sobota, 30 Maj 2020

2020 Marzec

90 lat pana Bronka w zdrowiu i w radości
Bronisław Boiński urodził się 28 marca 1930r w Poznaniu, gdzie mieszkali przez 4 lata. W 1934 wrócili do Będlewa, kiedy mama Stanisława odziedziczyła gospodarstwo po rodzicach, a ojciec Jan dokupił kilka hektarów ziemi, by razem zająć się pracą na rodzinnej ziemi.
Mieszkał i wychowywał się w Będlewie, gdzie ukończył szkołę. Miał dwóch braci Seweryna i Mariana oraz siostrę Helenę, z rodzeństwa jest najstarszy.
Nasz bohater po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej, pomimo kuszących propozycji budowania sił wojska polskiego, poszedł za głosem serca i poślubił przedszkolankę Irenę Wachowiak, która pochodzi ze wsi Konary z okolic Margonina.
W 1953 roku w maju odbył się ślub cywilny w Stęszewie, a w czerwcu ślub kościelny w Margoninie. Po ślubie dostali działkę w Krąplewie, gdzie się wybudowali i 1961 roku zamieszali. Mieszkają tu do dnia dzisiejszego z najstarszym synem Andrzejem i synową Anną.
Razem wychowywali trzech synów Andrzeja, Krzysztofa i Marka, którzy obdarowali ich ośmiorgiem wnucząt: Anną, Maciejem, Karoliną, Patrycją, Agatą, Darią, Natalią i Samantą oraz osiemnastoma prawnukami. Najstarsi mają 17 lat Nikodem i Cezary, a najmłodsza ma 3 latka, to Rozalka.
Wszyscy członkowie mieszkają w Wielkopolsce, a najstarsza wnuczka z mężem i dwójką prawnucząt od lat mieszka w Irlandii.
Bronisław karierę zawodową rozpoczął w PGR Konarzewo. Po kilku latach był jednym z pierwszych pracowników POM w Stęszewie, gdzie do roku 1965, za porozumieniem, pomiędzy zakładami, zaczął pracę w zaopatrzeniu GS, w dziale zaopatrzenia. Pełnił tam różne funkcje do roku 1983, kiedy to rozpoczął pracę w ZEAS-ie, jako kierowca Gminnego autobusu dowożącego dzieci do Szkoły Podstawowej.
W dni wolne świadczył usługi na rzecz Klubu Sportowego Lipno wożąc i kibicując naszym zawodnikom

w ich sportowych zmaganiach.
W 2000 roku, kiedy ukończył 70 lat przeszedł na pełną emeryturę, by być silnym wsparciem dla swojej rodziny.

Objeżdżanie Najświętszego Sakramentu
– Panie, proszę spraw, aby życie mi nie było obojętne. Abym zawsze kochał to, co piękne. Pozostawił ciepły ślad na czyjejś ręce! – słowa tej religijnej pieśni niosły się ulicami Stęszewa w piątkowy wieczór, 27 marca.
Takie działanie było reakcją Rady Parafialnej Stęszewa na apel abp. Wacława Depo, metropolity Archidiecezji Częstochowskiej, który powiedział następujące słowa:
– Umieśćmy w oknach wizerunek Matki Bożej. Zachęcam wszystkich wiernych, by wzorem naszych przodków, w tych szczególnych dniach umieścić w oknach domów wizerunek Matki Najświętszej, zwłaszcza tak nam bliski i drogi wizerunek Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej, w której Bóg dał Narodowi Polskiemu przedziwną pomoc i obronę, a Jej święty Obraz Jasnogórski wsławił niezwykłą czcią wiernych. Nie ma być on magicznym amuletem, ale świadectw

em naszej wiary i modlitwy błagalnej za naszą Ojczyznę i wszystkie kraje objęte pandemią.
W Stęszewie pojawiła się chęć, by nie tylko wystawić obraz, ale pokazać mieszkańcom Najświętszy Sakrament.
Rada zorganizowała i udostępniła samochód typu pickup, na platformie którego umieszczono Hostię i ruszono w teren.
Na portalu parafii Świętej Trójcy już wcześniej można było przeczytać zachętę, aby mieszkańcy włączyli się w modlitwę o uwolnienie od epidemii. W apelu była też prośba, aby nie wychodzić z domów, ale zapalić w oknach świece.
– Oczekajcie na Jezusa, który będzie blogosławił – można przeczytać w apelu.
W dzień objazdu na postalu dopytywano, czy mieszkańcy są gotowi, bo za trzy godziny samochód hostią ruszy. Informacyjnie dodano, że niestety, nie uda się dojechać na każdą ulicę, ale będzie w każdej części miasta i na wioskach. Była też zapowiedź, że przejazd będzie transmitowany na żywo.
Już od popołudnia pojawiać się zaczęły na facebookowym portalu parafii komentarze. Przytoczymy niektóre:
Izabela Wawrzyniak napisała: – Będę czekała. Jezu ufam Tobie.
Alina Gatniejewska dodała: – Super. Tego nam teraz potrzeba, w tym trudnym czasie. Dziekujemy!
Potem mogliśmy przeczytać słowa Julity Wrzesińskiej: – Bardzo dziękujemy za super pomysł.
Rafał Grębowicz dodał: – Czekamy!
Kolejne były takie:
Elżbieta Kubiak: – Piękny pomysł. Jezu błogosławi nam.
Darek Nowak: – Bardzo dobry pomysł.
Halina Cieślak: – Dziękuję, czekam.
Grażyna Mieszała: – Niech Bóg nam błogosławi i Matka Najświętsza ma nas w opiece, w tym trudnym dla nas czasie.
Barbara Stańka: – Super
Renata Przybysz-Piskorz: – Super czekamy.
Zofia Gierut: – Super pomysł .
Elżbieta Karpisiak: – Czekamy na Ciebie Panie Jezu.
Grażyna Badke: – Piekny pomysł.
Małgorzata Chojnacka: – Dziękujemy.
Alina Kowalska: – I o to chodzi.
Lidia Szymkowiak: – Dziękujemy! Czekamy!
Małgorzata Nowak: – Czekamy na Ciebie Panie Jezu na ulicy Prusa! Jezu ufam Tobie!
Janina Perlicjan: – Wspaniały pomysł. Czekamy na Ciebie Panie Jezus.
Irena Sypniewska: – Bardzo dobry pomysł, popieram.
Monika Stachowiak: – Wspaniały pomysł. Czy ul. Kórnicka (przed torami) też będzie na trasie przejazdu?
Jarosław Sikora prosił takimi słowami: – Oczyść dobry Panie nasze ulice z tej zarazy.
Joanna Nadobnik: – Jezu błogosław nasza gminę i wszystkich jej mieszkańców!
Niektórzy mieszkańcy prosili, by pojazd z sakramentem przejechał ich ulicą. Tak napisali – Paweł Ratajczak i Katarzyna Borowska. Chodzilo o ulicę Narutowicza.
Izabela Wawrzyniak dodała, żeby dojechali jeszcze na ulicę Laskową.
Dorota Piątyszek napisała: – Jezu uratuj moją całą rodzinę, przyjaciół, znajomych i cały naród, a cierpiącym daj ulgę w cierpieniach.
Małgorzata Gigoń zapytała (jakiegoś respondenta):
– Wiesiu i co to da?
Organizatorzy z parafii odpowiedzieli:
– (..). Po prostu „wiara czyni cuda”, dlatego pewnie zdrowie też da.
Punktualnie o 19-tej samochód wyruszył spod kościoła. Skierował się w stronę ulicy Kościańskiej, a stamtąd pojechał na Witobel. Osoba dająca relację informowała oglądających, że już są na Podgórnej w Witoblu, potem dodawała, że mijają ulicę Chabrową i kierują się na Mosińską, by dotrzeć z powrotem do miasta.
Według zapowiedzi z plakatu Hostia miała pojechać jeszcze na Dębienko, Dębno, Krąplewo, Wielkąwieś i Zamysłowo, by od strony Motelu 2000 wrócić do Stęszewa.
Piętnaście minut od początku transmisji oglądających na Facebooku było kilkanaście osób. Później powtórki relacji obejrzało kilkanaście tysięcy.
Podczas całej wędrówki, na trasie roznosił się śpiew przekazywany z zainstalowanych na samochodzie głośników.
Przejazd Sakramentu był reakcją na opisywane wcześniej wezwanie biskupa, ale też na prośbę papieża Franciszka, skierowaną do chrześcijan wszystkich wyznań z całego świata, by modlić się o ustanie pandemii koronawirusa.
Ewa Noga-Mazurek

Coraz szersza polityka ekologiczna skutkuje tym, że w Polsce coraz powszechniej stosuje się innowacyjne rozwiązania dotyczące metod ogrzewania domu. Instalacje, które do ogrzania domu lub ciepłej wody użytkowej wykorzystują odnawialne źródła energii to chociażby pompy ciepła, czy fotowoltaika. Nowoczesne systemy grzewcze to jednak również bezobsługowe piece centralnego ogrzewania. Jakie rozwiązanie zastosować zatem w swoim domu?

 

Ekologiczne rozwiązania

Z pewnością najbardziej ekologicznym rozwiązaniem są pompy ciepła, które pozyskują energię z wnętrza ziemi albo z atmosfery. Pozyskane ciepło zostaje oddane w wyższej temperaturze, dzięki zastosowaniu specjalnych rur wypełnionych płynem. Dzięki takiemu rozwiązaniu możemy ogrzać nie tylko ciepłą wodę użytkową, ale również dom jednorodzinny. O zaletach zastosowania takiej instalacji  bardzo często rozprawia się w różnorodnych mediach. Mowa tu przede wszystkim o ekologii. Brak pieca to przecież brak smogu, który powstaje podczas opalania tradycyjnymi metodami. Jednak nie bez znaczenia są również korzyści wynikające z zamontowania pompy ciepła dla właściciela takiego domu. Mowa przede wszystkim o całkowicie bezobsługowym trybie pracy. Docenią to osoby, które do tej pory, każdy wieczór i ranek, musiały rozpalać ogień w kotle. Warto jednak zaznaczyć, że tylko najlepszej jakości produkty, jak chociażby te, dostępne na stronie https://sklep.jarbud.opole.pl/ oraz fachowy montaż zapewniają bezawaryjność całej instalacji.

 

Pompy ciepła, jako innowacyjne na każdą kieszeń

Każdy zdaje sobie sprawę, że instalacja pompy ciepła to spory wydatek. Najwyższej jakości rozwiązania kosztują najwięcej. Jednak w tym wypadku koszt instalacji zwrócą się po kilku latach w postaci zaoszczędzonych pieniędzy, które dotychczas trzeba było wydać na zakup opału. W tym miejscu warto również wspomnieć o rządowych dopłatach do proekologicznych rozwiązań do domu. Po przeliczeniu może się więc okazać, że poniesione koszty są naprawdę niewielkie w stosunku do korzyści, które otrzymamy. Pompy ciepła są więc najlepszym rozwiązaniem do zastosowania w domu jednorodzinnym.

Nawet przy małej jej powierzchni da się urządzić kuchnię modnie i funkcjonalnie. Odpowiednie meble, kolory i może być idealnie. Co się sprawdza w małym wnętrzu?

 

Trzeba więcej pomyśleć nad niewielką kuchnią, jaka ma być i co ma się w niej znaleźć, niż nad dużą. Ważny jest każdy detal. Przede wszystkim powinna być ona w jasnych kolorach. Takie powinny być także szafki kuchenne. Są modne kolory, które zarazem są idealne przy niedużej kuchni.

 

Jasne kolory szafek – najlepszy wybór

Idealne barwy dla szafek to biel oraz jasna szarość. Obydwie są modne. To kolory, które powiększą przestrzeń. Najmocniej w ten sposób zadziała biały kolor. Są to też barwy neutralne i spokojne. Czy białe, czy szare szafki się wybierze, to mogą mieć elementy w kolorze jasnego drewna. Gdy zamawia się meble, to można mieć je dowolne. Ciekawie wygląda różnica kolorystyczna między górą a dołem. Zamawia się szafki kuchenne dolne na wymiar w kolorze ciemniejszym np. szarym, a górne są białe. To zwiększa lekkość wizualną całości, a więc i powiększa optycznie kuchnię.

 

Meble kuchenne na indywidualne zamówienie

Przy małej kuchni idealne są meble wykonywane na wymiar. Taka możliwość pozwala jak najlepiej wykorzystać przestrzeń. Uwzględnia się w planowaniu także względy praktyczne i efekt wizualny. Na stronie sklepu Fabryka Mebli jest konfigurator pozwalający samodzielnie zaprojektować umeblowanie kuchni. Można wypróbować różne opcje, aż znajdzie się taką, która zadowoli. Efekt wizualny ma wpływ na wielkość optyczną kuchni. I nie tylko kolory są ważne.

 

Ciekawe pomysły do małej kuchni

Wspomniany już pomysł to szafki górne w innym kolorze. Są też inne możliwości. Jedna z nich to brak szafek górnych, czyli na jakimś obszarze same szafki kuchenne dolne na wymiar się zamawia. Większą lekkość umeblowania zyskuje się też, wybierając półki zamiast szafek. Można także na górę wybrać w części półki, a w części szafki.

 

Szafki kuchenne to wyposażenie wybierane na długi czas. Warto zastanowić się, jakie mają być. Można korzystać z nietypowych i modnych rozwiązań, jak różne kolory szafek czy same dolne. Pomocą w urządzeniu małej kuchni jest możliwość zamówienia mebli na wymiar.

Ze swoimi schorzeniami 57-letnia Pani Basia z Czapur do tej pory świetnie sobie radziła. Walczyła z cukrzycą i innymi kłopotami zdrowotnymi. Przed atakiem Sars-Cov-2 była jeszcze na pielgrzymce w Górce Klasztornej i nic nie wskazywało, że sprawy mogą przybrać tak dramatyczny obrót. Gdy poczuła się źle trafiła do swego Szpitala Rejonowego w Puszczykowie. Uznano, że ma zapalenie płuc. Cztery dni tam była i gdy stan zdrowia się pogarszał trafiła do Poznania. Przebywała na oddziale zakaźnym, ale stan był ciężki o bardzo ciężkim przebiegu klinicznym, była podłączona do respiratora i utrzymywana w stanie śpiączki farmakologicznej. Lekarze podjęli heroiczną walkę o jej życie. Jak się później okazało – przegrali. Była pierwszą osobą w Polsce która zmarła zarażona koronawirusem.
Skąd do niej trafił? Początkowo nikt nie podejrzewał u kobiety zakażenia. Dopiero po dwóch dniach, po szczegółowych rozmowach lekarze zaczęli podejrzewać, co może być przyczyną tak ostrego zapalenia płuc. 57-latka miała kontakt ze znajomą, która wróciła z Włoch. Tamta osoba przechodziła Covid-19 bardzo łagodnie, bo miała głównie katar.
– Pół Czapur było we Włoszech na nartach, a zachorowała Baśka, która nigdzie nie wyjeżdżała, dmuchała i chuchała na siebie, żeby się nie zakazić – niespokojny z tego powodu był ksiądz parafii parafii pw. św. Augustyna w Czapurach Rafał Nowak. Dalej mówi, że pani Basia udzielała się w swojej wsi. Była blisko kościoła. Razem z mężem Grzegorzem, który był szafarzem, założyła Wspólnotę Świętej Moniki, grupę rodziców, dziadków, rodziców chrzestnych oraz świadków bierzmowania modlących się za swoje: dzieci, wnuki, chrzestniaków, synowe, zięciów, podopiecznych. Spotykali się w każdy drugi poniedziałek miesiąca, żeby adorować Najświętszy Sakrament. Na koniec zaapelował:
– Idźcie wszyscy na kwarantannę – apelował do swoich wiernych i sam zamknął się w odosobnieniu.
Sołtys Czapur Waldemar Waligórski potwierdza:
– Pani Basia najprawdopodobniej zaraziła się od swojej znajomej, która z Włoch wróciła i przyszła ją odwiedzić. Słyszeliśmy, że chorowała na cukrzycę i alergię. Wiemy, że miała współistniejące, towarzyszące choroby, które wymagały przyjmowania leków obniżających odporność. Nasza współmieszkanka miała męża, dwóch synów i córkę. Mąż zmarłej jest szafarzem – u niego stwierdzono zakażenie, jak i u córki. Nie ma w Czapurach osoby, która powiedziałaby coś złego o pani Barbarze. 57-letnia pani psycholog była dyrektorką Zespół Poradni Psychologiczno – Pedagogicznych w Poznaniu.
Sympatyczna, zawsze uśmiechnięta i chętna do pomocy. Ci, którzy ją znali dodają, że kochała swoją pracę. Cały czas się dokształcała. Specjalizowała się w diagnozie psychologicznej małych dzieci. Wiedziała wszystko o gotowości szkolnej, dysleksji, dysortografii, dysgrafii, dyskalkulii oraz upośledzeniu umysłowym. Prowadziła także zajęcia ze studentami oraz radami pedagogicznymi.
W piątek trafiła do szpitala, a pan Grzegorz w niedzielę jeszcze udzielał parafianom komunii świętej i miał kontakt z wieloma osobami. Ponadto pracował w miejskiej spółce Aquanet. Firma na wieść o panującym wirusie poddala kwarantannie domowej 30 osób, które razem z nim pracowały. Przedstawiciele firmy zapewniają, że woda z miejskich wodociągów jest zdrowa i można ją pić. Pan Grzegorz chorobę Covid-19 przechodzi praktycznie bezobjawowo, ale mimo to został zabrany do szpitala. Aquanet zamknął wszystkie Punkty Obsługi Klienta, a  mieszkańcy mogą załatwiać swoje sprawy wyłącznie mailowo oraz przez EBOK.
Także poznański McDonald, w którym pracował syn zarażonej kobiety nie czekał na decyzję Sanepidu. Pracowników wysłano na kwarantannę, a restaurację zdezynfekowano.
Wokół sprawy zmarłej mieszkanki Czapur tworzy się spór. Jedna z lekarek z Puszczykowa mówiła na konferencji prasowej, że pacjentka przyjęta do Szpitala w Puszczykowie miała już pierwsze objawy wskazujące na możliwość zarażenia koronawirusem. Mimo tego decyzją lekarzy dyżurnych SOR i oddziału internistycznego ulokowano ją na sali wraz z innymi pacjentami. W czasie jej przyjmowania nastąpiła konsultacja z Oddziałem Zakaźnym w Poznaniu i odmówiono przyjęcia.
Najpierw pacjentkę położono do sali wieloosobowej. Mogły tam wchodzić osoby na odwiedziny, dopiero później przeniesiono chorą do izolatki. W sali zbiorowej przebywała w piątek przez około 5 godzin. Do izolatki przeniesiono ją około godziny 20 w piątek.
Sprawa zainteresowała się Poznańska Prokuratura, która wystąpiła do szpitali o wydanie dokumentacji medycznej związanej z całą sprawą. Prokuratorzy sprawdzą, czy w którejś z placówek mogło dojść do jakichś nieprawidłowości lub zaniedbań. Jeśli pojawią się takie podejrzenia, wówczas w sprawie wszczęte zostanie śledztwo. Po zapoznaniu się z tą dokumentacją, po przeanalizowaniu sprawy – prokurator będzie podejmował dalsze działania i ewentualne dalsze decyzje – powiedział rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu prok. Łukasz Wawrzyniak.
Ewa Noga-Mazurek

ZŁOTE MYŚLI ZBIGNIEWA TOMASZEWSKIEGO:
-Kto teraz dzieciom w Stęszewie z nieba cukierki zrzuci, pilota Romana Wawrzyniaka już nie ma i nigdy nie wróci. -Lepiej jest być dobrym i mieć złamane serce, niż być złym człowiekiem bez serca. -Próbuj zmienić dobrego człowieka zanim go ludzie zjedzą. -Tak drzewo jak człowiek, urośnie karłowate i złe. -Po świecie i ludziach widać, że sam Pan Bóg popełnia błędy. -Jeżeli myśli będą inne to i przyjaźni nie będzie. -Jeżeli będziesz osądzał to pamiętaj, że kiedyś Ciebie Pan Bóg osądzi. -Chcesz wytknąć wady drugiemu, zacznij od pierwszego, czyli siebie. -Daremne czekanie, aż to co złe samo się naprawi.
ZŁOTE AFORYZMY:
-„Nawet zmarli, okryci podwójną żałobą, w nieprzezroczystej głębi twego czasu, choć drzwi zamknęli za sobą, żyją w Tobie, jak echo wśród ciemnego lasu” – M. Jastrum, -Który skrzywdziłeś człowieka prostego śmiechem nad krzywdą jego wybuchając […] Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta, możesz go zabić – narodzi się nowy, spisane będą czyny i rozmowy. – Czesław Miłosz

BYŁO DWÓCH WIELKICH PILOTÓW W STĘSZEWIE.
Pierwszy to Józef Szyfter, zamordowany w Katyniu w 1940 roku, drugi to Roman Wawrzyniak, który zmarł na skutek wypadku między Rosnówkiem, a Stęszewem, spowodowanego przez pijanego kierowcę.
Całe życie pisałem tylko piórem, jednak ten artykuł muszę napisać długopisem, ponieważ słowa zapisane atramentem zaczęły się rozpływać we łzach po całej kartce.
Przyjaźń moja z Romanem rozpoczęła się na początku lat 90-tych. Mieszkałem sam w szczerym polu, z dala od ludzi. Najbliższe zabudowania znajdowały się w odległości około kilometra. Wąska, dwu kilometrowa, asfaltowa droga prowadziła do kopalni gazu i mojego domu, więc Roman wybrał sobie tę drogę za pas startowy i lądowisko. Którejś niedzieli przywiózł lotnię, zmontował ją i poleciał nią na mistrzostwa do Leszna. Nie wiem dokładnie, jakie to były mistrzostwa, jestem pewien że zdobył tam nagrodę, bo Roman nie lubił przegrywać. Całą niedzielę bawił się wspaniale, był w towarzystwie przyjaciół, pasjonatów pilotów. Nie zauważył, że zrobiło się późne popołudnie. Pożegnał się i wystartował z Leszna. Leciał nad szosą – krajowa piątką – wiodącą do Stęszewa, widział, jak słońce szybko zachodzi za haryzont. Jeszcze wtedy nie wiedział, że dostanie od Pana Boga dużą lekcję pokory, być może dlatego do końca życia był dobrym człowiekiem. Przez prawie 30 lat brał ode mnie stare, dobre jeszcze przedmioty – radia, telewizory i inne dla biednych dzieci i ludzi bezdomnych.
Wróćmy do feralnego powrotu z Leszna. Gdy już słońce zaszło zrobiło się szaro. Słyszał ryk silnika od trabanta z drewnianym śmigłem. Zbiornik był zrobiony ze starego karnistra do benzyny, do którego był wprowadzony wężyk do paliwa. Najprawdopodobniej Roman, 80 procent tej lotni, zbudował sam. Po chwili przestał omijać linie energetyczne wysokiego napięcia, bo ich po prostu nie widział. Spojrzał na licznik i wzniósł się wyżej. Od tej chwili widział wyłącznie światła samochodów, które jechały po szosie od Leszna, przez Kościan do Stęszewa. Po światłach doleciał do skrzyżowania w Stęszewie, na którym były latarnie. Skręcił w drogę na Buk, potem intuicyjnie w polu widział lampy, które się paliły na moim podwórku. Przyleciał nad mój dom. Latał nad nim tak długo, aż zaczęło się kończyć paliwo. Krzyczał, abym wyjechał samochodem na drogę i oświecił ją długimi światłami, aby mógł wylądować. Jednak tego dnia opuściło go szczęście, został sam na sam ze śmiercią. W domu nikogo nie było, bo byłem w Zakopanem. Roman z uwagi na brak paliwa podjął decyzję o lądowaniu. Miał pecha, bo nie trafił na drogę, zahaczył o przydrożne krzaki i się rozbił. Skończyło się na ogólnych potłuczeniach. Drewniane śmigło roztrzaskało się o ramę i zbiornik paliwa, który na całe szczęście nie wybuchł. Lotnia nadawała się na złom.
Lotniarz po kilku dniach doszedł do siebie, ale tego spotkania ze śmiercią nie zapomniał nigdy. Przez kilka tygodni pisaliśmy protokoły z wypadku, aby uzyskać z ubezpieczalni odszkodowanie. Pomimo tej tragedii nie mówił o niczym innym, tylko o zakupie nowej lotni, co w krótkim czasie się udało. Od tego czasu, przez te 30 lat, jak tylko w radiu podawali komunikat, że pod Wrocławiem, czy Szczecinem rozbił sie pilot, od razu dzwoniłem do Romana. Zawsze odbierał telefon i śmiał się ze mnie, mówił: „człowieku, lotnia jest bezpieczna”.
Jednak jak pokazali w telewizji, że jakiś pijany kierowca, uderzył czołowo w Fiata Punto, ludzie zaczęli mówić, że był to samochód mieszkańca Stęszewa. Roman jeździł Fiatem Uno, ale przypomniało mi się, że w zeszłym roku wziął ode mnie skrzynię biegów do Fiata Punto. Natychmiast zadzwoniłem do Romana, jednak tym razem telefon milczał i to przez dwa miesiące.
Będąc w niedziele 8-go marca na cmentarzu zobaczyłem coś, czego nigdy nie chciałbym zobaczyć. Był to nekrolog z wytłuszczonym imieniem i nazwiskiem – Roman Wawrzyniak.
A więc stało się! Nie mam już nikogo, z kim mógłbym pięć godzin na ławce, przy ognisku rozmawiać o pięknej miłości, która ma na imię pasja. Jest to choroba, na którą nie ma lekarstwa. Dla Romana pasją były samoloty i latanie, dla mnie książki, gazety, fotografie, zabytki. Moją pasją jest historia.
Gdy Roman opowiadał godzinami o swojej pasji, to ja słuchałem. Jak ja opowiadałem o swojej pasji, Roman słuchał.
W roku 2019 Roman zdobył licencję pilota. Byliśmy na lotnisku w Kobylnicy. Zaprosił mnie do hangaru, gdzie stało kilka samolotów i lotni. Na końcu stała mała awionetka, Roman pokazał mi ją i powiedział: „Zbyszek, ta jest moja, mam licencję pilota, teraz będę latał samolotem”. Po chwili zaczął z płótna wycinać kwadraty i prostokąty, mieszał różne kleje i naklejał kawałki płótna na skrzydła. Kiedy powiedziałem, że ten samolot ma chyba ze sto lat, pilot powiedział: „Zbyszek ja go zrobię, będzie jak nowy”. Zagadałem, że często przyjeżdża do mnie po części pilot, który lata helikopterem pogotowia i że zapytałem go kiedyś, czy nie boi się latać, a pilot helikoptera odpowiedział mi na to, że nigdy się nie bał i nigdy nie będzie się bał.
Roman odpowiedział mi na to :”Zbyszek ty nic nie wiesz. ten pilot już nigdy Cię nie odwiedzi. Zbudował sobie sam lekki samolot, poleciał na pierwszy lot i rozbił się”.
Roman mówił to z lekkim uśmiechem na twarzy. Widziałem po nim, że mu zazdrościł, że spełniły się jego marzenia. Marzył, aby latać swoim samolotem, zbudował i latał, a to, że zginął, było dla Romana mniej istotne. Ważne było to, że latał samolotem, który sam zbudował i spełniał marzenia. Roman nie miał tyle szczęścia, ponieważ zmarł na skutek wypadku, do którego doprowadził kompletnie pijany kierowca.
Roman miał jeszcze jedną pasję, mianowicie potrafił latać w eterze. Kiedy byłem u niego w domu, popijając kawę i przegryzając ciasto, byliśmy na całym świecie. Zrobiliśmy kilkaset tysięcy kilometrów za pomocą krótkich fal. Mianowicie, Romana drugą pasją było bycie „krótkofalowcem”. Rozmawiał z ośmioma kolegami po angielsku. W Japonii, Ameryce, czy Anglii – wszędzie gdzie się połączył, czuć było miłą, sympatyczną atmosferę rozmowy. Dopiero po zakończeniu poszczególnej rozmowy, Roman tłumaczył mi, o czym rozmawiali. Na dachu swojego domu miał miedziane druty, które służyły za anteny.
Roman, znając Twój upór w zdobywaniu i osiąganiu tego, co sobie wymarzyłeś, znając Ciebie, wcale bym się nie zdziwił, jakbyś któregoś dnia zadzwonił do mnie z opowieściami, co tam nowego wymyśliłeś.
Roman zdobył najpierw Mistrzostwo Wielkopolski, potem Polski, następnie Europy, sięgnął nawet po Mistrzostwo Świata.
Na lotnisku w Kobylnicy i Kąkolewie czuł się, jak dziecko w cukierni. Z każdej wyprawy na mistrzostwa przesyłał mi pocztówkę z podpisem „z lotniczym pozdrowieniem”.
Romanie Wawrzyniaku – pilocie, instruktorze, teraz ja ostatni raz w życiu napiszę – z lotniczym pozdrowieniem
Zbigniew Tomaszewski.

Gdy 29 marca 2012 roku urodziła się Oliwka, rodzina była bardzo szczęśliwa. Cieszyli się wszyscy. Dziewczynka była cudowna i bardzo ruchliwa. Nic nie zapowiadało, że spokój bskch zostanie zaburzony. Po pewnym czasie coś niepokojącego zaczęło się dziać z dzieckiem. Płakało w dzień i w nocy i nie dawało się uspokoić. Oliwka była zbyt mała i krucha, aby można było zwlekać. Rodzice mieszkający w Granowie udali się do lekarza. Dziewczynka została poddana serii badań. Niestety diagnoza była okrutna. Lekarze orzekli, że u Oliwki wystąpiło dziecięce porażenie mózgowe.
Zaczęła się walka z tą chorobą. Regularne stały się wizyty u neurologa. Niestety u dziewczynki zaczęły się też ataki epilepsji. Padaczki przytrafiały się kilka razy w tygodniu. Zdecydowana poprawa nastąpiła w 2019 roku, kiedy to lekarz zaordynował leki homeopatyczne. Ataki też się przytrafiają, ale rzadko.
Wszystko zostało podporządkowane walce z tą chorobą. Wsparcie dla Monkii, mamy dziewczynki – która na wskutek licznych nieporozumień rozstała się z mężem i wróciła do rodzinnego domu – dali jej rodzice.
Zgodnie z sugestią lekarza najbliżsi zadecydowali, że trzeba podać dziecku komórki macierzyste. Pozyskali honorowego dawcę, ale okazało się, że nie pasują do organizmu dziewczynki i poszły do „banku”. Koszt tego zabiegu wyniosły ponad 30 tys. złotych. Pomoc rodzinie w zebraniu środków na ten cel zaoferowała Szkoła w Granowie. Dodatkowo zbierano datki podczas turnieju piłki nożnej w Grodzisku Wlkp.
Nadal trwała walka o stworzenie Oliwce, jak najlepszych warunków do życia. Były dojazdy do Kościana, aktualnie do Grodziska na rehabilitację. Korzystano z komory hiperbarycznej. Do domu sprowadzono specjalny wózek, krzesełko i pionizator. Wszelkie te starania pozwalają trzymać przy życiu ukochaną Oliwkę.
Niestety nie ma z nia werbalnego kontaktu. Reaguje jednak na głosy bliskich. W przewadze leży w łóżeczku lub kanapie. Jest pogodna i uśmiecha się do swoich „aniołków”. Jest bardzo ruchliwa.
Aktualnie Oliwka cztery razy w tygodniu dowożona jest na pięc godzin do przedszkola w Grodzisku Wlkp. oraz jeden raz w tygodniu prywatnie na rehabilitację do Łodzi koło Stęszewa. Wozi ją mama.
Regularne muszą też być wizyty u lekarzy, leczenie i intensywna rehabilitacja oraz inne środki. Wszystko pochłania zebrane pieniądze. Pomimo wsparcia najbliższych i Centrum Pomocy Rodzinie, gotówki wciąż brakuje. Z pomocą spieszą też przyjaciele i znajomi.
Włączył się też do tego „Kurier lokalny”, który zamieścił ogłoszenia o możliwości odpisania i przekazania na Oliwkę Kalembę 1 procentu z rocznego zeznania podatkowego.
Ten tekst ma też przybliżyć dziewczynkę i otworzyć serca ludzi. Pomoc jest potrzebna. Dziewczynka w tym roku kończy 8 lat.
Można wpłacać darowizny przez cały rok na konto:
Fundacja dzieciom „Zdążyć z Pomocą” Alior Bank S.A.
42 2490 0005 0000 4600 7549 3994, tytułem: 24857 Kalemba Oliwia – Darowizna na pomoc i ochronę zdrowia
Kilka zdań, które przybliżą dziecięce porażenie mózgowe – chorobę Little’a (MDP). To Wiliam John Littl’e był zdania, że ta choroba powstaje w wyniku uszkodzenia płodu w łonie matki podczas ciąży, pomiędzy 26 lub 34 tygodniu lub podczas, albo po porodzie. Z kolei psychoanalityk Zygmunt Freud uznał, że MDP jest spowodowana wcześniejszym uszkodzeniem płodu oraz nieprawidłowości rozwojowe w łonie matki. Ta teza jest najbardziej trafna. W trzydziestu procentach jednak nie udaje się ustalić przyczyny schorzenia, stąd często nazywane jest „chorobą bez definicji”. Ustalono, że na świecie choruje na nią około siedemnastu milionów ludzi.
Choroba ta jest nieuleczalna, można wielu przypadkach. Można ją minimalizować poprzez korzystanie z rehabilitacji polegającej m.in. na fizjoterapii, a także poprzez przyjmowanie lek