Kawalerzysta bez światła

Kawalerzysta bez światła
– Już kiedyś ci wspominałem, że takie jaja z nazwiskami, jakie są w naszym kraju, to nie mają nawet Węgrzy. Madziarom, to nawet nie ma się, co dziwić, bo oni, jak budowana była „wieża Babel” to byli najwyżej. Bóg, gdy zaczęli zbliżać się do nieba wszystkim budującym pomieszał języki – na chwilę mówiący te słowa Marian Lichy umilkł. Natychmiast odezwał się jego kumpel Hipolit Mizerka.
– Coś ty znowu wymyślił i co kluczysz, jak Żyd po pustym sklepie.
– Jak ci wspomniałem, do mojej klasy chodzili Grzymała, Drzymała, Jurga i Jórga – nie zrażony mówił Marian.
– No i co w tym dziwnego? Nazwiska, jak nazwiska – przerwał Hipolit.
– Już ci mówię, o co mi chodzi – spokojnie rzekł Marian. Jeden Jurga pisał się przez „u” zwykłe, a drugi „ó” zamknięte. Jakby tego było mało, obaj mieli na imię Andrzej. Nauczyciele mieli z tym kłopot. Ciągle dopytywali, jak się piszą.
– Nazwiska, to oddzielny rozdział. Tak się piszą, bo tak zostały wprowadzone do rejestrów i dokumentów. Inne nazwy i określenia wynikają z ortografii – skonstatował Hipolit.
– Widzicie go, mądrala z kaczego kupra się znalazł. Nie widziałem, że ty jesteś taki językoznawca. Nic dodać, nic ująć, tylko kumpel Miodka – kpił Marian.
– A co w tym Grzymale i Drzymale jest tak dziwnego, że musimy o tym mówić? – niezrażony kumpla atakiem zapytał Hipolit.
– Mam w tym swój cel i o tym chciałem ci powiedzieć – powiedział Marian. Nie przerywaj, to opowiem ci o gościu, który mieszkał w wozie cygańskim.
– Każdy Rom kiedyś mieszkał w czymś takim i co z tego? – wypalił Hipolit. Szybko jednak pożałował niewyparzonego języka.
– Czy ty możesz wejść w temat, który chcę ci przybliżyć? Wysil mózgownicę, to liźniesz trochę wiedzy z barwnej historii naszego kraju – atakował Marian.
– Wiesz, że lubię cię prowokować, przyjacielu. Mów, co masz do powiedzenia. Zamieniam się w słuchu – pojednawczo rzekł Hipolit.
Udobruchany uległością kumpla Marian zaczął:
– Około dwudziestu kilometrów od naszego miasta mieszkał Michał Drzymała. Dodam ci, że akcja, o której ci mówię rozgrywała się podczas zaboru pruskiego.
– Dzieje się, jak sądzę, przed pierwszą wojną światową – wtrącił Hipolit.
– Dobrze miarkujesz – jeszcze spokojnie kontynuował Marian. Gościu nie specjalnie chciał pracować dla Prusaków. Nie lubił zaborców, a oni nie lubili Drzymały. Michoł, jak na niego mówiła rodzina, sąsiedzi i znajomi był nie lada gigantem. Kombinował, jakby zarobić, ale przede wszystkim, jak okpić szkopów.
– Zapomniałeś dodać, że lubił wypić i to sporo. Dokładnie tak, jak ty – ponownie wskoczył Hipolit.
– Prawda, że on i ja nie wylewaliśmy za kołnierz. Nie zaprzeczę, że nadal lubię sobie golnąć, ale za swoje – tłumaczył się Marian.
– Z tym bym polemizował, ale dzisiaj mi się nie chce z tobą sprzeczać – spokojnie odparł Hipolit. Wróć do tego Drzymały, bo rozwadniasz temat.
Nie czekając na dalsze ponaglanie Marian szybko zaczął mówić.
– Któregoś dnia późnym popołudniem wracał furmanką do chaty. Wypita gorzałka sprawiała, że był w dobrym nastroju. Nagle w oddali ujrzał pędzącego za nim policjanta pruskiego. Był to ten sam, z którym miał na pniu. Za każdym razem mundurowy czepiał się o brak światła. Wiedział, że i tym razem tak będzie. Szybko zeskoczył z wozu i wyprzągł konia. Zanim policjant dojechał dosiadł kobyłę. Prusak tak jak przypuszczał przyczepił się o to, że zaprzęg jest nieoświetlony. Na to Drzymała bezczelnie rzekł, że on nie jedzie wozem, ale podróżuje na koniu. Czy kawalerzysta musi być oświetlony – ironicznie zapytał. No nie – odparł policjant i mocno wkurzony. Nacisnął na pedał roweru i odjechał.
– Wiem, wiem i znam tę historię. Już wcześnie kilka razy mi ją opowiadałeś. Za każdym razem coś zmieniasz i chętnie jej słucham – wtrącił Hipolit. Przypomnij mi jeszcz,e jak to było z tą jego chatą na kółkach.
Marian poczuł się w swoim żywiole i zaczął opowiadać:
– Leciwa chata Drzymały się rozwalała. Chciał sklecić sobie nową. Poszedł do urzędu, a tam usłyszał, że nie wolno nic nowego stawiać. Nie to nic nie odrzekł i odszedł. Miał rodzinę i musieli, gdzieś mieszkać. Postanowił, więc kupić wóz cygański. I tak też zrobił. Gdy tylko postawił go na swojej działce przyjechał urzędnik i oznajmił, że nowy dom nie może tu stać. Na to Drzymała znalazł sposób. Codziennie przesuwał go o metr do przodu, Objeżdżał działkę i na jednam miejcu nie stał. Prusacy tak długo szukali na niego haka, że i znaleźli na to sposób. Wóz zgodnie z ich przepisami musiał mieć dwa i pół metra wysokości, a jego miał tylko dwa dwadzieścia. Nie było rady zmuszony został do opuszczenia chaty na kółkach. Wyjechał ostatecznie do innej miejscowości, w której od sympatyzującym z nim człowiekiem dostał mieszkanie.
– Ja myślę – przerwał kumplowi Hipolit – że tego Drzymałę nie lubili, za co najmniej dwie rzeczy. Pierwsza to kombinowanie, a druga to nazwisko. Już widzę tego urzędnika, który musiał zapisać Drzymała, którego nie mógł nawet wymówić.
– Jak tak mówisz, to przypomniał mi się film „Jak rozpętałem II wojnę światową?” Podczas przesłuchania Niemiec, gdy usłyszał nazwisko Brzęczyszczykiewicz, to gały wyszły mu na wierzch. Przy próbie powtórzenia połamał sobie język. Ulżyło mu dopiero, gdy okazało się, że zatrzymany blefuje – śmiejąc się mówił Marian.
– Zgadzam się z tobą, bo widziałem ten film. Wrócimy do niego przy innej okazji – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz