niedziela, 16 Grudzień 2018

2017 Kwiecień

Koło Wędkarskie

W pierwszym kwartale tego roku nastąpiły zmiany w Zarządzenie Koła Wędkarskiego numer 121 w Stęszewie. Ustąpił dotychczasowy prezes Michał Zieliński, a fotel prezesa zajął wieloletni wędkarski pasjonat i działacz Henryk Majorczyk
Pozostali członkowie Zarządu, to: Stanisław Szlufik – wiceprezes, Piotr Krawczak – skarbnik, Piotr Jóźwiak – sekretarz, Józef Gatniejewski – gospodarz Koła, Roman Sierański – rzecznik dyscyplinarny i trzej członkowie Agata Kaczmarek, Marek Kaczmarek i Marian Henke.
Powołano także nową Komisję Rewizyjną. Jej skład jest następujący: Julian Bocian – przewodniczący, Jan Kaczmarek – sekretarz i Jacek Syska – członek.
Obecny Sąd Koleżeński stanowią: Rafał Kołodziej – przewodniczący, Robert Grędas – sekretarz i Dariusz Matuszewski – członek.
* * *
Od lat stęszewscy wędkarze na wiosnę organizują sprzątanie brzegów miejscowych jezior. W tym roku na 22 kwietnia zapraszają chętnych na wspólne porządkowanie terenu wokół zbiorników wodnych.
Na zachętę młodzież za udział w tych pracach otrzyma 100 punktów, które będą dokładane do wagi złowionych ryb w każdych zawodach bieżącego sezonu.
Najbliższy wyjazd, to zawody spinningowe na rzece Warcie 7 maja. Szczegóły na stronie Koła.(maz)

Jak traktować wielkanocne zwyczaje?

Z żartami, jak z solą, gdy przesadzić, to zabolą”.

Od kilku lat korowody przemierzają w drugi dzień świąt wielkanocnych wiele wielkopolskich wiosek i małych miejscowości. Grupy przebierańców liczą zwykle od kilku do kilkunastu lub nawet dwudziestu osób. Wszyscy są przebrani w różnorakie stroje.

Młodzież dawniej przechodziła korowodem, a prowadził ich Siwek, czyli postać białego konia. Geneza tego wielkopolskiego zwyczaju, którego nazwa pochodzi od białego konia, nie jest do końca znana. Przyjmuje się, że nawiązuje on zachodniosłowiańskich obrzędów, związanych z kultem konia, mających na celu sprowadzenie urodzaju i zapewnienie dostatku.

Dziś zamiast prawdziwego konia na czele korowodu idzie zazwyczaj postać w białej szacie z symbolicznym koniem przywiązanym do pasa. W korowodzie znaleźć można kominiarzy, niedźwiedzia, policjantów, grajków i chłopa z babą. Do niezbędnego rytuału należy murzenie, to jest smarowanie twarzy napotykanych po drodze dziewcząt substancją sporządzoną z kremu i sadzy. Fachowcami od tej czynności są postacie przebrane za kominiarzy lub diabły.

Z dawna powinno być tak, że wędrujący wioską powinni być przebrani w różnorakie stroje. W każdej z grup powinien znaleźć się diabeł, czyli osoba ubrana cała na czarno, z ogonem i widłami oraz pastą do butów służącą do smarowania osób niechętnych przyjęciu przebierańców, śmierć – osoba przebrana na biało, najczęściej w prześcieradło, Cygan z Cyganką – jako para, Para Młoda a ubrani w typowy strój weselny, czyli garnitur i suknię ślubną. Ponadto w niektórych grupach przebierańców bywały dawniej takie osoby, jak Żyd, lekarz, kominiarz, dziad i baba.

Korowodowi powinna towarzyszyć muzyka. Idący kiedyś śpiewali charakterystyczne dla końca karnawału przyśpiewki. Towarzyszyli im akordeoniści i skrzypkowie.

A jak to teraz wygląda?

W tym roku odnotować można tak zwanych – jak się sami nazywają – kominiarzy, którzy wędrowali po Głuchowie i innych podczempińskich wioskach, czyli po Borowie, Betkowie i Słoninie oraz w Kurzej Górze i w Starych Oborzyskach w gminie Kościan.

W podczempińskim Głuchowie już po raz kolejny młodzież przebrała się, by wędrować po domach sąsiadów. Ich korowód składał się przede wszystkim z kominiarzy, ale dołączyli do nich także: baba, dziad, śmierć i grajek.

Kominiarze sami będąc w sadzy, smarowali nią mieszkańców. Korowód szedł przez wioskę od gospodarstwa, do gospodarstwa. Zajęło to im kilka godzin. Dwa lata temu, gdy pytaliśmy, co daje im takie wędrowanie odpowiedzieli:

– Ta tradycja jest u nas od pokoleń – mówiła młodzież. Chodzą u nas tzw. kominiarze, biegają murzą i lekko biją dzieci z kija. Zbierają pieniądze i jajka, które otrzymują od odwiedzanych mieszkańców Głuchowa. Jest przy tym wiele śmiechu i zabawy. Tak robili nasi dziadkowie, tak robimy i my – podsumowują.

W tym roku było dwóch Kominiarzy Marcin Matyjaszczyk i Maciej Bierazo, a także Śmierć – Michał Ratajczak, Dziad – Przemysław Antoniewicz, Baba – Aleksander Bierazo i Grajek – Mariusz Kuska.

Wędrowaniu powinna towarzyszyć wesołość i śmiech, ale nie tylko tych, co murzą i polewają, ale także tych, do których oni się zwracają z zabawą.

Czy tak zawsze jest? Czy cieszą się tylko z psikusów przebierańcy, a niekoniecznie napotkani przechodnie? Zapytaliśmy spotkanych ludzi. Oto ich wypowiedzi:

– Przed chwilą widziałam „ekipę” z Oborzysk. Nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Generalnie nic zabawnego. W sumie bałam się przejeżdżając obok. Ci „przytomniejsi” ogarniali tych „bardziej zmęczonych”. Tradycja? Nie podpięłabym tego pod nią. Kojarzyło mi się to raczej ze scenami na dworcach, gdy „grupa rezerwy szła do cywila”.

W naszych Oborzyskach nieciekawe typy chodzą po ulicach w drugi dzień świąt. To normalne. Tylko piją i strach jest przed nimi. Lepiej omijać ich z daleka. To powinna być zabawa, a oni idą tylko, żeby się za darmo napić.

– W Betkowie i Słoninie też chodzą. Jest to super tradycja. Chłopaki świetnie bawią się z mieszkańcami, nie są groźni.

Jak widać różne są zachowania młodych ludzi próbujących zachować stare tradycje. Wszystko zależy od tych, co się przebierają. O każdym żarcie mówi się tak: „Z żartami, jak z solą, gdy przesadzić, to zabolą”.

To samo można powiedzieć o wędrowaniu. Nie może być tak, że cieszą się tylko ci, co polewaj, murzą lub smagają witkami. Radować powinny się obie strony. Tylko wtedy jest to miłe i zabawne.

Ewa Noga-Mazurek

Kłopoty z jajami
Zgodnie z ustalonym od lat rytuałem kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka od wielkiego piątku do drugiego święta Wielkanocnego mieli przerwą w kontaktach. Niby sami kiedyś podjęli taką decyzję, ale tak naprawdę to ich żony wymusiły to na nich. Dla świętego spokoju dostosowali się ich sugestii.
„Wyposzczeni” od siebie w drugi dzień świąt rano spotkali się w parku. Pierwszy w umówionym miejscu dreptał Hipolit. Gdy tylko zobaczył kumpla szybko podszedł do niego i rzekł – nie uwierzysz, co mi się przytrafiło?
– Oho, przerwał mu Marian już się wyrywasz przed szereg. Może łaskawie byś zapytał, czy jestem zdrowy i jak spędziłem ten szczególny czas. Zamiast tego lecisz z jakąś wątpliwą sensacją. Jak cię znam to trzepałeś dywan przed świętami?. Wykorzystując okazję, że twoja jest zajęta porządkami poleciałeś do piwnicy na piwsko i w tym czasie ktoś „gobelin” ci buchnął – kpił z kumpla.
– Z tego, co wiem to dwa lata temu tobie porwali dywan – odciął się Hipolit.
– Dobra, już dobra nie będziemy się licytować. Mów, co to takiego ci się przytrafiło. Jeżeli jednak będziesz przynudzał to odbieram ci głoś – ostrzegł go Marian. Nie czekając na dalsze uwagi pod jego adresem Hipolit natychmiast zaczął.
– Pewnie słyszałeś o ptasiej chorobie, na które zapadły kury. Moja Kundzia długo bagatelizowała epidemię. Panikę rozpoczęła nasza sąsiadka Melania Kukuryka. Nie będzie jaj. Nie będzie kur na rosół – rozsiewała niepokój. Słowa Meli dotarły do mojej, ale dopiero na krótko przed świętami. Wprawdzie Kundzia jaja miała obiecane od swojej mamusi, ale w razie, czego chciała się dodatkowo zabezpieczyć. W przedświąteczną środę poszła do miasta i na bazarze chciała nabyć wytłaczarkę jaj. Na te, co jej oferowano kręciła nosem, bo były jakieś mizerne. Były małe, rzadko średnie a do tego drogie. Moja w nocy rzucała się na tapczanie i mamrotała „cip, cip” i jakiś tam bzdury. Zorientowałem się, że prześladują ją kury, ale nie reagowałem. W czwartek rano mówi do mnie, że po południu pojadę do jej rodziców po jaja. Na nic zdała się próba wymigania się od wyprawy do teściów. Mocno wnerwiony po obiedzie wsiadłem do „malucha” i walę ile fabryka dała. Po pół godziny byłem w rodzinnej miejscowości moje połowicy. Pokonałem ostatni zakręt i nacisnąłem na hamulec. Fiacik zatrzymał się nieomalże w miejscu. Patrzę a przed domostwem teściów stoją trzy pojazdy w tym dwa policyjne. Podjechałem bliżej i dojrzałem, że kolejne cztery auta stoją na podwórzu. Jak nic ktoś „mamuśkę” sprzątnął z tego świata z nadzieją przemknęło mi przez głowę. Szybko się zreflektowałem i poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Na podwórzu zastałem zalewającą się łzami teściową. W pierwszej chwili pomyślałem, że coś z jej mężem się stało, ale jej rozpacz na taką ewentualność była zbyt wielka. Nie chodziło, więc o ślubnego. Gdy analizowałem sprawę z domu wyszedł spokojny a nawet lekko uśmiechnięty teść. Jak mnie zobaczył podszedł i przywitał się. Na pytanie, co się stało rzekł, że ekipa weterynaryjna wsparta służbami mundurowymi przyjechała wybić kury. Tyle pojazdów i ludzi, to ile tego drobiu macie lub raczej mieliście – zapytałem. Pewnie nie uwierzysz, ale dziesięć niosek i jednego koguta – odparł. O Boże jęknąłem to niezła heca z tym „mordowaniem” kur i to na całej linii. Moja żona a wasza córka przysłała mnie po obiecane jaja i kurę na rosół –wyrzuciłem z siebie. Podczas rozmowy nie zauważyłem jak od tyłu podeszła teściowa. Po raz pierwszy widziałem ją jak z nerwów kolanka jej grały. Bardziej niż łagodnie, co trudno było sobie wyobrazić znając tę kobietę w przeszłości rzekła – widzisz synku, jakie nieszczęście nas spotkało. Nie mamy kur, nie mamy jaj. Jak na ironię we wtorek kopę sprzedałam, bo sądziłam, że nam naniosą i wystarczy też dla was. No to Kundzia się zmartwi – wszedłem kobiecie w słowo. Tak liczyła na swoją mamusię. Ostatnie słowo szczególnie zaakcentowałem. Na chwilę „gul” wyskoczył teściowej, ale się opanowała. Wykorzystałem jej chwilę zawahania i rzekłem – w taki razie ja wracam, aby choróbska, jakiego nie złapać i zawieść do domu. Wiem też, że musicie święta spędzić w domu, aby ogarnąć całe to pobojowisko. Aby nie dać czasu rodzince na ewentualne wproszenie się do nas złożyłem im życzenia, pożegnałem się i z piskiem opon odjechałem. Żal mi było teścia, bo to poczciwy człowiek. Jego bym wziął na Wielkanoc, ale bez tej jego gorszej połowy.
– Niesamowite kolego – przerwał Hipolitowi Marian. Barwo, brawo i jeszcze raz brawo. Powiedz mi, czym prędzej jak zareagowała twoja jak wróciłeś do domu –zakończył pytaniem.
– Całą drogę myślałem jak wybrnąć z tej sytuacji. Stwierdziłem, że powiem jak było z tym tylko, że dodam trochę dramaturgii. Opisze jak to mama ogromnie płakała po stracie „gadziny” i w związku z tym nie mogła nam pomóc. Chciałem ich zaprosić do nas na święta, ale odmówili.
– Mów jak twoja zareagowała na te wiadomości – dopytywał Marian.
– W pierwszej chwili chciała natychmiast jechać do rodziców, ale udało mi się ją podstępem zatrzymać. Wcisnąłem, że jest tam kwarantanna i lepiej, aby nikt się tam nie zbliżał. Spore zagrożenie chorobą dla człowieka istnieje kłamałem jak z nut. Uwierzyła i się uspokoiła. Nawet pochwaliła mnie za odpowiednią reakcję i zachowanie. Powiem ci, że jaj na święta mieliśmy niewiele, ale za to smakowały wyśmienicie. Nie było rosołu i tym też się nie przyjmowałem. Powiedz mi Maryś jak ty ten czas spędziłeś – swoją wypowiedz pytaniem zakończył Hipolit.
– Zaskoczyłeś mnie tym jak załatwiłeś sobie spokój w domu na święta – rzekł Marian omijając odpowiedzi na pytanie kumpla. Jak widzisz stoję prosto i lustruję cię od stóp do głowy. Martwię się patrząc na ciebie, bo jesteś blady i masz chorobą w oczach. Czy aby nie przywiozłeś z tej wioski ptasiej zarazy. Szybko musisz, ba musimy przyjąć środek odkażający.
Zrozumiał aluzję kumpla Hipolit i za paska spodni wyjął flaszkę „Krupniku”. Gdy trunek zadziałał przyjaciele zapomnieli o Bożym świecie.
Po kilku godzinach rozmowy na łonie natury w ciszy i spokoju oraz osuszeniu dwóch butelek doszli do wniosku, że choroby były są i będą. Najważniejsze, że oni potrafią sobie z nimi rodzić i to bez udziału lekarzy.
Seweryn Kaczmarek

Tajemnicze butelki część 2
W końcówce części pierwszej nastąpił błąd, powinna ona brzmieć: „Na koniec części pierwszej wspomnę, że znacznymi udziałowcami w firmie „Hartwig-Kantorowicz Następca” i w firmie Akwawit oraz Likwowin byli udziałowcami znani mieszkańcy Stęszewa i Grodziska Wielkopolskiego. Ze Stęszewa był Tomasz Krzyżagórski, pseudonim Tumoszek, a z Grodziska Antoni Thum dyrektor Browarów Grodziskich.
W latach 80-tych ubiegłego wieku bywałem w najbardziej luksusowych hotelach w Polsce ORBIS. Pamiętam hotel „Kasprowy” w Zakopanem, hotel „Marina” i :Grand Hotel” w Sopocie oraz „Holiday In” w Krakowie.
Piszę o tym dlatego, że ze wzruszeniem wspominam widok stojących na stolikach w kawiarniach oraz restauracjach, znajdujących się w wymienionych hotelach – butelek z browaru z Grodziska oraz z tonikiem ze Śmigla.
W pamiętniku Władysława Kontrowicz czytamy:
– Jako dziecko mieszkałem z rodzicami nad apteką. Lubiłem obserwować z okna ruch uliczny, zwłaszcza odjazdy i przyjazdy ogromnych furgonów pocztowych, powtarzające się dwukrotnie w ciągu dnia wprost naszych okien. Komunikacja kołowa była wówczas dość ożywiona. Browary w Grodzisku wysyłały swoje piwo do Poznania wozami okrytymi białymi pokrowcami, zrobionymi z płótna lnianego, A wszystko spoczywało na pałąkach giętych z drewna. Dniami i nocami, nieraz długie szeregi wozów, naładowanych pachnącym sianem z łąk nadobrzańskich, dążyłoku Poznaniowi,do wojskowej jednostki zaopatrzeniowej. Tam stał bowiem pułk Huzarów i Pułk Artylerii Konnej, dwa pułki piechoty i kilka batalionów.
Również sęszewscy kupcy zbożowi odstawiali konnymi wozami produkty rolne. Linii kolejowej Grodzisk Wielkopolski – Luboń wtedy nie było.
*
Przy ulicy 27 grudnia pod numerem 5, firma „Hartwig-Kantorowicz Następca” posiadała swój sklep detalicznej sprzedaży, tak zwaną „probiernię”. Dom był własnością rodziny spokrewnionej z Dr Fr. Kantorowiczem. Mieszkała ona w Berlinie. Położenie nieruchomości wtedy było przy najruchliwszej ulicy w Poznaniu, które to miejsce było bardzo korzystne do handlu.
O pokaźnym udziałowcu w firmie „Hartwig-Kantrowicz Następca” Antonim Thumie, właścicielu i dyrektorze Grodziskich Browarów nie będę się rozpisywał, ponieważ mój kolega-redaktor z sąsiedniej strony gazety – Sebastian Skrzypczak – w dniu 15.07.2016 roku napisał wszystko.
Ja z dzieciństwa pamiętam, jak z rodzicami jeździłem do Grodziska często, dlatego że mieszkał tam brat mojego ojca. Utkwiły mi w pamięci plantacje chmielu plące się dookoła Grodziska. Pamiętam na polach tysiące ogromnych drewnianych słupów wysokości ponad 10 metrów, na których były porozciągane druty, po których pięły się w górę rośliny chmielu.
Cdn.

W Niedzielę Palmową „osiołkiem” pod świątynię
Zgodnie z tradycją parafie w naszym kraju organizują inscenizację upamiętniającą wjazd Jezusa na osiołka do Jerozolimy.
Od kilku lat obrzęd ten wprowadza parafia pw. Świętego Ducha w Kościanie. Także w tym roku, 9 kwietnia tradycji stało się zadość. Na kwadrans przed dwunastą za świątynią zebrali się wierni z palmami. W zdecydowanej przewadze były to dzieci i młodzież. Pojawił się Jezus w osobie Antosia Postaremczaka, Maryja, czyli Hania Szymendera, apostołowie oraz barwne postacie nawiązujące do tamtych czasów. Nie było osiołka, ale zamiast niego dotarł kucyk „Kubuś” z hodowli Martina i Romana Pawlaków.
W samo południe do wiernych zgromadzonych za kościołem przyszedł zakonnik ojciec Piotr. Duchowny przeczytał ewangelię, odmówił modlitwę i poświęcił palmy. Dzieci i dorośli, ze śpiewem na ustach z jadącym na „osiołku” Jezusem, w orszaku udali pod kościół. Tutaj Syn Boży zsiadł z „osiłka” i pieszo – razem ze świtą i wiernymi – udał się do wnętrza świątyni na mszę.
W kilku zdaniach przedstawiamy historię tego ważnego dla chrześcijan wydarzenia.
– Niedziela Palmowa zwana też Niedzielą Męki Pańskiej, a także „Kwietną” lub „Wierzbną” przypada na siedem dni przed Wielkanocą. Święto to zostało przez Kościół ustanowione na pamiątkę przybycia Jezusa do Jerozolimy. Tego dnia Syn Boży wjechał do miasta na ośle. Witali go zebrani.
Wydarzenie to opisywali wszyscy ewangeliści.
Warto dodać, że w naszym kraju Niedziela Palmowa obchodzona jest od średniowiecza. Według obrzędu katolickiego wierni w tym dniu przynoszą do kościoła palmy, symbol odradzającego się życia. Zgodnie z wolą Papieża Jana Pawła II od 1986 roku w tę niedzielę obchodzony jest Światowy Dzień Młodzieży.
W różnych regionach Polski święto to ma swoje akcenty. Dla przykładu koło Malborka wierni wożą figurkę Jezusa na osiłku. Na Kurpiach jest konkurs na najdłuższą, wykonaną ręcznie palmę.(k)

Meczowo i wesoło pod lasem
W drugi dzień Świat Wielkanocnych w Kurzej Górze od lat wiele się dzieje. Szczególnie dwa akcenty mają chlubną tradycję. Pierwszym z nich jest mecz w piłkę nożną pomiędzy kawalerami a żonatymi. Drugim chodzący po wiosce przebierańcy.
W poniedziałkowe popołudnie 17 kwietnia na wioskę wyszli przebierańcy. Jak zwykle chodzili od domu do domu, tańczyli, śpiewali i „murzyli”. W wielu domach otrzymali coś do pokrzepienia duszy i ciała.
Amatorzy piłki nożnej udali się na boisko pod las. To tutaj wyznaczyli sobie pojedynek kawalerowie i żonaci. Zespoły twardo walczyły, choć nawzajem się szanowały.
W tej konfrontacji tym razem lepsi byli żonaci, którzy pokonali kawalerów 4:3. Gole dla zwycięskiej drużyny zdobywali: Arkadiusz Mania-2 i po jednej Przemysław Donaj i Mariusz Pol.
Dla kawalerów punktowali: Piotr Turkowiak-2 i Jakub Maciejewski.
Składy drużyn – kawalerzy: Tomasz Gałecki – bramkarz, Łukasz Pol – kapitan, Dawid Nyczak I, Jakub Maciejewski, Piotr Turkowiak, Dawid Nyczak II, Bartosz Głowacki, Kacper Otto, Krzysztof Ślęczkowski, Marcin Ślęczkowski i Krzysztof Chrustowski.
Żonaci : Mateusz Maciejewski – bramkarz, Jerzy Kaczmarek – kapitan, Marcin Sworacki, Mariusz Pol, Marcin Kowalski, Arkadiusz Mania, Adam Nyczak, Stefan Bajsztok, Tomasz Bajsztok, Przemysław Donaj, Patryk Maciejewski, Jakub Jagodziński. (k)

‚Hokeja na Trawie

W tym roku sekcja Hokeja na Trawie w Klubu Sportowego „Lipno Stęszew” obchodzi jubileusz 60-lecia powstania. Centralne obchody odbędą się w czerwcu, podczas święta Stęszewa, ale już w niedzielę 9 kwietnia na stęszewskim boisku hokejowym został rozegrany mecz towarzyski z drużyną H.C. Wien z Austrii, której trenerem jest Polak Leszek Specjal.
Pomimo braku kilku podstawowych zawodników w drużynie Lipna, mecz był bardzo zacięty i zakończył się zwycięstwem gości 0:3.
Drużyna ze Stęszewa stworzyła kilka sytuacji, z których powinny wpaść bramki, ale zabrakło szczęścia i siły.
Goście także mieli jeszcze wiele okazji do podwyższenia wyniku, ale znakomicie w naszej bramce spisywali się bramkarze Maciej Berus i Jarosław Dubert.
Mecz z tak dobrym przeciwnikiem był sprawdzianem przed rozpoczynającymi się rozgrywkami II Ligi, które stęszewianie rozpoczynają meczem wyjazdowym już w niedzielę 23 kwietnia w Skierniewicach. Spotkają się z przeciwnikami na nowo wybudowanym stadionie hokejowym.
Skład drużyny Lipna: Jędrzej Chraplak, Wojciech Kaźmierczak, Piotr Poszwa, Jakub Trybus, Krzysztof Norkiewicz, Rafał Snela, Marcin Olejniczak, Piotr Kociemba, Wojciech Idowiak i Damian Śliwiński. Trenerem jest Piotr Adrian. Bramkarze to: Maciej Berus i Jarosław Dubert. Funkcję kierownika drużyny pełni Waldemar Dzierla.
Hokeiści Lipna w tym meczu mieli okazję zaprezentować nowe stroje meczowe zakupione przez firmę ENEA Operator. (opr.WD)
Foto 1

GRODZISKI JARMARK WIELKANOCNY
Warsztaty wyplatania koszyków Wielkanocnych, Warsztaty dekorowania pisanek, malowanie twarzy, degustacje babek i babeczek wielkanocnych, degustacja oleju, wata cukrowa, stoiska z dekoracjami wielkanocnymi, to tylko niektóre z atrakcji, podczas niedzielnego Grodziskiego Jarmarku Wielkanocnego, który odbył się na deptaku, przy ulicy Szerokiej.
Pierwszym punktem niedzielnego Jarmarku była prezentacja palm wielkanocnych przed kościołem Najświętszego Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa. Wykonali je uczniowie grodziskich szkół. Palmy przymocowane zostały przy wejściu do kościoła, a święcił je proboszcz parafii Władysław Łapawa.
Mieszkańców Grodziska i zaproszonych gości przybyłych na Jarmark powitał burmistrz Henryk Szymański.
Przedstawiciele grodziskiego samorządu razem z Henrykiem Szymańskim i przewodniczącym Rady Miejskiej Markiem Kineckim wręczali przechodniom wielkanocne babeczki i składali życzenia.
Uczestnikom Jarmarku czas umilała Grodziska Orkiestra Dęta im. Stanisława Słowińskiego pod batuta Renaty Kubale.
Na scenie prezentował się Zespołu Tańca Ludowego „Cybinka Grodzisk”.
Przy stoiskach można było skosztować oleju z grodziskiej Olejarni Krzysztofa Gałkowskiego, zakupić wielkanocnego baranka z wiejskiego masła, wypleść wielkanocny koszyczek, ozdobić pisankę.
Przy stoisku laboratoryjnym Liceum Ogólnokształcącego im. J. Słowackiego dowiedzieć się można było ciekawostek o jajkach.
Warsztaty Terapii Zajęciowej też miały swoje stoiska prezentowały własne wyroby.
Były stragany z wielkanocnymi stroikami i różnymi ozdobami, a prezentowali jej uczniowie Szkoły Podstawowej nr 1 w Grodzisku oraz Pracownia Florystyczna z Białej Wsi.
Uczniowie grodziskich szkół Marta Sikorska, Daria Ruciak, Paulina Ruciak i Karina Szymczak wręczały przechodniom cytaty z Pisma Świętego.
W Zielonej Kawiarence można było skosztować wielkanocnych przysmaków wykonanych przez członkinie KGW z podgrodziskich miejscowości.
Mirosława Kałek

CZEKOLADY DLA PAŃ
W piątek w sali wiejskiej w pod grodziskim Zdroju spotkały się członkinie miejscowego Koła Gospodyń oraz mieszkanki tej wioski.
Jak co roku Rada Sołecka i sołtys Łukasz Mendel zaprosili wszystkie panie na słodki poczęstunek przy kawie oraz na koncert z okazji niedawno obchodzonego ich święta.
Przybyli goście, a wśród nich byli: burmistrz Grodziska Wielkopolskiego Henryk Szymański z żoną, pani prezes Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska z Grodziska Mirosława Szpot, członek Zarządu Gminnego Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych Jolanta Floraszek oraz żona sołtysa – Iwoną Mendel. Wszystkich powitała przewodnicząca Koła w Zdroju Janina Kopańska.
Po wstępnych słowach panowie Henryk Szymański i Łukasz Mendel złożyli paniom życzenia i zamiast kwiatka wręczyli czekolady.
Przy Kole Gospodyń działa zespół Zdrojowianie. Prowadzi go muzycznie Remigiusz Mazur. Oni przygotowali dla zebranych koncert.
Niespodzianką tego wieczoru był również występ Kabaretu TO MY ze Słocina. pracujący pod kierunkiem Józefa Wasielewskiego.
Humorystyczne skecze rozbawiły publiczność do łez.(MK)

KULINARNE WARSZTATY
W sobotę w sali wiejskiej w Kurowie, w gminie Grodzisk Wielkopolski odbyły się Warsztaty Kulinarne dla dzieci i młodzieży. Organizatorem było miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich. Instruktarzem zajęła się przewodnicząca Koła – Ewa Dudek.
Uczestnicy zgodnie z tradycją naszych świąt przygotowali potrzebne do wypieku produkty, by przygotować wielkanocne babki oraz muffinki.
Po wykonaniu wypieków panie przy kawie degustowały babki i babeczki.
Pozostała ilość babeczek przeznaczona została na degustację, podczas Grodziskiego Jarmarku Wielkanocnego. (MK)