środa, 17 Styczeń 2018

2017 Marzec

Jak to z wodą było część 20 (ostatnia)

Na naszym terenie, w początku lat 70-tych ubiegłego wieku ustawiono kilka wież wiertniczych w poszukiwaniu gazu. Gdy już dowiercili się do jego pokładów – według opowiadań pracowników prowadzących odwierty – to właśnie  w Stęszewie wystąpiło największe ciśnienie gazu. Na początku miało prawie 600 atmosfer i z czasem malało.

Od kilku odwiertów poprowadzono rury pod ziemią w jedno miejsce i zbudowano kopalnię gazu na ulicy Sadowej, w połowie drogi, między ulicą Bukowską w Stęszewie, a Sapowicami.

Ciśnienie gazu było tak ogromne, że zawory bezpieczeństwa strzelały w dzień i w nocy. Miliony metrów sześciennych uciekało do atmosfery i to wtedy, po raz pierwszy w roku 1974, odnotowano ogromnej wielkości dziurę ozonową nad Argentyną. Naukowcy zegnali powstanie dziury ozonowej na dezodoranty i lodówki. Zatwierdzono zakaz używania gazu do ich produkcji.

W celu zminimalizowania otwierania zaworów bezpieczeństwa, w roku 1990 wybudowano gazociąg kopalni gazu od Stęszewa do Poznania. Przez wiele lat prawie jedna czwarta Poznania zaopatrywana była w gaz z kopalni Stęszew.

Huk otwierania się zaworów bezpieczeństwa w latach 1970-1990 był tak ogromny, że ludzie, którzy znajdowali się w tym samym czasie na cmentarzu, oddalonym od kopalni około 2 kilometry, chowali się za drzewa i za nagrobki myśląc, że na ziemie spada ogromny samolot.

Niemal raz w tygodniu otwierał się zawór na odwiercie w sąsiednim Krąplewie. W roku 1990, pomimo że mieszkałem około 5 kilometrów od Krąplewa, rano o 5-ej obudził mnie huk. Pojechałem szukać skąd pochodzi. Znalazłem źródło w Krąplewie, przed rzeką Samicą, blisko podgaju. Zrobiłem dokumentację fotograficzną strumienia gazu strzelającego w niebo. Zawór bezpieczeństwa ważył około 3 tony. Kryzy łączące rury były ze staliwa grubości 5 cm. Przy każdym zaworze był zegar pokazujący ciśnienie gazu.

W kwietniu 1990 roku doszło w Stęszewie do katastrofy ekologicznej. Blisko kopalni gazu urwał się zawór ważący kilka ton, a to z powodu ogromnego ciśnienia. Wtedy strumień gazu wraz z ropą strzelał w niebo na wysokość 300, a może i więcej metrów. Był tak ogromny huk, że rolnicy rozmawiając ze sobą musieli krzyczeć sobie do ucha. Jeden z rolników wiózł na przyczepie kobiety do prac polowych. Gdy blisko nich puścił zawór bezpieczeństwa, to od huku kobiety spadły z przyczepy.

Strumień gazu i ropy strzelał w niebo przez około tygodnia. Ciśnienie było tak ogromne, że specjaliści nie mogli poradzić sobie z założeniem nowego zaworu. Na całe miasto z nieba spadł tłusty deszcz. Wszystko pokryte było bezbarwną mazią. Ludzie myli auta ciepłą wodą. Tłustą ropą zostały pokryte linie energetyczne wysokiego napięcia. Izolatory przewodzącą prąd także były nią pokryte. Energetyka wyłączyła napięcie. Przyjechał sztab ludzi, którzy na wysokich koszach, na podnośnikach hydraulicznych myli izolatory. Czyniono to przez kilka dni. Korzystano z rozpuszczalników.

Co jest najgorsze, żadna gazeta, radio, ani telewizja nie podały tego do wiadomości publicznej. Praktycznie część gminy Stęszew powinna być ewakuowana. Nigdy nie uwierzę, że władze miasta nie wiedziały, co działo się w gminie w kwietniu 1990 roku, ale mieliśmy już nowego burmistrza. Jak można było tak wielkie zagrożenie utrzymywać w tajemnicy przed mieszkańcami?

W roku – o ile pamiętam 2005 – w godzinach rannych przyjechało do mnie siedem osób z gazowni, w tym dwóch pilarzy. Nie wiem, po co, aż siedmiu? Może myśleli, że będę gonił ich z widłami, albo siekierą. Oświadczyli, że przyjechali wyciąć drzewa, bo rośną na ich rurze wysokiego ciśnienia, która idzie około 1,5 metra pod ziemią. Otworzyłem bramę i powiedziałem, że jeżeli muszą, to niech wycinają. Ja w tym czasie pojechałem do sklepu i po powrocie zaprosiłem ich na kawę. Zastosowałem starą metodę „Gość w dom, Bóg w dom”. U mnie w domu każdy jest gościem i włos mu z głowy nie spadnie. Poprosiłem ich w trakcie rozmowy, aby nie wycinali jednego drzewa – czerwonego dębu, który posadziłem, gdy urodził się mój syn. Wycięli 74 drzewa, ale dąb pozostawili. Pożegnali się i pojechali. Usiadłem pod Dębem i z uśmiechem spojrzałem, na szypułkę drzewa. Podziękowałem Panu Bogu za jego ocalenie. Jednak jak się później okazało Pana Boga nie okłamiesz uśmiechem. On widział w moim uśmiechu smutek i ból w sercu. Moja wiara jest taka, jak Słowian, którzy wierzyli przed rokiem 966 w ogień, wodę i drzewa. Te drzewa były dla mnie, jak relikwie.

Po tym wydarzeniu nie pamiętam, po jakim czasie rano, po śniadaniu w niedzielę, poszedłem do lasu w kierunku Sapowic. Był to luty, ziemia była zmarznięta. Kilka dni wcześniej padał obfity deszcz. Na polach w niecce zebrało się tysiące ton wody, byłem bardzo zdziwiony. Wyglądało to, jak jezioro. Po dwóch godzinach wracając tą samym drogą nie mogłem uwierzyć własnym oczom. jezioro zniknęło. Ciekawość mnie pożerała, udałem się w kierunku, gdzie była woda. Odnalazłem dziurę w ziemi z lejkowatym ujściem. Był to nieczynny odwiert z roku 1970, do którego dostała się woda. Odwiert był głęboki na około 1000 metrów. Kiedyś rozmawiałem z pracownikiem pracującym na wieży wiertniczej. Opowiedział mi, że w Polsce mają sprzęt do odwiertów tylko na 1000 metrów. Opowiedział mi też, że tam, gdzie jest gaz, jest też ropa, ale na głębokości około 3000 metrów. Jakie było moje zdziwienie, jak po jakimś czasie przyjechał do mnie przedstawiciel firmy z Gdańska i zaczął opowiadać, że przyjechali zlikwidować kopalnię gazu i będą wyciągać wszystkie rury wysokiego ciśnienia z ziemi. Zapytałem dlaczego. Odpowiedział, że nikt nie potrafi wyjaśnić skąd wzięła się woda w pokładach gazu w stęszewskiej kopalni. Na mej twarzy znów pojawił się uśmiech. Nic mu nie powiedziałem. Można tu przytoczyć powiedzenie „Pokora jest matką olbrzymów”, albo „Ostatni będą pierwszymi”. Jak tu nie wierzyć w cuda i Pana Boga?

Zbigniew Tomaszewski

Jak to w Stęszewie z wodą było – część 19
W 19 części chciałbym poruszyć trzy tematy. Pierwszy, to praca naukowa nad uruchomieniem silnika spalinowego, iskrowego, napędzanego wodorem. Prowadzę te badania od dziesięciu lat z przerwą, ponieważ przy kolejnym odpaleniu silnika podczas badań nastąpiła nieszczelność zbiorników wytwarzających wodór. Nastąpiło przeskoczenie iskry o długości około 30cm. Towarzyszył temu ogromny huk, a ja na kilka minut straciłem przytomność.
Dobrze, że iskra przeskoczyła na zbiornikach, a nie na moją rękę, bo na pewno, na tym etapie doświadczenia, by się zakończyły.
Nieraz, jak sięgam po klucz do szafy lub za klamkę drzwi samochodu, to przeskoczy iskra na rękę i ręka boli, ale w takim momencie nie ma huku.
Kiedyś chciałem pogłaskać psa. Wyciągnąłem dłoń w jego kierunku, wtedy w odległości 20cm od psa przeskoczyła iskra. Pies rzucił się na ziemię. Zaczął skamleć, drapać pazurami. Córka zaczęła krzyczeć. Myślała, że coś mu zrobiłem. Musiałem jej wytłumaczyć, że to przeskakująca iskra zraniła pieska.
Obecnie silnik na wodór chodzi, jak zegarek szwajcarski. Jak wszystko pójdzie po mojej myśli, to za rok wezmę wiadro wody i pojadę samochodem do Zakopanego i z powrotem za 10 złotych.
Szkoda, że nie jestem chemikiem, byłoby mi znacznie łatwiej w badaniach. Z wykształcenia jestem budowlańcem, specjalność konstrukcje żelbetowe. Moim osiągnięciem technicznym w budownictwie, hydrologii i żelbetu była pierwsza w Polsce eksperymentalna budowa tunelu pod torami kolejowymi w Mosinie na ulicy Sowinieckiej. W trakcie prac wykryłem kilka rażących błędów w projekcie. Dostałem wtedy dużo środków na wnioski racjonalizatorskie. Naraziłem się jednak kilku inżynierom-projektantom konstrukcji żelbetowych. Jeden z nich powiedział mi wtedy:
– Po co się Pan podjął budowy tego tunelu? I tak sobie Pan z tym nie poradzi. Ostatni przelew za pracę będzie Pan odbierał u prokuratora, albo w więzieniu.
Tak się nie stało. Budowa była prowadzona w roku 1986, w ciągłym ruchu pociągów – 270 na dobę. Dzisiaj podejrzewam, że jedzie na tej trasie góra 10 pociągów na dobę.
Innym wyzwaniem dla mnie była budowa pod ziemią schronu przeciw atomowego dla urzędników – pod budynkiem Urzędu Miasta w Mosinie.
Obydwa obiekty stoją do dzisiaj i mają się dobrze. Miałem tą przewagę nad inżynierami, gdyż oni praktyki odbywali w szkołach na salach gimnastycznych, obiekty budowali z plastikowych prętów i cegieł. Ja zdobywałem swoją wiedzę na budowie w pocie, kurzu i w błocie.
Drugim tematem, który chcę opisać są moje badania ukończone w roku 1995. Dotyczyły zapobiegania powodzi na świecie. Napisałem długi list do dyrektora Biura Patentowego w Warszawie z prośbą o pomoc w szybkim uzyskaniu zabezpieczenia patentowego. Najprawdopodobniej to nie był człowiek tylko urzędnik. Odpisał mi kilkoma słowami, że wszystko, co potrzebuję mogę znaleźć na ten temat w Internecie. To była cała pomoc urzędnika.
W roku 1995 jedyną technologią, do jakiej miałem dostęp był adapter bambino, magnetofon ZK-240, telewizor i radio. Pociesza mnie myśl, że Mikołaj Kopernik swoje badania ukrywał w domu we Fromborku i to przez ponad 23 lata, gdyż bał się, że Kościół spali go na stosie.
Dobrze, że ja nie żyłem setki lat temu, bo na pewno dawno spłonąłbym na stęszewskim Rynku.
W następnej części opiszę, jak doszło do zalania wodą i likwidacji kopalni gazu w Stęszewie. cdn
Zbigniew Tomaszewski

Kto ze sobą nosi
– Nie licz na nikogo, tylko na siebie. Tak sobie myślę, że to powiedzenie jest sensowne do bólu. Zwróć uwagę, że w sytuacji, gdy pilnie potrzebujesz pomocy z nikąd jej nie otrzymasz. Ci, co do tej pory sadziłeś, że cię wesprą, jako pierwsi znajdują sto sposobów, aby się wykręcić. Tłumaczą się kiepskim zdrowiem lub dużymi wydatkami. Szczególnie dotyczy to sytuacji, gdy chciałbyś pożyczyć pieniądze. Co ty o tym sądzisz? – po tym wstępie Hipolit Mizerka zwrócił się do Mariana Lichego.
Ten drugi spokojnie odrzekł:
– Dobry zwyczaj nie pożyczaj, ale jeżeli chcesz stracić przyjaciela, to pożycz mu kasę. Zorientujesz się szybko, że bejmy weźmie, ale z ich oddaniem mogą być problemy. Będzie odwlekał z jej oddaniem udając zanik pamięci. Spróbuj tylko mu zwrócisz uwagę. Gdy to uczynisz to już osobnika do niedawna zwanego przyjacielem masz z głowy. Mało tego odwróci się od ciebie, a na dodatek będzie ci rąbał dupsko.
– Jak to dobrze Maryś, że my od siebie pieniędzy nie pożyczamy – wtrącił Hipolit. Przyjaciel spojrzał na niego z politowaniem, a po chwili zadał pytanie:
– Hipek, ty lebiego, ile jest sto razy zero?
– Jak to ile? – wyrwał się Hipolit – oczywiście, że zero.
– Brawo, brawo – rzekł Marian. Chyba rozumiesz, że skoro masz poszewkę w kieszeni, czyli zero złotych, to jak ja mogę cokolwiek od ciebie pożyczyć. Znaczy to też, że mam przyjaciela na całe życie i jeden dzień dłużej.
Po tych słowach wybuchnął śmiechem.
– Widzicie go bogacz się znalazł – wkurzony odparł Hipolit. Masz tyle samo, a może mniej kasy ode mnie.
– Wytłumacz mi ty „mizeraku”, co przez to rozumiesz. Spieniłem się na twoje słowa – zaatakował Marian.
– Nie gniewaj się przyjacielu, ale w przeciwieństwie do ciebie, ja mam całe kieszenie. Ty i to wiem, bo widziałem w poszukiwaniu drobniaków na piwo, powyrywałeś poszewkę – po tych słowach nieśmiało zaśmiał się Hipolit.
Kumpel niestety miał rację. Sprawę z tego zdawał sobie Marian. Pluł sobie w brodę, że tak dał się podejść. Rzeczywiści, gdy robili składkę na flaszkę, to on wywracał kieszenie pokazując dziury w poszewce na dowód, że nie ma, ani grosza. Nie zamierzał jednak przyznać racji kumplowi. Postanowił, że sprytnie zmieni temat. Spokojnie się odezwał:
– Kto ze sobą nosi ten się nie prosi, czyli licz tylko na siebie.
Na chwilę mowę odebrało Hipolitowi. Jego oczy zrobiły się okrągłe, jak pięciozłotówki. Nabrał powietrza i dopytywał:
– Co ty znowu chrzanisz, co wleciało ci do łba.
– Widzę, że będę musiał nad tobą trochę popracować – rzekł Marian. Powiem ci, że wspomniane dwa powiedzenia są bardzo mądre i ściśle pasują do siebie. Najlepiej zobrazuje ci zdarzenie, w którym uczestniczyłem.
Posłuchaj. Nieoczekiwanie dostałem zaproszenie na imprezę do Grzmociszewa. Zawierało oryginalną treść – „Proszę o przybycie do remizy trzy na siódmą najlepiej w kościołowym ubraniu i świątecznych butach. Nie trzeba przynosić ze sobą skibek ani termosu z piciem”. Nie byłem specjalnie zaskoczony zaproszeniem. Wiedziałem, że maczał w tym palce mój kuzyn Wojciech Lulaj. Zadzwoniłem do niego, o co konkretnie chodzi i czy nie są to jakieś jaja. Wojtas powiedział krótko – przyjeżdżaj na balangę. Zrozumiałem, że coś do zjedzenia i przepłukania gardła będzie. W tajemnicy przed Gabrysią wsiadłem do autobusu i pojechałem. Na przystanku czekał już krewniak.
Słuchaj idziemy na spotkanie, na którym niczemu się nie dziw – oznajmił. Zrobiłem tak, jak powiedział. Usiedliśmy w narożniku za stołem, aby mieć lepszy widok. A było, na co spoglądać. Babeczki w różnym wieku elegancko odkluftowane. Jedna szczególnie mnie interesowała. Miała walory, że tylko palce lizać. Ale nie o tym chcę ci powiedzieć. Na początku ktoś coś zagaił i zaśpiewał. Potem padło zaproszenie do wypicia lampki szampana. Oho, dobrze się zaczyna szepnąłem do kuzyna. Ten mrugnął i mówi – będzie jeszcze lepiej. Nagle ktoś dał komendę – proszę częstować się jedzeniem. Wszyscy poderwali się z siedzeń. Nie uwierzysz, ale stoły uginały się pod żarełkiem. Ludziska wtranżalali, aż im się uszy trzęsły. Po pół godzinie brzuchy były pełne. Zdałoby się coś wypić pomyślałem, To samo po głowach chodziło innym. Ale flaszek nigdzie nie było. W tej sytuacji nie dziwota, że ani nie lali ani się nawet nie zachmurzyło. Rozglądam się dookoła i chrząkam. Wojtkowi głupio się zrobiło. Po chwili niepewnie rzekł, że będzie coś mocnego, ale chyba później. O której pytam, bo jak widzisz dochodzi dziewiąta równie cicho odparłem. Może i nic bym nie mówił, ale patrzę a na niektórych stolikach pojawiły się „szklane naczynia”. Tam też zaczęło się robić wesoło. Ubawił mnie jeden z miejscowego bractwa, który pod marynarą przemycał butlę. Walił kursem na szagę mocno wygięty. O mało guziki przy marynarce mu nie popękały. Nie ma, co zwróciłem się do Wojtka – czas na mnie. Kuzynowi głupio się zrobiło. Nadrabiając miną zaczął mętnie się tłumaczyć. Miałem dziwne przeczucie, że z trunkami może być krucho, dlatego się zabezpieczyłem. Kto ze sobą nosi ten się nie prosi – rzekł i za paska wyjął flaszkę „zagranicznej”. Wypiliśmy po kilka kieliszków i zrobiło się sympatycznie. Nie na tyle jednak, aby zapuścić tam korzenie. Kombinowałem jak się zerwać do chaty. Babeczka o imieniu Balbina, która siedziała koło mnie nagle wstała i mówi – dziękuję za miłe towarzystwo. Było fajnie, ale czas wracać. Jak się okazało była samochodem i jechała w moim kierunku. Nawet nie zdążyłem jej zapytać, czy mnie podrzuci a ona już wyraziła zgodę. Kuzyn na odjezdne podał mi rękę i przymilnie dorzucił, że zrobimy poprawiny w innym terminie i miejscu. Droga w miłym towarzystwie Balbinki szybko minęła i ani się obejrzałem jak byliśmy na miejscu. Pożegnaliśmy się niezwykle ciepło i serdecznie.
– No, no przyjacielu w tajemnicy przed kolegą zerwałeś się na zakrapianą imprezę – z wyrzutem przerwał kumplowi Hipolit.
– Powiem ci – tłumaczył się Marian – że mam wyrzuty sumienia. Wiedz też, że gdyby to tylko ode mnie zależało, to bezwzględnie byłbyś tam ze mną.
– Wiem przyjacielu – odparł radośnie Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Stęszewska służba zdrowie na przestrzeni lat

W dniu 24 lutego w Muzeum Regionalnym w Stęszewie otwarta została wystawa czasowa pt. tytułem „Stęszewska służba zdrowia”.

Warto zasygnalizować jak w ogóle do niej doszło. Któregoś dnia do dyr. muzeum Katarzyny Jóźwiak przyszła emerytowana pielęgniarka Krystyna Nowakowska. Powiedziała, że bardzo interesuje się tym, co dzieje się w muzeum i co jest prezentowane. Oglądała wszystkie wystawy dotycząc stęszewskich zakładów pracy. Zapytała, czy nie można by przygotować ekspozycji o stęszewskiej służbie zdrowia na przestrzeni lat. Pomysł podchwyciła dyr. Katarzyna Jóźwiak i oświadczyła, że Muzeum Regionalne zajmie się przygotowaniem wystawy.

Zadanie jak się okazało było szlachetne, ale niełatwe. Trzeba było zacząć gromadzić pamiątki, których na początku było niewiele. Pracownicy muzeum sprężyli się i zaczęli przeglądać swoje zbiory. Okazało się, że trochę tego było. Równolegle prowadzono rozmowy z osobami prywatnym w tym byłymi i obecnymi pracownikami służby zdrowia. Wkrótce do muzeum trafiły zdjęcia, sprzęt medyczny, wyposażenie oraz fotografie, dokumenty i wycinki prasowe. Włączyło się w to muzeum przy Uniwersytecie Medycznym im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Z grodu Przemysław dotarły specjalistyczne eksponaty. Spory wkład w dostarczeniu pamiątek mieli też Zbigniew Tomaszewski i Łukasz Piotrowski.

Na piątkowe południe 24 lutego wszystko było gotowe. Na długo przed godziną 18.00 zaczęli do muzeum przychodzić zaproszeni goście i mieszkańcy gminy. Przybyli m.in. burmistrz Włodzimierz Pinczak, byli i obecni pracownicy służby zdrowia, duchowieństwa, mieszkańcy gminy.

Wystawę otworzyła dyr. Katarzyna Jóźwiak. Szefowa muzeum barwnie i ciekawie omówiła poszczególne etapy stęszewskie służby zdrowia od XIX wieku do obecnych czasów. Mówiła o zasłużonych lekarzach i pielęgniarkach tworzących historię tej jakże ważnej dziedziny ratowania życia ludzkiego. Przybyli chłonęli każde słowo dyr. Katarzyny Jóźwiak.

W chwilę po jej wystąpieniu rozpoczęły się rozmowy. Było poruszane sprawy służby z zdrowia z akcentami osobistych przeżyć. Burmistrz wspominał jak to pani z kokiem pielęgniarka ze Szkoły Podstawowej Pelagia Zielińska budziła szacunek a zarazem respekt wśród uczniów.

Nie sposób przybliżyć wszystkie poruszane kwestie.

Należy jednak wspomnieć o Mari Jankowiak położnej, która w „służbie bociana” odebrała 6 000 porodów tym dwa razy trojaczki. Za swoją długoletnia ofiarną pracę była uhonorowana odznaczeniami.

Podczas zwiedzania wystawy niejednokrotnie zakręciła się łezka w oku. Mówiono o tych, których już nie ma a należy o nich pamiętać.

Oglądany sprzęt w tym maszyny do borowania zębów i strzykawki nadal wywoływały dreszczyk niezbyt miłych doznań.

Do późnych godzin wieczornych trwały rozmowy o aktualnej służby zdrowia i tej sprzed wielu lat. Było bardzo miło i sympatycznie.

Informujemy, że ekspozycja o „stęszewskiej służbie zdrowia” czynna będzie do końca sierpnia 2017 roku. Warto udać się i ją zobaczyć.

# Przybyli na wystawę postanowili uhonorować pamiątkową tablicą wielce zasłużoną dla gminy Stęszew położną Marię Jankowiak. Przygotowano  do Władz Stęszewa stosowne pismo, pod którym wszyscy się podpisali.  Jest wielce prawdopodobne, że sprawa ta zostanie pozytywnie i szybko załatwiona. (k)

Tęcza Kościan – Dziewiątka Legnica 30:23 (16:12)

Zrobili swoje

Piąty mecz w rudzie rewanżowej szczypiornistów kościańska Tęcza rozstrzygnęła na swoją korzyść. W tym roku nie zaznała jeszcze goryczy porażki. Trzeba jednak dodać, że nasi mierzyli się z drużynami z dolnych rejonów tabeli. Musieli je wygrać, aby zapewnić sobie utrzymanie w lidze. Tak też zrobili pokonując rywali z Legnicy.

Gospodarze rozpoczęli w dobrym stylu. W 5’ prowadzili już 3:0. Wynik ten i łatwość zdobywania goli źle wpłynął na miejscowych. Z kolei gości złapali wiatr w żagle. W 12’ doprowadzili do remisu 4:4. Przyjezdni nie podawali się i oddawali bramkę za bramkę. Jeszcze w 21’ był remis 9:9. Końcówka pierwszej części należała do Tęczy. Skuteczni Eryk Napieralski i Dawid Gra trafiali do siatki przeciwnika. Na przerwę nasi schodzili przy czterech golach przewagi. Przez kilka minut drugiej odsłony zespoły rzucały na przemian. Z upływem czasu gospodarze zaczęli dorzucać kolejne bramki. W 41’ Tęcza wygrywała sześcioma bramkami. Goście szarpali tempo i próbowali gonić. Udawało im się niwelować wynik do czterech goli. Na więcej nasi nie pozwalali. Od 55’ było po zawodach,. Nasi mając wynik pod kontrolą spektakularnie punktowali rywali.

Bilans Tęczy to cztery wygrane i jeden remis. Daje to naszym siódme miejsce w tabeli II ligi.

Tęcza: Adam Noskowiak, Omar Amirjan – Dawid Graf-8, Eryk Napieralski-6, Przemysław Podleśny-5, Alek Cierniewski-3, Tomasz Piątek-3, Hubert Kaczmarek-2, Daniel Olejnik-1, Adam Żurek-1, Ryszard Landzwojczak-1, Bartosz Nowakowski. (k)

 

Astromal Leszno – Tęcza Kościan 13:30 (8:15)

Adepci piłki ręcznej kościańskiej Tęczy rozgromili swoich rówieśników i to na ich boisku. Najskuteczniejszym zawodnikiem meczu był zdobywca 16 goli Bartosz Dziubała.

Tęcza: Wiktor Witkowski, Adam Fredrych – Bartosz Dziubała-16, Szymon Owczarczak-4, Piotr Kędziora-3, Sebastian Michalik-3, Kacper Świca-2, Mikołaj Stężycki-1, Hubert Nowak-1, Kajetan Borowiak, Jakub Wujczak. (k)

IV Turniej Piłki Ręcznej Chłopców rocznika 2006 i młodszych

W niedzielę 5 marca chłopcy kościańskiej Tęczy zmierzyli się w zawodach z Lesznem, Włoszakowicami i Jerką. Podopieczni Dawia Nowaka nie mieli sobie równych i wygrali wszystkie mecz i z kompletem punktów zajęli pierwsze miejsce. Drugą lokatę wywalczała ambitna ekipa Spartan z Jerki.

Wyniki spotkań:

Kościan – Leszno 6:4

Jerka – Włoszakowice 12:5

Kościan – Jerka 9:8

Leszno – Włoszakowice 11:1

Jerka – Leszno 8:6

Włoszakowice – Kościan 5:15

Tabela:

 1 Tęcza Kościan 6 pkt.

2 Spartanie Jerka 4 pkt.

3 Astromal Leszno 2 pkt.

4 GZK Włoszakowice 0 pkt.

Tęcza: Piotr Kuciak, Tomasz Dziubała – Igor Napierkowski-9, Adam Kaniewski-9, Adam Nowak-4, Patryk Cwynar-3, Wiktor Bartkowiak-2, Olek Matuszak-1, Kajetan Tomaszewski-1, Mikołaj Grębocki, Kamil Szydłowski, Bartosz Waldhelm, Kacper Jaźwiński, Filip Stawecki.

Juniorzy młodsi

Tęcza II Kościan – Sparta Oborniki Wlkp. 25:24

Tęcza: Filip Ćwiertnia, Jakub Jackowski, Bartłomiej Woroch – Jędrzej Kaniewski-9, Adrian Frąckowiak-8, Bogusz Krupka-3, Dawid Grzesiak-3, Tobiasz Andrzejewski-1, Adam Bartkowiak-1, Filip Jackowski.

Tęcza Kościan – Nielba Wągrowiec 24:39

Tęcza: Patryk Zaręba – Adam Ryba-9, Jacek Idziak-6, Adam Babiarczyk, Jan Grobelny-3, Michał chróst-2, Jakub Olejnik-1, Daniel Olejnik.

Turniej Ligowy Chłopców Rocznika 2004/2005

Nasza drużyna w tym turnieju uplasowała się na trzecim miejscu. Byłoby lepiej, ale niestety młoda Tęcza uległa Włoszakowicom jednym golem i nie zdobyła punktów.

Wyniki:

Kościan – Włoszakowice 9:10

Wędkarza przygniótł konar drzewa
Paweł Frąckowiak mieszkał w Rosnówku. To gmina Komorniki, ale w praktyce Rosnówko niemal łączy się z Trzebawiem, a to już stęszewski teren.
Pewnie dlatego Paweł Frąckowiak należał do stęszewskiego Koła Wędkarzy PZW 121 i w nim od lat działał. Tam też zdobywał szlify wędkarskie, uczestniczył w festynach i wędkarskich imprezach, także z tamtymi wędkarzami startował w wielu zawodach. Należał do Klubu Muszkarzy, czyli ludzi łowiących na sztuczną muchę w górskich wodach pstrągowych. W takich zawodach został mistrzem razem ze stęszewskimi wędkarzami Henrykiem Majorczykiem, Tomkiem Spieczyńskim i Mateuszem Fechnerem. Zdobył Super Puchar, w Super Lidze. Ponadto mógł cieszyć się zdobytym Pucharem Burmistrza Stęszewa. Wędkarstwo było jego pasją.
* * *
We wtorek 28 lutego, w godzinach porannych, około 9-ej w Rosnówku na swojej posesji przy ulicy Nowej, Paweł Frąckowiak, razem z innymi ludźmi zajął się wycinką drzew w obejściu. Czynił to zgodnie z pozwoleniem, które wydane zostało przez ministra środowiska Jana Szyszkę.
Tak przy okazji przypomnijmy, że od stycznia obowiązują przepisy, które umożliwiają wycinkę drzew na terenie prywatnym. Jedyny warunek jest taki, że nie można tego robić w ramach prowadzenia działalności gospodarczej. Od czasu wejścia w życie noweli, w Polsce ruszyła wycinka. Minister Jan Szyszko bronił ustawy mówiąc, że jako minister środowiska i jako człowiek, który zna się na ekologii, w pełni popiera przepisy dotyczące niwelowania starych i źle funkcjonujących drzew.
Po krótkim czasie wprowadzono poprawki, które przewidują, że jeżeli na nieruchomości zostaną usunięte drzewa, właściciel nie będzie mógł zbyć tej nieruchomości na rzecz podmiotu prowadzącego działalność gospodarczą przez pięć lat. Nowelizacja zawiera również kary administracyjne, jeżeli osoba fizyczna nie dotrzyma tego nakazu.
W związku z tą nowelizacją znajomi mówią, że Paweł, to ofiara Jana Szyszko. Bo na tego dużego, silnego mężczyznę spadł duży konar obcinanego drzewa.
Na miejsce wezwano helikopter LPR, a także zastępy straży pożarnej z OSP Stęszew, Luboń, Plewiska i JRG9 oraz strażacy ze Szkoły Aspirantów PSP w Poznaniu.
Reanimacja Pawła trwała godzinę, jednak nie udało się przywrócić mu czynności życiowych.
Pochowano go z wędkarskimi honorami w sobotę 4 marca na cmentarzu w Rosnówku. Uroczystości towarzyszyli wędkarze i sztandar Koła nr 121.(maz)

Święto kobiet dla Jarogniewic, Siernik i Bieczyn
Na sobotnie popołudnie zaproszenie do zajazdu u Jana w Głuchowie przyjęło 36 pań. Zaprosiła ich radna gminy Czempiń – Zofia Bartkowiak z Jarogniewic.
To już siódmy rok z rzędu, jak z okazji Dnia Kobiet panie spotykają się, by porozmawiać przy kawie, cieście i dobrej kolacji. Nie zabrakło też szampana, ciepłych i zimnych napojów.
Zaproszenie zostało skierowane do mieszkanek wiosek: Jarogniewice, Sierniki i Bieczyny. Jest to okręg wyborczy pani Zosi. Radna w ten sposób pokazuje, że pamięta o swoich wyborcach nie tylko wtedy, gdy trzeba oddać głos w samorządowych wyborach, ale także w czasie od wyborów wolnym.
– Nie zawsze jest czas, by blisko siebie mieszkający ludzie mogli ze sobą porozmawiać i wspólnie się pobawić – mówi Zofia Bartkowiak. Spotkanie takie, jak dziś, to zbliżenie żeńskiej części wspomnianych wiosek. Oprócz jedzenia zaprosiłam zespół muzyczny Honey z Kokorzyna, który już nieraz u nas grywał i znany jest z dobrej muzyki i skocznych rytmów.(maz)

GRODZISK WIELKOPOLSKI DZIĘKUJE

W czwartek w sali widowiskowej w Centrum Kultury RONDO przy ul. Kolejowej w Grodzisku Wielkopolskim odbyło się coroczne spotkanie pt. „GRODZISK WIELKOPOLSKI DZIĘKUJE”.

Uroczystość rozpoczęła się Hejnałem Grodziska w wykonaniu Grodziskiej Orkiestry Dętej im. Stanisława Słowińskiego pod batutą Renaty Kubale.

Przybyłych gości, wśród których byli m.in. Wojciech Jankowiak – Wicemarszałek Województwa Wielkopolskiego oraz Honorowy Obywatel Grodziska Wielkopolskiego, Włodzimierz Łęcki – Honorowy Obywatel Grodziska Wielkopolskiego oraz Honorowy Rektor Grodziskiego Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Grodzisku Wielkopolskim, Killion Munyama  – Poseł na Sejm RP, Przewodnicząca Rady Powiatu Grodziskiego Dorota Jaśkowiak, Burmistrzowie, Wójtowie sąsiednich  gmin, przewodniczący Rady Miejskiej Marek Kinecki, radni Rady Miejskiej oraz przedstawicieli firm, instytucji, zakładów pracy powitał – Burmistrz Grodziska  Henryk Szymański.

 Następnie sprawozdanie za 2016 rok przedstawił Burmistrz Grodziska Wielkopolskiego Henryk Szymański.

W programie artystycznym wystąpili Zespół Tańca Ludowego Cybinka Grodzisk oraz Kabaret „Świerszczczychrząszcz” ze Szczebrzeszyna.

Uroczystość była okazją do podziękowań wszystkim tym osobom, organizacjom, firmom, którym leży na sercu dobro Gminy Grodzisk Wielkopolski. M

POWIATOWY BAL ROLNIKA

Prawie dwieście osób bawiło się w  piątek w Motelu XXI Wieku przy ul. Poznańskiej w Grodzisku Wielkopolskim na I Powiatowym Balu Rolnika.

Organizatorem imprezy była Wielkopolska Izba Rolnicza. Przybyłych uczestników powitał Prezes Wielkopolskiej Izby Rolniczej Jerzy Kostrzewa.

List gratulacyjny od pani kierownik Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Grodzisku Wielkopolskim Genowefy Feldgebel odczytała pani kierownik Powiatowego Biura Wielkopolskiej Izby Rolniczej w Grodzisku Wielkopolskim Katarzyna Szudra – Borowczak. Na I Powiatowym Balu Rolnika bawili się rolnicy i nie tylko z powiatów grodziskiego, wolsztyńskiego i nowotomyskiego.

Organizatorzy przygotowali wiele atrakcji  m.in. każdy uczestnik z zaproszeniem otrzymał dwa los z numerem, który brał udział w losowaniu nagród podczas balu.  Można było wygrać m.in. odzież roboczą, buty gumowe, siekierę, jaja od kur zielononóżek z chowu na wolnym wybiegu, latarkę, parasol, wycieraczki samochodowe,  piwo grodziskie, naczynia,  obraz itp.

Organizatorzy przygotowali również niespodziankę, którą był  różany walczyk. Muzykę serwował Zespół Muzyczny NIECIERPLIWI z Czempinia w składzie Piotr i Paweł Mańkowscy. Jak zapewnili organizatorzy iż jest to I Powiatowy Bal Rolnika  ale nie ostatni. Dobra zabawa w dobrym towarzystwie z muzyką serwowaną dla każdego pokolenia trwała do  białego rana. M