Statki, czy okręty?

Statki, czy okręty?
Przez kilka dni upalnego lata serdeczni kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka się nie widzieli. Pierwszy pojechał pomóc szwagrowi przy żniwach. Drugi udał się z małżonką do Mielna. Zgodnie z ustaleniami na drugi dzień po powrocie spotkali się na miejskich plantach. Pierwszy przybył Hipolit i z niecierpliwością oczekiwał na Mariana. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Wreszcie w perspektywie ulicy dojrzał przyjaciela. Ten w ślimaczym tempie, patrząc w bezchmurne niebo szedł z nogi na nogę. Widząc podekscytowanie kumpla postanowił go ostudzić.
– A ty Hipciu, co taka latasz, jak Żyd po pustym sklepie? Stało się coś szczególnego? Chyba nie potrącił się statek?
Hipolit pominął kąśliwe pytania i zaczął szybko mówić”
– Wiesz, że byłem kilka dni nad morzem. Powiem, ci, że takich przeżyć jeszcze nie miałem. Super pogoda, ciepła woda, nawet niedrogie jedzenie i te malownicze okręty.
Wypowiedź kumpla mocno wkurzyła Mariana. Gdy on ciężko tyrał na żniwach, to Hipolit smażył się na słońcu i dupą leżał w piasku. Postanowił, że musi zdecydowanie sprowadzić go na ziemie.
– Mówisz, że widziałeś okręty. Były to może pomalowane w barwy maskujące lotniskowce, krążowniki, kutry torpedowe uzbrojone z działami i wyrzutniami rakietowymi? – ironicznie dopytywał Marian,
– Coś ty oglądałem i podziwiałem takie duże pasażerskie, masowce, kontenerowce oraz inne – szybko tłumaczył Hipolit.
– To ty mój ty mój „mizeraku” widziałeś statki, a nie okręty – wytknął mu Marian. Może dla ciebie nie ma to różnicy, ale wiedz, że jest kolosalna. Statki, oprócz tych, co ci już mówiłem, mogą być kuchenne i też pływają, ale w zlewie. Okręty, to uzbrojone po zęby morskie potwory, które nie boją niczego i nikogo.
– Oj tam, oj tam! Czepiasz się – próbował łagodzić Hipolit. Dobra, już dobra! W takim razie widziałem statki. Powiem ci więcej, na jednym odbyłem rejs wycieczkowy. Zaledwie kilka mil w morze, ale zawsze.
– I nie dostałeś choroby morskiej lub nie popuściłeś w gacie? – drwił Marian.
– Ty jak zwykle wszystko sprowadzasz do kpiny. Wiem, że kryje się za tym zazdrość. Wiedz, że ani rzygania na morzu, ani pełnych gaci po przypłynięciu do portu nie miałem – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Dobra już dobra – przerwał Marian. Mówiłem ci, że byłem w marynarce, ale nigdy nie lubiłem tej służby.
– Chyba za podszewkę. Przecież ty w wojsku nie byłeś – nie wytrzymał Hipolit.
Kumpel miał rację, że munduru nigdy nie przywdział. Migał się od woja z wszystkich sił. Chodził od lekarza do lekarza i zbierał zaświadczenia, aby w końcu dostać kategorię „D”. Nie byłby jednak sobą, aby łatwo Hipolitowi odpuścić.
– Jak cię palnę to z papci wyskoczysz – wkurzony naskoczył na kumpla Marian. Nie byłem, bo jako jedyny żywiciel rodziny zostałem zwolniony z odbycia służby wojskowej i trochę chorowałem.
– Powiedz, że ze strachu przed wojem Gabrysi zrobiłeś brzuch i rzeczywiście musiałeś utrzymać rodzinę – drwił Hipolit.
– Ty mały skurczybyku trochę masz racji, ale wróćmy do statków – przerwał Marian.
– Kuchennych – wypalił Hipolit.
Niezrażony tym Marian rzekł:
– A pamiętasz grę w statki?
– Nie w statki, ale okręty – nie wytrzymał Hipolit. Przecież wielokrotonie w to graliśmy przed laty. Chyba pamiętasz, że nauczyłeś mnie zasad. To też sobie przypomnij, że tak długo w to graliśmy, aż przyłapałem cię, że oszukujesz.
– Nie pamiętam- udając głupiego odparł Marian. Powiedz mi, jak to się stało, że zaprzestaliśmy w to grać na plantach.
– A kto podczas gry dorysowywał okręty w zależności od tego, gdzie ja strzelałem. Gdy niechcący wypadła ci kartka, to po raz pierwszy dojrzałem przedziwny krążkownik. Był króciutki, za to mocno wysoki. Przypominał pływający wieżowiec. Mocno się wtedy na ciebie wkurzyłem. Powiedziałem, że ja już nigdy w to z tobą nie zagram – wytknął kumplowi Hipolit.
– No dobra było tak, ale ty też przeginałeś. Z tego, co ja sobie przypominam, też na bieżąco rysowałeś okręty. Możesz przysiąc, że tak nie było – odpalił Marian.
Twarz Hipolit nabrała czerwonej wstydliwej barwy.
– Niestety masz rację. Próbowałem różnych sztuczek, ale i tak przegrywałem z tobą. Uważam, że nie ma się, o co się sprzeczać. Jak świat światem statki i okręty zawsze się mieszały w głowie. Zostawmy więc to tym, co mają szajbę na punkcie poprawności określeń – spokojnie mówił Hipolit.
– Nie do końca się z tobą zgadzam, ale w taki upał nie mam, ani siły, ani ochoty dalej o tym dyskutować Proponuję ten temat raz na zawsze utopić w piwie – pojednawczo rzekł Marian.
Kumpel bez szemrania zaakceptował propozycję i po chwili obaj zgodnie maszerowali do piwiarni pod „Dużą pianką”.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz