niedziela, 17 Listopad 2019

2019 Kwiecień

Aktywność rodziców dzieci ze Szkoły w Modrzu

Takie spotkania jednoczą ludzi, scalają środowisko i budują dobre emocje – tak można powiedzieć o imprezie, jaką zorganizowały trzy pomysłodawczynie, nauczycielki z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Modrzu w gminiw Stęszew.
Agnieszka Kempa, Jolanta Pilarczyk i Beata Wangin zachęciły rodziców swoich przedszkolaków, by ci zechcieli – pod patronatem Szkoły – przygotować spektakl „na wesoło” i zaprezentować go, najpierw uczniom Szkoły, a wieczorem zaproszonym gościom i mieszkańcom Modrza, Wronczyna, Zaparcina i Drożdżyc, bo z tych wiosek dzieci uczęszczają do modersiej Szkoły.
Całość zaczęła się w piątek 5 kwietnia o godzinie 19-tej, a rozpoczęła narratorka Izabela Gawron następującycmi słowami:
– Niezwykłe to miejsce: kulisy, kurtyna. Trzy dzwonki – za chwilę się spektakl zaczyna. Już cisza zapada, reflektor mrok tnie, bo zaraz na scenie coś zacznie dziać się. Bawimy się w teatr – to świetna zabawa, bo można tu kogoś innego udawać. Bawimy się w teatr z zapałem dziecinnym, to miłe przez chwilę być całkiem kimś innym. Chcemy wam przedstawić bajkę dobrze znaną, od wieków Kopciuszkiem nazywaną. Dodaliśmy szczyptę humoru, bo to nikomu nie szkodzi, a nawet pomoże – życie wam osłodzi. Koniec mego wymądrzania, czas przecież ucieka. Wesoła zabawa już tu na was czeka!
W tym momencie na scenie pojawiły się cztery bohaterki Kunegunda, Petronela, Macocha i Kopciuszek. W te postaci wcieliły się Macocha – Danuta Tomaszewska, Petronela – Dorota Borowska, Kunegunda – Małgorzata Derda i Kopciuszek – Magdalena Sikorska.
Niebawem z radia popłynęła muzyka, a widzowie usłyszeli komunikat, że Królewicz Adaś zaprasza wszystkie dziewczęta na bal do dyskoteki „Spełnione marzenie” w sobotę na godzinę 18-tą.
Kopciuszek słysząc to odezwał się w te słowa:
– Ach, jak mi żal, że nie dla mnie ten bal. Dżinsy podarte, bluza flanelowa, to przecież nie jest kreacja balowa …
Na te żale zareagowała wróżka i przybyła szybko z następującą ofertą:
– Chociaż życie nie jest lekkie, ma słoneczne strony. Tu sa buty i suknia balowa. Ja ciebie, jako wróżka będę sponsorować. Ubierz się szybciutko, pomaluj staranie. Niechaj świat się przyjrzy, tak uroczej pannie. Choć do dyskoteki droga jest daleka nich cię to nie martwi, bo Mercedes czeka. Lecz pamiętaj, co Ci mówi Dobra Wróżka: równo o 12-tej spadnie czar z Kopciuszka, zostaniesz w łachmanach na parkiecie.
Wręczyła dziewczynie piękną suknie i buciki, a na scenę wjechałą piękna kareta, którą powoził Sebastian Grzelewski.
W tym czasie na królewskim dworze na pięknych, tronowych fotelach usiedli Król i Królowa, którzy nakazali Królewiczowi wybrać sobie, z przybyłych dwórek przyszłą żonę.
Panny przyjechał, ale on nie może się zdecydować. Tak jest do momentu, gdy wjechała kareta z Kopciuszkiem.
Trwał bal. Królewicz z Kopciuszkiem tańczyli, cieszyli się wieczorem, aż do momentu wybicia godziny 12-tej. O północy ona – jak to w tradycyjnej bajce bywa – wybiegła gubiąc pantofelek.
Ponieważ bucik był znanej marki, Królewicz zadzwonił do firmy i poprosił, by sprawdzono w komputerze, kto ostatnio kupował złote pantofelki o numerze 36 i cześć.
Usłyszał wtedy w słuchawce:
– Już chwileczkę, bo moja mysz, właśnie zaczyna kabel gryźć. Już! Już! Złote pantofelki kupowała wróżka. Ą jak wróżka, to dla Kopciuszka.
Pojechał Królewicz w teren, aż dotarł do domu Kunegundy, Petroneli i Kopciuszka. Nie pasował butek na dwie pierwsze stopy, ale jak ulał był na nogę Kopciuszka.
– Patrz, bucik pasuje na Twą małą nóżkę! Już stąd nie odejdę – zostanę z Kopciuszkiem – powiedział Królewicz Adaś. Zawsze będę kochał – przyrzekam to święcie. Ą teraz szykujmy weselne przyjęcie.
Pani narrator kończąc opowieść powiedziała:
– W starych bajkach nudno, już przejadł się morał. Nowe zakończenia wymyślić już pora. Kapturek nie skończy życia tak tragicznie. Zamiast zabić Wilka może być wesoło:
Drapieżnik dostanie przydział do ZOO. Smok nie zginie śmiercią okrutnie banalną
Pragnienie ugasi wodą mineralną. Jasio i Małgosia nie obgryzą ściany, która jest z pierników Wedla i Goplany. Ejże, Babo Jago, nie strasz ich niewolą, bo bez konserwantów pierniki jeść wolą A Kopciuszek z księciem wesele wyprawiają i w podróż poślubną na Kretę wyruszają
Do tego dodała Wróżka:
Chociaż stare baśnie znały pokolenia, Dzieci im wymyślą nowe zakończenia.
Na koniec zaśpiewano piosenkę:
– Pięknie dziękujemy wszystkim za uwagę. Prosimy o brawa za naszą odwagę.Bo my nie aktorzy, ale jeszcze dzieci. Cieszyć się będziemy, gdy klaskać będziecie!
Rodzice przygotowali do lokalnej społeczności po raz drugi taki występ. Poprzedni nosił tytuł: „Królewna Śnieżka i 7 krasnoludków”. Za rok zespół chce przygotować kolejny spektak. Ma to być „Alibaba i 40 rozbójników”
Gdy rodzice i nauczycielki przygotowywały program, pomagali im w tym inni. Na szczególne wyróżnienie zasługuje choreograf, wykonawca dekoracji i większości elementów wystroju sceny Joanna Szczepaniak. Z kolei radio z kartonu wykonała i jako nadajnik wystąpiła Joanna Gawron-Urbaniak z Drożdżyc. Ona też wykonała piękny, stojący zegar pokazujący północ.
Zaproszenie gości do szkolnej sali gimnastycznej w Modrzu stało się okazją, by podłączyć inną ważną sprawę. Przy tej okazji zaproszono 8-letnią Hanię ze Stęszewa, której rodzice zbierają duże pieniadze na operację. Dziewczynka ma zespół Downa, złożoną wadę serca pod postacią niezbalansowanego kanału przedsionkowo-komorowego, niedorozwój prawej komory serca, ubytek przegrody międzyprzedsionkowej, zwężenie tętnicy płucnej i przetrwały przewód tętniczy.
Więcej można dowiedzieć się z relacji taty zamieszonym na portalu
– Obecnie Hanka chodzi już do 2 klasy szkoły podstawowej specjalnej. Bardzo lubi swoją szkołę i wszystkie dzieci, jednak jej małe serce słabnie. Każdego dnia przyjmuje leki, żeby je wspomóc. To jednak za mało. Sine usta i paluszki są coraz bardziej widoczne. Coraz więcej wysiłku potrzebuje serce naszej Hani, aby dalej żyć. Bez operacji pewnego dnia może się zatrzymać, a wtedy nasze serca pękną na pół. Proszę, pomóżcir nam uratować córeczkę…
Czekaliśmy na Hanię z utęsknieniem. Pojawiła się na świecie 28 maja 2010 roku, maleńka, śliczna, bezbronna. Pierwsza operacja odbyła się po 4 miesiącach i zakończyła się sukcesem. Wrótce pojawiły się komplikacje. Serduszko stanęło, Hanię trzeba było reanimować. Potem była druga operacja (Glenna) odbyła się rok później. Hania po przewiezieniu, na salę pooperacyjną dostała paraliżu lewej części ciała. Nie potrafiła ruszyć główką, ręką, nogą, nie reagowała na żadne bodźce, nie było z nią kontaktu. Była bardzo słaba. Na szczęście codzienna rehabilitacja przynosiła efekty. Ręka powoli wracała do sprawności. Kolejny pobyt w szpitalu, to rok 2014 i cewnikowanie serca. Trzeba było ocenić, czy serduszko jest gotowe do kolejnej operacji metodą Fontana. Wyniki badań nie były dobre. Za duże ciśnienie w płucach, względem ciśnienia w serduszku. Za duże ryzyko, żeby operować. Niedawno mieliśmy konsultację światowej sławy specjalisty od dziecięcych serduszek, który zakwalifikował Hanię do operacji. Dlatego chcemy jak najszybciej oddać Hanię w ręce najlepsze z możliwych, co jednak wiąże się z ogromnymi kosztami.
Uczniowie ze Szkoły w Modrzu przygotowali kolorowe serduszka i sprzedawali je za 5 złotych. Widzowie kupowali. Tego wieczoru zebrano ponad tysiąc złotych. Wcześniej także promowano zbiórkę. W efekcie zebrano dla Hani około 2.700 złotych. Na pomysł połączenia obu zdarzeń wpadła jedna z mam – Małgorzata Pachurka. Nad przygotowaniem akcji pracowali uczniowie klasy piątej „b” pod opieką nauczycielki języka polskiego, jednoczesnie wychowawczyni Wiolety Michalak.
Więcej szczegółów o Hani i możliwości pomocy można znaleźć na stronie www.siepomaga.pl
Ewa Noga-Mazurek

Noblista związany z Rakoniewicami
Robert Koch, swoją drogę do sławy zapoczątkował w Rakoniewicach. Odkrył on prątki gruźlicy, bakterie wywołujące wąglika, cholerę. Dostał za to Nagrodę Nobla.
Współtwórca bakteriologii i pionier współczesnej nauki o chorobach zakaźnych, urodził się 11 grudnia 1843 roku w Niemczech w miejscowości Clausthal w górach Harzu. Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał aż 13-ściorga rodzeństwa. Jego ojciec był urzędnikiem górniczym.
Robert Koch od młodości interesował się zbieraniem i katalogowaniem roślin, gromadził minerały i konserwował ptaki, płazy, gady. Zdał maturę i jako prymus skończył studia na Uniwersytecie w Getyndze. Po studiach powierzono mu asystenturę na

uniwersytecie, jednak po zdaniu egzaminu na doktora nauk medycznych podjął praktykę lekarska. Pracował w Hamburgu w tamtejszym szpitalu, następnie w zakładzie dla umysłowo chorych pod Hanowerem.
Po wojnie prusko-francuskiej, w której wziął udział, jako ochotnik, po trzech latach od uzyskania egzaminu państwowego na lekarza, względy ekonomiczne zmusiły go do podjęcia wolnej praktyki lekarskiej. Rozpoczął tam badania, które przyniosły mu sławę. W tym czasie Koch w 1866 roku ożenił się z Emmy i zaczął pracować, jako lekarz w miejscowości Langenhagen (okolice Hamburga). Niebawem na świat przyszło ich jedyne dziecko – córka Gertrude. Na dwudzieste dziewiąte urodziny otrzymał od żony mikroskop. Koch rzeczywiście docenił ten przyrząd i urządził sobie w mieszkaniu laboratorium bakteriologiczne, stopniowo kompletując wyposażenie.
Niebawem z młodą małżonką w lipcu 1869 roku, mając niespełna 26 lat, sprowadził się do Rakoniewic. Zamieszkał na ulicy Pocztowej 13. Tutaj rozpoczął praktykę lekarską Początkowo nie cieszył się zaufaniem mieszkańców Rakoniewic. Był traktowany przez Polaków, jako obcy – Niemiec. Trwało bowiem nasilenie akcji germanizacyjnej. Z uwagi na młody wiek nie darzyli go zaufaniem miejscowi Niemcy. Rakoniewiczanie przekonali się do działalności nowego lekarza, kiedy szczęśliwie udało mu się wyleczyć skomplikowaną ranę postrzałową polskiego ziemianina. Wtedy zdobył rozgłos i poważanie wśród mieszkańców i kiedy jego kolejne diagnozy okazywały się trafione, zdobywał coraz więcej pacjentów z terenu Rakoniewic i sąsiedniego powiatu kościańskiego.
W tym czasie zaintrygował go wąglik, groźna choroba, która dziesiątkowała wówczas bydło. W długiej serii doświadczeń Koch wyizolował laseczki wąglika, znalazł metodę ich kontrolowanej hodowli, poznał cały cykl życiowy i wykazał, że to one są przyczyną choroby. W kwietniu 1876 roku uczony zawiózł swoje przyrządy i próbki do Wrocławia i tam zademonstrował je, wywołując wielkie wrażenie. Właśnie tak nieznany przedtem nikomu lekarz z prowincji stał się sławny.
W 1880 roku powołano Kocha na stanowisko dyrektora utworzonego w Berlinie laboratorium badania bakterii wywołujących gruźlicę
Znów jednak ekonomia sprawiła, że Koch w momencie wybuchu wojny francusko – pruskiej w 1870 roku zgłosił się do wojska i jako ochotnik przeszedł szlak bojowy armii pruskiej do Metzu. Po zwycięskiej dla Prus wojnie powrócił do Rakoniewic i równolegle oprócz pracy lekarskiej podjął pierwsze, skromne badania bakteriologiczne. W 1872 roku zdał egzamin „fizykalny” uprawniający do objęcia funkcji lekarza powiatowego. Ówczesny starosta babimojski (Rakoniewice- administracyjnie należały w tym czasie do powiatu babimojskiego) powołał go na to stanowisko. R. Koch wraz z rodzina przeniósł się wtedy do Wolsztyna.
Tam znalazł lepsze i wygodniejsze mieszkanie, a dzięki uprzejmości wolsztyńskiego aptekarza Józefa Knechtla – zamożnego mieszczanina podjął badania w jego przy aptecznym laboratorium. Pracując tam odkrył w 1876 laseczkę wąglika (w tym czasie bakteria ta dziesiątkowała stada owiec, bydła i kóz w okolicy, zarżała również ludzi) W 1878 opisał gronkowce. Te sukcesy zwróciły na niego uwagę i sprawiły, że Koch dostał propozycję wyjazdu do stolicy Niemiec.
Od 1880 został radcą Cesarskiego Wydziału Zdrowia w Berlinie, gdzie przeprowadził większość dalszych badań. W 1882 odkrył prątki gruźlicy, w 1883 (podczas wyprawy do Indii) przecinkowca cholery. Publikował traktaty naukowe z dziedziny medycyny.
W 1885r. został profesorem uniwersytetu w Berlinie. Podczas pracy naukowej wykrył szereg drobnoustrojów, opracował doskonalsze techniki badań bakteriologicznych. W 1890 z przesączu hodowli prątków gruźlicy otrzymał tuberkulinę, która nie okazała się lekiem przeciwgruźliczym (jak tego oczekiwał Koch), ale jest wykorzystywana w diagnozowaniu gruźlicy i badaniu związanych z tą chorobą zmian uczuleniowych (tzw. odczyny tuberkulinowe).
W latach 1891-1904 Koch był dyrektorem stworzonego specjalnie dla niego Instytutu Chorób Zakaźnych w Berlinie (późniejszego Robert-Koch-Institut). W uznaniu zasług w 1905 roku otrzymał Nagrodę Nobla za całokształt swych badań nad gruźlicą.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Koch w 1889 roku poznał Hedwig Freiberg, młodszą o trzydzieści lat aktorkę i zakochał się w niej. Chciał rozwieźć się z żoną Emmy. Ponieważ potrzebował gotówki, miał nadzieję ją uzyskać dzięki tuberkulinie. Małżeństwo z Hedwig w 1893 roku i sprawa tuberkuliny silnie nadszarpnęły reputację naukowca.
Mimo wszystko Koch kierował utworzonym w Berlinie w 1891 roku Instytutem Chorób Zakaźnych. W 1905 roku otrzymał Nagrodę Nobla z fizjologii i medycyny. Pięć lat później zmarł na serce w Baden-Baden.(opr. seb, maz)

ZŁOTE MYŚLI ZBIGNIEW TOMASZEWSKI: -Po lecie zima, a bogactwie bieda, -Pan Bóg dał kobiecie piękne ciało, diabeł tatuaże. -Jak byłem dzieckiem miasto Stęszew skradło mi moje serce. -Uważaj jeśli w życiu masz pod górkę i wieje Ci ciągle wiatr w oczy – możesz zostać samobójcą, wielkim człowiekiem lub mordercą, wybór należy do ciebie. -Chcesz dostać w twarz? Za co? – za całokształt.-Mam taką samą pracę jak lekarz, ja ratuje życie zabytków, a lekarz życie ludzi. -Człowiek za wesoły? To są pozory? Dostaniesz w nos pstryczek i atoli stryczek. -Widziane czterema oczami dwa serduszka – to jest miłość. -Na początku wszyscy pionierzy są niezrozumiali dla wszystkich, doświadczył tego Mikołaj Kopernik. Cudem uniknął śmierci w płomieniach na stosie.
PRZYSŁOWIA INNYCH AUTORÓW: -Trudno być kowalem własnego losu w cudzej kuźni. – Jacek Wejroch, -Im więcej kontrolerów, tym więcej złodziei. – Przysłowie polskie, -Wszystko, co doskonałe, dojrzewa powoli. –Arthur Schopenhauer, -Żyjemy nie tak jak chcemy, lecz tak jak potrafimy. –Demokryt z Abdery. -Używaj dnia, jak najmniej ufając przyszłości. – Horacy, -Nie cel jest ważny, ale droga do celu. – Konfucjusz, -Nigdy nie dostrzegamy skarbów, które mamy tuż przed oczyma. –Paulo Coelho, -Cierpienie czyni człowieka przewidującym, a świat przejrzystym. –Victor Emil Franki, -Cierpienie daje prędką dojrzałość. – Joseph Conrad, -Cierpienie jest jednym z bardziej dominujących doznań życiowych. – Anonim

Jak to z Żydami w Polsce było część 30

Zbrodnie przeciwko ludzkości nigdy nie ulegają przedawnieniu.
Gdy mówią pieniądze, prawda milczy.
W ostatniej części wkradł się błąd w druku, pod fotografią 1994 rok prześladowanie Cyganów przez milicję, powinno być 1964 rok. Wracamy do mordowania Cyganów w czasie ostatniej wyprawy krzyżowej. nieudanej w latach 1939 – 1945.
Dzieje Cyganów w Europie, to historia prześladowań. Najsroższe prześladowania cierpieli w krajach zachodniej Europy, skąd wielu uciekało (zwłaszcza w ciągu XVI w.) do Polski. Ale i tutaj wydano kilka postanowień o wypędzeniu Cyganów, grożąc nawet karą banicji szlachcie, która by w swych posiadłościach chroniła Cyganów. Te antycygańskie ustawy często nie były przestrzegane i Cyganie dość swobodnie osiedlali się w wioskach, wędrowali po kraju, a nawet byli zaciągani do wojska.
Wkrótce po uchwaleniu Konstytucji 3-go Maja, w której tworzeniu uczestniczył właściciel Stęszewa Antoni Barnaba Jabłonowski i podpisał projekt Konstytucji 3-go maja, na zamku królewskim w Warszawie, w jednej z sal wiszą portrety wszystkich twórców Konstytucji 3-go Maja, wśród nich wisi portret naszego rodaka ze Stęszewa. Aż się prosi, aby w Stęszewie na Rynku stanął dumny pomnik Księcia Antoniego Barnaby Jabłonowskiego, a u jego stóp trzy piękne kozy ze wspaniałymi rogami. Do dzisiaj na Stęszew okoliczna ludność mówi Koźlary. Możemy przeczytać w pamiętniku matki księcia – Doroty, jak to mały Antoś biegał po rynku w Stęszewie, a za nim stado kóz.
Wracając do tematu. Wkrótce po uchwaleniu Konstytucji wydany został w 1791 roku uniwersał, który głosił „tego gatunku ludzie nie są wyjęci spod opieki rządowej i każdemu wolno jest przyjąć Cygana na posiadłość lub w służbę, do wsi swojej i komisję wojskowe nie mają pod tytułem włóczęgów ich aresztować”
Jednak znacznie surowiej, niż w Polsce traktowano Cyganów w tych krajach sąsiadujących z Polską, gdzie obowiązywały prawa cesarstwa niemieckiego. Zacytuję dwa fragmenty dokumentów:
– Wciąż podróżują, a przez to nie tylko wszelkim oszustwem gminnemu człowiekowi wielkie szkody czynią, a także pozwalają sobie całkiem karygodnie szkodzić na ciele i życiu. Kłopotom im postanowiliśmy zapobiec i dlatego zdecydowaliśmy tę niepotrzebną rabuśniczą i kraj nawiedzającą Hołotę rychło z kraju wypędzić.
Są to słowa z listu z 1619 roku Księcia Christiana. 3 lipca 1943 roku w wiosce Szczurowej, watykańscy zakonnicy w czarnych mundurach i białych rękawiczkach na pazurach, trudno jest mi napisać rękach, z napisem na pasach „Bóg z nami” rozstrzelali Cyganów. Wśród zamordowanych było 42 dzieci, niektóre miały tylko dwa tygodnie.
Dla banku Watykanu i banków szwajcarskich śmierć dzieci i rzeka krwi była nieważna, liczyło się tylko zabrane od zamordowanych złoto.
Spośród innych masowych grobów jest wszakże jeden, który się szczególnie wyróżnia. To grób pomordowanych Cyganów na obecnym terenie Polski. Pochowano w niej 93 Romów – całą niemal osadę ze skraju wsi Szczurowa. W osadzie tej mieszkała grupa około 100 Romów. W Szczurowej żyli też w podobnej liczbie Żydzi.
Romowie, mimo że biedni, żyjący w izolacji od reszty wsi, byli z ludnością miejscową bardzo zżyci. Istniało tu nawet kilka małżeństw mieszanych polsko-romskich.
SS-mani, czyli nowocześni krzyżacy watykańscy, zakonnicy, w pierwszej kolejności wymordowali tutejszych Żydów. Mord ten dokonał się jednak z daleka od wioski. W 1942 roku wszystkich Żydów wysiedlono do Getta w mieście, skąd wysłani zostali do obozu śmierci. Ich zakłada dokonała się gdzieś poza świadomością mieszkańców wsi.
Zupełnie inny los spotkał mieszkańców cygańskiego osiedla. Na nich przyszła kolej rok później. Rychłym rankiem 3 lipca 1943 roku otoczono osadę, pod którą przyjechały furmanki powożone przez zmuszonych do tego miejscowych chłopów. SS-mani Niemcy załadowali cygańskie rodziny na wozy i odwiózłszy ich na cmentarz w Szczurowej, mordowali z broni maszynowej. Zginęły tego dnia 93 osoby, od niemowląt po starców. Pochowano ich wszystkich we wspólnej mogile. Kilkoro Romów ocalało, w tym pięcioletnia dziewczynka, która rychło rano pobiegła do wioski. Była świadkiem mordu swoich rodziców i dziadków.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski

W Niedzielę Palmową „osiołkiem” pod kościół
W pewnym roku tak się zdarzyło, że w Niedzielę Palmową Pan Jezus na „osiołku” wjechał, aż pod ołtarz kościała Świętego Ducha w Kościanie.
W kolejnych bez względu, czy był to osiołek, czy kucyk przynosił na grzbiecie Syna Bożego pod drzwi świątyni.
Także i w tym roku zgodnie z tradycją parafii przygotowano barwny orszak.
Był Jezus, apostołowie i wierni z palmami. Nie mogło zabraknąć „wierzchowca” z hodowli rodziny Pawlaków o imieniu „Kubuś”.
O godzinie 12-ej ksiądz Artur Włodarczak przyszedł do wiernych, zgromadzonych na placu przy kościele, przeczytał ewangelię, odmówił modlitwę i poświęcił palmy. Dalej Pan Jezus na kucyku, w asyście ministrantów, dzieci i dorosłych, ruszył w orszaku ze śpiewem, pod drzwi świątyni. Po chwili w kościele rozpoczęła się msza święta
Kilka zdań z historii o tym, ważnym dla chrześcijan wydarzeniu.
Niedziela Palmowa zwana też Niedzielą Męki Pańskiej, a także „Kwietną” lub „Wierzbną” przypada na siedem dni przed Wielkanocą.
Święto to zostało przez kościół ustanowione na pamiątkę przybycia Jezusa do Jerozolimy. Jak podają ewangeliści tego dnia Syn Boży wjechał do miasta na ośle.
W naszym kraju Niedziela Palmowa obchodzona jest od średniowiecza. Według obrzędu katolickiego wierni w tym dniu przynoszą do kościoła palmy, symbol odradzającego się życia. Zgodnie z wolą Papieża Jana Pawła II od 1986 roku, w tę niedzielę obchodzony jest Światowy Dzień M

łodzieży.(k)

Tradycja obdarowywania dzieci przez zająca w okresie przed Świętami Wielkanocnymi znana jest od wieków. Rodzice w dzień poprzedzający tę datę, najczęściej w pierwszy dzień Świat, do przygotowanych koszyczków wkładają jajka, słodycze oraz drobne upominki.
Zwyczaj ten przyjął się też w żłobkach i przedszkolach. Dla milusińskich przygotowywane są konkursy, gry, zabawy i podarunki.
Tak też było 13 kwietnia w Centrum Rozwoju Dziecka Matyldy Weiske – Beszterdy przy ul. Grodziskiej w Kościanie. Dla swoich podopiecznych przygotowano szereg atrakcyjnych niespodzianek. Milusińscy brali aktywny udział w przygotowanym na ten dzień programie. Oczywiście szukały i sprawdzały zawartość swoich upominkowych koszyczków. Były też dyplomy za udział w warsztatach i pamiątkowe fotografie. (k)

Konne taxi i czarownica – teksty na prima aprilis
Tradycją w „Kurierze lokalnym” stały się żarty na prima aprilis. Nie inaczej było w tym roku. Ukazały się w „KL” dwa teksty pt. „Konne taxi w grodzie nad Lipnem” i „Pojmana czarownica na ścianie Muzeum”. Wiemy od naszych czytelników, że byli sensacyjnymi wiadomościami zaskoczeni, ale zarazem ubawieni. Podobało się, a to najważniejsze.
Za rok znów będzie 1 kwietnia.(k)

W Konojadzie dla pań
W sobotę w Sali Wiejskiej w Konajadzie odbyło się spotkanie dla pań z okazji ich niedawnego święta Dnia Kobiet.
Organizatorami imprezy byli Rada Sołecka na czele z panią sołtys Konojadu Magdalena Moskaluk oraz miejscowe Kolo Gospodyń.
Wśród gości byli m.in. Starosta Powiatu Grodziskiego Mariusz Zgaiński, Wójt Kamieńca Piotr Halasz, ks. proboszcz z parafii pw. Św. Andrzeja z Konojadu Zimowit Stodolny.
Przybyłe panie powitał i życzenia o treści paniom złożył przedstawiciel Rady Sołeckiej Krzysztof Poznaniak. Powiedział do zebranych:
– Szanowne panie, drogie dziewczyny, wnuczki, babcie, matki i żony, stoję przed wami z tej to przyczyny, by słowa życzeń rzec w waszą stronę. Za waszą pracę, opiekę i troskę, za pomoc wszelką w trudzie życia, niech was ochroni opaczność boska, w codziennym, znojnym, mozolnym by

cie.
Niech wam fortuna życia służy. Niech wam nie brakuje nigdy miłości. Niech nigdy nic spokoju nie burzy, a twarze rozświetla uśmiech radości. Niech się wam ziszczą wszystkie marzenia, w zdrowiu i szczęściu lata niech płyną.
Od wszystkich mężczyzn szczere życzenia. Niech wam dni słońca nigdy nie zginą. Wszyscy mężczyźni Wam tego życzą. Ci z Konojadu, powiatu, gminy. Księdza proboszcza też tutaj liczę. Po stokroć szczęścia wszystkim dziewczynom.
Następnie w scenkach z życia kobiet i w piosence panie bawił Kabaret Buczanki z Bucza, działający przy tamtejszym Kole Gospodyń. Występujących nagrodzono brawami na stojąco.
W układach tanecznych zaprezentował się żeński zespół z Wielichowa „Jak nie my, to kto”.
Organizatorzy zadbali również o podniebienia pań i przygotowali słodki poczęstunek przy kawie. Potem była ciepła kolacja. Za profesjonalną obsługę tego dnia odpowiadali panowie. Wszystkie panie tego dnia obdarowano słotkimi batonikami.
W skład Rady Sołeckiej Konojadu weszli: Tomasz Kociemba, Michał Moskaluk, Zdzisław Przybyła, Krzysztof Poznaniak, Beata Dudkowiak i Marlena Napierkowska.
Przewodniczącą Koła Gospodyń w Konojadzie jest Honorata Prałat.
Najstarszą uczestniczką spotkania była 89-letnia Marianna Młynarek.(MK)

Wiecznie niezadowoleni
– Znasz powiedzenie – jak dają to bierz, a jak leją to uciekaj – mówiący te słowa Marian Lichy spoglądał na Hipolita Mizerkę.
Ten drugi bez namysły odparł:
– Pewnie że znam. Mało tego odnośnie prezentów, bo zapewne masz je na myśli, to powiem, ci, że z tym to są dopiero jaja.
– Hola, hola! Za kilka dni Wielkanoc i nie wyskakuj mi tu, jak Filip z konopi, ze symbolami – zastopował kumpla Marian.
– Do świąt jeszcze powrócimy – niezrażony mówił Hipolit. Posłuchaj! Mój brat Wawrzyn, wiele lat temu, na prezent ślubny dostał od kuzyna Feliksa Buły maszynkę do mięsa, wartą pięć złotych. Jakby tego było mało, to łącznie od gości i delegacji dostał ich sześć. O ironio, u rzeźników towaru nie było, a tu urządzeń od rozdrabniania mięsiwa pół tuzina.
– Co zrobił z takim urodzajem? – ze śmiechem zapytał Marian.
– Co, co? Nadwyżkę puszczał do ludzi dając je na prezenty ślubne i różne lecia . Karuzela byle jakich darów się kręciła – spokojni wyjaśniał Hipolit.
– Nie będziemy ględzić o tym, co było przed pól wiekiem, ale o aktualnej sytuacji społecznej – przerwał Marian. Taka zmiana tematu lekko wnerwiła Hipolit i już chciał się odezwać, ale spojrzał na srogą minę kumpla i się powstrzymał.
– Zobacz, jak to jest! – zaczął Marian. Ktoś może otrzymać wcale niemałe pieniądze i ciągle coś mu nie pasuje. Tak przynajmniej przed innymi udaje. Pożal się Boże osobnik z gołą dupą, a do tego z licznymi kredytami, ale kręci nosem i smęci, że powinno być inaczej i jeszcze więcej.
– Ale przecież każdy w tym kraju bierze, obojętnie ile by tego grosza nie było! – nie wytrzymał Hipolit.
– Niby tak, ale każdy ma swoja filozofię. Mam na myśli, od kogo, za co, ile tej „kasy” ma otrzymać i czy jest to zgodne ze jego orientacją polityczną – tłumaczył Marian.
– Co ma do tego jakieś tam zapatrywanie? – dopytywał Hipolit.
– Ma, ma! I o tym cię zaraz przekonam – lekko wnerwiony tłumaczył Marian. Moja znajoma Mela Kapucha przed laty, w czasach „komuny” wygrała w totka dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Tyle wtedy płacili lub jak wolisz dawali za „piętkę”. Zamiast się cieszyć, że grosz spadł jej z nieba, ta dawaj narzekać, na ironię losu. Klęła, że tydzień wcześniej płacili osiemdziesiąt tysięcy za tyle samo trafień.
– Przybliż mi, jaką wtedy te bejmy miały siłę nabywczą? – wznosząc się na wyżyny swojej wiedzy zapytał Hipolit.
– Kobieta za wygraną mogła kupić kolorowy telewizor i pralkę wirnikową – wyjaśnił Marian.
– No to szału nie było, ale darowanemu koniowi w pysk się nie zagląda i nie bruździ – poważnie rzekł Hipolit.
– Ty to wiesz, ja to wiem i wielu normalnych ludzi też. Są jednak malkontenci, którzy z niczego i nikogo nie będą zadowoleni. Będą kręcić nosem – spokojni mówił Marian.
– Co masz na myśli, bo wiem, że ten temat mocno ci leży na wątrobie – ponownie z pytaniem zwrócił się Hipolit.
– Mam zabitego klina, ale też na samą o tym myśl cieszę się ogromnie. Powiedz, ale tak szczerze, czy coś słyszałeś, że w maju od tej władzy dostaniemy „trzynastą” emeryturę. Co o tym sądzisz? – pytaniem na pytanie odpowiedział Marian.
– Coś o tej dodatkowej kasie do mnie dotarło. Specjalnie jednak nie mam powodów do radości. Tylko tyle, trochę mało, mogliby więcej dać – stękał Hipolit.
– Nic tylko twoja Kundzia za tym stoi! – nie wytrzymał Marian. Powiedz mi, szczerze bez względu na plany żoneczki, czy cieszysz się, że dostaniesz jedną ręką dziewięć stówek.
– Masz rację – zaczął się tłumaczyć Hipolit. Moja Kundzia maczała w tym swoje grube paluchy. Gdy się o tym dowiedziała, to jednoosobowo zadecydowała, że dodatkową emeryturę już przeznaczyła na konkretny cel. Na moje pytanie, na co odparła na to, abym nie przepił jej z tym ochlapusem Marianem. Wiem jednak, że plany zakupowe miałaby Kundzia ogromne. Gderała, że trzeba by wymienić pralkę, lodówkę, robota kuchennego i wyjechać na zagraniczny urlop. Pytałeś mnie, czy się cieszę, to odpowiadam, że tak, choć wiem, że nic dla mnie nie kapnie.
– Stop stój! Bo padnę na glebę – wtrącił Marian. Wybaczam twojej połowicy tego ochlapusa. Przyjdzie pora, to coś specjalnego dla niej przygotuję. Co do jej inwestycyjnych planów, to potrzebowałaby kilka, a nie jednej dodatkowej emerytury.
– Ja też chciałem jej to powiedzieć, ale spojrzała tak na mnie, że ochota na dalszą dyskusję uważałem za zbyteczną – niemalże z płaczem mówił Hipolit.
Chwilę trwała przerwa w rozmowie pomiędzy kumplami.
– Powiedz mi przyjacielu, co ty zamierzasz zrobić z dodatkową kasą – ponownie zdał pytanie Hipolit.
Twarz Marian z lekko czerwonej zmieniła się w pulpową. Chwilę sapał zanim złapał właściwy oddech.
– Jakby ci to powiedzieć – rzekł Marian. Moja Gabrysia po szerokiej konsultacji ze mną zadecydowała, że wymienia okna w chacie. Będą wysokiej klasy plastikowe takie, co to nie przepuszczają zimna. Będą same oszczędności, a do tego nie będzie innych pokus.
– Mój przyjacielu, z całej siły Cię pocieszę. Niestety tak jak ja, z dodatkowej kasy nie będziesz miał, ani grosza dla siebie. No, ale dobra już dobra, bo za kilka dni Wielkanoc, ani na zajączka, ani na święta nic nie mamy – ironicznie biadolił Hipolit.
– „Ty nie masz nic i ja nie mam nic, to razem mamy wiele”. Tak powiedzieli kumple w jakimś filmie i po czasie zbudowali fabrykę. Mamy głowy na karku, to coś wymyślimy. Kilka dni temu w tajemnicy przed Gabrysią sprzedałem Jachowi Żabie długie buty wędkarskie. Mam drugą parę, to nawet się nie kapnie. W bucie już flaszeczka jest schowana – z radosnym błyskiem rzekł Marian.
– A ja! A ja! – wyrwał się Hipolit – też mam kilka złociszy. W kącie piwnicy zawalony stał rowerek po moje córuni Balbinie. Po cichu „klopnąłem” go gościowi, który lubuje się w takich starociach. Już też zrobiłem zaopatrzenie.
– Przed chwilą stękaliśmy, że nie mamy nic. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w jednej chwili sytuacja diametralnie się odmieniła. Mamy już na swoje „szklane” świąteczne potrzeby – rzekli kumple i z radością rozeszli się do domów.
Seweryn Kaczmarek

Droga krzyżowa ulicami osiedli
W kościołach naszego kraju, w okresie Wielkiego Postu odbywają się różne nabożeństwa, w tym „Gorzkie żale” i „Droga Krzyżowa”.
Pierwsze z nich razem z naukami i śpiewaniem pieśni odbywają się w każdą niedzielę do Świat Wielkiej Nocy.
Z kolei Droga Krzyżowa jest odtworzeniem ostatniej, ziemskiej drogi Jezusa Chrystusa idącego na śmierć i złożenie jego ciała do grobu.
Przynależni do kościoła rzymsko-katolickiego w każdy piątek uczestniczą w takim nabożeństwie, idąc od stacji do stacji, modląc się i śpiewając.
Łącznie przystają przy czternastu miejscach świątyni, w których znajdują się obrazy lub płaskorzeźby przedstawiające ostatnie chwile z życia Chrystusa.
Cyklicznie od kilkunastu lat w parafii Ś

więtego Alberta w Kościanie, w piątek poprzedzający Wielki Tydzień, odbywa się Droga Krzyżowa ulicami osiedla Jagiellońskiego i osiedla Nowe Błonie.
Nie inaczej było 12 kwietnia tego roku. O godzinie 20-tej duży, drewniany krzyż wyniesiony został na ramionach wiernych przed świątynię.
Po modlitwie orszak wyruszył na wyznaczoną trasę. Wszystkie grupy działające w kościele niosły krzyż od stacji do stacji.
Droga, którą pokonywano podzielona została na czternaście umownych, w miarę równo, rozlokowanych stacji. W miejscach tych podczas krótkiego postoju następowało czytanie Pisma Świętego, rozważania, modlitwa, śpiewanie i przekazanie krzyża.
Uniesienie duchowe oraz dobra organizacja sprawiła, że pokonanie całej trasy zajęło uczestnikom około półtorej godziny. Czasu tak naprawdę nikt nie liczył.
Zanim krzyż został wniesiony przez młodzież do świątyni, na stopniach kościoła odbyło się ostatnie czytanie, a dokonał tego wikariusz ks. Zbigniew Wiśniewski.
Proboszcz parafii Św. Brata Alberta Paweł Książkiewicz podziękował za liczne uczestnictwo. Cieszył fakt, że pomimo przejmującego zimna uczestniczyło w Drodze Krzyżowej około tysiąc wiernych. Było też sporo dzieci i młodzieży.
Nad bezpieczeństwem uczestników czuwali kościańscy policjanci z Sekcji Ruchu Drogowego. Funkcjonariuszom za wsparcie podziękował proboszcz ks. Paweł Książkiewicz. (k)

WARSZTATY WIELKANOCNE
W Szkole Podstawowej w podgrodziskim Grablewie odbyły się Warsztaty Wielkanocne dla uczniów klas zero oraz od I do III.
Zadaniem uczniów było wykonanie Palm Wielkanocnych. Czynili to pod okiem instruktorów, a były nimi członkinie Koła Gospodyń ze Słociina – panie Bożena Petrykowska, Maria Hejnar, Elżbieta Jakubowicz, Bogumiła Pisarek i przewodnicząca Koła Zofia Bartkowiak.
Prace wykonane zostały z bukszpanu i z kolorowej krepy> były to kolorowe kwiaty.
Cel tej akcji, to kultywowanie tradycji i umiejętność wykonania Palm Wielkanocnych, do tego sprawdzanie, czy młodzi ludzie potrafią ze soba współpracować. Taka akcja daje asumpt do inwencji twórczej.
Spotkanie zakończyło się wspólną, pamiątkową fotografią, do której – oprócz wykonawców – ustawiła się też dyrektor Szkoły Podstawowej w Grablewie – Barbara Kosztowna.(M