Jak to w Stęszewie z wodą było? część 4

Jak to w Stęszewie z wodą było? część 4
W ostatniej części pisanie zakończyłem na opowiedzeniu o tym, jak to naród niemiecki w Gdańsku – Wrzeszczu otworzył fabrykę szarego mydła produkowanego z Polaków. Wróćmy jednak teraz do tematu wody i prania. Pamiętam, jak miałem 8-12 lat to w dniu prania nie szedłem do szkoły, tylko pomagałem mamie. Rano o 6-ej, matka w łazience w piecu kaflowym, podpalała ogień, wkładała gazety, suche drewno i węgiel. Wówczas, gdy z pieca zaczynało się dymić, matka kazała otworzyć mi drzwi od łazienki i drzwi prowadzące na dwór, aby powstał przeciąg i ogień mógł złapać cug. Może wyjaśnię, dlaczego w Wielkopolsce idąc na podwórko mówimy, że idziemy na dwór. Mówimy tak, dlatego że kiedyś wsie i miasta były prywatne i mieszkania oraz domy należały do mieszkańców, ale gdy mieszkaniec przekraczał próg domu to był już na dworze u Pana. W górach wielkopolskie określenie „idę na dwór” brzmi „idę na pole”. Kilka lat temu byłem na wakacjach w Żywcu. Tydzień mieszkałem obok browaru, który był tuż za płotem. Siedziałem przy stole z kolegą, u którego mieszkałem. Miał on trochę ziemi, tak zwane niwki. Były to poletka szerokie na około 3 -4 metry i około 100 metrów długie. Było lato, godzina 22.30, nagle Jasiu wstał od stołu i powiedział „idę na pole”. Ja zdziwiony pomyślałem, po co on o wpół do jedenastej w nocy idzie na pole. Wrócił po 15 minutach. Z ciekawości zapytałem „Jasia, po co po nocach łazisz po polu?” On odpowiedział, że poszedł nakarmić psa, konia i krowę. Ja słysząc, co mówi zapytałem „Jak może te biedne stworzenia trzymać pod gołym niebem na polu”. Jasiu zaczął się głośno śmiać i po chwili wyjaśnił, że u nas mówi się idę na dwór, a u ich „idę na pole”.
Następnego dnia pod wieczór Jasiu powiedział, że robi kawę, odpowiedziałem „No”. Po chwili Jasiu wrócił z jedną filiżanką, usiadł przy stole i zaczął pić kawę. Zapytałem, dlaczego nie zrobił kawy dla mnie. Pomyślałem nawet, że się na mnie obraził. Wyjaśnił, że w Żywcu „No” oznacza „Nie”.
Kolejnego dnia, podczas gotowania obiadu, nauczyłem się kolejnego określenia, a mianowicie Jasiu poprosił mnie, abym podał mu „warzechę”. Okazało się, że jest to kopyść.
Wróćmy do rytuału prania u mnie w domu. Drzwi były otwarte na dwór na całą szerokość, łazienka była pełna dymu. Stała wanna, w niej namoczone w wodzie powłoki i pościele. Wszystko białe. Na korytarzu i w kuchni leżały kupki, jedna obok drugiej, posegregowanego prania. Tarki mama używała tylko do małej przepierki. Od dziecka pamiętam w łazience znajdowała się pralka, rok produkcji 1949 i woda leciała ze ściany, tak to wtedy nazywano. Ojciec sam ją skonstruował.
Na korytarzu znajdowała się ręczna pompa ssąco-tłocząca, a na strychu – zbiornik stalowy, około 30 litrowy. Wówczas, gdy ręczną pompą napompowało się pełen zbiornik, to woda w łazience i kuchni leciała ze ściany.
Gdy w łazience było dużo dymu, pomimo że było otwarte okno i drzwi na dwór, mama powiedziała, że mam wziąć drabinę, pójść na dach i sprawdzić, czy kawki nie zrobiły przypadkiem gniazda. Posłusznie ustawiłem drabinę i wchodziłem na dach. Z komina troszeczkę się dymiło i wtedy właśnie wpadłem na szatański pomysł. Zszedłem z dachu, poszedłem do garażu, wziąłem litrowy słoik i z beczki nalałem benzyny. Wszedłem z powrotem na dach i wlałem benzynę do komina. Pomyślałem „Ja wam dam, cholerne kawki robić gniazda”. W tym momencie nastąpił ogromny huk. Matka wybiegła z łazienki na podwórko i była cała – od stóp do głów – czarna od sadzy. Widać było tylko oczy. Pomyślałem, że nie będę schodzić z dachu, bo mnie matka zabije.
Wtedy wystraszył mnie krzyk matki. Pytała, czy mnie nic się nie stało i rozkazała zejść na dół. Dodała także, że wie już, dlaczego ogień nie chcę się palić. Pomyślała, że coś nie tak było z węglem, albo że w drenie znajdował się jakiś nabój.
Zszedłem na ziemie, mama przytuliła mnie i pogłaskała po głowie. Miałem wtedy 11 lat. Weszliśmy do łazienki. Czarne sadze były wszędzie, cała wanna z białymi pościelami, małe wanienki, wiadra, wszystko w sadzy. Duże żeliwne drzwi odpadły razem ze 12-centymetrowymi śrubami, uderzyły w stojące po drugiej stronie łazienki ubikacje. Klapa leżała pod oknem, a po ubikacji została sterta gruzu. Ocalała tylko żeliwna spłuczka wisząca pod sufitem.
Mama długo siedziała na wannie i płakała. Zmarła nie tak dawno, bo w 2012 roku w wieku 93 lat i nigdy jej nie powiedziałem, co się wydarzyło podczas prania.
Kiedy w domu było robione następne, duże pranie, także zostałem w domu, aby pompować ręczną pompą wodę do zbiornika na strychu, aby starczyło do prania. Gdy napompowałem pełen zbiornik, matka wzięła wiadro i powiedziała, że mam wziąć kopyść do ręki i zrobimy krochmal. Było to połączenie gorącej wody z mączką ziemniaczaną, którymi usztywniano białe, lniane pościele, obrusy, firanki i koronki. Kazała mi mieszać szybko i mocno, tak żeby nie było krubli. Zagroziła, że jeżeli one się zrobią i będą w krochmalu, to kopyścią policzy mi żebra. Tak też się stało. Były kruble i plecy bolały mnie przez 3 dni.
W domu było nas 5 dzieciaków. Ja byłem ostatni, najmłodsza wylęga i czarna owca rodziny. Jak miałem 12 lat sam sobie zrobiłem karabin, który strzelał. Wziąłem stalową rurkę grubości 1 centymetra. Jeden koniec zawinąłem i sklepałem młotkiem, nasypałem pełną rurkę naciętych nożem łepków od zapałek, następnie otwór młotkiem zabiłem ołowiem. Rurkę wkręciłem w imadło. Cztery metry dalej ustawiłem bloch grubości 5 centymetrów. Pod rurkę podstawiłem trzy świeczki i podpaliłem. Nagle wszedł ojciec i zapytał, co robię. Odpowiedziałem, że potrzebuję wygiąć tę rurkę pod kątem prostym i podgrzewam ją, aby się ładnie wygięła. Ojciec powiedział, że nareszcie zacząłem myśleć racjonalnie i się wziąłem za jakieś pożyteczne zajęcie. Gdy czegoś szukał i po raz trzeci przeszedł przez linie strzału, to pot mi ciekł po policzkach. Byłem cały mokry, ale nie mogłem mu powiedzieć, że za chwilę zginie śmiercią tragiczną, jak ci pod Verdum. By mnie zlał, jak psa. W końcu po czwartym przejściu znalazł to, czego szukał. Przechodząc obok mego karabinu powiedział, aby wygiąć tę rurkę, to musi zrobić się czerwona, a od tych świeczek nigdy ci się ta rurka nie zrobi czerwona i po chwili wyszedł. Po kilku minutach nastąpił huk, kula ołowiana rozwaliła bloch w drzazgi.
Tyle pirotechnicznych przygód na dziś, obiecuje, że w części 5 powrócę do tematu, jak to z wodą było.
Zbigniew Tomaszewski

Brak komentarzy

Napisz komentarz