Za, a nawet przeciw

Za, a nawet przeciw

– Tak sobie myślę, że mój dziadek, którego niestety nie pamiętam, w wielu sprawach miał rację. Mawiał między innymi, że głupich nie sieją, ale sami się pchają na ten świat. Skoro już się na min pojawią, to w przewadze patrzą, jakby coś spieprzyć i przy tym jeszcze się obłowić. Nie grzeszący rozumem udają mądrych stroniąc od pracy. Łasi są – i to ogromnie – na władzę. Dziadek dodawał też, że jak nie ma wojny, co dwadzieścia lat, to się ludzie nie szanują i bez powodu atakują – mówiące te słowa Marian Lichy chciał jeszcze coś dołożyć, ale przerwał mu kumpel Hipolit Mizerka.

– Powiedz mi przyjacielu, bo czegoś nie rozumiem, jak możesz cytować dziadka, którego nie znałeś?

– To już sam powinieneś widzieć – odparł Marian, że ważne powiedzenia, przysłowia, ba prawdy, przekazują rodzice. W tym przypadku był to mój ojciec. Pewnie, że dziadka nie pamiętam, bo urodziłem się grubo po wojennej zawierusze. Zapewniam cię jednak, że jego przekaz jest ciągle żywy i aktualny.

– Trochę dzisiaj mnie zaskoczyłeś. Ty, stary jajcarz, tym razem mówisz z sensem, a do tego poważnie w tematach, które nie są, ani łatwe, ani proste. Co leży ci na wątrobie?- zapytał Hipolit.

– Już zaspokajam twoją ciekawość – szybko zaczął Marian. Jeden taki Kajetan Smolny z dobrego serca, za darmo dał swojemu bratu Ignacowi płytki ceramiczne do łazienki. Ten drugi był straszny chytrus i jak to mówią „gówno by spod siebie zżarł”. Swoją łazienkę miał zrobioną i tak naprawdę, to kafelków nie potrzebował. Skoro jednak spadły mu z nieba i to za „friko” wykombinował, że przekaże je najmłodszemu z braci Janowi, oczywiście nie za darmo. Chytrus do brata jeszcze powiedział, że nie chce, ale musi się płytek tanio pozbyć, bo mu zawadzają. Sądził w swojej głupocie, że to się nie wyda i w rodzinie nikt się nie dowie o jego szwindlu. Sprawa się rypła za sprawą ich siostry Hiacynty, która z zazdrości, że to nie ona kafelki dostała, wygadała wszystkim po kolei, włącznie z rodzicami. Smrodek rozszedł się po bliższych i dalszych krewnych. Ty wiesz, że Ignac to taki macher – więc jeszcze się obraził, że go szkalują. Tłumaczył, że owszem dostał kafelki, ale przez tydzień je pilnował. Wyszło mu na to, że nie mógł płytek przekazać dalej, ale sprzedać bratu, aby zwróciło mu się czuwanie nad tym, aby ich nikt nie ukradł.

– Przecież to jest normalne świństwo, aby nie rzec skurwesyństwo. To nie mógł być ich rodzony brat, ale jakaś hiena – wyrwał się Hipolit.

– Masz rację i podzielam twoją złość. Mogą bulwersować słowa Ignaca mówione podczas przekazywania płytek bratu – „nic chcę, ale muszę”– spokojnie komentowł Marian.

– Ty wiesz, że przypomniał mi się taki jeden elektryk z Wybrzeża, który jako pierwszy użył tego zwrotu. Było to w bardzo ważnych sytuacjach, które decydowały o istnych sprawach dla ludzi w kraju. Nie chcę ciągnąć wątku o nim, bo okazał się być, najdelikatniej mówiąc – niegodziwy. To ten, co obiecał mi „sto milionów”, a do dzisiaj nie dał, ani kasy, ani wędki, którą zaoferował zamiast ryby. To były jego słowa „nie chce, ale muszę” – z wyraźną złością w głosie mówił Hipolit.

– Wyobraź sobie, że wiem, o kim mówisz. Ten gościu ma wiele wspólnego z tym moim Ignacem – wtrącił Marian.

– A to niby, co takiego? – zapytał Hipolit.

– Sumiastego wąsa i zmysł do nieładnych zagrywek – śmiejąc się rzekł Marian.

– Poczekaj – zareagował Hipolit – bo mam też takiego jednego na oku. Przypomniał mi się też taki jeden Leon Pisiak. Ten nie ma wąsa, ale wiele cech, o których przed chwilą mówiliśmy. On nie wie nawet, że ktoś kiedyś powiedział „nie chcę, ale muszę”. Stosuje natomiast zasadę, że może być „za, a nawet przeciw”.

– Stop! Stój przyjacielu! Przecież to są słowa tego samego gościa z Wybrzeża – nie wytrzymał Marian.

– Dokładnie tak, kolego – odparł Hipolit – i już ci mówię, co mam na myśli. Lesio starł się być tam, gdzie jest zamieszanie i kogoś, kogo nie lubi, atakują. Był łasy na kasę i na funkcje. Jego sposób bycia był – mówiąc delikatnie – wkurzający. Chorobliwie nie cierpiał być w cieniu innych, znaczniejszych osób. Wynikało to z jego kompleksów. Przypominał chorągiewkę na wietrze. Z której strony zawieje tam Lesio się ustawiał. Wielu sądziło, że daje cwany popis. Miał też chore ambicje. Aby je realizować szukał wsparcia i niekiedy je znajdował. W swojej pokrętnej filozofii musiał nieźle lawirować, aby stworzyć wrażenie, że nic nie robi dla siebie, ale wyłącznie dla innych.

– Przecież to trzeba zawrzeć pakt z diabłem lub zmienić orientację – wyrwał się Marian.

– Ponownie przyznaję ci rację, ale wracam do zwrotu „jestem przeciw a nawet za „– spokojnie tłumaczył Hipolit. Psioczył Leoś na to, że idzie procesja ulicami i tamuje ruch, a tym samym utrudnia mu kierowanie przejazdem. W różnych gremiach knuł intrygi na wielebnego, że za dużo bierze dla siebie z kopert i tacy.

– Znałem takich fałszywych osobników. Jak przychodziło co do czego, to duchownego całował w rękę i dawał otwartą kopertę na ofiarę, aby ksiądz wiedział, ile daje – szybko rzekł Marian.

– Ten Leoś był przeciw procesjom, a uczestniczył w nich. Gdy procesja szła bezczelnie wmieszał się w tłum?. Ludzie go widzieli i pokazywali palcami – mówił Hipolit.

Ale przecież to hipokryzja, to nikczemność  – po raz kolejny nie wytrzymał Marian.

Trzeba by było dosadniej to nazwać. Tak długo jak tolerować się będzie takich osobników i popierać ich w chorych pomysłach to oni będą robić krecią robotę zafałszowując rzeczywistość. Na takich, co to mówią „nie chcę, ale muszę” i „jestem za a nawet przeciw” dostatnio żyją kawalarze i kabareciarze. Być sobą w pozytywnym tego słowa znaczeniu dla wielu jest bardzo trudne a wręcz nie osiągalne – zakończył Hipolit przybijając piątkę Marianowi.

Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz