środa, 12 Grudzień 2018

2017 Luty

Wyrzekała się żaba błota
– Powiedz mi przyjacielu, ile to razy coś przyrzekałeś. Czy była to sprawa ważna w twoim życiu i jak udało ci się słowa dotrzymać? – pytanie to Hipolit Mizerka skierował do Mariana Lichego.
Ten drugi nie widomo, czy pytanie było zaskakujące, czy też miał słabszy dzień, bo zwlekał z odpowiedzią. Trwało to tak długo, że Hipolit musiał go popędzić słowami:
– Halo, kolego! Czy zrozumiałeś, co do ciebie mówiłem? Może zmienić pytanie na łatwiejsze?
To sprawiło, że Marian natychmiast zareagował:
– Jeżeli myślisz, że mnie sprowokujesz lub zdenerwujesz, to jesteś w błędzie. Wysłuchałem cię uważnie i wiedz, że moje dane słowo jest niemal, jak przysięga.
– Z naciskiem na „niemal” – odpalił Hipolit.
Nie pozwolił Marianowi na ripostę, dlatego kontynuował.
– To jest tak, jak z tym Maurycym Zającem, który założył się ze swoim bratem, że włoży sobie dwa palce do jednej dziurki nosa.
– I co? Udało mu się? – tym razem nie wytrzymał Marian.
– Nie dał rady. Włożył jeden cały i drugiego trochę – rzekł Hipolit.
– To co, zakład wygrał, czy przegrał? – dociekał Marian.
– Przerżnął, bo miał włożyć obydwa do samego końca, a jemu udało się częściowo, czyli” nieomal”. Tak jest też z tobą – śmiejąc się tłumaczył Hipolit.
Rozmowa wyraźnie nie odpowiadała Marianowi. Szła nie w tym kierunku, co sobie zaplanował. Postanowił skierować ją na właściwe tory.
– Posłuchaj przyjacielu – zaczął Marian. Opowiem ci na własnym przykładzie, jak to z danymi słowami – lub mówiąc łagodniej – obietnicami bywa.
Miałem wtedy siedemnaście lat. Wiosną byłem na weselu szwagra mojego brata Tymoteusza Ćwierkacza „za młodego”. Co ci będą gadał. Pewne jest, że jako chłopak z miasta, w modnym garniturze, w koszuli „nonajron”, w modnych „kalipsiakach” na nogach, do tego inteligentny i wygadany wpadłem w oko trzem dziewczynom.
– Ale walisz ściemę, ale nawijasz makaron na uszy. Nie przesadzaj i wracaj do tematu – nie wytrzymał Hipolit.
– Ty i tak tego nie zrozumiesz, ale musisz tym razem uwierzyć mi na słowo – zastopował kumpla Marian. Jak ci mówiłem, to już na wejściu, oczy na mnie wlepiły Lucyna i Hania. Obydwie od progu ruszyły, aby mi przypiąć do garnituru wstążeczkę.
– Mówiłeś o trzech, a nagle teraz słyszę, że były dwie. Coś kręcisz –wtrącił Hipolit.
– Nie przerywaj, to się wszystkiego dowiesz, łącznie z tą trzecią – ponownie skarcił kumpla Marian. Podczas obiadu po jednej mojej stronie siedziała Lusia, a po drugiej Hania. Czułem się, jak sułtan turecki. Dziewczyny mi nadskakiwały podsuwając, co lepsze kąski na talerz. Nagle poczułem, że ktoś wlepia we mnie oczy. Sprawczynią tego była siedząca naprzeciwko fajna babeczka. Przyjechała na weselę trochę później, to jej od razu nie zauważyłem. Walentyna, bo tak miała na imię, podczas obiadu zaczęła mnie „podrywać”. Pod jej spojrzeniem o mało widelcem sobie oka nie wykułem.
– Może i była jak mówisz ładna, ale imię Wala, to miała chyba po ruskiej kosmonautce – szydził Hipolit.
– Nie o imię chodzi „tuku jeden” – nie wytrzymał Marian – ale o to, co było dalej. Po obiedzie orkiestra zaczęła grać i pary ruszyły do tańca. Z początku wszystko szło dobrze. Kolejno bawiłem się z dziewczynami. Niestety inni weselnicy, ani młodzi, ani starsi nie garnęli się do tańca, tylko do gorzały. Z upływem czasu coraz bardziej zbliżała się do mnie Wala. Robiła wszystko, aby mnie sobie zawłaszczyć. Nad ranem zabrała mnie na spacer. Za stodołą kilka razy dała mi takiego buziaka, że aż zakręciło mi się w głowie. Gdy po weselu się żegnaliśmy obiecaliśmy sobie, że wkrótce się spotkamy. Ustaliliśmy, że będzie to pierwszego maja w Stęszewie
– Poczekaj przyjacielu – wyrwał się Hipolit. Przecież ten dzień kiedyś był uznawany, jako święto pracy. Nie kursowały autobusy, punkty handlowe były nieczynne.
– Już ci mówię dalej, bo teraz jest najważniejsze – nie dał się wybić z rytmu Marian. Ta maja dziewczyna mieszkała w Stęszewie przy ulicy Chrobrego. Powiedziała mi, że jak wysiądę z autobusu na Rynku, to mam iść prosto w kierunku Poznania i po czterystu metrach skręcę w prawo. to będę u niej. Zrobiłem tak, jak mówiła. Szedłem ulicą Poznańską i nagle zobaczyłem tablicę Stęszew, czyli koniec miasta. W uszach miałem jej słowa, że mieszka, jak to mówią „nad Lipnem”. Ja zamiast iść dalej spanikowałem i zawróciłem. Zrozumiałem, że nie spotkam się z Walą. Spojrzałem na zegarek i z przestrachem stwierdziłem, że za kwadrans mam autobus do domu. Jak sam wiesz, w ten dzień PKS robił po jednym kursie. Wróciłem na przystanek i czekałem. Minęło pół godziny, a tu autobusu, ani widu, ani słuchu. Podjąłem decyzję, jak się okazało fatalną w skutkach. Ruszyłem pieszo w stronę drogi w kierunku Wrocławia. Gdy oddaliłem się od przystanku jakieś pół kilometra, podjechał autobus. Biegnąc z powrotem próbowałem rozpaczliwie go zatrzymać, ale kierowca mnie zlekceważył i odjechał. Zrozumiałem, że przyjdzie mi do chaty walić na piechotę. Wyliczyłem, że skoro pójdę sześć kilometrów na godzinę, to za cztery godziny będę nad Obrą.
– No, no przyjacielu miałeś dwadzieścia pięć kilometrów do pokonania. Jak ci się to udało? – z zainteresowaniem dopytywał Hipolit.
Marian nabrał powietrza i kontynuował.
– Powiem Ci tak, była to droga przez mękę. To nawet nie chodziło o sam dystans, ale to, że maszerowałem w garniturze, modnej koszulki i szykownych butach. Z początku nawet przez godzinę pokonałem sześć kilometrów. Dalej zaczęły się schody. Był ładny i dość ciepły majowy dzień. Koszula pod marynarką zaczęła się lasować. Stopy w ciasnych butach ledwo się mieściły każdy krok, to katorga. Próbowałem nawet iść w skarpetach, ale i to nie dawało ulgi. Z tej całej drogi udało mi się tylko trzy kilosy pokonać na siodełku starej WFM-ki. Zlitował się nade mną taki jeden mieszkaniec Głuchowa i kawałek mnie podrzucił. Resztę jednak musiałem zasuwać pieszo. Dotarłem do chaty po pięciu godzinach, gdy było już ciemno.
– A gdzie istota sprawy, czyli dane słowo, o ile gdzieś, w tej historii się znalazło? – dopytywał Hipolit.
– Jest i zaraz ci udowodnię – rzekł Marian. Przeżywając katusze w drodze ze Stęszewa, co chwilę powtarzałem sobie, ba przysięgałem, że nigdy więcej do tego miasta nie pojadę, ba nawet nie zajrzę.
– I co słowa dotrzymałeś? – dociekł Hipolit.
– Pozwól, że za chwilę ci odpowiem – odparł Marian. Wiedz, że przez pewien czas szerokim łukiem omijałem to miasto. W tym czasie trochę wody w Samicy i Obrze upłynęło. W życiu, jak to w życiu, następują nieprzewidywalne zwroty akcji. Tak też było w moim przypadku. Jakieś dwadzieścia lat temu służbowo pojechałem do Stęszewa.
– Widziałeś którąś z tych babek? – nie wytrzymał Hipolit.
– Tak dwie z nich – Lucynę i Hanię – w różnych miejscach spotkałem. Trochę powspominaliśmy, ale rozmowa się nie kleiła. Z tego, co się dowiedziałem Wala mieszka w Niemczech. Tak naprawdę powiem, ci, że to już dla mnie może poza odrobiną ciekawości, jak wyglądają po latach, nie miało żadnego znaczenia. Coś innego ci rzeknę. A mianowicie, że każdy mój kolejny wyjazd do grodu nad Lipnem wnosił i wnosi coś nowego w moje życie. Powiem, że jest to moje drugie rodzinne miasto. Jak więc widzisz w tym przypadku słowa nie dotrzymałem, ale tego nie żałuję. Może, jak kiedyś zbierze mi się na wspomnienia, to ci powiem, dlaczego! Mój przyjacielu.
Po tych słowach Marian tajemniczo uśmiechnął się, podał rękę Hipolitowi i odwrócił się na pięcie.
Seweryn Kaczmarek

Jak to w Stęszewie z wodą było część 18
W części 17 wkradł się błąd, mianowicie Strykowo nie należało do Tidemana, tylko Timana. Tideman był właścicielem Jeziorek. Był też dzierżawcą Strykowa. Wydzierżawiał go od właścicielki – Pani Andrzejewskiej, a jego brat był właścicielem majątku Sapowice. Oboje byli Belgami, mieli również obywatelstwo niemieckie. Według relacji świadków spisanych przeze mnie w roku 1990, Timanowie byli dobrzy dla Polaków.
A wracając do tematu linii obrony na przedpolu Poznania, która była od jeziora Kierskiego-Niepruszewskie-Witobelskie-Łódzkie-Dymaczewskie oraz cała rzeka Samica, aż do kanału Obry. Tu chciałbym poruszyć temat, który już kiedyś poruszałem, a mianowicie we wszystkich przewodnikach turystycznych i mapach jest straszny błąd, który mówi, że rzeka Samica wpływa do kanału Obry. Jest to nieprawda, ponieważ Samica powstała miliony lat temu. Jest rzeką NATURALNĄ, natomiast kanał zawsze jest tworzony przez ludzi, więc nie może rzeka wpływać do kanału, zawsze kanał będzie wpływał do rzeki.
W archiwum w urzędzie Miasta Mosiny, są zapisy, że kanał Obry płynący przez Mosinę, wielokrotnie zmieniał nazwę czytamy tu „Kanał”, „Samica”, „Mosinka”, „Kanał Mosiński” i „Kanał Obrzański”. Widzimy tu, że dawno temu występuje nazwa Samica.
Uważam, że odpowiednie władze regionalne powinny uregulować to kłamstwo wprowadzające ludzi w błąd. Wróćmy do tematu wody w Gminie Stęszew, mało kto wie, że w Gminie Stęszew było nawadnianych poprzez sztuczne deszczownie tysiące hektarów pól uprawnych.
W roku 1998 byłem w Rybojedzku u pewnej starszej pani, mieszkała w Poznaniu, natomiast całe lato mieszkała w domku letniskowym przy drodze Rybojedzko – Słupia. Poczęstowała mnie plackiem i kawą. Zaczęła opowiadać, że w poprzednim roku była z mężem we Włoszech i zwiedzali gospodarstwa rolne, które miały deszczownie. Mówiła, że nie mogli wyjść z podziwu, jak woda strzelała w niebo z armatek wodnych na wysokość około 200 metrów i opadała w formie deszczu na uprawy. Tu można zacytować stare polskie przysłowie „Cudze chwalicie swego nie znacie”. Wtedy przerwałem starszej pani zachwyt i spytałem, czy wie, że 100 metrów od jej miejsca zamieszkania, w kierunku Słupi była kiedyś olbrzymia hydrofornia, która pompowała wodę do armatek wodnych na polach. One też wystrzeliwały strumień wody w niebo, A ta opadała w formie deszczu. Druga hydrofornia była przy Jeziorze Strykowskim od strony Strykowa i nawadniała pola Herbapolu. Były to uprawy ziół. Plony były wspaniałe, a zioła były sprzedawane na cały świat.
Niestety po 1992 roku zostało to wszystko rozkradzione. Najpierw zginęły trafostacje, później linki aluminiowe, następnie ze środka hydroforni zginęły silniki elektryczne, pompy i zbiorniki. Pozostało tylko kilka rur o średnicy 20 cm, które szły z hydroforni do jeziora, do samego dna. Zrobiłem dokumentację fotograficzną i pomyślałem „złodzieje nie dali rady rur ukraść z dna jeziora” Jakież było moje zdziwienie, gdy po 3 miesiącach pojechałem zrobić zdjęcia, oczom nie wierzyłem, ukradli także rury z dna jeziora. W sumie tych rur było kilka ton. Złodzieje jednak potrafią.
Po roku 1995 po deszczowniach pozostały tylko gołe mury. Deszczownie te kosztowały mnóstwo pieniędzy, inwestycję prowadził „WZIR – Wojewódzki Związek Inwestycji Rolniczych”. Teraz rozumiem, jak zniknęły po roku 1945 regaty Międzynarodowe w Witoblu, koszary wojskowe w lesie w Dębienku, leśniczówka na Podgaju, dwa wiatraki przy ulicy Bukowskiej, piękny kościół Ewangelicki św. Zofii i wiele innych wspaniałych zabytków. Samo nasuwa się powiedzenie „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”.

ZAKOŃCZENIE HALOWYCH ROZGRYWEK

Seniorzy Klubu Sportowego Lipna Stęszew zakończyli halowe rozgrywki Ligi Centralnej w sezonie 2016/2017.

Ostatni, a zarazem finałowy turniej został rozegrany w niedzielę 5 lutego w Tarnowskich Górach. Na ten turniej stęszewskie drużyny pojechały w mocno osłabionych składach, ponieważ kilku naszych zawodników z drużyny Lipno I, w tym samym czasie brało udział w halowych Mistrzostwach Świata w niemieckim Krefeld. Z kolei z drużyny Lipno II było wielu chorych lub mieli egzaminy.

Tak więc walka o dobre lokaty była bardzo ciężka i lepiej spisała się drużyna Lipno II, która wygrał wszystkie swoje mecze w tym turnieju i zajęła 3 miejsce w klasyfikacji końcowej rozgrywek. Zaś drużyna Lipno I, tym razem przegrała swoje mecze i zajęła 5 miejsce.

W tegorocznej edycji, halowych rozgrywek Ligi Centralnej, zostały rozegrane cztery turnieje: w Skieniewicach, Rypinie, Poznaniu, którego organizatorami były zespoły Lipna oraz turniej finałowy w Tarnowskich Górach. Zwycięzcą rozgrywek została drużyna UKS Bałagany Łubianka, a drugie miejsce zajęła drużyna UKHT Ósemka Tarnowskie Góry.

Na zakończenie rozgrywek wszystkie zespoły otrzymały puchary i dyplomy. Nagrodzono też najlepszego strzelca i bramkarza oraz najlepszych zawodników w poszczególnych zespołach.

W drużynie Lipno I został wyróżniony bramkarz Maciej Berus, a w drużynie Lipno II – Dawid Chróst.

Wszystkie zespoły zostały otrzymały okolicznościowe upominki, ufundowane przez firmę ENEA Operator, które w imieniu firmy wręczył nasz kolega Marek Boiński. Były też upominki od prezydentów Skierniewic i Tarnowskich Gór.

Zarówno trenerzy Piotr Adrian i Marcin Olejniczak oraz kierownictwo sekcji hokeja uważają te rozgrywki za udane, biorąc pod uwagę fakt, że nasi zawodnicy w sezonie zimowym mieli jedynie kilka sparingów z kijami, a pozostałe treningi, to była gra w piłkę nożną.

Pragniemy podziękować firmie „ENEA Operator” za zorganizowanie turnieju w Poznaniu oraz firmie „Rob-Tech”, Marianowi Płóciniczakowi, Marcinowi Olejniczakowi i Markowi Boińskiemu za pomoc w organizacji transportu na turnieje wyjazdowe. (WDz)

MISTRZOSTWA W WARCABACH

Trzydziestu trzech zawodników ze SP z Kąkolewa, Grąblewa i Grodziska Wielkopolskiego wzięło udział w Mistrzostwach Gminy Grodzisk Wielkopolski Szkół Podstawowych w Warcabach, które odbyły się w sobotę w SP nr 4 w Grodzisku Wielkopolskim.

Zawodników podzielono na dwie kategorie dziewcząt i chłopców.

Nad prawidłowym przebiegiem zawodów czuwali sędziowie Tomasz Maćkowiak i Janusz Andrzejewski.

W kategorii dziewczęta: I miejsce zajęła Wiktoria Stachowiak ze SP nr 1 w Grodzisku Wlkp., II miejsce zdobyła Oliwia Wójcik ze SP nr 1 w Grodzisku Wlkp., III miejsce Zuzanna Nolka ze SP W Kąkolewie.

W kategorii chłopcy:  I miejsce zdobył Łukasz Wamberski ze SP w Kąkolewie, II miejsce zajął Marcin Garcon ze SP nr 1 w Grodzisku Wlkp., III miejsce Konrad Kurek ze SP w Grąblewie. M

KARNAWAŁOWY BAL

Koty, pszczółki, wróżki,  księżniczki, damy, syreny, policjanci, piłkarze, strażacy, kowboje, piraci, klowni a nawet ksiądz to tylko niektóre z postaci które bawiły się w niedzielę w sali gimnastycznej Zespołu Szkół im. Polskich Noblistów w Wielichowie na Baliku Karnawałowym.

Organizatorami imprezy byli Centrum Kultury „Pod Wieżą” w Wielichowie, Biblioteka w Wielichowie oraz Firma IKO Kompania Drobiarska w Augustowie.

Przybyłych uczestników, rodziców oraz gości panią Burmistrz Wielichowa Honoratę Kozłowską powitała pani kierownik Biblioteki Danuta Szymkowiak.

Pani Burmistrz Honorata Kozłowska powitała uczestników, rodziców i życzyła miłej zabawy.

Do wspólnej zabawy natomiast wszystkie dzieci i młodzież oraz rodziców zaprosił Dobry Teatr Zuzia i Fruzia z Ruchocic .

Warunkiem uczestnictwa w zabawie było karnawałowe przebranie to też rodzice postarali się o wyjątkowo pomysłowe stroje, niektóre były zakupione, wypożyczone a były i takie pracochłonne wykonane przez rodziców.

W przerwach dzieci posilały się pączkami oraz napojami ufundowanymi przez sponsora.

Każde dziecko otrzymało Dyplom uczestnictwa maskotkę oraz słodycze. M

KAPELUSZOWY BAL

W piątek w sali wiejskiej w Słocinie  gmina Grodzisk Wielkopolski odbył się Karnawałowy Bal Kapeluszowy.

Udział w nim wzięły członkinie  miejscowego Koła Gospodyń oraz przyjaciele Koła.

Warunkiem uczestnictwa w imprezie było karnawałowe przebranie z  kapeluszem na głowie.

 Przybyłe panie powitała przewodnicząca KGW w Słocinie Zofia Bartkowiak i zaprosiła do wspólnego poczęstunku przygotowanego przez członkinie Koła.

 Po posiłku wszystkie panie do tańca i wspólnej zabawy zaprosił  Zespół Taryfa Nocna.

Przerywnikiem w tanecznych pląsach były Wybory „Miss Balu 2017”, które prowadzili członkowie Zespołu Taryfa Nocna.

Do finału zdaniem Jury zakwalifikowały się Małgorzata Sanok, Justyna John, Bożena Petrykowska i  Justyna Groszczyk.

Miss Karnawałowego Balu Kapeluszowego 2017 została Bożena Petrykowska. Nagrodą był szampan. M

Tęcza Kościan – Astromal Leszno 24:38 (9:21)

Dominacja gości

Szczypiorniści kościańskiej Tęczy w środę 11 stycznia rozegrali mecz kontrolny z I ligowym Astromalem Leszno. Goście sparing potraktowali bardzo poważnie wystawiając najmocniejszy skład. W zespole przyjezdnym był wracający po rocznej przerwie spowodowanej kontuzją Krzysztof Misiaczyk wychowanek Tęczy od lat grający w Lesznie. W naszym zespole zbrakło Przemysław Podleśnego i Adriana Wujca.

Zawody od początku układały się po myśli Astromalu. Goście bezlitośnie wykorzystywali niecelne rzuty zawodników Tęczy i wyprowadzali skuteczne kontry. Przewag ekipy z Leszna szybko rosła.

Drugą odsłonę lepiej zaczęła Tęcza. Kilka z ataków zakończyli golami. Później jednak do gry wrócili goście. Wprawdzie zdobywanie goli szło im trudniej to jednak dokładali kolejne trafienia. W końcówce nasi kosmetycznie poprawili rezultat. Wygrana gości była okazała.

Nasi szkoleniowcy po tym spotkaniu mają wiele do przemyślenia i skorygowanie w grze Tęczy. Do rozpoczęcia rundy rewanżowej jest trochę czasu i trzeba ten okres wykorzystać.

Tęcza: Adam Noskowiak, Amir Amirjan – Hubert Kaczmarek, Ryszard Landzwojczak, Tomasz Piątek, Kamil Napierkowski, Eryk Napieralski, Marcin Musielak, Daniel Olejnik, Adam Żurek, Dawid Graf, Alek Cierniewski, Szymon Wesołek, Bartosz Nowakowski. (k)

# MKS Poznań – Tęcza Kościan 26:26 (9:14)

Remis jak porażka

Nasi juniorzy w pojedynku barażowym w Poznaniu do przerwy grali dobrze i skutecznie. Prowadzili pięcioma golami. Nic nie zapowiadało, że w drugiej odsłonie oddadzą inicjatywę rywalowi. Tak się stało. Gospodarze gonili i doprowadzili do remisu. Nasi chłopcy mieli jeszcze piłkę na zwycięstwo, ale w ostatniej akcji ją zgubili.

W piątek 13 stycznia nasi juniorzy rozegrają rewanż z MKS-em Poznań. O ile chcą grać dalej muszą te zawody wygrać.

Tęcza: Adrian Nowaczyk, Dominik Gorlas – Eryk Napieralski-9, Ryszard Landzwojczak-6, Marcin Musielak-4, Kamil Napierkowski-2, . Kąkolewski-2, Szymon Wesołek-1, Hubert Landzwojczak, Konrad Foremski, Maciej Ścigacz, Szymon Szyguła, Adam Ryba. (k)

Po raz siódmy oddali pokłon „dzieciątku”

Objawiania Pańskie nazywane jest też świętem „Trzech króli” oraz Szczodrym Wieczorem. To ostatnie za sprawą obdarowywania dzieci słodyczami. W tym roku wypadło w piątek 6 stycznia.

Do południa w kościołach całego kraju odbywały się nabożeństwa. Podczas mszy święcone były: kreda, kadzidło i woda. Po powrocie z kościoła wierni, przynależni do kościoła rzymsko-katolickiego, kredą na drzwiach pisali litery C+M+B. Oznaczają one „Chryste Błogosław temu domowi”. Dopisali też aktualny rok.

Dzień ten od kilku lat ma akcent nawiązujący do czasów sprzed ponad dwóch tysięcy lat. Mędrcy ze Wschodu (Magowie) nazwani później Kacprem, Melchiorem i Baltazarem pojechali oddać pokłon nowonarodzonemu synowi bożemu Jezusowi Chrystusowi. Prowadziła ich gwiazda betlejemska.

Warto przypomnieć, że Mędrcy nie wywodzili się z narodu Izraela. Przyjęto, że byli to obywatele różnych nacji.

Święto „Trzech króli” od siedmiu lat ma szczególną oprawę. Przygotowywane są orszaki, które idą ulicami miasta. Organizują je osoby świeckie wspierane przez swoich duszpasterzy. Na tę okoliczność w miastach Polski w godzinach popołudniowych zbierają się rzesze ludzi. W przewadze są to barwne postaci związane z tym świętem. Po słownym wprowadzeniu, orszak wyrusza do „betlejemskiej szopy”.

Tak też było w Kościanie. Jak w minionych latach. organizatorami orszaku w mieście nad Obrą, były cztery miejscowe parafie. W tym roku wyznaczono nową trasę przemarszu wiodącą z ulicy Poznańskiej na Rynek.

O godzinie 14.00 uroczystość otworzyli ks. proboszcze parafii Św. Boromeusza, parafii farnej ks. kanonik, dziekan Paweł Skrzypczak i parafii Św. Ducha ks. Czesław Małycha. W chwilę po tym orszak wyruszył spod krzyża na ulicy Poznańskiej.

Na czele na koniach podążali mędrcy. Za nimi, na małej furmance Macieja Matuszkowiaka, jechała święta rodzina z dzieciątkiem. Wcielili się w rodzinę Natalia i Dominik Wieszczeszczyńscy.

Dalej szły pięknie przebrane dzieci, młodzież z flagami i dorośli w barwnych szatach, z koronami na głowach.

W połowie ulicy Poznańskiej kościańska młodzież odegrała krótką scenkę.

Kolejny postój nastąpił przed kościołem Św. Ducha. Przed świątynią orszak został zatrzymany przez Heroda, którego grał Dawid Olejniczak. Namiestnik żydowski w obawie, że urodził się ktoś potężny i może zagrozić władcy, knuje spisek. Zwraca się do Mędrców, aby udali się w drogę i znaleźli Dziecię. Wtedy w drodze powrotnej mieli wrócić i opowiedzieć, gdzie się znajduje. On też chciałby się udać i oddać pokłon Małemu.

Oprawę muzyczną przed kościołem Świętego Ducha zapewniały połączone kościańskie orkiestry dęte pod batutą Marian Drozdy. Tym razem ze względu na mróz i zdrowie muzycy przygrywali z wnętrza świątyni.

Dalej korowód udał się na kościański Rynek. Na Starówce przed Ratuszem przygotowano „żłobek”, w której zasiadła święta rodzina. Tutaj odegrano scenką ofiarowania Jezuskowi darów, czyli Mirę, Kadzidło i Złoto.

Mini spektakl oglądały rzesze kościaniaków. Nie zważając na przenikliwe zimno wypełnili oni cały Rynek.

Po ceremonii pełni wrażeń wierni rozeszli się do domów.

Seweryn Kaczmarek

GMINNEGO STOWARZYSZENIA KOBIET

W sobotę w Sali Wiejskiej w pod grodziskim Grąblewie odbyło się 10-lecie istnienia Gminnego Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych.

Przybyło wiele osób, w tym szacowni goście. Wszystkich ich powitała prezes Gminnego Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych – Dorota Momot.

Wyrecytowała na początek wiersz o następującej treści:

10-lecie cała dekada. I nam pochwalić się tu wypada. Tyle przyjaźni się nawiązało, że czasu ciągle jest mało, mało. Ścieżki do wiosek nie zarastają. Bo się dziewczyny wciąż spotykają, to na pokazie, to na szkoleniu. Nie chcesz być z nami, siedź w domu leniu. Albo rusz z nami na podbój gminy. Tu Cię zabiorą nasze dziewczyny. Będą imprezki, różne spotkania, babskie wieczory do pokonania. Babskie wieczory, jak się zadziały, tak trwały, JUBILEUSZ

trwają i będą trwały.

Tu się zaczyna nasza przygoda. Wszystko potrafisz i jesteś młoda. A jeśli jeszcze czegoś nie umiesz, to się nauczysz, wszystko zrozumiesz. Będziesz haftować i szydełkować, piec dobre ciasta, no i gotować. Organizować ciekawe spotkania, przyjmować gości bez skrępowania, poznawać Polskę i bywać w świecie, w teatrze, w operze i na bankiecie – tymi słowami na zakończyła pani prezes powitanie, a wsparła ją członkini Zarządu Stowarzyszenia – Jolanta Floraszek.

Po części oficjalnej przyszedł czas na występ artystyczny pań z Koła Gospodyń z Ptaszkowa, z Kurowa oraz na muzyczną niespodziankę ufundowaną przez burmistrza Grodziska i panią burmistrza Wielichowa.

Oprócz burmistrza Grodziska Henryka Szymańskiego i jego żony, przybyła wymieniona burmistrz Wielichowa Honorata Kozłowska. Ponadto dotarł wiceburmistrz Grodziska Piotr Hojan, przewodniczący Rady Miejskiej Marek Kinecki, skarbnik Iwona Prusak, kierownik Doradztwa Rolniczego w Grodzisku Wlkp. Genowefa Feldgebel oraz prezes grodziskiej Gminnej Spółdzielni SCh w Grodzisku Mirosława Szpot. (MK)

 

Szkolne spotkanie po 40 latach

W Restauracji MDS w Wielichowie spotkali się – po czterdziestu latach – absolwenci Wieczorowego Technikum Rolniczego będącego w Wiosce w gminie Rakoniewice.

Przybyłych profesorów Zdzisławę Nadobnik, Grażynę Radziul, Edwarda Laskowskiego, Aleksandra Grubińskiego oraz absolwentów z lat 1976- 1981 powitały organizatorki – Barbara Kramer i Helena Skrzypczak z Ruchocic.

Pomysłodawcą, współzałożycielem i pierwszym kierownikiem 3-letniego Wieczorowego Technikum Rolniczego był Czesław Fidler.

Współzałożycielem był również Wicedyrektor Technikum Rolniczego w Starym Tomyślu i zarazem nauczyciel Mechanizacji Rolnictwa Bogumił Surkont.

Minutą ciszy uczczono zmarłych dwunastu absolwentów WTR, a byli to: Alina Kowalka, Jolanta Probst, Kazimiera Radna, Elżbieta Świadkiewicz, Stanisław Waszkowiak, Stanisław Konieczek, Kazimierz Mańkowski, Urszula Mańkowska, Zygmunt Nadobnik, Teresa Piotrowska, Stanisław Skrzypczak i Lech Brzozowski.

Po części oficjalnej przyszedł czas na toast, chóralne „Sto lat”, wspólny poczęstunek oraz taneczne pląsy do późnych godzin nocnych.

Na zjeździe pojawili się pedagodzy: Zdzisława Nadobnik z Wioski – pani profesor od „Uprawy roślin”, Grażyna Radziul z Wolsztyna – pani profesor od „języka polskiego”, Edward Laskowski z Rakoniewic – pan profesor od matematyki, Aleksander Grubiński z Karpicka – pan profesor od „Mechanizacji rolnictwa”.

Organizatorkami imprezy były wspomniane wcześniej Helena Skrzypczak i Barbara Kramer z Ruchocic, a także Emilia Kwiatkowska oraz Iwona Wieczorek-Lemańska z Rakoniewic.

Mimo upływu lat większość absolwentów rozpoznała swoich kolegów i koleżanki ze szkolnej ławy. Jak zapowiedziały organizatorki, to nie pierwsze i nie ostatnie spotkanie absolwentów Szkoły z podrakoniewickiej Wioski.

Osoby, które dojechały na spotkanie: Jolanta Lesiak-Konieczek Wolsztyn, Barbara Kramer Ruchocice, Emilia Katkowska Rakoniewice, Stanisław Katkowski Rakoniewice, Krzysztof Radajewski Rostarzewo, Bogumiła Walkowiak Wioska, Ewa Wesołek Rakoniewice, Janina Wróblewska Rakoniewice, Teresa Probst Stodolsko, Helena Skrzypczak Ruchocice, Jolanta Miśko-Łabenda Rakoniewice, Jan Pluskota Wioska, Alicja Simińska Rakoniewice, Lucyna Pilarska-Tarka Piła, Leonard Klimek Wola Jabłońska, Hieronim Bosy Stodolsko, Wanda Szuba-Sowa Albertowsko, Irena Korbas Wioska, Lucyna Stankowska-Janicka Jabłonna, Iwona Wieczorek-Lemańska Rakoniewice, Danuta Lemańska-Król Jabłonna, Andrzej Tadeusz Wioska, Małgorzata Kubaczyk-Czekaj Dębsko, Maria Król-Brychczyńska Kuźnica, Tadeusz Mroskowiak Prochy, Henryk Binkiewicz Wielichowo, Renata Kryś-Kubaczyk Rostarzewo, Irena Zielińska-Drygas Rostarzewo, Danuta Fligier-Nowacka Luboń, Tadeusz Frąckowiak Niałek Wielki, Krzysztof Szymanuszka Dębsko, Mieczysław Marciniak Wioska, Alicja Rabiega-Woźna Wielichowo, Małgorzata Orzałkiewicz-Lisiewicz Wolsztyn, Benon Orzałkiewicz Wolsztyn, Irena Grześkowiak Stodolsko, Elżbieta Szymoniak-Lipowicz Rostarzewo, Elżbieta Koza- Pilarska Wioska i Teresa Kazubska Rakoniewice.

Mirosława Kałek