środa, 12 Grudzień 2018

2017 Lipiec

 

Kurier lokalny świętuje w tym roku swoje urodziny

Gazeta ma 20 lat i cieszy się swoją dojrzałością. Z tej okazji przygotował dwie oddzielne imprezy. Dla pracowników obecnych i byłych, dla samorządowych władz i dla firm, które od lat wspierają gazetę przygotował bankiet w Pałacu Stadniny Koni w Racocie koło Kościana. Przybyło około 120 osób. Razem z zespołami, hostessami, fotografami, kamerzystami i obsługą pałacu było około 140 osób. 

Wszystko zaczęło się częścią oficjalną przed pałacem. Prowadzący imprezę Magdalena Cykowiak ze Stęszewa i Mateusz Mazurek z Kościana wprowadzali wszystkich w dobry klimat. Ich zadaniem było przywitanie gości, przedstawienie historii gazety, zaproszenie do wspólnej fotografii, a następnie wskazanie sali jadalnej i bankietowej w pałacu, gdzie na gości czekał poczęstunek. Zdjęcie udało się wykonać, choć dokładnie o 17-ej spadł ulewny deszcz. Po kilku minutach szczęśliwie wróciło słońce. Nieco spóźnieni z Wągrowca dojechali – prezes Stowarzyszenia Prasy Lokalnej Jerzy Mianowski i prezes Oficyny Wydawniczej, która od 21 lat wydaje Głos wągrowiecki – Jacek Mianowski. Także nie zdążył do wspólnego zdjęcia Zdzisław Gidaszewski ze Starych Oborzysk koło Kościan. Jest właścicielem najstarszej w terenie kościańskim prywatnej firmy Juna Trans. Jego działalność gospodarcza została zarejestrowana w Urzędzie pod numerem 1. Dziś zarządza kilkudziesięcioma ciągnikami siodłowymi przewożącymi cysterny Linde. Zapracowanym gościem, który dotarł nieco później była pani Wielkopolska Kurator Oświaty Dorota Kinal. Na jubileusz zaproszeni zostali przedstawiciele z najwyższego szczebla władzy państwowej. Tacy goście niezbyt często bywają na Ziemi Kościańskiej. Do Racotu przyjechał Adam Szejnfeld, wiceminister gospodarki w latach 2007 – 2009 w rządzie Donalda Tuska, poseł III, IV, V i VI kadencji Sejmu RP. Po Januszu Palikocie został przewodniczącym Komisji Przyjazne Państwo, która walczy z ograniczeniem biurokracji. Jest autorem antybiurokratycznego i progospodarczego „Pakietu Szejnfelda”. Urodził się w Kaliszu. Skończył prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po racockiej uroczystości na internetowych stronach Posła możemy przeczytać następującą relację z kurierowej uroczystości: „Tego, jak ważną rolę społeczną pełni prasa lokalna w kształtowaniu opinii publicznej nie trzeba nikogo przekonywać. Nie byłoby dzisiaj demokratycznego państwa i społeczeństwa obywatelskiego, bez niezależnej prasy lokalnej – mówił na jubileuszu XX-lecia Kuriera Lokalnego poseł Adam Szejnfeld. Uroczystość odbyła się w Pałacu Ośrodka Szkoleniowo – Rekreacyjnego Stadniny Koni Racot. Jubileusz, na który przybyło wielu znakomitych gości miał miejsce w dniu 12 sierpnia bieżącego roku. Wśród uczestników bankietu, prócz pracowników redakcji „Kuriera Lokalnego” byli przedsiębiorcy z całej Wielkopolski, przedstawiciele władz samorządowych regionu oraz parlamentarzyści. Istnienie lokalnych gazet na rynku wydawniczym jest niezmiernie ważne. To przecież dzięki nim lokalne społeczności mają możliwość zapoznania się z niezależną informacja i opinią.  Kurier Lokalny jest jedną z tych gazet, które wbrew rosnącej popularności Internetu pokazują, że papier nigdy nie odejdzie do lamusa. Całej redakcji życzę kolejnych 20-stu lat udanej prac – mówił poseł Adam Szejnfeld. Kurier Lokalny, który jest dwutygodnikiem ukazuje się nieprzerwanie od dwudziestu lat na terenie kilku powiatów w tym w Kościanie, Grodzisku Wlkp. i Stęszewie.” Kolejnym, ważnym gościem był Wicewojewoda Wielkopolski Przemysław Pacia. Poznaniak z urodzenia kończył I Liceum Ogólnokształcącego im. Karola Marcinkowskiego, a potem Wydział Prawa i Administracji na poznańskim UAM. Od grudnia 2007 roku pełni funkcję wicewojewody. We wtorek 16 sierpnia na Jego stronach internetowych można było przeczytać następującą relację: „Mnóstwo gości pojawiło się w piątkowe popołudnie w zabytkowym pałacu w Racocie, gdzie znajduje się największa stadnina koni w kraju. Okazja była wyjątkowa – Kurier Lokalny świętował swoje dwudzieste urodziny. – Nie ma demokracji bez demokracji lokalnej, nie ma demokracji lokalnej bez prasy lokalnej – powiedział m.in. wicewojewoda wielkopolski Przemysław Pacia w czasie uroczystej gali. Redaktor naczelnej pisma Ewie Noga-Mazurek poza bukietem pięknych kwiatów wręczył okolicznościowy kryształ z wygrawerowanym godłem oraz zarysem granic województwa wielkopolskiego w eleganckim etui. Wicewojewoda podkreślił, że jest to kryształ dla kryształowej kobiety. W czasie uroczystości osoby związane z pismem mówiły o jego początkach. W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele władz samorządowych, ludzie kultury, przedstawiciele firm i przedsiębiorcy. Kurier Lokalny na stałe wpisał się w krajobraz mediów lokalnych. Cieszy się dużym zaufaniem odbiorców.” Telewizja Leszno, która około dwie godziny spędziła na uroczystości w Racocie, także we wtorek 16 sierpnia dała swoje sprawozdanie. Linki do stron, o których piszemy są na stronie: www.kurierlokalny.com. Z województwa przybyli też radni Sejmiku Wielkopolskiego Killion Munyama i Marian Poślednik. Killion w sejmiku został wiceprzewodniczącym komisji budżetowej, a prywatnie jest wykładowcą na poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Ożeniony z Polką mieszka w Karczewie w gminie Kamieniec. Z kolei Marian Poślednik mandat radnego sprawuje od 2002 roku. Działa na rzecz rozwoju lokalnego w ramach Międzygminnego Związku Turystycznego „Wielkopolska Gościnna”. Prywatnie ma własną działalność gospodarczą. Oprócz wyżej wymienionych przyjechali burmistrzowie Grodziska Wlkp., – Henryk Szymański, Stęszewa – Włodzimierz Pinczak i wiceburmistrz Krzywinia – Robert Kubiak, wójt Granowa – Zbigniew Kaczmarek. KL miał zaszczyt gościć także Marka Kineckiego, przewodniczącego Rady Miasta i Gminy Grodzisk Wlkp, Mirosława Potrawiaka – szefa stęszewskiej Rady Gminy, wiceprzewodniczącego Rady Powiatu Poznańskiego – Krzysztofa Robaszyńskiego, grodziskiego wicestarostę – Sławomira Górnego. W galowym mundurze przyjechał komendant Gminnego OSP w Stęszewie Bernard Jankowski. Wśród naszych gości byli przedstawiciele znacznych i ważnych dla lokalnej gospodarki firm. Ważną postacią była dyrektor największej w tym rejonie firmy Inter Groclin Auto z Grodziska Wlkp. Monika Drzymała. Przed wielu laty jej ojciec, założyciel i właściciel firmy Zbigniew Drzymała wspierał finansowo Kurier lokalny. A były to czasy, gdy na początku istnienia pisma nie było łatwo. Godnym i bardzo sympatycznym gościem był założyciel firmy i obecnie współwłaściciel z synem Grupy Ochroniarskiej „Hunters” z Grodziska Wlkp. – Antoni Żyłkowski. Przypomniał, że jego firma powstała rok wcześniej od KL. Pamiętał i o tym, że pozował do zdjęcia i jest na okładce KL numer 2, z września 1991 roku. Władze Firmy HOOP, istniejącej na terenach dawnej Wody Grodziskiej współuczestniczyli w święcie KL i ufundowali na bankiet do Racotu zestaw wód białych i smakowych. Z kolei Jerzy Stachowiak z Kościana, współwłaściciel Wytwórni Lodów WSG Kościan przekazał na uroczystość desery lodowe. Przybył razem ze swoją córką Patrycją Stachowiak, która jest dyrektorem kościańskiego Nenufar Clubu. Wraz z małżonką dojechał do Racotu, z podpoznańskich Komornik właściciel Salonu Samochodowego Lee Motors KIA – Leszek Liszyński. Branżę samochodową reprezentował także właściciel Salonu Samochodów Używanych z Lubonia „Papis i Wspólnicy” – Krzysztof Papis. Towarzyszył mu dyrektor finansowy Marcin Mikulski. Z rodzimego terenu tę branżę w Racocie reprezentował współwłaściciel Polmozbytu Czesław Witek, a także Florian Sekuła, który ma duży warsztat naprawczy samochodów na ulicy Chłapowskiego w Kościanie. Jego zakład dba o dobry stan „kurierowych” pojazdów.

Festynu Country & Western

Na godzinę 14-tą szykowali się organizatorzy na rozpoczęcie Festynu Country & Western, zorganizowanego z okazji 20-lecia gazety. I wszystko wtedy ruszyło. Przypomnijmy, że dwa tygodnie wcześniej była impreza zamknięta dla szefów firm współpracujących z gazetą, dla władz i pracowników. Po dwóch tygodniach redakcja przygotowała zabawę dla czytelników i innych uczestników festynu. Na początek znów kilka słów o piśmie. 

Pierwszy numer wyszedł w Grodzisku Wlkp. z datą 1 września 1991 roku i obejmował miasto i gminę Grodzisk Wlkp. Opalenicę, Granowo, Kamieniec, Rakoniewice i Wielichowo. Po roku wyszło drugie wydanie gazety i objęło powiat kościański, w tym miasto i gminę Kościan oraz gminy Czempiń, Krzywiń i Śmigiel. Po kilku kolejnych miesiącach w 1992 roku pojawiło się wydanie na Stęszew – miasto i gminę. I tak przez dwadzieścia lat dotarliśmy do 28 sierpnia 2011 roku. Tej niedzieli cieszyliśmy się z ładnej pogody i z tego, że mogliśmy zaproponować wiele atrakcji. Niektóre z nich wymienione zostały na plakacie i w reklamie zamieszczonej w Kurierze lokalnym. Doszły jednak nowe. Wśród nich wielką przyjemnością było goszczenie u nas zawodników Warty Poznań. Pojawili się na festynie około godzinie 15-ej. Byli to Michał Goliński, Paweł Iwanicki oraz Łukasz Białożyt. Razem z zawodnikami przyjechał koordynator z działu marketingu Konrad Majewski oraz rzecznik prasowy KS Warta Hubert Niedzielski. Zawodnicy byli po sobotnim meczu w Nowym Sączu. Do Poznania wrócili nad ranem. Dlatego należały im się szczególne podziękowania, że znaleźli siły, aby po krótkim odpoczynku ubrać się w „galowe” stroje i dojechać do Stęszewa. Przywieźli ze sobą nagrody na loterię fantową. Były to vouchery, które można wymienić na bezpłatne bilety na dowolny mecz Warty Poznań. Wymiany dokonuje się w budynku klubowym KS Warta w Poznaniu przy ul. Droga Dębińska 12. Przypomnijmy jeszcze, że prezesem Klubu Warta Poznań jest Izabella Łukomska-Pyżalska. Jest to była modelka, która teraz wraz z mężem prowadzi firmę deweloperską Family House. Ciekawą postacią ze świata sportu, która pojawiła się na stadionie KL Lipno był Mistrz Polski i Europy w Warcaby – Mirosław Palacz. Mistrz zapraszał chętnych do podjęcia z nim warcabowego pojedynku. Grano w warcaby klasyczne. Chętni walczyli o zwycięstwo lub choćby o remis. Jedyną osobą, która raz wygrała z Mistrzem był Jan Michałowski. Występy na scenie, jako pierwsi rozpoczęli aktorzy KABARETU „TO MY” ze Słocina, z gminy Grodzisk Wlkp.. Sześć pań i grający na instrumencie klawiszowym muzyk Józef Wasielewski, śpiewali i śmieszyli publiczność. Kolorowe spódnice z falbanami wzorowany były na francuskich, XIX-wiecznych strojach z paryskich kafejek. Kobiecy skład kabaretu stanowią: Zofia Bartkowiak, Danuta Wasielewska, Henryka Kalemba, Anna Piątek, Krystyna Drzymała i Halina Hoffmann. Podczas tych występów dojechał Bohdan Smoleń. Przywiózł go swoim samochodem – wieloletni, zaprzyjaźniony z artystą grodziszczanin, wcześniej także mieszkaniec Stęszewa – Antoni Żyłkowski. Jest to założyciel i szef Firmy Ochroniarskiej Hunters z Grodziska Wlkp.. Obecnie prowadzi ją wspólnie z synem Piotrem. Nad spokojem i bezpieczeństwem artysty czuwał właśnie pan Antoni oraz naczelna redaktor KL. Bacznie stadion obserwowali ochraniarze. Bohdan Smoleń jakiś czas temu przeszedł dwa wylewy. Są dni bardzo dobre, ale i takie, w których czuje się gorzej. Zresztą każdy z nas, nawet najzdrowszy, ma dni lepszego i gorszego samopoczucia. Po zakończeniu występów mieszkańców Słocina, na scenie pojawili się Agata Szuflik i Robert Głowacki, czyli Duet SONET z Dębna w gminie Stęszew. Ich piękne głosy i dobrze dobrany repertuar robiły wrażenie. Po tym występie przywitaliśmy oficjalnie Bohdana Smolenia. W planach ustalona była rozmowa redaktor naczelnej z aktorem. Mieli wspólnie przypomnieć drogę artystyczną pana Bohdana, a potem opowiedzieć o Fundacji „Stworzenia Bohdana Smolenia”. Stało się jednak tak, że Gość Specjalny festynu tego dnia nie czuł się najlepiej. Naczelna KL sama przypomniała, że artysta pochodzi z Bielska Białej, że studiował zootechnikę na Akademii Rolniczej w Krakowie i że tam zaczęły się jego kabaretowe początki. Był założycielem istniejącej do dziś krakowskiej Grupy Pod Budą. Do Poznania, do kabaretu Tey ściągnął go Zenon Laskowik. I od tamtej pory pan Bohdan swoje życie związał z Wielkopolską. Wielu z nas zapewne pamięta jego zoologiczne sklepy działające na Starym Mieście w Poznaniu. Siedem lat temu kupił ziemię daleko od miejskiego gwaru, w bardzo małej wiosce Baranówko i tam zamieszkał. Wybudował dom według własnego projektu, postawił budynki gospodarce, kupił konie i założył fundację pracującą na rzecz chorych. Fundacja ma dziesięć koni. Jeżdżą na nich dzieci potrzebujące rehabilitacji. Na wprost prezesa Fundacji, czyli pana Bohdana, w pierwszym rzędzie w swoim inwalidzkim wózku stał mieszkaniec ulicy Krętej w Stęszewie – Tomek Cichosz. Towarzyszyli mu rodzice Jolanta i Mirosław oraz brat Marcin. Państwo Cichoszowie podeszli pod scenę do aktora i innym zebranym opowiedzieli, że Tomek jeździ do Baranówka na rehabilitację i korzysta z koni Fundacji. W to niedzielne popołudnie przyszli na stadion, by tu spotkać właściciela Fundacji. Mimo, że aktor nic do mikrofonu nie powiedział, stała się rzecz niesamowita. Siedzący na widowni ludzie powstali i zaczęli bić brawa dla Bohdana Smolenia, a następnie chóralnym głosem wszyscy zaintonowali gromkie „100 lat”. Wśród innych uczestników festynu był właściciel kościańskiej firmy T-Shirt Fabryka Marcin Gabryelczyk. Wszedł on na scenę i powiedział, że przywiózł dla aktora, człowieka o złotym sercu – koszulkę ze złotym sercem. Po tych słowach podszedł do artysty, by wręczyć mu zapakowany upominek. W tym czasie rozpoczęto rozdawanie folderów z fotografią artysty i z informacją o jego Fundacji. Wtedy widownia ruszyła w stronę sceny po autografy. Wielu próbowało zrobić sobie zdjęcia ze szczególnym Gościem. Nie było to łatwe. Z tyłu odgradzała od widzów scena, z przodu płotek i organizatorzy. Niemniej ustawiła się ogromna kolejka ludzi, którzy spokojnie czekali na autograf artysty. Jego ręka mocna nie była, a przyszło mu złożyć około 150 autografów. Nieco po 16-ej przyszedł czas na westernowe rytmy. To firma z Lubonia rozpoczęła pokazy country. Na scenę wszedł szef wszystkich kowbojskich szefów, jako rewolwerowiec, a wraz z nim kompan z drugim rewolwerem. Towarzyszyły im kobiety-kowbojki. Po kilkunastu minutach ich występów Bohdan Smoleń zdecydował, że chce już opuścić stadion. Publiczność pożegnała go oklaskami na stojąco, a kowboj, jednocześnie szef firmy Westernowe Miasteczko z Lubonia Jacek Przebierała powiedział na odchodne: – Boguś, trzymaj się chłopie! I do zobaczenia! Potem okazało się, że Bohdan Smoleń jest znajomym lubońskich kowbojów, że razem bywali na różnych wspólnych imprezach. Gość Specjalny odjechał samochodem szefa Huntersów do domu, do Baranówka. Przez cały czas trwania festynu wolontariusze zbierali pieniądze do skarbonek na rzecz wracającego do zdrowia Tomka Kwiatka. Przypomnijmy, że młody mieszkaniec Stęszewa niespodziewanie zachorował mając 17 lat. Wiele miesięcy leżał bez przytomności. Kilka operacji i kilkuletnia, często bolesna rehabilitacja doprowadziła do tego, że ma się coraz lepiej, choć trudno powiedzieć, że wrócił w pełni do sił. – Na festynie KL, w ramach zbiórki do puszek kwestarskich udało się zebrać sumę 573 złote i 73 grosze – poinformował nas kilka dni później prowadzący zbiórkę Tomasz Magacz.

 Jubileusz Pani Weroniki

„Oto dzień radosny dla naszej rodziny, by osiemdziesiąte uczcić urodziny. Ma je nasza mama, babcia i prababcia. To nasza podpora dla całej rodziny. Urodziłaś wszystkich własnymi siłami. Jak nas wychowałaś, to widzimy sami. Starałaś się mocno z płaczem i radością, byśmy nigdy wstydu Ci nie przynosili. W życiu miałaś różnie, wzloty i upadki, ale takie życie chyba każdej matki. Tata Ci pomagał przetrwać trudne chwile, żeby przejść przez życie, łatwiej, lepiej, milej. Duszę artystyczną masz od urodzenia i na każdej scenie coś do powiedzenia. Śpiewasz tam i tańczysz, dajesz całą siebie, to Cię fascynuje i daje natchnienie. A dzisiaj odwrotnie, my Tobie śpiewamy i z całego serca życzenia składamy. Życzymy Ci zdrowia, szczęścia i radości, niech Bóg da Ci siły do późnej starości”.

 

Takie, rymowane słowa odśpiewali potomkowie z trzech pokoleń Weroniki Polaczek z Modrza w gminie Stęszew, z okazji jej 80-tych urodzin.

Zjechali się wszyscy 3 czerwca, by najpierw w kościele pod wezwaniem św. Idziego w Modrzu uczestniczyć we mszy świętej, a potem bawić się długo w noc w Motelu 2000 w Stęszewie.

Urodziła się 31 maja 1937 roku w podstęszewskich Jeziorkach. Była najmłodszym, siódmym dzieckiem Marii i Wojciecha Luleczków. Najstarsze dziecko w rodzinie, to Jan z rocznika 1923. On pozostał w swojej miejscowości do końca swoich dni. Po nim urodzili się kolejno: Kazimiera, która przeniosła się do niedalekiego Rybojedzka, Maria zamieszkała w Poznaniu, Janka zmarła młodo, bo gdy miała 21 lat. Po niej w roku 1931 urodziła się Teresa. Zamieszkała w Krakowie i tam zmarła. Potem była Anna, która także pozostała w rodzinnej wiosce, w Jeziorkach i na końcu nasza Jubilatka. Z całej siódemki żyje i to w dobrej kondycji właśnie Weronika. Chodziła do siedmioklasowej szkoły podstawowej w sąsiednich Piekarach. Następnie podjęła naukę w Technikum Pocztowym w Poznaniu, którego nie mogła ukończyć z uwagi na warunki materialne rodziny. Podjęła pracę, jako pomoc w Ośrodku dla Dzieci Chorych w Jeziorkach. W latach1954-1962 wykonywała pracę księgowej w Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Sapowicach i w Modrzu. Tam, jako mechanik-kierowca przyjeżdżał mieszkaniec śląskiego Chorzowa – Henryk Polaczek. Był kierowcą i woził swojego wojskowego przełożonego. Bywało, że czekając na swego oficera rozmawiał z pracownicą, czyli Weroniką. Tyle z tych rozmów wynikło, że w 1959 roku oboje zdecydowali się na ślub. Cywilny mieli w stęszewskim oddziale Urzędu Stanu Cywilnego, który w tamtym czasie był w Modrzu. Do kościoła zaś pojechali do parafialnego kościoła w Słupii w gminie Stęszew.

Zamieszkali w Modrzu. Tu kolejno urodziła się ich szóstka dzieci. Jako pierwszy w 1960 roku na świat przyszedł Roman. Mieszka w rodzinnym Modrzu. Po nim urodził się Piotr – obecnie mieszkaniec Grodziska Wlkp. Po dwóch chłopcach przyszla kolej na cztery dziewczynki, czyli na Małgosię – obecnie Wojtkowiak ze Śremu, Irenkę – obecnie Kotlarz z Pniew, Wiesię – obecnie Urbańską z Piotrowa II w gminie Czempiń i Alicję Kaczmarek z Modrza.

Zatem ze związku Weroniki i Henryka na świat przyszło kilkoro dzieci, a od nich jest już 17 wnuków i siedem (ósmy w drodze) prawnuków. Dumna jest jubilataka z dzieci i wnuków. Są wśród nich pielęgniarki, nauczycielka, kierownik budowy, dwóch magistrów, radczyni prawna z własną kancelarią w Warszawie. Jedna z córek jest nawet sołtysem wsi. To Alicja z Piotrowa II.

– Mieszkam sama w Modrzu, ale blisko są dzieci i wnuki. Są dobre. Pomagają i wspierają  -mówi jubilatka.

Małżonek Weroniki zmarł w 2008 roku. Małżeństwo trwało 50 lat i tylko trzech miesięcy brakowało, aby Weronika i Henryk mogli otrzymać medale od Prezydenta RP.

Zdrowie 80-latki,  tak fizycznie, jak i psychicznie jest bardzo dobre. Być może na to wpływa duża aktywność społeczna. Dziedziną, w której się realizuje, to muzyka i śpiew.

Jako dziecko, w Jeziorkach uczestniczyła wraz ze starszymi siostrami, w przygotowaniach do dożynek. Pleciono wtedy wieńce i układano przyśpiewki. Mając 17 lat uczyła wiejskie dzieci śpiewać i tańczyć w strojach ludowych. Często   występowały na dożynkach wiejskich lub na Majówkach. Po latach, gdy już mieszkała w Modrzu i miała małe dzieci, także uczyła śpiewać i tańczyć – swoje i obce maluchy.

W latach 1979-1987 pracowała w Klubie Rolnika w Modrzu. Dwa razy uczestniczyła w kursach organizowanych przez Pałac Kultury w Poznaniu dla kierowników klubów rolnika.

Czyniła wówczas starania, aby utworzyć młodzieżowy zespół muzyczny. Załatwiła pieniądze na instrumenty, czyli na akordeon, perkusję, gitarę i keyboard. Był też instruktor, który uczył młodych ludzi gry na instrumentach. Opłacany był przez Kombinat PGR w Czempiniu. Zespół otrzymał nazwę „Newada”.

Pani Weronika starała się w latach 70-tych o utworzenie zespołu folklorystycznego. Udało się. Powstała grupa o nazwie „Modrzacy”. Działała prężnie w Modrzu w latach 1977-1992, a kierowała nią właśnie Weronika Polaczek.

Nastały zmiany gospodarcze. Upadały zakłady pracy. Nie było nikogo, kto chciałby wspierać działalność zespołu.

Po trudach w 1996 roku reaktywowano zespół i nadano mu teraz nazwę „Modrzanki”. Działa pod stęszewskim Domem Kultury, a kierownicy muzyczni opłacani są przez samorząd.

Pani Weronika zawsze  szukała kontaktu z ludźmi, którzy znali i kochali folklor w Wielkopolsce. Nawiązała współpracę z  Edwardem Ignysiem ze Śmigla, Danutą Tomczak

z Trzcielina i sąsiadką Joanną Helszmyt.

Od 20 lat „Modrzanki” działają i mają się dobrze. Aktywnie występują na różnych uroczystościach. Otrzymują uznania. Pierwszą ważną nagrodą było wyróżnienie w 1996 roku na Wojewódzkim Przeglądzie Zespołów Folklorystycznych w Pobiedziskach. Potem w 2000 roku dołożono wyróżnienie w konkursie na scenariusz obrzędu dożynkowego. Organizowała konkurs Wojewódzka Biblioteka Publiczna oraz  Centrum Animacji i Kultury w Poznaniu. W 2010 roku Pani Weronika otrzymała Medal: „Serce, myśli, czynny” od burmistrza Gminy Stęszew. Rok 2012, to Kazimierz Dolny nad Wisłą i udział w konkursie Mistrz-uczeń.

Pani kierownik „Modrzanek” zrealizowała na scenie wiele spektakli. Przypomnimy takie, jak: „To my Modrzanki”, „Jak długo w sercach naszych”, „Jak podkoziołek kiedyś świętowano”, „Spotkanie u starego Piecha”, „Z kroniką przez 5-lat działalności zespołu „Modrzanki”, „Chłopek ci jo, oj, biydoczek”, „Tajemnicza paczka”, „Wspomnienie z minionych 10-lat”, „Jesienne zwyczaje wsi środkowej Wielkopolski, widowisko słowno-muzyczno-taneczne”, „Pierzasty pympek”, „Spiewjąca rodzinka”, „Dziś prawdziwych cyganów już nie ma”, „Chłopoki, paniynki i stare babinki”, „Babska rezerwa”, „Piosenki ze starego zeszytu”, „Z emerytami wesoło jest”, „Z piosenką po Europie” i w 2014 roku „Uroki wsi polskiej”.

Na koniec przytoczymy drugą z napisanych piosenek, którą stworzyła córka Wiesława Urbańska, a babci zaśpiewały wszystkie wnuki.

„Droga Jubilatko Dzisiaj jesteś z nami, wspólnie świętujemy, przyśpiewki śpiewamy. Chociaż wiek twój słuszny, ciągle duchem młoda, niech Ci słonko świeci i będzie pogoda. Wypijmy na zdrowie Naszej Jubilatki. Niech żyje nam długo w zdrowiu i w dostatku. Oj da oj da dana, Babciu ukochana, świętować będziemy do samego rana.”

Ewa Noga-Mazurek

 

Natalia i jej przyjaciółka Magda
Pisaliśmy w połowie maja tego roku, że dwie młode dziewczyny jechały Seicento i zatrzymały się na drzewie. Były to 19-letnia Natalia i równa jej wiekiem Magda. Po wypadku jedna walczyła o życie, a druga poniosła śmierć na miejscu. Natalia zmarła na miejscu. Była mieszkanką Jabłonnej z gminy Rakoniewice. Przypomnijmy tamten tekst:
– Na drodze powiatowej, gruntowej prowadzącej od miejscowości Wola Jabłońska do Kuźnicy Zbąskiej doszło 13 maja o 16.15 do wypadku drogowego. Kierowany przez jedną z dziewczyn Fiat Seicento zjechała na lewe pobocze i uderzył w przydrożne drzewo. Uderzenie poszło na stronę pasażerki i ona poniosła śmierć na miejscu. Kierująca samochodem została wydostana z pojazdu i śmigłowcem przewieziona w stanie ciężkim do jednego z pod poznańskich szpitali.
Policjanci z grodziskiego Ogniwa Ruchu Drogowego wstępnie ustalili, że do wypadku doszło na prostym odcinku drogi. Zjechanie na lewe pobocze mogło być spowodowane zbyt dużą prędkością, a następnie brakiem opanowania pojazdu. To jedna z hipotez brana pod uwagę. Czynności procesowe wykonywała policja pod nadzorem prokuratora z Grodziska Wielkopolskiego. Sporządzono szkice, wykonano oględziny oraz zabezpieczono ślady, by móc odtworzyć szczegółowy przebieg zdarzenia.
Tyle tamtego tekstu. Dziś więcej informacji.
Natalia wyjechała z domu tylko na chwilę. Miała wrócić za pół godziny. Wsiadła do auta kierowanego przez jej wieloletnią przyjaciółkę Magdę.
Sąsiadka Natalii z Jabłonnej tego dnia jechała tą drogą. Była trzy kilometry od domu. Z dala zobaczyła, że coś leży pod drzewem. Podjechała. Zatrzymała się i poznała dziewczyny. Widok był okropny. Były zakleszczone ze strony od pasażera. Magda siedziała za kierownicą i krzyczała z bólu. Kobieta ze zdenerwowania miała kłopot z telefonem. Nie potrafiłą wezwać pomocy.
Gdy ona walczyła z aparatem telefonicznym, z naprzeciwka przyjechało inne auto. Kierowca właczył się w akcję ratunkową. Niebawem przyjechali strażacy z Jabłonnej. Zabrali się za uwolnienie poszkodowanych. Dojechało w międzyczasie pogotowie. Nadleciał też śmigłowiec. Zabrał Magdę do szpitala w Puszczykowie. Lekarze zastosowali farmakologiczną śpiączkę. Natalii już nie zabrano.
Dziewczyny znały się od wielu lat. Razem uczyły się w Zespole Szkół Zawodowych i Licealnych w Nowym Tomyślu. Zajmowały się logistyką, jako kierunkiem nauki. Natalia była w trakcie zdawania egzaminów maturalnych. Trzy dni po zdarzeniu, czyli 16 maja we wtorek miała pisać egzamin z geografii. Chciała uczyć się dalej. Właśnie na logistyce.
Jej życiowe plany przerwał jedna mała sekunda, która zabrała ją z tego świata. Wszystko stało się za sprawą modrakowego Fiata Seicento, który roztrzaskał się o drzewo. Za kierownicą siedziała najbliższa koleżanka Magda. Były jak papóżki nierozłączki – mówi ci, co je znali.
Ten wieczór także miały spędzić razem. Na późne popołudnie dziewczyny były umówione na wyjazd do brata Natalii. Miał być grill.
Natalia była bardzo serdeczną dziewczyną, o niespożytej energii. Uczyła się i dodatkowo pracowała. Po całym dniu jeszcze szykowała się na imprezę. Żyła aktywnie pełnią życia. W czasie wolnym biegała. Ponadto kochała zwierzęta, w szczególności koty i psy. Dbała o nie i gdy któryś zwierzak zachorował, to od razu jechała z nim do weterynarza.
Wszyscy w Jabłonnej znali dziewczynę i jej rodziców. Na różańcu, który odmawiano w sali wiejskiej, było dużo ludzi. We wrześniu skończyłaby 20 lat Rodzice mieli ją i dwóch synów.(maz)

25-lat Jubileusz Gazety

KL na początku opierał się na pracy ludzi – pasjonatów, którzy wykonując inne zawody, wieczorami pisali artykuły. Wśród tych pierwszych wymienić należy polonistki – Bożenę Klapę z ZSZ i Liceum Ekonomicznego i Katarzynę Warsztę z grodziskiego Liceum Ogólnokształcącego. O sporcie pisał nauczyciel wf z Zespołu Szkół w Grodzisku – Piotr Stasiłowicz, a tematy lokalne poruszali: nauczyciel historii grodziskiej Szkoły Podstawowej Nr 2 – Jarosław Kaminiarz, nauczyciel Andrzej Piaskowski z „Różowej” szkoły, wychowawca z Zakładu Poprawczego w Grodzisku Wlkp., potem dziennikarz opalenickiej gazety – Krzysztof Figaszewski, ponadto pisała wicedyrektor grodziskiego ZOZ-u Maria Piechocka i pracownik tamtejszego Urzędu Skarbowego Roman Matuszewski. Wspomnieć trzeba jeszcze kustosza Muzeum Rolnictwa w Szreniawie – Olgierda Tomaszewskiego, który przygotował pierwszą winietę i herby gmin będące na okładce. Pasją Ryszarda Brudło z Grodziska Wlkp. było opracowywanie krzyżówek do gazety i wyszukiwanie sponsorów ciekawych nagród. Do grona redakcyjnego należeli również fotoreporterzy – Roman Błażejczak z Grodziska Wlkp. oraz Ireneusz Biechowiak z Rakoniewic.

Po dwóch latach dołączył Franciszek Gwardzik z rakoniewic, któ®y dziś wydaje swoją gazetę Powiaty.

Po kilku miesiącach grodziscy radni stwierdzili, że utrzymanie gazety to droga sprawa i na rok 1992 nie przewidzieli już pieniędzy na jej utrzymanie. Było ciężko. Większość piszących się wycofała. Został nauczyciel wf-u Piotr Stasiłowicz, który pisał o sporcie i naczelna, wówczas nauczycielka języka polskiego. Wiosną na sesji radni przegłosowali, że rezygnują z praw do tytułu.

W czerwcu 1992 roku w poznańskim Sądzie Wojewódzkim KL został zarejestrowany, jako gazeta prywatna. Od tamtej pory rozpoczął się cykl poszerzania terenu. Jako, że redaktor naczelna jest kościanianką, tu kończyła szkołę podstawową i LO im. Oskara Kolberga, to wprowadziła kilkaset gazet na rynek kościański. Mało było w nim tematów związanych z Kościanem.

To, co jest ważne i ciekawe dla grodziszczanina, wcale nie musi interesować mieszkańców Kościana – mówił wtedy do Ewy Noga-Mazurek właściciel firmy Inter Groclin Auto Zbigniew Drzymała.

On wówczas też zaczynał budować potęgę swej firmy i jej markę. Przekonał naczelną, że należy zrobić oddzielne wydanie na Grodzisk Wlkp. i oddzielne na Kościan. Ponieważ ciężko było z pieniędzmi wsparł finansowo trzy pierwsze wydania, by gazeta mogła pozostać na rynku. Być może ten gest właściciela potężnej firmy sprawił, że dziś Kurier lokalny może obchodzić swoje 25-lecie.

Wiele osób było związanych przez te 25 lat z gazetą. Doliczyliśmy się około setki. Jedni byli krócej, inni dłużej. Są jednak osoby, które sa niemal od początku, to redaktorzy: Mirosława Kałek z Grodziska Wlkp i Seweryn Kaczmarek z Kościana. Jako maturzysta po skończonym LO „Słowak” w Grodzisku, jeszcze przed historycznymi studiami zaczął pisać w Kl Sebastian Skrzypczak. Po okresie przerwy – znów od pięciu lat jest z czytelnikami. Siedem lat stęszewski sport relacjonował Leszek Nawrocki. Od 19912 roku do przedwczesnej śmierci był dobry znawca tematyki Kościana i lokalnego sportu – Bogdan Wyrwa. Nawet młodzi adepci sztuki dziennikarskiej odbywali u nas praktyki.

Nie sposób pominąć pracowników obsługi Danutę Michalak (pracowała 15 lat), Genię Kosicką (18 lat) Lucynę Sikorę (12 lat) – to te najdłużej dbające o wpisywanie tekstów, ich skład komputerowy o grafikę reklamową, w końcu o korespondencję i o sekretariat redakcji.

Przecież gazeta, to też agenci reklamowi, komputery i informatycy, korekta i kolporterzy rozwożący gazetę i księgowość. Od 2001 roku o PIT- i ZUS dba Barbara Małecka ze Śmigla.

Przez te lata redakcja spotykała się na wigilijnych wieczerzach, by spędzać razem świąteczne chwile.

Tak więc gazeta i teksty, to 40 procent pracy, a pozostała część, to zaplecze, to baza, bez której redaktorzy nie mogliby spokojnie pracować.

Dziękujemy wszystkim, którzy przez te 25 lat z nami byli. Teraz trzymajmy się wszyscy do 30-tej rocznicy KL. Zaplanowana już jest uroczystość na 150 osób w Restauracji i Parku Nenufar Club w Kościanie.

Ewa Noga-Mazurek

Panu Bogu zabrakło aniołów, więc zawołał Ją do siebie

Ania Przybylska – pół kościanianka, pół gdynianka

Polskę obiegła smutna wiadomość, że bardzo lubiana aktorka Anna Przybylska nie żyje. Dlaczego nie udało się jej uratować? – pytało wielu.

Rok temu kolorowa praca donosiła, że coś dzieje się niedobrego ze zdrowiem aktorki. Mocno schudła, miała operację jedną, potem kolejne. Spekulowano o jej stanie zdrowiu, ale wszyscy mieli nadzieję, że poradzi sobie z tymi kłopotami, bo była sina, młoda, pełna dobrej energii i z dużą wolą walki o przetrwanie. Miała dla kogo żyć. Obok był kochający partner, troje potrzebujących mamy dzieci i bliska jej rodzina – mama i siostra i pozostali krewni. A dla Przybylskich rodzina zawsze była bardzo ważna. Utrzymywali ze sobą bliski i serdeczny związek.

– Nasz rodzina jest niewielka, więc się szanujemy i wspieramy – mówią krewni Anny Przybylskiej z Kościana, najbliżsi kuzyni Ani. Ona sama bowiem jedną nogą jest z Gdyni – po mamie, a drugą z Kościana – po tacie.

Na ulicy Grodziskiej w Kościanie-Kiełczewie nadal stoi dom dziadków Ani – Zofii i Maksymiliana Przybylskich. Mieszka w nim obecnie kuzynka aktorki – Małgorzata Hofman, nauczycielka w Zespole Szkół nr 2, mieszczącej się na Osiedlu Piastowskim w Kościanie.

W tym domu od maleńkości z mamą Krystyną i tatą Bogdanem, Ania spędzała każde, letnie wakacje. Przyjeżdżała również tu na rodzinne uroczystości, typu ślub kuzyna Sławomira Hofmana i jego żony Beaty, na komunie ich syna Przemka oraz na zwykłe odwiedziny, tak bez celu, by się znowu spotkać, by pogadać.

Bywało też, że odwiedzała kuzynostwo mieszkające na osiedlu Konstytucji 3 Maja w Kościanie. Tam obecnie mieszka Sławek i Beata Hofmanowie. W 2002 roku Ania przyjechała tu z mamą Krystyną i ze swoją maleńką wtedy Oliwką. Spały w mieszkaniu mieszczącym się w jednym z bloków na wspomnianym osiedlu.

Jak wygląda zatem drzewo genealogiczne Ani Przybylskiej?

Dziadkowie Zofia zm. 1986 i Maksymilian zm. 1970 Przybylscy, to mieszkańcy podkościańskiego Kiełczewa. Mieli czwórkę dzieci: Kazimierę, Alojzego, Wandę i Bogdana. Dzieci dwójki z nich Wandy i Bogdana utrzymują ze sobą nadal ścisły kontakt. Wanda Przybylska została w domu rodziców w Kiełczewie. Została nauczycielką języka polskiego w kościańskiej szkole Podstawowej nr 1 przy ulicy Mickiewicza. Wyszła za mąż za Leszka Hofmana i miała z nim trójkę dzieci: Małgorzatę, Mirosława i Sławomira.

Z kolei Bogdan chciał był lekarzem. Zdawał egzamin na poznańską Akademię Medyczną, ale z braku miejsc nie został przyjęty. Wybrał się więc nad morze, by studiować w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w Gdyni. Skończył ją, jako oficer. Doczekał się stopnia komandora, czyli w wojsku lądowym podpułkownika. Pierwszym okrętem, na którym pływał był – stojący dzisiaj na Skwerze Kościuszki okręt „Błyskawica”. Bogdan Przybylski służył w marynarce wojennej od 1966 roku do 1992. Zmarł trzy lata później. Ania miała wtedy 17 lat.

Ale wróćmy do momentu, gdy Bogdan w Gdyni poznał Krystynę. Jak to w życiu bywa młodzi pokochali się i zawarli związek małżeński. Z tego małżeństwa urodziła się Agnieszka (dziś 40-letnia gdynianka) i 35-letnia Ania (26 grudnia miałaby 36 lat).

Bogdan często przyjeżdżał ze swoimi bliskimi w rodzinne strony. Spędzał tutaj z żoną i dziećmi letnie wakacje. Dzieci Wandy i Bogdana spędzały ze sobą wiele wolnego czasu. Małgosia i Sławek Hofman byli nieco starsi, więc młodsze kuzynki rozpieszczali.

Pamiętam, że gdy Ania była całkiem mała, miała może 4-5 lat, to bardzo lubiła jeździć ze mną rowerem na dłuższe wycieczki. Wsiadała do wiklinowego koszyczka przyczepianego kiedyś na kierownicę roweru i ruszałyśmy w trasę. Najczęściej jechałyśmy w kierunku na Racot – wspomina starsza o kilkanaście lat od Ani, kuzynka Małgorzata. To, co zapamiętałam jeszcze, to jej ruchliwość. Wszędzie było jej pełno. Nie potrafiła siedzieć bezczynnie. Lubiła budować z mebli, nakryć i kocy sceny, które nazywał teatrzykami. Kreowała sytuacje i w nich sama występowała. A jak występy, to i przebieranie. Na jakieś święta przebrała się w korzuch wuja Mirka, do tego założyła gumowce i odgrywała Jasełka. Przebierała się i zakładała wszelkie błyskotki, jakie były w zasięgu jej ręki. Powtarzała, że będzie aktorką, albo modelką.

Ania była zawsze małym łobuzem, w dobrym tego słowa znaczeniu. Miała ciemne włosy, obcięte na pazia. Była mała, a wszędzie się wciskała – taką Anię z dzieciństwa zapamiętał kuzyn Sławek Hofman. Pamiętam jedne wakacje, gdy już byliśmy po ślubie z małżonką Beatą, a jako dzieci mieszkaliśmy po sąsiedzku, o dwa domy dalej, to Ania biegała od jednego domu, do drugiego. Rodzice Beaty byli nauczycielami i mieszkali w kiełczewskiej szkole. Któregoś dnia zniknęła. Przez dłuższy czas wszyscy ją szukaliśmy w obu domach i obejściach. Wystraszeni myśleliśmy, by powiadomić policję. I nagle okazało się, że odnalazła się na strychu w szkole.

Ubrana była w kolorową, sukienkę, bo moja mam szyła mi często na występy szkolne ładne przebrania – włącza się w rozmowę Beata Hofman, obecnie też nauczycielka klas 1-3 w szkole Podstawowej w Kiełczewie. Na sobie miała długie, do pasa korale i za duże buty na obcasach. Granie miała we krwi.

Los się do niej uśmiechnął, bo gdy miała 17 lat i była w szkole średniej, zorganizowano w Sopocie przeglądy typu „Twarz Roku”. Ania poszła na taki przegląd i została zauważona przez reżysera Radosława Piwowarskiego. Zaangażował ją do małej rólki w swoim filmie „Ciemna strona Wenus”. Potem weszła w skład obsady serialu „Złotopolscy”, jako policjantka Marylka. Był to początek jej aktorstwa. Poznała ją wtedy szeroka publiczność.

Potomkowie Zofii i Maksymiliana Przybylskich do dziś kultywują tradycje i utrzymują bliskie, rodzinne więzi.

Pomagamy sobie w każdej trudnej chwili. Tak było i teraz. Sygnał o kłopotach pojawił ię w wynikach krwi – zmówi mówi Sławek Hofman. Był wiadomo, że coś się złego dzieje. Potem znaleziono guza na trzustce. Operacja była w sierpniu i cała rodzina czekała z niepokojem na wyniki laboratoryjne wyciętego guza. Nikt nie przyjmował do wiadomości, że Ani się nie uda w walce z intruzem. Rodzina ją wspierała i siebie nawzajem. Tak było, gdy zmarł ojciec Ani i Agnieszki – wuja Bogdan. Miał 53 lat i zmarł na raka płuc.

Anna opowiadała o tym w 2012 roku w wywiadzie w Super Ekspresie. Przyznała, że bada się regularnie, bo jest obciążona genetycznie:

– Są testy apteczne, które można wykonywać, ale to nie jest to samo. Ja się badam, ponieważ jestem obciążona genetycznie, zarówno ze strony ojca, jak i matki. Wszyscy umierali na nowotwór. Badam się również dlatego, że jestem mamą trójki dzieci i chciałabym się ustrzec przed chorobą. Wiadomo, że schorzenia wcześniej wykryte można skutecznie wyleczyć, dzięki profilaktyce możemy skutecznie przedłużyć nasze życie.

Wszyscy wierzyliśmy, że musi się udać. Leciała do Stanów szukać pomocy. Nie pomogli. Była Szwajcarii – lekarze rozkładali ręce. Ostatni raz rozmawiałem z Anią telefonicznie w wigilię 2013 roku – mówi Sławek.

Ania już po diagnozach opowiadała w telewizyjnych wywiadach, że chciałby jeszcze trochę pożyć, że obecnie cieszy się każdą chwilą z dziećmi i bliskimi. Dzieci miała troje 12-letnią Oliwkę, 8-letniego Szymka i trzyletniego Jasia.

– Nie udało się pokonać raka trzustki. To jedna z najbardziej złośliwych i szybko niszczących organizm odmian tej choroby. Chorzy odchodzą po dwóch, trzech miesiącach od wykrycia. Jej udało się wyrwać z życia ponad rok – znów wspomina Sławek. Od razu operacji p wycięciu guza czuła się dobrze. Wróciła do pracy. Pracowała, bo to dodawało jej sił do dalszej walki o zdrowie.

W ubiegłym roku jeszcze nakręciła swój ostatni firm „Bilet na księżyc”. Uczestniczyła z Piotrem Adamczykiem w kampanii reklamowej obuwia CCC. W ten sposób starała się zabezpieczyć finansowo rodzinę. Zdobywała też pieniądze na leczenie. Choroba wracała i była coraz bardziej dokuczliwa, męcząca i bolesna. Aktorka schudła, straciła włosy. Chodziła w peruce, albo w grubej czapce. Nie skarżyła się. Oparcia szukała w rodzinie i najbliższych. Jej życiowy partner, piłkarz Jarosław Bieniuk zrezygnował z treningów, by przejąć obowiązki opiekuna rodziny, by ją samą wspierać.

Osobą niezastąpioną dla Ani i jej rodziny w ostatnich miesiącach była mama Krystyna. Ona dbała o dom w Gdyni-Orłowie. Przy okazji warto napisać, że na skarpie stoją dwa domy – Ani i jej sąsiadki – córki prezydenta Lecha Kaczyńskiego – Marty. W czasie choroby mama każdego dnia przygotowywała, odwoziła i przywoziła dzieci do szkoły i przedszkola. Ona docierała z nimi na pływalnię i zajęcia pozalekcyjne. Ona – dziś 62-letnia kobieta – ciągnęła praktycznie cały dom. Szczególnie wtedy, gdy w ostatnich miesiącach Ania przebywała w szpitalu w Bydgoszczy, a Jarosław spał na materacu, obok jej szpitalnego łóżka.

Ania była coraz słabsza. Rak zaatakował już właściwie wszystkie jej narządy. Ważyła pod koniec już tylko 40 kilo. Od pewnego czasu miała pełną świadomość, że się nie uda, że musi pożegnać się z życiem. Bóle splotu słonecznego (w pasie) były nie do zniesienia. Musieli podawać jej morfinę.

Odeszła o godzinie 15-ej w niedzielę, ale przytomność straciła już w piątek 3 października. Pogrzeb zorganizowany został 9 października na koszt i przy pomocy Prezydenta Miasta Gdyni. Jak powiedział włodarz tego miasta, Anna Przybylska promowała ten gród, a do tego często, bezpłatnie wspierała różne akcje charytatywnie.

Pogrzeb Anny Przybylskiej odbył się w czwartek. Nabożeństwo żałobne odprawione zostało o 13-ej w kościele przy ul. Armii Krajowej, w pierwszym, tym najstarszym kościółku Gdyni. Warto przy tej okazji przypomnieć, że Gdynia do czasów reformy ministra przemysłu i handlu, w pierwszym rządzie Józefa Piłsudskiego – Eugeniusza Kwiatkowskiego, czyli do roku 1924, była małą wioską, z jednym kościółkiem, właśnie tym pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski.

Odprowadzenie do grobu nastąpiło o godzinie 15-tej na Cmentarz Parafialny przy Parafii pod wezwaniem Św. Michała Archanioła w Gdyni.

Opinie:

Cezary Pazura a Ani Przybylskiej:

– Była osobą absolutnie cudowną, pełną wigoru i temperamentu. Oprócz tego była wspaniałym człowiekiem. Znalem jej dzieciaki i dom.

Krzysztof Kowalewski:

– Była tak pełna życia, miała taki temperament, że ta radość, ten entuzjazm udzielał się innym. Taką ją chcę zapamiętać. Ania zawsze pozostanie w naszych sercach. Żal, żal i jeszcze raz żal – dodał na wieść o jej śmierci.

Jeszcze wpis do księgi kondolencyjnej wyłożonej w Gdyni. Jedna z osób napisała tak: Spotkało się życie i śmierć. Śmierć zapytała – dlaczego wszyscy cię kochają, a mnie nienawidzą? Życie odpowiedziało, bo ja jestem pięknym kłamstwem, a ty bolesną prawdą. To jedne z pierwszych wpisów, jakie pojawiły się w księdze.

Na koniec jeszcze słowa kościaniaków, a dokładnie Beaty Hofman:

– Ania jest nam bardzo bliska i umyślnie nie mówię o Niej w czasie minionym. Bardzo przeżywamy to, co się stało. Jesteśmy małą rodziną. Mamy bliskie, serdeczne stosunki. Ania zajmowała i nadal będzie zajmować wysokie miejsce w naszych sercach.

Ewa Noga-Mazurek

 

Aktywny „Kościan Team”
Kilka lat temu grupa pasjonatów biegania i jeżdżenia na rowerze skrzyknęła się i utworzyła zespół „Kościan Team”. Początki, to około dziesięć osób. Teraz grupa w składzie ma około 50 osób. Mają swój znak rozpoznawczy i flagę, którą przygotował Robert Kasperski.
Biegają i trenują równo, co dwa tygodnie, na trasie od Kościana do Nowego Dębca, nad jezioro. To odcinek około 30 kilmetrów. Zaczęli też ostatnio treningi w kościańskim Parku Miejskim.
Od dłuższego czasu uczestniczą w wielu biegach na terenie kraju. Jednymi z ostatnich były: udział w grodziskim „Półmaratonie Słowaka” oraz Kórnik i 10-kilometrowa trasa II Biegu Zamoyskiego.
Półmaraton ma swoją oddzielną relację, zaś Kórnik, to 16 lipca. Na trasę o 9-ej rano wyruszyło 12 biegaczy z „Kościan Team”. Po około godzinie cała grupa była już na mecie. W dobrych humorach i po odebraniu pamiątkowych medali, wszyscy oddali się wypoczynkowi na zielonej trawie. A pogoda była piękna tego dnia.
Zawodnicy biegają dla własnej przyjemności, ale też niosąc pomoc innym. W tym roku już po raz kolejny zorganizowali biegi dla kogoś w potrzebie.
Zaczęło się od Biegu dla Szymona, który walczy z „chłoniakiem”. To chłopak z Kurzej Góry.
Z kolei 6 maja biegacze wyruszyli z Kościana w stronę Kiełczewa, gdzie odbywał się piknik pod hasłem „Spełniamy marzenia Gabrysi”. Impreza odbywała się na „Ranczo u Martina”. Bieg miał odcinek 6 km. Pomimo niepewnej pogody, na pikniku zjawiło się wiele osób chcących wesprzeć ten cel. Bieg ukończyli wszyscy i z zadowoleniem przyłączyli się do trwającego na terenie Rancza tańca Zumby Brylowali w nim kościańscy biegacze. W trakcie imprezy można było zbadać poziom cukru we krwi dzięki diabetykom oraz skosztować wypieków pań z Kiełczewa.
Kolejnym razem ludzie z „Kościan Team” skrzyknęli się na Piknik Charytatywny dla Michała. Zorganizowany został także w Kiełczewie. W sobotę 1 lipca zbierano środki na rehabilitację chłopca, który wraca do zdrowia po wypadku samochodowym. Zawodnicy zjawili się na miejscu zbiórki, po czym zebrali pieniądze do puszek. Organizator doliczył się tego dnia kwoty 11.600,00 złotych, z czego „Kościan Team” przekazał 890-tych złotych. Ważny jest fakt, że sportowcy nie wołają pieniędzy od innych. Oni do puszek dają własną gotówkę.(maz)

Niedawno świętowaliśmy 20-lecie Kurier lokalnego, a już mamy pięć lat więcej. Zastanawialiśmy się ostatnio nawet nie o tym, kto robił gazetę, ale gdzie ona była drukowana.

Zaczynaliśmy się w małych, prywatnych drukarniach mieszczących się najczęściej w jednopokojowych pomieszczeniach. Woziliśmy artykuły napisane odręcznie na kartkach i dołączaliśmy zwykłe zdjęcia wywoływane tradycyjnym sposobem. Właściciele małych drukarni wpisywali nasz tekstu, wrzucali do jakiś prostych programów i drukowali tak na dobrą sprawę trudno dziś określić, czy to były prototypy ksero, czy czegoś innego. Gdy dziś patrzymy na stare egzemplarze z początku lat 90-tcyh, to widzimy, że są bardzo złej jakości.

Z czasem szukaliśmy nieco większego profesjonalizmu. Poleciliśmy druk KL prywatnym drukarniom takim jak ta w Grodzisku na ulicy Zbąszyńskiej, albo podobna w Opalenicy i w Poznaniu. Robili strony na przedwojennej maszynie, noszącej niemiecką nazwę „Romajorka”. Każda kartka drukowana była oddzielnie i do tego każdy kolor oddzielnie. Drukarze wlewali najpierw żółtą farbę do pojemnika i drukowali tylko żółte elementy. Gdy zjechali wszystkie strony, czyścili pojemniki o wlewali niebieską farbę. Zadrukowywali niebieskie elementy i uważali, by tak ustawić maszynę, aby nie wchodziła na wcześniejszą, żółtą barwę. Po skończenie niebieskiej, to samo robili z czerwoną (tak zwaną marantą) i z czarną. Każda kartka przechodziła przez wałki drukarki cztery razy, by jako tako wyszły kolory.

Drukowała nas także, gdy jeszcze istniała Kościańska Spółdzielnia Poligraficzna. Potem przenieśliśmy się do największej w latach 90-tych Drukarni w Poznaniu, na ulicę Ziębicką. Robiono w niej Gazetę Poznańską, Głos Wlkp. i pomniejsze. Wtedy kleiło się wydrukowane na foliach strony i naświetlone zwykłe zdjęcia i woziło duże rulony makiet.

Potem Gazetę Poznańską wykupił niemiecki koncern Passauer i wybudował nowszą drukarnię w Tarnowie Podgórnym. W 201 roku przenieśliśmy się do drukarni PolskaPress do Tarnowa. Tam mogliśmy już wozić materiały do druku na płytach lub na przenośnych dyskach. Od tamtego czasu mamy duży, gazetowy format i drukowani byliśmy na papierze z beli.

Tymczasem w Polsce powstawały dwie najnowocześniejsze drukarnie. Budowane były przez norweski koncern Orkla. Jedną postawiono w Raszynie pod Warszawą, drugą w Koninku pod Poznaniem. Był to początek lat 2-tysięcznych. Orkla wykupiła kilkanaście tytułów prasowych w Polsce i dla nich ściągnęła nowoczesne maszyny.

Od lipca 2004 roku do tej drukarni zaczęliśmy słać materiały Kuriera lokalnego. Płynęły „po drutach” do Warszawy. Nasze, gotowe strony odbierali 300 kilometrów dalej – drogą internetową. I tak zostało do momentu, aż w roku 2012 nastąpiła likwidacja drukarni. Jak informował zarząd spółki – zdecydowano się na zamknięcie drukarni w Koninku z powodów biznesowych. Zarówno nieruchomości, jak i maszyny zostały wystawione na sprzedaż. Ostatecznie popłynęły do Azji.

Kurier lokalny musiał przeanalizować różne oferty i zdecydował się na wybranie drukarni należącej do polskiego oddziału Polskapress na Skórzewie w Poznaniu. Tu drukuje się między innymi Głos Wielkopolski. Druk odbywa się na offsetowej maszynie rolowej. Prędkość maszyny 37.000 egz./godz.

Drukarnia może wydrukować gazetę mającą 8 stron, aż do 48. Kurier loklany ma ich 32. Druk jest w pełnym kolorze. Drukarnia wyposażona jest w dwie naświetlarki systemu firmy Kodak oraz system automatycznej obróbki płyt. Sama tnie strony, zagina grzbiety, liczy egzemplarze, paczkuje i owija.

Kurier lokalny otrzymał hasła i prosto z redakcji śle gotowe strony wchodząc do drukarni poprzez specjalne backup.

Jesteśmy tu już ponad cztery lata. Dobrze nam się współpracuje i mamy nadzieję pozostać na Malwowej jeszcze długo. Nie lubimy zmian i nie chcemy szukać nowych drukarń.

I tyle o sposobie, jak tworzy się od tekstu i zdjęcia do gotowego egzemplarza gazety. Oczywiście musi ktoś pojechać samochodem po gotowe paczki i potem rozwieźć. Tak co dwa tygodnie KL trafia do sklepów i kiosków w trzech powiatach – poznańskim, kościańskim i grodziskim.

Tomice – zapomniana perła Europy część 5
W ostatnich artykułach często wspominałem o wyjątkowych strojach Piotra Tomickiego. Dzisiaj chcę wyjaśnić, w jaki sposób powstawały w warsztatach królewskich na Wawelu stroje i pasy szlacheckie. W roku 1995 udało mi się kupić w Krakowie krosna. Nie ma na nich żadnej sygnatury ani dat, jednak według szerokości krosna możemy domniemywać, i ż na nich powstawały pasy szlacheckie, być może nawet pas dla Piotra Tomickiego? Jedno z tych krosen znajduje się w depozycie w Muzeum Regionalnym w Stęszewie. Można go tam obejrzeć i dotknąć. Kaplice grobową wraz z wyposażeniem w katedrze na Wawelu biskup Piotr Tomicki ufundował sobie sam. Oceniając go po wyglądzie na obrazie z 1530 roku namalowanym przez Stanisława Samostrzelnika można określić w kilku słowach wygląd żałosny pycha i buta. Ufundował sobie sam okazałą kaplicę grobową, może bał się, że po śmierci zakopią go na cmentarzu. Jak już dawniej opisywałem o Tomicach jego ojciec Mikołaj był bardzo złym człowiekiem, łobuzem. Rozbój w jego głowie był na porządku dziennym. Może trochę informacji o kaplicy i nagrobku Piotra Tomickiego. Nagrobek wykonał Jan Maria Padovano zwany „II Mosca” zatem Padewczyk rodem przybył do Polski przed rokiem 1532 na zaproszenie Biskupa Piotra Tomickiego, a zmarł w roku 1574 w Krakowie przeżywszy w naszym kraju ponad 40 lat. W roku 1532 wykonał sygnowane przez siebie medale z podobiznami członków rodziny królewskiej. W roku 1533 Biskup Piotr Tomicki zamówił u niego Cyborium dla katedralnego kościoła, które ukradli w roku 1655 Szwedy wraz z najemnikami niemieckimi. Obok medali pierwszym archiwalnie potwierdzonym jego dziełem rzeźbiarskim jest nagrobek Biskupa Gamrata w Katedrze zamówiony przez Bonę w 1545 roku na wzór nagrobka renesansowego Tomickiego z lat 1532-1533 co wyraźnie w kontrakcie zaznaczono. W rzeźbie nagrobka Tomickiego zdobiącego ufundowaną przez niego kaplicę. Pojawia się tutaj po raz pierwszy prostokątna, rzymskiego pochodzenia nisza, ujęta w dwie boczne kolumny o korynckich kapitelach, które mają niewiele do dźwigania, bo tylko załamane belkowanie z takim, że gzymsem koronującym, zwieńczonym zbyt niską jak gdyby zgniecioną nastawą z dwóch roślinnych wolut i małymi zbyt lekkimi posążkami. Tkwiąca w pomniku sprzeczność polega na tym, że jego prostą architekturę oblepiła zbyt gęsta, roślinna przeważnie dekoracja, niepodobna do groteskowych zdobin kaplicy Zygmuntowskiej i to utrzymana w drobnej jak gdyby jubilerskiej skali. Dekoracja ta została wykonana z wielką niemal ostrą wyrazistością. Bogata, przepełniona ozdobami i nieco ciężka główna część pomnika kontrastuje też z trochę pustą i chłodną partią belkowania. Spokojnie leżąca figura Biskupa Tomickiego, słabiej poruszona od niespokojnych posągów królewskich w kaplicy zygmuntowskiej, została opracowana bardziej miękko i łagodnie. Przesyt ozdób na nagrobku świadczy o tym, że biskup Piotr Tomicki żądał i nakazywał wykonanie rzeźby tak jak on chce.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski

Wakacje nie tylko z krówkami
– Pamiętam jak wracałem ze szkoły ze świadectwem, po zakończeniu kolejnej klasy i bez względu na komentarze moich rodziców po obejrzeniu cenzurki, natychmiast zapominałem o „budzie. Przez ponad dwa miesiące ferii robiłem w przewadze, co chciałem – po tym krótkim wstępie Marian Lichy na chwilę zamilkł. Jego kumpel Hipolit Mizerka tylko na to czekał i rzekł:
– Co to znaczy w przewadze?
– No, wiesz – zaczął się tłumaczyć Marian. Dobrze wiesz, że ja jestem z miasta i specjalnie od dzieciaka niewiele do moich obowiązków należało.
– Bujasz jak z nut – wtrącił Hipolit. Pozwól, że ci przypomnę tylko niektóre z nich: rwanie trawy do królików, zbieranie stonki w pyrach, zrywanie porzeczki i wiśni, wnoszenie węgla do szopy, zamiatanie i grabienia podwórza – ironia w głosie kumpla zabolała Mariana. Nadrabiając miną rzekł:
– Tak, to prawda, że miałem swoje obowiązki, ale godziłem je z tym, co lubiłem najbardziej.
– To znaczy co? Lenistwo i chodzenie na harendę? – nie wytrzymał Hipolit.
Po raz kolejny nerwy Mariana zostały wystawione na próbę. Wytrzymał jednak i spokojnie odparł:
– Fakt, że codziennie spałem do dziesiątej. Gdyby nie synowie kuzyna, którzy pod oknem wrzeszczeli, abym wstawał, to zapewne moje „nyny” byłoby jeszcze dłuższe. Do ogrodów na cudze owoce nie chodziłem, bo pod dostatkiem miałem swoich. Powiem ci więcej, że gdy pogoda dopisywała, to codziennie chodziłem się kopać na staw. Ponadto tłukło się też często i długo w piłę, palanta i nożyka. Wieczorem z dziewuchami grało się w mrzyku lub jak wolisz w szukano lub chowanego. Co zresztą ty możesz o tym wiedzieć ,osobnik z głębokiej wsi, który w wakacje krówki na łące pasał – prowokacyjnie zakończył Marian.
– Wiedziałem, że wytkniesz mi moje pochodzenie – odparł Hipolit. Dobrze, że jeszcze nie nawciskasz mi od wieśniaka, który trochę kultury liznął, gdy spotkał na swojej drodze ciebie. Wyobraź sobie, że pasanie krów w wakacje też miało swoje uroki. Od rana matula przygotowywała mi „wałówkę” i flaszkę kompotu. Brałem „mućki” i heja na łąkę pod las. Najlepsze było to, że leżałem na trawie, gapiłem się w niebo i nic nie robiłem. Od czasu do czasu tylko spoglądałem, czy krowy nie poszły do sąsiada w szkodę. Miałem też tam przygodę, o której ci do tej pory nie mówiłem.
– Krowa nadepnęła ci na ucho, czy nakichała na łańcuch – nie wytrzymał Marian.
– Powiem, o ile mi nie będziesz przeszkadzał. Zapewniam cię, że będziesz autentycznie mi zazdrościł – kontynuował Hipolit. Obok na łące pasła krówki moja sąsiadka Rozalia Maluśka. Wbrew jej nazwiska była to dziewczyna duża. Jak na swoje piętnaście lat była rozwinięta, aż nad to.. Nie powiem, bo pożądliwie spoglądałem w jej stronę. Byłem od niej o rok młodszy, dlatego z początku nie zwracała na mnie uwagi. Któregoś dnia krowy jej się splątały i zaczęły się dusić. Rzuciłem się zwierzętom na ratunek. Udało mi się rozplątać łańcuchy i krowy uwolnić. Nie masz pojęcia, jaka Rózia była szczęśliwa i jak mi dziękowała. Z początku trochę się broniłem. Ona jednak nie poprzestawała i rozszerzała swoją wdzięczność.
– Mów, mów prędzej, do jakiego stopnia – dopytywał Marian.
– Co ci będę mówił – ciągnął Hipolit – ona pokazała subtelną różnicę pomiędzy kobietą, a mężczyzną. Nie uwierzysz, ale uczyniła to na drzewie. Mieliśmy takie ulubione, na którym w rozłożystych gałęziach siadaliśmy blisko siebie. Wtedy, gdy „ją” ujrzałem, to od nadmiaru emocji zakręciło mi się w głowie i spadłem na trawę. Niby wysoko nie było, ale skręciłem nogę. Do wieczora, aż do chwili powrotu z krowami do domu, Rózia czule się mną opiekowała. Niestety wieczorem noga mi spuchła i musiałem na drugi dzień pojechać do lekarza. Przez trzy tygodnie miałem gips. Z powodu urazu na pastwisko nie chodziłem. Niestety nie widywałem się też z Rózią. Tymczasem wakacje dobiegły końca i zakończyło się wypędzanie krów na pastwisko. Nie masz pojęcia, jak ja podczas choroby cierpiałem. Ciągle przed oczami miałem kształty Rózi.
– Przecież skoro bawiliście się w doktora, to też chyba jej się podobało A ona nie szukała kontaktu z tobą? – nie wytrzymał Marian.
– Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem się, że na drugi dzień koniecznie chciała mnie odwiedzić, ale moja Matula jej nie wpuściła. Nie lubiła jej, bo była zbyt kobieca i zbyt wyzywająca. Rodzicielka rozpracowała też mnie widząc, jak dziewczyna działa na mnie w dzień i w nocy. Szkoda, że nasze drogi się rozeszły. Ona po wakacjach wyjechała do szkoły do odległego miasta, a ja zacząłem się uczyć w technikum, kilkanaście kilometrów od domu. Pomimo tego, że często o niej myślałem czas zrobił swoje. Dla każdego z nas życie napisało swój scenariusz.
– No, no przyjacielu, muszę ci przyznać, że tamtych wakacji trochę ci zazdroszczę. Powiem, że babeczki być muszą i to zdrowe w każdym calu. Tak było, jest i niech zostanie. Nie uwierzysz, ale ja mam też swoje coś, o czym będę pamiętał przez całe życie – rzekł Marian.
– Jak cię znam to masz na myśli kobitki z dużymi walorami – śmiejąc się wtrącił Hipolit.
– Wyobraź sobie, że w dużej mierze masz rację. Wiedz jednak, że mam też na myśli chleb ze smalcem, z pomidorem i do tego świeży, kiszony ogórek. Nic lepiej nie smakowało latem nad wodą na świeżym powietrzu, jak włąśnie takie jadło – poważnie oświadczył Marian.
– Z tym to się w pełni z tobą zgadzam – dodał Hipolit i podał rękę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek