wtorek, 23 Lipiec 2019

2018 Kwiecień

Z muzyką i tańcem przez świat”

Stało się już tradycją, że delegacja kościańskich Zespołów „Obrzanie”, „Złote kłosy” i zespołu młodzieżowego grupy tańca nowoczesnego, trenowanego przez Luizę Plutę odwiedza władze powiatu, miasta i gminy Kościan. W tym roku z zaproszeniem na coroczny koncert zespołów poszła kolejna grupa. Wśród odwiedzających władzę była twórczyni zespołów Elżbieta Kirstein-Franek. Towarzyszyli jej Luiza Pluta, tancerze z grupy młodzieżowej Natalia Górniak i Piotr Michałowski.
„Obrzanie” obchodziły w ubiegłym roku 20-lecie powstania. To prawie 120 osób skupionych w trzech grupach wiekowych. Najmłodsi mają cztery, pięć latek. Swoją siedzibę mają w Szkole Podstawowej w Kiełczewie.
Elżbieta Franek utworzyła też „Złote Kłosy”. One zadomowiły się w Zespole Szkół w Bonikowie. S troje dla „Kłosów ufundował radny powiatowy, mieszkaniec Bonikowa, współwłaściciel firmy „Akwizytor” – Kazimierz Józefowski.
Mali „Obrzanie:, gdy weszli w wiek młodzieżowy utworzyli grupę tańca nowoczesnego, trenowanego przez Luizę Plutę. Solistami grupy tancznej są Natalia Górniak i Piotr Michałowski.’
Na najbliższym koncercie swoje miejsce do koncertowania znajdą wszystkie grupy, w tym „Złote Kłosy”. Śpiewają w nim dorośli.
Tegoroczny uroczysty koncert odbędzie się 29 kwietnia w Kościańskim Ośrodku Kultury o godzinie 17-tej.
Tytuł koncertu, to „Z muzyką i tańcem przez świat”.(maz)

Foto 1

Nieduży baran
– Ani się obejrzeliśmy i już po świętach. Szkoda tylko, że jest coraz mniej tradycji z nim związanych. Pamiętam, jak wiele było i jakie były ekstra – tymi słowami zwrócił się Hipolit Mizerka do Mariana Lichego.
– Jakie ty możesz pamiętać, ty mój „mizeraku” – przerwał mu ten drugi. Nazwisko masz więcej, niż kiepskie nie mówiąc o imieniu.
– A co ci się nie podoba w moim oryginalnym imieniu i szlacheckim nazwisku? – przerwał mu kumpel.
Marych pokładając się ze śmiechu mówił:
– Hipolit to pewnie pochodzi od Hipopotama, a Mizerka od ogórkowej mizerii. Ze szlachtą to ty na pewno nic, a nic nie miałeś wspólnego.
– Widzicie go Lichego, a nawet bardzo „lichego”, jak się puszy – pięknym za nadobne odpalił Hipolit. Masz szczęście, że meble nie mają nóżek, bo byś na stojąco pod nie wlazł.
Faktycznie Marych ze swoim metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu do wieżowców nie należał. Z tego powodu miał sporo docinków. Najbardziej jednak nie cierpiał przezwiska „nieduży baran”. W części wzięło to się z tego, że był krępy i miał też mocno kręcone włosy.
Nagle jak grom z jasnego nieba spadło pytanie kumpla:
– A dlaczego na ciebie tak nieładnie mówią?
Na samo wspomnienie Marychowi lekko „kopara” opadła. Po chwili jednak już uśmiechnięty walnął:
– To wszystko przez moją żoneczkę Gabrysię.
– Jak to przez twoją połowicę? – nie wytrzymał Hipolit. To ona tak cię nazwała, że niby masz twardy i zakuty łeb?
– Uważaj, bo moja cierpliwość się kończy – zły jak szerszeń wrzasnął Marych. Chcesz się dowiedzieć, dlaczego, to trzymaj pysk na kłódkę.
Od razu też zaczął opowiadać.
– Mojej Gabrieli zawsze było mało pieniędzy. Z tego powodu mi wygadywała i co rusz do czegoś mnie namawiała. Nieraz dałem się wciągnąć w jej podpowiedzi. Jak w interesach coś nie wypaliło, to winnym byłem zawsze ja. Faktem było, że klęska goniła klęskę. Już myślałem, że mam życiowego pecha.
– A cóż żeś takiego wymyślił i robił, aby zaspokoić swoją żoneczkę? –przerwał mu Hipolit.
– Było tego całkiem sporo i już ci mówię – odparł Marian. Łańcuszek do św. Antoniego, spółka hodowli jedwabników z jej matką, uprawa konopi. itd. Nic tylko w łeb sobie strzelić. Łańcuszek to klęska. Jedwabniki przemieniły się w motyle i poleciały w niebo. Za konopie niedługo poszedłbym do paki. Mamuśka, czyli teściowa wraz z moją, jak przyszła policja powiedziały, że nie wiedzą, co Marych, czyli ja tam grzebie w ziemi. I nie uwierzysz, ale przyszedł mi pomysł prosto z nieba. Dowiedziałem się od kuzola Rycha o hodowli owiec rasy wielkopolskiej. Te duże zwierzęta były opłacalne ze względu na wełnę i mięso. W tajemnicy przed moją i jej mamuśką zamówiłem z rodowodem jednego barana i sześć owiec. Pierwszego – tryka (samca) jesienią samochodem dostarczyli na moje podwórze. W tym czasie nie było mnie w domu. Moja wraz z teściową musiały pomóc go rozładować i pokwitować. Było by wszystko w porządku, ale „mamuśce” zwierzę się nie podobało. A to duży, a to źle patrzy, a to śmierdzi – zrzędziła. Zapewne także „trykowi” nie spodobała się paplająca istota. Jak tylko nadarzyła się okazja, to walnął ją rogami w „siedzenie”. Teściowa wrzeszczała, że to moja sprawka i że to ja zwierzę na nią napuściłem. Po tygodniu dojechał transport owiec samic. Te na biedę zostały w miarę spokojnie przyjęte przez moje panie. Po kilku dniach teściowa zaczęła awanturę, że zwierzęta ją denerwują. Ciągle beczą i beczą – jątrzyła. „Czy może kojarzy się manie to z ube, ube, ube?” – ironicznie zapytałem. „Dokładnie tak!” nieopatrznie odpowiedziała. Ja na to odparłem, że beczenie przypomina jej stare, dobre czasy milicji i „ubecji”. Przecież było tak niedawno, bo sześćdziesiąt lat temu. Teściowa przyjęła, to jak aluzję do jej wieku i znów z córeczką, czyli moją żoneczką postawiły mnie do pionu. I słuchaj teraz jest najważniejsze. Moja lubiła zaglądać do zwierząt, jak te miały ze sobą no wiesz „tryku, tryku, fiki, miki”. Tak jej się to spodobało, że wieczorem pod pierzynką zrobiła się bardzo uległa. No i stało się. Moja Gabrysia zaszła w ciąże. Jak się o tym dowidziała jej mamuśka, to obrażona wyjechała do swojego synusia Benka do Będlewa. Brzuszek żoneczki, jak i moje owce rosły, jak na drożdżach.
Nagle Marian zadał kumplowi pytanie:
– Czy wiesz, że lubię sobie trochę wypić?!
– Tak, tak! Trochę na dnie, ale w wiadrze – ironicznie wtrącił Hipolit.
Niezrażony tym Marych ciągnął.
– W marcu moja sądziła, że już przyszedł czas na poród. Zawiozłem ją do szpitala. Coś poszło nie tak i wszystko się przedłużało. Byłem sam w chacie i z tęsknicy chciało się czegoś mocniejszego. Grosza przy duszy nie miałem. Patrzę przez okno, a tam moje owieczki się do mnie uśmiechają. „Dobra nasza” pomyślałem sobie patrząc na ich dorodną wełnę. Zaopatrzony w nożyce poszedłem do chlewika i jedną ostrzygłem. Wełnę tego samego dnia sprzedałem. Nie masz pojęcia, jak mi się to spodobało. Zanim moja po dwóch tygodniach przyjechała do domu, to już cztery owce zdążyłem „ogolić”. Jakoś pieniądze też mi się rozeszły. Fortuna przestał mi sprzyjać. Okazało się, że mojej „kalendarz myszy zjadły” i czas rozwiązania chwilowo się opóźnił i lekarze odesłali ją do domu. Gabrysia zadowolona, że jest w chacie stanęła przy oknie od strony podwórza. Byłem cały w nerwach i modliłem się, żeby czasem owce się nie pokazały. Niestety pomyślałem to w złą godzinę. Nagle zza narożnika chlewu wybiegła jedna, a za nią kolejne. Moja patrzy i przeciera oczy. Z sześciu cztery były dokładnie ostrzyżone. Groźnie spojrzała w moją stronę i zapytała, co ja zrobiłem. Gdzie jest wełna, gdzie są pieniądze seriami pytała. Próbowałem nadrabiać miną i zażartowałem. Pieniądze w worach, a wory pod oczami. Nie zdążyłem się uchylić, jak dostałem ścierą w łeb. Po tym jeszcze i jeszcze raz. I pewnie przed śmiercią by mnie zabiła, gdyby jej wody nie odeszły i nie zaczęła rodzić. Zanim przyjechało pogotowie usłyszałem instruktaż. „Słuchaj ty „nieduży baranie” nie waż się ruszyć pozostałych owiec. Jak wrócę to pogadamy”. Moja z tych nerwów już w karetce urodziła synka. Po trzech dniach przywiozłem ją do domu. Nasz Jasiu, bo tak daliśmy imię synkowi był śliczny. Miał króciutkie, jasne, kręcone włoski i niebieskie oczęta. Gabrysia wybaczyła mi, ale w złości nadal nazywa mnie „niedużym baranem”.
– A co z tradycją? – po chwili zapytał Hipolit.
– Bez niej i barwnych akcentów nie byłoby żadnych świąt. Ale o tym przy innej okazji – zakończył spotkanie Marian Lichy.
Seweryn Kaczmarek

II Memoriał „Ku pamięci” kolegów
Mirosław Dalecki najlepszy w kopa
W Domu Kultury przy Wojewódzkim Szpitalu Neuropsychiatrycznym 15 kwietnia w Kościanie odbył się turniej kopa sportowego.
Był to II Memoriał poświęcony pamięci zmarłych kolegów. Motywem przewodnim pasjonatów organizujących zawody w kopa jest hasło – „kochaliśmy ich za życia, nie zapomnimy po śmierci.
Uczestnicy rozegrali 5 rund po 32 rozdania zgodnie z regulaminem Wielkopolskiej Ligi Kopa Sportowego. Memoriał rozegrany został w czterech kategoriach: indywidualnej, drużynowej, par oraz kobiet.
Organizatorzy przygotowali puchary, medale oraz nagrody dla najlepszych w poszczególnych kategoriach.
II Memoriał „Ku pamięci” wygrał Mirosław Dalecki – Spółka Nielęgowo, który zgro madził na swoim koncie 17,5 pkt. dużych i 123 małe. Dla Mirka było to pierwsze zwycięstwo w turnieju w swej ponad dziesięcioletniej karierze „kopiarskiej”.
Na drugim i trzecim miejscu rywalizację zakończył Ryszarda Hohensse 17/141 – Seniorzy Kościan i Ryszard Stanisławiak 17/131 – TEAM Jagoda Kościan. Kolejne miejsca zajęli: Jadwiga Hampel 16,5/93 – Spółka Nielęgowo, Kazimierz Stefaniak 16/112 – Koziarki Dolsk, Zdzisław Majorek 16/101 – Team Jagoda Kościan, Piotr Bartkowiak 15,5/38 – Lolo – bruk Kościan, Piotr Kaczmarek15/171 – KSKS Wuja Bednarek Kościan, Waldemar Kosiński 15/84 – Asy Wolsztyńskie Wolsztyn i Leszek Glinkowski 15/62 – Młode Wilki Wikowyja.
Wśród pań zwyciężyła Jadwiga Hampel – Spółka Nielęgowo, która w klasyfikacji generalnej zajęła 4 miejsce. Na kolejnych miejscach sklasyfikowane zostały Danuta Kuraszyk – Koziarki Dolsk, Barbara Skórzewska – Centrum Kościan, Elżbieta Baraniak – Młode Wilki Wilkowyja.
W parach najlepsi byli: Kazimierz Stefaniak i Danuta Kuraszyk – Koziarki Dolsk Zwycięzcy wyprzedzili Eugeniusza Budzynia i Ryszarda Hohensse – Seniorzy Kościan. Na trzecim miejscu rywalizację ukończyli Karol Lemański i Mirosław Dalecki – Spółka Nielęgowo.
W rywalizacji drużynowej bezkonkurencyjna okazała się ekipa Koziarki Dolsk z wynikiem 58 pkt. dużych i 177 małych. W zwycięskim zespole wystąpili: kpt. Mirosław Konieczny, Józef Kolasiński, Kazimierz Stefaniak i Danuta Kuraszyk.
Na drugim miejscu zawody ukończył KSKS Wuja Bednarek Kościan w składzie – kpt. Jerzy Piechowiak, Piotr Kaczmarek, Dariusz Kaźmierczak i Tomasz Ciesielski. Trzecie miejsce zajęła Spółka Nielęgowo w składzie: kpt. Lech Hampel, Jadwiga Hampel, Karol Lemański i Mirosław Dalecki. Na kolejnych miejscach sklasyfikowano zespoły: Olimpia Stary Lubosz, Młode Wilki Wilkowyja, Orły Głuchowo i TEAM Jagoda Kościan.
Organizatorem II Memoriału „Ku pamięci” było Kościańskie Stowarzyszenie Kopa Sportowego.
Zawody sędziowali: Adam Wysocki i Mirosław Ciszewski. Obsługę techniczna zapewniła Alicja Kabat. (k)

„Przyjaznym mediom”.

Kazimierz Rafalik jest twórcą wzorów dziennikarskich nagród, czyli Koziołków Dziennikarskich przyznawanych corocznie redakcjom lub redaktorom. On też s twożył statuetkę, którą Stowarzyszenie Dziennikarzy PR Oddział Wielkopolski wręcza każdej jesieni ludziom „Przyjaznym mediom”.
Przez ostatnie dwa lata Kurier lokalny miał możliwość nominować ludzi z naszego terenu do tych nagród. Takie statuetki otrzymali nasi nominowani: wiceminister, obecnie przewodnicząca Wielkopolskiego Sejmiku Samorządowego Zofia Szalczyk, burmistrz Stęszewa Włodzimierz Pinczak, prezes OSP Głuchowo druh Jan Ratajczak, wiceprzewodniczący Rady Powiatu Kościańskiego Kazimierz Dembny oraz szefowie dwóch firm z Kościana – Jerzy Stachowiak (WSG oraz Nenufar Club) oraz Waldemar Sekuła (Hurownia i sklepy Sekwim Bis).(maz)

Obra 1912 Kościan – Polonia Leszno 2:1(1:0)
Niewygodny rywal
Pojedynek trzeciej Obry z czwartą Polonią w rozgrywkach IV ligi miał być hitem kolejki. Niestety nie był, ponieważ tylko w części widowisko przypominało zawody zespołów z czuba tabeli.
Od pierwszego gwizdka zespoły rozpoczęły twardy bój. Jeden z obrońców Polonii zbyt impulsywnie zadziałał i posunął się do próby uderzenia naszego zawodnika. Sędzia wyrzucił go z boiska. Było to w 7’ i od tego czasu goście grali w osłabieniu. Obra osiągnęła przewagę. W 12’ nasi byli blisko objęcia prowadzenia. Na czystej pozycji znalazł się Maciej Przewłocki, ale nie zdołał pokonać golkipera rywali. Gospodarze cisnęli i w 44’ Tomasz Marcinkowski trafił do siatki przeciwnika. Dokładnym podaniem obsłużył go Filip Tylczyński.
W 62’ Obra wygrywała 2:0. Ponownie na listę strzelców wpisał się Tomasz Marcinkowski. Goście zaczęli grać odważniej i często przedostawali się w pole karne gospodarzy. W 79’ ambicja ich została nagrodzona. Napastnik Polonii strzelił z kąta i piłka wpadła do siatki na 2:1. Przyjezdni stworzyli jeszcze jedną sytuację. Na szczęście nie zdołali celnie uderzyć. Nasi dowieżli zwycięstwo, ale do końca było nerwowo.
Obra: Jędrzej Dorynek – Krzysztof Chwaliszewski, Jakub Jandy, Krzysztof Marchewka, Jacek Żak, Igor Rudawski (62. Krystian Łukaszyk), Piotr Sznabel, Dawid Ratajczak (80. Szymon Słoma), Maciej Przewłocki (59. Michał Gelert), Filip Tylczyński (75. Jakub Płotkowiak), Tomasz Marcinkowski
# W środę 18 kwietnia Obra przy ul Wojciecha Maya podejmie w zaległych zawodach Victorię Ostrzeszów. (k)

Kolejne stęszewskie spotkanie z Ukrainą

Kolejne stęszewskie spotkanie z Ukrainą już za nami. Imp reza zbliżająca oba narody odbyła się w Stęszewie po raz drugi.

W ubiegłym roku gimnazjaliści z wszystkich klas zostali włączeni do akcji poznania bliżej naszych sąsiadów, piękna języka, obyczajów i kultury. Pomysł zrodził się stąd, że na stęszewskiej ziemi mieszka i pracuje wielu obywateli tego sąsiedniego państwa. W związku z tym do szkoły uczęszcza coraz więcej ukraińskich dzieci i młodziezy.

W tym roku duża impreza odbywała się w nowo oddanej sali widowiskowo-sportowej. Na niedzielne popołudnie 25 marca uczniowie zaprosili nie tylko swoich kolegów, ale też władze gminy i wszystkich mieszkańców.

Były występy, kiermasze, quizy wiedzy o Stęszewie i Ukrainie, a nade wszystko prezentacja wierszy i piosenek polskich i ukraińskich.

Pomysłodawcą i reżyserem całości jest nauczycielka stęszewskiej Szkoły Stella Gołąb-Szlejf. Powiedziała ona do zebranych:

– Witamy wszystkich na obchodach dnia polsko-ukraińskiego odbywającego się pod hasłem „Różne języki, wspólna kultura”. Ukraina, to nasz najbliższy sąsiad. Bliski jest nam geograficznie, historycznie i kulturowo. Kraj ten jest niezwykle zróżnicowany, a w różnorodności swej piękny i gościnny.

Po tych słowach zebrani mogli odsłuchać, a kto potrafił, to także zaśpiewać ukraiński i polski hymn. Po hymnach nauczycielka dalej zachęcała do uczestniczenia w imprezie następującymi słowami:

– Na scenie będą mogli Państwo zobaczyć i posłuchać wielu utalentowanych artystów. Zachęcamy również do zakupów na świątecznym kiermaszu. Dzieci niech czują się zaproszeni do Kącika dla maluchów. W drugiej części Koncertu będzie także rozdanie nagród w konkursach plastycznych i rozstrzygnięcie qizów.

Od tego momentu na scenie pojawiała się młodzież. Ukraińscy uczniowie śpiewała piosenki we własnym języku, ale też po polsku.

Prowadzący konferansjerkę, czyli

Kolejno witali na scenie Sofia Datsyuk w wierszu Szewczenki „Dumka” i Władka Partasiuka, który ten wiersz wyrecytował w tłumaczeniu polskim.

Gdy oni zeszli na podjum wszedł brat Sofii – Staś i zaprezentował się w wierszu „Pieśń dla wszystkich”, a nieco później drugi wiersz „Matka Ukraina”.

.Kolejny akcent, to zespół ,,Klangor’’ wykonujący ludowe pieśni ukraińskie i polskie.

W tym momencie przypomniano, że wiele elementów przeniknęło do naszych wspólnych kultur. Tak też jest z muzyką. Są utwory znane i śpiewane zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. Najbardziej znana to „Hej sokoły”. Tę piosenkę zaśpiewały Walentyna Sydor i Kasia Romaniv.

Jedna z najważniejszych wartości, do jakich dążymy jest wolność, bo dzięki niej możemy swobodnie dokonywać własnych wyborów. Piosenkę „Oda do wolności” został wykonana przez Anastazję Datsyuk.

Miłość to piękne i dobre uczucie, jednak bywa skomplikowana. O trudnej miłości zaśpiewała zebranym Nastia w utworze a capella „Pid oblaczkom”, czyli „pod chmurką”. Anastazja Herasymeniuk wykonała jeszcze dwa inne utwory. Była to „Dumka na dwa serca” i „”Czowen”, co oznacza „Czółno”. Pierwszy z nnich zaśpiewała z Damianem Rakowiczem (ona po ukraińsku, on po polsku), a drugą z akompaniamentem gitary. Grał na niej nauczyciel muzyki ze stęszewskiej Szkoły Marcin Lis.

Przed widownią pojawili się jeszcze: Sofia Shymanskij i Kuba Gryczyński, Waleria Sadivnyk w wierszu „Żurawik”, Olene Lukjanych, która zaśpiewa piosenkę pod tytułem „Pry dolyni kuszcz kalyny”.

Na scenę weszła też Monika Lisak, która zaśpiewała rosyjską piosenkę pod tytułem „Katiusza”. Był to prezent dla przyjaciół z Rosji i Ukrainy. W stęszewskiej Szkole, oprócz uczniów pochodzących z Ukrainy, jest jedna dziewczynka z Rosji.

Polski duet Karolina Kwiatkowska ze Stęszewa i Roman Styczyński z Granowa zaśpiewał trzy utwory: „Kołysankę”, „Dotknij mnie” oraz „Zaczekaj z tym do jutra”.

Na scenie pojawiło się także teatralne koła działające przy Szkole Podstawowej w Stęszew. Młodzi artyści pokazali przedstawianie zatytułowane ,Różni, a jednak tacy sami”. Chceli pokazać w ten sposób, że wiedza o własnych korzeniach, tradycjach i symbolach przodków przybliża ludzi do rozumienia tego, kim jesteśmy, formuje naszą tożsamość i tworzy naród.

Po występach nastąpiło ogłoszenie wyników z konkursów. Na początku rozwiązanie Quizzów o Gminie Stęszew i o Ukrainie. Nagrody za konkurs plastyczny wręczał dyrektor Domu Kultury – Mateusz Niedźwiedź.

Ukraińska młodzież nawiązywała do tradycji swego kraju, zaś stęszewscy dudziarze „Koźlary” przybliżył kulturę ludową Polski.

Warto przypomnieć, że wielu wielkich Polaków urodziło się na terenie dzisiejszej Ukrainy. We Lwowie urodzili się pisarz Stanisław Lem, Bruno Szulc i poeta Zbigniew Herbert. Na terenie Ukrainy na świat przyszli także: polityk Jacek Kuroń, pisarka i aktorka Gabriela Zapolska, wielki nasz poeta Juliusz Słowacki.

W trakcie imprezy wypuszczono balony do nieba, jako symbol przyjaźni między krajami.

Podczas imprezy wszyscy mogli kosztować poczęstunku, a były oferowane zupy: grochówka i barszcz ukraiński. O żołądki dbały: Katrzyna Mikołajczak, Julita Kosicka i Beata Zając.(maz)

„W Gościnie u profesora Miodka”

SŁOWNIK POLSKO@POLSKI” jest to program telewizyjny poświęcony kulturze języka polskiego, który w lekki i przystępny sposób omawia najczęstsze błędy językowe. Odwołuje się do żywego języka, głównie mówionego, ale także do języka gazet, ogłoszeń, reklam, plakatów, ulotek i tego typu podobnych informatorów. To swoisty przegląd popełnianych błędów.

Formuła audycji jest taka, że do studia nagrań zaproszonych jest kilka osób, które proszą o wyjaśnienia spornych lub niezbyt jasnych, dla przeciętnego odbiorcy, kwestii językowych.

Goście programu „Słownik polsko@polski” zapraszani są do Biblioteki Instytutu Geograficznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Program prowadzi dr Justyna Janus-Konarska. Ona też rozmawia z prof. Janem Miodkiem o współczesnej polszczyźnie. Ponadto widzowie w trakcie trwania audycji łączą się za pośrednictwem internetu. Pan Profesor odpowiada na postawione pytania i wyjaśnia gramatyczne zawiłości. Pytają o nie za pomocą skype mieszkańcy odległych nieraz stron świata. Bywaja uczniowie lub nauczyciele placówek oświatowych. Ostatnio o wyjaśnienia pytała dyrektor z Polskiej Szkoły Uzupełniającej im. Mikołaja Kopernika w Newry, w Irlandii Północnej. Ze studiem połączyła się także Polska Szkoła w Dublinie im. Konstancji i Kazimierza Markiewiczów. Kolejny skype był ze Szkoły im. Kazimierza Puławskiego mieszczącego się w South Hackensack w New Jersey. O wyjaśnienia prosiły tamtejsze uczennice klasy szóstej.

Oprócz szkół pytającymi są też pracownicy instytucji typu Ambasada w Londynie oraz osoby prywatne dla przykładu Maria z Berlina, Roman z Kijowa, Edward z Melbourne i Vera z Czech.

Profesor odpowiada też na pytania zadawane droga mailową. W każdej z tych sytuacji komentuje i wyjaśnia genezy problemów.

Wśród osób, które miały ostatnio przyjemność być zaproszonymi do audycji była redaktor naczelna Kuriera lokalnego, filolog polski – Ewa Noga-Mazurek. Było to w sobotę 10 marca.

Redaktor Ewę Noga-Mazurek interesowały dwie sprawy. Pierwsza, to partykuła „nie”. Z czasownikami piszemy oddzielnie np. nie jem, nie ma, nie śpi. Z przymotnikami piszemy razem np. nieładnie, niedobra, niejasny. Ale mamy imiesłowy przymiotnikowe. Imiesłów, to forma czasownika, więc należałoby te słowa pisać oddzielnie np. nie bawiąca się (bo jest czasownik bawić się), nie myty (bo myć), nie czesany (bo czasać). Bywa, że czytelnicy mylą te wyrazy z przymiotnikiem (jaki – nieumyty) i przypuszczają, że należy pisać razem. Co zatem podpowiada w tej kwestii Pan Profesor?

Inna kwestia, to tytuły zawodowe i stanowiska typu Prezydent Polski, Prezydent miasta Poznania, czy Starosta Grodziski. Piszemy je dużymi literami. A co z burmistrzem Kościana, czy wójtem Kamieńca? To są także stanowiska państwowe lub samorządowe, tyle że niższego szczebla.

W wielu kwestiach nie ma prostych odpowiedzi nawet dla filologa polskiego. Nasz język ma wiele regół, ale też wiele od nich odstępstw. Dlatego potrzebne są programy typu „Słownik polsko@polski”, gdzie w sposób jasny i prosty wyjaśnia się popełniane błędy.

Reporterzy „Słownika polsko@polskiego” wychodzą też na ulice Wrocławia i pytają przechodniów o ich znajomość poszczególnych słów. Czasem są to wyrazy, jakimi posługuje współczesna młodzież, innym razem przypomina się staropolskie, wypadające z obiegu zwroty.

Zapewne „Słownik polsko@polski” ma edukacyjny charakter, ale mając lekką formuję jest programem, którego słucha się i ogląda z przyjemnością. Ma dużą dynamikę, jest bogaty w warstwie wizualnej i dzięki temu przykuwa uwagę widza.

Kurier lokalny w imieniu twórców zaprasza do oglądania audycji z udziałem Pana Profesora w każdą sobotę o godz. 17.00 w TVP Polonia lub o 0.15. Emisja programu z redaktor naczelną Kuriera lokalnego odbędzie w sobotę 28 kwietnia 2018 roku.

 

* * *

Warto przybliżyć sylwetkę profesora Jana Miodka. Urodził się w Tarnowskich Górach w czerwcu 1946 roku. W latach młodości marzył o zawodzie dziennikarza. Skończył filologię polską na Uniwersyteiew Wrocławskim, a jego praca magisterska brzmiała: „Nazwy miejscowe kulturalne typu Środa, Piątek, Wola, Osiek”.

Jego macierzysta Uczenia zaproponowała mu staż asystencki w Katedrze Języka Polskiego. Tam też w 1973 roku obronił tytuł doktora. W roku 1995 otrzymał tytuł profesora nauk humanistycznych.

Rok 2005 przyniósł Profesorowi tytuł doktora honoris causa Pedagogicznego Uniwersytetu Wileńskiego, w 2006 taki sam tytuł przyznał mu Uniwersytet Opolski, a w roku 2017 – Uniwersytet Rzeszowski.

Jan Midek pełni wiele funcji zawodowych. W latach od 1989 do 2016 był dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej na swojej uczelni. Od 1996 jest członkiem Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN. Jest współodpowiedzialny za wszystkie uchwały ortograficzne Rady.

Jako popularyzator poprawności językowej jest wielokrotnym laureatem telewizyjnych nagród „Wiktorów’ (1988, 1991, 1998 r.). Ma też „Super-Wiktora” za całokształt twórczości. Profesor znalazł się na czwartej pozycji w plebiscycie organizowanym przez tygodnik „Polityka” na najwybitniejszą postać telewizji XX wieku.

Od 1968 roku do dziś Profesor prowadzi cotygodniową rubrykę językową „Rzecz o języku” w dzienniku „Słowo Polskie”, obecnie „Polska. The Times”. Z kolei od 1995 na żywo prowadzi – we wrocławskim oddziale TVP – cykliczny program pt. „Profesor Miodek odpowiada”. Ma też stały felieton w miesięczniku „Śląsk”. Publikował również w miesięczniku „Wiedza i Życie”. W latach 1987 – 2007 był twórcą i prezenterem cotygodniowych programów telewizyjnych „Ojczyzna polszczyzna”. Od 2009 roku pojawia się każdego tygodnia na srebrnym ekranie w opisywanym tutaj programie „Słownik polsko@polski”.

Żyły w odchodach i zamarzały na śniegu

Zacytujemy wpis na portalu społecznościowym:

– Gratulacje dla tych, którzy o sprawie zgłosili. Bez komentarza dla tych którzy przemilczeli! Zastanówcie się czy wasze pupile żyją w „ludzkich” warunkach!”

Pod Stęszewem jest miejscowość Krąplewo. Jedna jej część łączy się z miastem, druga – nieco oddalona, to głównie mieszkańcy popegeerowskich domów. W tej drugiej części jest człowiek, który zapragnął mieć psy, ale szybko zapomniał, że to nie tylko krótkotrwała radość, ale głównie wiele obowiązków i koniecznej miłości okazywanej zwierzętom. Tego właściciel nie zamierzał psiakom dać.

Wreszcie ktoś ulitował się nad ich losem i zawiadomił poznańskie Pogotowie dla Zwierząt. Jest to Towarzystwo dbające o różne zwierzęta. Przedstawiciele dodotarli do Krąplewa. Weszli na posesję i dokonali szczegółowej kontroli warunków trzymania psó.

Na terenie gospodarstwa były 4 kojce. Budy były nieocieplone, przeciekały i nie chroniły przed złymi warunkami atmosferycznymi. Do tego będąc w zamkniętych kojcach załatwiały się w swoim otoczeniu. Miały pchły.

Trzy psiaki w typie bull gryzły kraty i deski z bezradności, kręciły się w kółko, goniąc swój ogon. Z kolei suczka w typie owczarka niemieckiego spała w budzie, w błocie i we własnych odchodach, bez garści słomy.

Na tej posesji mieszka kilka osób. Nikt jednak o psy nie dbał. Nie miały nie tylko wody, ale także swobodnego ruchu.

Kontrolujący najpierw przekazali właścicielowi uwagi, co do poprawy warunków informując, że jeśli nie zmieni sposobu trzymania psów zostaną one mu odebrane. Ostrzeżenie nic nie dało.

W związku z tym, że warunki nawet się pogorszyły, bo psy trzymany były na dużym mrozie, zawiadomiono o przestępstwie na Komisariacie Policji w Stęszewie. Zawiadomiony został też Urząd Gminy. Zwierzęta odebrano i do czasu zakończenia sprawy przebywać będą pod opieką Pogotowia.

Na koniec przytoczymy kolejną wypowiedź zamieszczoną na stronie Pogotowia.

– Zwierząt nie wystarczy posiadać! Po co taki kretyn bierze psy, jeśli je tak męczy? (maz)

foto Pogotowia dla zwierząt

Logistycy” ponownie nie do ogrania
Na okoliczność pierwszej rocznicy oddania sali widowiskowo-sportowej w Stęszewie 24 marca odbył się turniej halowej piłki nożnej.
Do zawodów pod patronatem burmistrza Włodzimierza Pinczaka a zorganizowanych przez stęszewski Dom Kultury zgłosiło się pięć drużyn: Resort Wybickiego, Przyjaciele, PDB Roman Dyba, SAS Stęszew i Solid Logistics.
Zadecydowano, że zespoły rywalizować będą jeden raz dziesięć minut.
Od pierwszych gier było widać, że mocne ekipy mają „Logistycy” i SAS. W składzie tego drugiego występował znany z ekstra ligowych boisk Michał Goliński.
Zgodnie z przewidywaniami te dwie drużyny rozegrały finał pomiędzy sobą. Swoją siłę pokazali „Logistycy”, którzy pokonali SAS aż 4:1.
W pojedynku o trzecią lokatę Przyjaciele pokonali Resort Wybickiego 3:2.
Najlepszym graczem zawodów uznano Michała Golińskiego – SAS. Golkiperem numer jeden został Damian Frączak – Przyjaciele, a najlepszym strzelcem został Szymon Korczyk – Przyjaciele.
Trzy najwyżej sklasyfikowane ekipy z rąk dyr., Domu Kultury Mateusza Niedźwiedzia odebrały okazałe puchary a wyróżnieni gracze statuetki. (k)

Lenistwo postawą filozoficzną
– Są takie osoby, które mają niechęć do pracy i starają się na różne sposoby to tłumaczyć. Jak ognia unikają określenia leń. Swój stosunek do roboty mają solidnie ugruntowany. W związku z poruszonym przeze mnie tematem mam kilka osób na myśli, ale nie chciałbym ich od razu pokazywać palcem – mówiący te słowa Marian Lichy uważnie przyglądał się kumplowi Hipolitowi Mizerce.
– Powiem ci – spokojnie włączył się do rozmowy Hipolit, że też nam takich, co żadnej pracy się nie boją. Oni tylko potrzebują do niej ludzi. Mało tego są też tacy, co to pracy się nie boją i mogą nawet koło niej leżeć „bykiem”. Koniecznie trzeba wspomnieć o nierobach bujających w obłokach. Ci uważają, że lenistwo jest postawą filozoficzną.
– Kogo masz na myśli. Mów i to natychmiast – nie wytrzymał Marian.
Rzeczywiście Hipolit pomyślał o Marianie. Reakcja kumpla była tak gwałtowna, że poczuł granie w kolankach. Czuł, że musi szybko coś wymyślić, aby nie sprowokować przyjaciela. Wiedział, że musi być wiarygodny, bo w przeciwnym razie ten sprawi mu słowne manto. W panice przyszła mu na myśl postać Ferdynanda z telewizyjnego serialu. Postanowił, że wykorzysta ją do wybrnięcia z przykrej dla niego sytuacji.
– Jak sam wiesz jest taka postać o nazwisku Ferdynand Kiepski – zaczął ostrożnie. Ten gościu króciutko pracował na saturatorze i sprzedawał wodę gazowaną. Gdy zwinął rzekomo nieopłacalny interes żadną robotą się nie z hańbił. Był na utrzymaniu połowicy o imieniu Halina. Na jej ataki, aby poszedł do pośredniaka i znalazł sobie robotę odpowiadał, że dla ludzi z jego wykształceniem nie ma pracy.
– Tak, tak pamiętam jak przy każdej okazji to wykorzystywał – wtrącił Marian.
– Tylko, że on nie miał żadnego wykształcenia, tak jak ty – wyrwało się Hipolitowi.
– Ty, ty kaczy zadzie. Wiedziałem, że cały czas pijesz do mnie używając tego patentowanego lenia Ferdka – naskoczył na niego Marian.
– Zgodzisz się, że on robił wszystko, aby nic nie robić. Jedno, co umiał, to chlać piwsko, wino, gorzałę i pierdzieć w fotel. Potrafił, też sprytnie wciskać ciemnotę swojej małżonkę. Imał się wszelkich sposobów w dramatycznej sytuacji, gdy Halina straszyła go spotkaniem u adwokata. Czyż tak nie było przyjacielu? – swoje tłumaczenie pytaniem zakończył Hipolit.
– No tak zgadzam się – przyznał Marian. Wytłumacz mi, ale dokładnie, co to ma wspólnego ze mną zadał pytanie.
– W każdym z nas tak naprawdę tkwi taki Ferdek. W tobie, we mnie i wielu jeszcze innych. Gdyby udało się żyć bez pracy, być na czyimś utrzymaniu to, kto by sobie zawracał głowę tyraniem za kiepskie wynagrodzenie. Wbrew temu, co sądzisz bezpośrednio mój wywód nie tyczy się ciebie, przyjacielu. Jak obaj wiemy, od pracy jest traktor, baba i koń – próbował łagodzić Hipolit.
– Czy Kundzia zna twoją filozofię w tej kwestii. Zresztą zaraz jej to powiesz, bo idzie w naszą stronę – ironicznie przerwał kumplowi Marian.
Ten na słowo Kundzia przygarbił się ze strachu. Panicznie rozejrzał się dookoła. Gdy zorientował się, ze kumpel blefuje i nic mu nie grozi odetchnął i naskoczył na przyjaciela słowami:
– Tak się nie robi, przyjacielu.
– Spoko kolego – uspakajająco rzekł Marian. Wiem, że masz cykora swojej połówki, ale nie sądziłem, że do tego stopnia. O mało nie wywinąłeś orła ze strachu, jak wywołałem jej imię. Przecież wiem, że ona ma dla ciebie dużo litości. W przeciwnym razie dawno już za twoje obijanie w pracach domowych, ba, unikanie wszelkich zajęć, dawno odesłałaby cię do rodzinnego Pierdziszewa.
– Wymawiała haka gracy, a oboje jedynacy. Ty, ale się rwiesz do roboty w domu. Gdyby nie to, że potrzebujesz wsparcia Gabrysi na piwsko i „fajki”, to z fotela byś się nie ruszał – odpalił Hipolit.
– Tak myślę, że my nie jesteśmy tytanami pracy. Jestem jednak przekonany, że ty jesteś większym nygusem – Marian próbował w polemice przełamać kumpla.
– Wiesz – nie dawał za wygraną Hipolit – że ten serialowy Ferdek musi być twoim krewniakiem. On nie tylko, że miga się od roboty, ale jest kłamczuchem, „sępem”, a do tego małym filozofem, dokładnie tak jak ty.
Na słowa kumpla ostre i dosadne, których się po nim nie spodziewał, aż zatkało Mariana. Po ochłonięciu, jak echo powtórzył:
– Sęp, filozof, migacz. Ty wiesz, że nawet się nie obrażę na ciebie. Jeżeli już chcesz mi dać ksywkę, to tylko „filozof”. Nie kryję, że w tej interesującej mnie dziedzinie mocno pracuję nad sobą. Przecież robię wszystko, aby nic nie robić. Pracuję z bólem tylko wtedy, kiedy muszę. Nie jestem kłamczuchem, tylko czasem mijam się z prawdą. Czy migam się od pracy? Na to, patrząc na mnie i na siebie, odpowiedz sobie sam – spokojnie mówił Marian. Teraz przez chwilę coś w głowie rozważał Hipolit.
– Nic dodać nic ująć. Jesteśmy siebie warci. Każdy na swój sposób jest filozofem. Gdy trzeba jest mądry i przebiegły. Wznosi się na wyżyny swojej wiedzy i inteligencji. Wszystko zależy, do czego i ile jej potrzebuje – trajkotał Hipolit.
– Hola, hola przyjacielu – zastopował go Marian. Jak patrzę na ciebie, to dochodzę do wniosku, że filozofia jest dla ciebie zbyt trudna. Pozostań przy swoim lenistwie, a ja ci w nim pomogę – rzekła Marian i na pożegnanie podał rękę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek