Migać się trzeba umieć

Migać się trzeba umieć
Przedświąteczne dni powinny być spokojniejsze, z mniejszą ilością przygotowywanych potraw i gruntownego sprzątania. Tak mówią niewiasty w grodach nie tylko nad Samicą, Obrą i Wartą. Gdy jednak w kalendarzu pokaże się grudzień karuzela zaczyna się kręcić. Z początku wolno, a im bliżej świąt, to coraz prędzej. Lista sporządzonych koniecznych zakupów wydłuża się z każdym dniem.
Nie inaczej bywa w domach Mariana Mizerki i Hipolita Lichego. Kumple nakręcają się wzajemnie, zaklinając się, że nie tkną palcem niczego w chacie i tylko będą leżeć „bykiem” oczekując na pierwszą gwiazdkę.
Wiele spraw mieli jednak do pilnego obgadania, dlatego postanowili w przedświątecznym tygodniu kilkakrotnie się spotkać. Wcale nie było to takie łatwe, ponieważ ich połowice wobec nich miały swoje plany. Gdy tylko się spotkali zaczęły się gorączkowe pytania.
– Co twoja ci wymyśliła? – zapytał kumpla Marian Lichy?.
– Łeb pęka – odparł Hipolit Mizerka. Gdybym wszystko musiał zrobić to, co mi nakazała, to święta musiałby być za miesiąc, a nie za kilka dni.
– Zapewne są wśród nich rzeczy zbędne, a nawet głupie. Powiedz coś o tym – dociekał Marian.
– Jak sobie życzysz przyjacielu – od razu zaczął tłumaczyć Hipolit. Rutynowe to: trzepanie dywanów, sprzątanie na szafach, przetarcie mebli specjalną pastą, gruntowne odkurzanie całego mieszkania włącznie z grzejnikami, futrynami drzwi i okien. To ostatnie z wypucowaniem szyb. To tylko wstęp. Do tego dołożyła ręczne utarcie maku, ubicie nad parą babki, zakup karpi, ich zabicie i pokrojenie. Przyniesienie z bazaru i oczyszczenie warzyw. Zakup i przytaszczenie choinki. A teraz – o głupoto ludzka – mam pomalować balkon na zielono, wnękę na jasny kolor, a balustradę na ciemny tak, aby widać było stojącą żywą i dużą choinkę.
– Stop, stój kolego, bo zaczyna mi się kręcić w głowie – Marian przerwał przyjacielowi. Mogę ci od razu powiedzieć, że nasze kobiety musiały się spotkać i obgadać plan pracy dla nas, bo specjalnie niczym one się nie różnią. Moja też oznajmiła, że na te święta choinka będzie na balkonie. Dłużej wytrzyma na dworze i nie będzie tak szybko oblatywała – nadawała, gdy spojrzała na moją wielce zdziwioną minę. O malowaniu już nie mówiła, bo po ostatnim moim malarskim wyczynie w kuchni, jest zaciek na ścianie i plama na podłodze. Coś jednak wspomniała o naturalnej wykładzinie na balkonie pod choinkę. Odstąpiła od poronionego pomysłu, gdy jej powiedziałem, że dobra, ale zakupimy wykładzinę z pieniędzy na jej prezent pod choinkę. Moja natychmiast odpaliła, że jeżeli to ma być jej kosztem, to ona rezygnuje. Na moje pytanie o to, jaka będzie choinka w mieszkaniu odparła, że mała bajecznie kolorowa, ale sztuczna.
– Dokładnie tak samo wciskała mi Kundzia – wyrwał się Hipolit. Od malowania balkonu też się jakoś wykręciłem. Nagadałem połowicy, że wszyscy dokoła pomyślą, że robiąc to zimą szajba nam odbiła.
– To jest nie do zaakceptowania – przerwał Marian. Musimy coś takiego wymyślić i wywinąć, że nasze zrezygnują z naszych usług.
– Ale, co, ale co – jąkając się pytał Hipolit.
– Jutro myję okna – rzekł Marian. Gdy tylko otworzy drzwi ja udam, że był przeciąg i zbiję szybę. Jak to nie wystarczy, to w kuchni popsują telewizor moje żoneczki, a do tego urwę antenę.
– A ja, a ja, co mam zrobić? – dopytywał Hipolit – aby moja powiedziała, że nie mam niczego tykać iżebym wyniósł się z chaty.
– Już ci mówię – pouczał kumpla Marian. Podczas kręceniu maku upuścisz donicę, która się rozbije. Za jednym zamachem zapaskudzisz podłogę i zmarnujesz mak. Przy trzepaniu dywanu tak go wygrzmocisz, że zrobi się dziura. Gdy będziesz go wnosił na korytarzu zbijesz lampę.
– Dobra nasza – wykrzyknął Hipolit. Ale co będzie, jak to nie wystarczy.
– Ryzyk fizyk – jak mówił mój ojciec. Jak znam życie wylecimy z chaty z hukiem – nadrabiając miną gadał Marian.
Na drugi dzień około południa kumple już byli razem.
– Jak ci poszło – zapytał Hipolita Marian.
– Dokładnie tak się stało jak przewidziałeś – wyrzucił z siebie Hipolit. Wieczorem w donicy kręciłem mak. Długo nie trwało, jak cisnąć zbyt mocno złamałem kałkę. Moja chyba przeczuwała, że coś wywinę, bo wyjęła z szuflady drugą i tryumfalnie mi ją wręczyła. Podczas tej czynności donica wysunęła mi się z pomiędzy kolan i gruchnęła na podłogę. Rozbiła się na kilka części. O Jezu stęknęła Kundzia i dawaj mnie sztorcować. Rano, gdy wychodziłem z dywanem do trzepania rzekła – mam nadzieję, że niczego złego już nie wywiniesz. Chyba w złą godzinę to powiedziała, bo po chwili solidnego walenia trzepaczką na środku dywanu zrobiła się spora dziura. Ty ofermo, ty łachudro, czego się tkniesz, to wszystko sknocisz – wrzeszczała na mnie, gdy wróciłem do chaty. Zła, jak szerszeń dała mi pieniądze i kazała iść kupić nowy. Nie ważne gdzie, byle był ładny, duży i tani. Jak widzisz idę i proszę cię o pomoc w zakupie – zwrócił się do kumpla.
Idąc do miasta Marian wyjaśnił Hipolitowi, jak on wykręcił się od roboty.
– Dokładnie tak, jak ci mówiłem. Podczas mycia okna w pokoju zbiłem szybę. Huk był taki, że Gabrysia o mało nie padła na podłogę. Przy zmywaniu szafek w kuchni, niby niechcący, rozlałem wodę na włączony telewizor mojej połowicy. Odbiornik, w którym z wypiekami na twarzy oglądała swoje seriale, tylko zaskwierczał, zrobił się czarny i zamilkł. Gdy zeskakiwałem z drabinki, niby przypadkiem wyrwałem ze ściany gniazdo od anteny. Na szczęście telewizor udało się uratować i moja odetchnęła z ulgą.
Przy okazji jak będziemy w mieście muszę kupić gniazdko i zamontować. Moja Gabrysia oznajmiła mi, że musze to zrobić, a dalej to już nie chce mnie widzieć na oczy.
– Czyli, że cel osiągnęliśmy. Jak dobrze pójdzie i dokonamy tanich zakupów, to jeszcze zostanie na jedną, a może i na dwie flaszki – rzekli jednogłośnie kumple i przybili sobie piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Brak komentarzy

Napisz komentarz