pojawiające się tekstach „pół żartem pół serio” są przypadkowe, choć czasem oparte na prawdziwych zdazrzeniach.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz