Jak to z Żydami w Polsce było część 8

Jak to z Żydami w Polsce było część 8
Motta Zbigniewa Tomaszewskiego: *Są rzeczy i krzywdy, których w żaden sposób nie da się naprawić, *Oczy bywają jak okna, nie raz wesołe, nieraz smutne, *Szczęście jest zależne od gwiazd, jeżeli urodziłeś się pod ciemną gwiazdą, to szukaj rękaw do łez, *Nie ma wielkich marzeń, zawsze mogą być jeszcze większe, *Co łączy dźwięk muzyki Straussa i dźwięk karabinu? Od jednego i drugiego ludzie płaczą, *Babcia mówiła: jak ktoś jest głupi, to mu oleju do głowy nie nalejesz.
Przysłowia Europy: *Bez bólu nie ma zdobyczy, *Bezczynność jest matką wszelkiego zła, *Bieda matką sztuk wszelakich, *Błąd wyznany na poły zmazany, *Bogaty ten, komu niczego nie trzeba, *Bóg daje jedzenie, a diabeł kucharza, *Brak wiadomości, to dobra wiadomość. *Choroby, to procenty od przyjemności, *Ciężką ranę można wyleczyć, złej sławy – nie, *Choroba przybiega konno, odchodzi piechotą, *Choroba ciała zdrowiem dla duszy, *Co głowy rozdzielą, serca mogą połączyć.
Zbrodnie przeciwko ludzkości nigdy nie ulegają przedawnieniu.
KOLEJNE ZBRODNIE WATYKANU.
W części 7 zakończyłem, jak wuja 8-letniego chłopca poszedł do dziedzica po odprawieniu mszy, aby go odwieść od karania kobiet, lecz nic nie wskórawszy przyszedł do probostwa bardzo nerwowy. Rodzice moi wierzyli w czarownice. Pełni byli przesądów, wierząc w czarownice i ich współdziałanie z diabłami. Było to dla nich, jak artykuł wiary. To wydarzenie polowania na czarownice w Doruchowie bardzo ich ucieszyło i ja się cieszyłem, gdyż miałem wtedy 8 lat. Tego samego dnia pławiono te niewinne wiejskie baby w wodzie. Był to staw obszerny, który do dziś dnia egzystuje w Doruchowie. Na to widowisko pławienia w stawie czarownic zgromadziła się niezliczona grupa ludzi. Aby lepiej widzieć, 15-letni syn dziedzica zabrał mnie na łódkę i popłynęliśmy naprzeciwko mostu, z którego czarownice pławić miano. Widzieliśmy dokładnie całą ceremonię. Wprowadzono 7 kobiet na most, miały powiązane ręce, brano jedną kobietę po drugiej, zakładano pod pachy powróz; czterech ludzi na tym powrozie spuszczało kobietę powoli z mostu w wodę. Żadna nie tonęła, bowiem suknie, a zwłaszcza obszerne spódnice nim nasiąkły wodą, unosiły każdą na powierzchni wody. Dziedzic siedział przytomny na koniu, a widząc pływające wołał: nie tonie, czarownica! Słowa te, jak się później okazało, były nieodzownym wyrokiem skazującym na śmierć niewinne ofiary. Ludzie natychmiast wyciągali kobiety i tym sposobem wszystkie siedem zostało czarownicami. Po czym zaprowadzono je na powrót do więzienia na spichlerz i powsadzano w beczki, jakich do kiszenia kapusty na zimę używają. Tam nie wolno było nikomu wchodzić, tylko podstarościemu mającemu nad nimi dozór i sześciu ludziom z innych dóbr umyślnie na to sprowadzonym, którzy je karmili i pić im dawali.
Ciekawy byłem bardzo zobaczyć także owe czarownice. Podstarości miał syna w moim wieku. Chodziliśmy razem do organisty uczyć się czytać i żyliśmy ze sobą w przyjaźni. Ten na moje żądanie uprosił swego ojca, który wziął nas ze sobą do spichlerza i zamknął za sobą drzwi. Usłyszeliśmy jęczenie tych męczennic w ciemności. Zląkłem się okropnie i straciwszy ochotę zaspokojenia mej ciekawości, zaledwie obejrzałem jedną tylko beczkę. Wszystkie podobnie były urządzone. Ta, którą oglądałem stała na dwóch podstawach. W klepkach blisko dna wycięta była dziura, dość duża, czworograniasta. Kobieta wsadzona w beczkę ręce i nogi z tyłu miała związane. Dziurę zatknięto z zewnątrz kołkiem drewnianym, tak że ani stać, ani siedzieć nie mogąc przez cały czas, aż do okropnej egzekucji nieszczęsna klęczeć musiała. Każda beczka pokryta była grubym płótnem, a na boku przylepioną miała karteczkę z napisem: „Jezus, Maria, Józef” z przyczyny, aby diabli nie mieli do kobiet przystępu i nie uwolnili swych oblubienic od śmierci.
Później z pobliskich wsi przywieziono, ale zawsze w nocy, już w takich beczkach powiązanych sznurami, uwięzionych następnie siedem innych kobiet; a zatem było ich wszystkich 14. Zaczął dziedzic przysposobienie robić do egzekucji, kazał z boru kopać smolne pnie sosnowe takie, których już biel w ziemi opróchniał, a tylko sam smól pozostał, ścinać sosny najsmolniejsze i sążnie z nich bić. Najpierw sosnę wielką wkopano w ziemię i około niej stos okrągły układano. Jedną warstwę pni i smolnych drew, a drugą słomy na wysokości kilkunastu łokci.
Ciekawością zdjęty poszedłem z synem podstarościego oglądać stos, a widząc to drabiny przystawione, chcieliśmy wejść na wierzch. Ludzie będący na straży, aby go nie podpalono, zrazu bronili nam dostępu; atoli poniżej strażnicy dali się uprosić. Tutaj na samym wierzchu była słoma równo usłana, jak na stole i kilkanaście klocków dębowych dosyć wielkich, na każdym klocku była przylepiona kartka z napisem „Jezus Maryja Józef” dla wyżej wyróżnionych przyczyn. Jeden ze stróżów powiedział nam, że tymi klocami będą przyciskać czarownice, aby spokojnie na miejscu leżały. Gdy stos był już wystawiony, sprowadził dziedzic dwóch katów, trzech sędziów z Grabowa (gdyż w tym czasie niemal każde miasteczko miało prawo do miecza) i trzech księży zakonników z Watykanu dla dysponowania skazanych na śmierć czarownic.
Blisko spichlerza był dom „kopcem” zwany, naokoło oblany wodą. Mieszkał w nim podstarości. Jego syn, przyszedł po południu do szkoły i powiedział, że jego ojciec musi się wyprowadzić ze swego mieszkania, bo będą tam w nocy na tortury czarownice ciągnąć. Dodał, że nikt być nie może prócz sędziów, katów i zakonników z Watykanu. Całą noc nie mogłem spać i myślałem, jak się tam dostać. Nazajutrz rano wstałem, zjadłem śniadanie, ukradkiem wziąłem w kieszeń pajdę chleba z masłem, elementarz pod rękę, udając, że idę do szkoły. Pobiegłem prosto na kopiec, gdzie już rzeczy podstarościego wynoszono. Gdy już nikogo w domu nie było, wszedłem do izby i ulokowałem się na przypiecku, skąd nie będąc widziany mogłem się dokładnie wszystkiemu przypatrzeć. Przyszedł podstarości i dwóch ludzi. Ci uprzątnęli, a potem wyszedłszy zamknęli izbę. Będąc sam jeden, już żem ze strachu chciał wołać oknem, żeby mnie wypuścili, ale chęć widzenia nowości przemogła. Było to przed południem. Z nudów i bojaźni usnąłem. Musiałem spać dosyć długo, bo gdy się obudziłem słońce już zachodziło. Spojrzawszy na izbę zobaczyłem stół pod oknem, trzy stołki, na stole papier, pióra i kałamarz, lichtarze ze świecami, butelkę wódki i kilka kieliszków. Niedługo potem czterech ludzi przyniosło na noszach kloc wielki z żelaznym pałąkiem. Wszedł za nimi kat, zaczął laską w suficie w jedną deskę pukać, po czym zaraz usłyszałem mocny huk na górze. Wyrąbano znaczny otwór, spuszczono nim koło małe od wozu, u którego wisiały dwa powrozy. Po zachodzie słońca weszło dwóch ludzi. Jeden przyniósł kilka tarcic, a drugi zapaloną świecę. Tymi tarcicami zabito okna, świece na stole zapalono. Weszli sędziowie. Usiedli na stołkach, a posiliwszy się gorzałą, kazali przyprowadzić czarownice. Wszedł kat i niedługo czterej pomocnicy na noszach przynieśli kobietę. Miała z tyłu związane ręce i nogi. Z rozkazu sędziego kobietę rozwiązali ręce i nogi. Rozebrali ją do naga i postawili na pniu. Trzymali ją oprawcy, bo sama nie miała sił, żeby stać. Sędzia cały czas zadawał pytania, oprawcy dalej nagą wiązali, nogi pod żelazny pałąk na pniu podłożywszy powrozem przymocowali. Do rąk w tył skrępowanych przywiązano powróz od koła wiszący, na plecy włożono szpagę podobną do grabi z żelaznymi zębami, które w ciało wchodziły. Te przytwierdzono także cienkimi powrozami na krzyż przez piersi opasanymi, a ich końce z tyłu do owych od koła powrozów przywiązano. Gdy te okropne boleście dla niewinnej kobiety zakończono, sędzia znowu zadawał pytania. Gdy kobieta z bólu i wyczerpania nie potrafiła ust otworzyć. Wtem kat krzyknął do oprawców, będących na strychu „obracaj koło”. Powrozy obwijały się dookoła walca, powoli ręce w tył poczęły się unosić, pociągając za sobą postronki od żelaznych grabi, których zęby wbijały się w plecy. Krew zaczęła wydobywać się ze skóry, kości trzeszczały, kobieta okropnie krzyczała.
Ciąg dalszy nastąpi.
Zbigniew Tomaszewski

Brak komentarzy

Napisz komentarz