niedziela, 21 Październik 2018

2016 Listopad

Jak to w Stęszewie z wodą było część 12
W ostatniej części zakończyliśmy, gdy jedyny świadek śmierci dziecka zeznał w prokuraturze w Nowym Tomyślu, że nic nie widział. Powiedziałem mu, że ma poważny problem, że jest mi go żal, bo oprócz prokuratura i policji jest jeszcze Pan Bóg. Można okłamać policjanta, prokuratora, nawet księdza u spowiedzi, ale Pana Boga nie.
Po niedługim czasie, rano o 8ej, gdy siedziałem w biurze, to zadzwoniłem do kolegi, który był mi winien pieniądze. Odebrał. Powiedziałem, że potrzebuję gotówki, którą mi wisi. Stwierdził, że mogę już robić kawę, bo on jedzie.
Przyjechał. Wypiliśmy kawę i położył dla mnie 200 dolarów. Wściekłem się. Zapytałem, czy mam teraz marnować pół dnia, żeby jechać do Poznania, do kantoru i wymienić dolary na złotówki?
Kaziu powiedział mi, że kantor jest bliżej. Mianowicie dzierżawca nad Lipnem otworzył kantor wymiany walut. Stwierdziłem, że faktycznie Adam Krakowski ma kantor nad Lipnem. Pojechałem, wymieniłem dolary. Adam zrobił nam kawę.
W pewnej chwili rozmowę przerwała nam sekretarka. Przepraszała, że przeszkadza, ale dzwoniła policja z Kórnika. Adam odebrał. Po chwili rzucił słuchawką o podłogę i wybiegł do lasu. Pobiegłem za nim. Widziałem Adama, jak biegał od drzewa do drzewa. Zapytałem, co się stało. Odpowiedział, że na szosie katowickiej w Kórniku zginął jego jedyny syn i zapytał, czy z nim tam pojadę. Dotarliśmy na miejsce wypadku. Fiat 126p był dosłownie zmielony. Na drodze znajdowały się kałuże krwi. Policja powiedziała, że przyczyny wypadku nie są znane. Na prostym odcinku drogi, tir ważący około 50 ton, najechał z ogromną prędkością na malucha i wciągnął go pod siebie. Adam poprosił, abym pojechał do Kórnika i poinformował jego synową o śmierci męża.
Pojechaliśmy pod dom, poszedłem pod drzwi, otworzyła mi starsza kobieta. Zapytałem o panią Krakowską. Powiedziała, że jest jej matką i wskazała drzwi, w których mieszka córka. Drzwi się otworzyły, ujrzałem 20-letnią dziewczynę i sześciomiesięczne dziecko śpiące w kołysce. Poprosiłem matkę, aby z nami została. Powoli powiedziałem, że przed chwilą na szosie w wypadku, zginął jej młody mąż.
Zaczęła głośno krzyczeć, że to jest niemożliwe, wyjęła maleństwo z kołyski, które zaczęło głośno płakać. Przytuliła dziecko do siebie tak mocno, że starsza pani nie mogła go odebrać. Po chwili cała trójka przerażająco krzyczała. Adam wbiegł do mieszkania, a ja to mieszkanie wtedy opuściłem. Spacerowałem po chodniku. Adam przyszedł i zapytał, czy pojedziemy razem do Ptaszkowa poinformować jego żonę, a matkę jego chłopaka. Zgodziłem się. Zaparkowałem auto przed blokiem w dawnych, ptaszkowskich PGR-ach. Adam powiedział, abym poszedł pierwszy i powiedział, co się stało, ponieważ on od kilku lat żyje z kochanką.
Mieszkanie byłej żony było na parterze. Zapukałem do drzwi. Gdy kobieta otworzyła, zapytałem czy mogę wejść. Powiedziałem jej, że mąż Adam siedzi w samochodzie. Zaprosiła mnie do środka. Mieszkanie było urządzone bardzo biednie. W narożniku, w kuchni stał żeliwny piec, a na nim maszynka elektryczna i kilka garnków. Kobieta poprosiła, abym powiedział, co się stało. Zacząłem:
– Pani Krakowska, przykro mi, ale pani jedyny syn zginął w wypadku samochodowym.
Matka zaczęła uderzać głową w piec żeliwny, polała się krew. Wybiegłem przed blok i zacząłem głośno krzyczeć. W kilka sekund przed blokiem zgromadziło się dziesiątki osób. Ludzie biegali do domu po ręczniki i bandaże i lekarstwa. Jeden z sąsiadów krzyknął, żebyśmy szybko pojechali po lekarza. Pojechałem z nim kilka bloków dalej, zabraliśmy lekarza i w kilka minut byliśmy z powrotem. Lekarz zaaplikował matce zastrzyk, ta usiadła na fotelu i zamilkła.
Wtedy poszedłem do Adama i powiedziałem, że teraz widzi, jak matka przeżywa śmierć dziecka.
– Tak samo przeżywała to matka, której dziecko zginęło nad Lipnem, czego byłeś świadkiem, a prokuraturze powiedziałeś, że nic nie widziałeś.
Tutaj nasuwa się kilka pytań, mianowicie, komu Pan Bóg dał tu lekcje pokory, dlaczego to ja musiałem oglądać kałuże krwi człowieka zmasakrowanego na szosie, sześciomiesięczne dziecko wyrwane ze snu, które matka w rozpaczy przyciskała do siebie z całych sił, mogła je przecież połamać? Dlaczego to ja musiałem oglądać matkę, która uderzała z całych sił głową w piec?
Do dzisiaj to wszystko śni mi się po nocach. Często rano zastanawiam się, czy to był sen, czy naprawdę byłem świadkiem tych wszystkich wydarzeń. Wciąż zadaję sobie pytanie – kogo Pan Bóg chciał ukarać i upokorzyć? To małe dziecko? A może matkę tego dziecka? Albo matkę w Ptaszkowie? A może mnie? Nie wiem.
Ale przecież winowajcą był człowiek, który kłamał. Może Pan Bóg nie miał innej możliwości, aby dać jemu w ten sposób znać, bo był tuż obok, bo był ze mną?
Kilka tygodni później zadzwonił telefon. Odebrałem. Dzwonił morderca, który utopił dziecko nad Lipnem. Dzwonił z więzienia. Powiedział szeptem, że kładą wykładziny w biurze. Powiedział, że dostał prace, jako kierowca tira.
Otrzymał kluczyki, dokumenty i zaplombowany pojazd. Wyruszył w trasę do Francji. Na granicy zatrzymała go kontrola, która znalazła w naczepie narkotyki i grozi mu za to 10 lat więzienia. Poprosił mnie, abym załatwił mu dobrego adwokata i wyciągnął go z więzienia.
Powiedziałem, że zrobię, co będzie możliwe i odłożyłem telefon. Pomyślałem – dlaczego tak się dzieje, Pan Bóg ukarał mnie widokiem zbrodni i kary?
Ja tylko chciałem być bliżej niego. Moje marzenie z dzieciństwa się spełniło. Ale po co rozlało się przy tym tyle krwi.
Chińskie powiedzenie mówi, że jak cię spotka w życiu coś złego, to winnych zacznij szukać od siebie.
Znam ludzi, którym zmarła najbliższa osoba, lub którym ktoś bliski zginął w wypadku. Przeklinają oni Boga, bo nie potrafią wrócić 20-30 lat wstecz. Nie potrafią poszukać w swoim sumieniu i pamięci, kogo w życiu skrzywdzili. Rozmawiałem kilka lat temu z kobietą, która miała 90 lat i powiedziała:
– Zbyszek w roku 1960 sprzedałam majątek po rodzicach. Rodzina przyszła do mnie po część pieniędzy za sprzedany. Odmówiłam. Powiedzieli mi, że zrobiłam im krzywdę. Stwierdzili, żeby Pan Bóg mi wybaczył i dodali: „Jak cię w życiu spotka coś złego, to przypomnij sobie o nas”. Po kilkunastu latach w wypadku na szosie zginął tragicznie mój syn. Wtedy wszystko sobie przypomniałam.
Na koniec możemy zacytować fragment piosenki:
– Wśród krwi, pożogi, toczy się gra. Codziennie jest sąd ostateczny. Ziemia jest wielką jabłonią. Wystarczy owoców, wystarczy cienia dla tych, co pod nią się schronią. Cdn.
Zbigniew Tomaszewski

Pisząc scenariusze ćwiczeń niekiedy spotykamy się z zarzutami, że są one zbyt skomplikowane, nierealne i aż nadto „udziwnione”. Jednak działanie takie ma swój cel, bo przecież to właśnie podczas ćwiczeń i szkoleń mamy czas na zdobywanie doświadczeń, które wykorzystywać musimy w obliczu realnych zagrożeń. We wtorek późnym popołudniem służby ratownicze powiatu kościańskiego musiały się sprawdzić podczas akcji, której okoliczności jeszcze do tego momentu wydawały się mało prawdopodobne. – mówi starszy brygadzista Andrzej Ziegler
We wtorek 8 listopada po godzinie 16.30 do PSP w Kościanie zaczęły napływać informacje odnośnie wypadku, które początkowo mogły wydawać się sprzeczne. Można też było sądzić, że dotyczyły one dwóch różnych zdarzeń. Po spojrzeniu na mapę i uruchomieniu skojarzeń te sprzeczności zniknęły, bo rację mieli zarówno ci, którzy twierdzili, że na obwodnicy Śmigla doszło do zderzenia samochodu ciężarowego z osobowym. Nie myliły się także te osoby, które twierdziły, że w miejscowości Koszanowo na ul. Glinkowej leży ciągnik siodłowy z naczepą. Jedno i drugie dotyczyło tego samego zdarzenia, gdyż w tym miejscu obwodnica wiaduktem przecina lokalną drogę. To właśnie w tym miejscu, po zderzeniu z osobowym Mercedesem samochód ciężarowy przełamał bariery i spadł ze skarpy na ul. Glinkową. Z wywróconej naczepy wysypało się drewno. Aż dziw bierze, że kierowca ciężarówki nie odniósł żadnych obrażeń. Niestety tyle samo szczęścia nie miał kierujący osobówką, który po zderzeniu został uwięziony we wraku.
Na miejsce udały się zastępy straży pożarnych z kościańskiej komendy oraz jednostek OSP Śmigiel, Stare Bojanowo i Czacz. W pierwszej kolejności zabezpieczono rozległy teren wypadku. Równolegle rozpoczęła się walka o uratowanie kierowcy osobówki. Ratownicy kilkanaście minut zmagali się z pogiętymi elementami karoserii, a służby medyczne zaopiekowały się mężczyzną. Następnie ewakuowano rannego do ambulansu. Nie próżnowali także strażacy, którzy w miejscu gdzie leżała ciężarówka przeszukiwali teren. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w normalnych warunkach ul. Glinkowa jest mało uczęszczaną drogą. Jednak ze względu na remont jednej z wylotowych ulic Śmigla to właśnie ul. Glinkową wyznaczono objazd. Pod zwałami drewna mógł znaleźć się przypadkowy pieszy, rowerzysta a nawet samochód, bo któż mógł się spodziewać, ze nagle w to miejsce spadnie ogromna ciężarówka.
W celu ustalenia, czy pod drewnem nie znajduje się jakaś osoba, na kilka minut wyłączono silniki pojazdów i nasłuchiwano czy nikt nie woła o pomoc. Kamerą termowizyjną przeszukiwano miejsca gdzie mogliby znajdować się ludzie. Na szczęście nikogo nie zlokalizowano. Cała akcja zakończyła się przed północą, gdyż strażacy mieli do wykonania sporo pracy związanej z usunięciem pozostałości po wypadku. Po podstawieniu pojazdów pomogli w załadunku drewna.
Niestety ale to kolejny poważny wypadek tej jesieni, który potwierdza, że to właśnie ten czas obfituje w groźne zdarzenia na drodze. To potwierdzają wieloletnie statystyki. Okazuje się, że później, gdy już nadejdą prawdziwie zimowe warunki, potrafimy jeździć ostrożnie i rozwagą. Warto zadać pytanie dlaczego dopiero wtedy?
Opracowanie: st. bryg. Andrzej Ziegler – KP PSP w Kościanie
Zdjęcia: archiwum KP PSP w Kościanie

Dziś zamiast tradycyjnego felietonu małe wspomnienie o Zaduszkach. Być może część naszych czytelników wie, że redaktor Sebastian Skrzypczak – oprócz tego, że pisze do naszej gazety – jest także nauczycielem-profesorem w Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego w Grodzisku Wielkopolskim. Dlatego dziś dajemy w tym miejscu relację z jego lekcji historii przygotowanej z uczniami „ogólniaka”.
*   *   *
W Dzień Zaduszny 2 listopada klasa III a z Liceum Ogólnokształcącego im. J. Słowackiego  wraz z nauczycielem historii Sebastianem Skrzypczakiem udała się na spacer szlakiem dawnych grodziskich nekropolii.
Na każdym miejscu zapłonęły znicze. Wspominano pochowanych na nich w przeszłości mieszkańców Grodziska. Licealiści dotarli na stary cmentarz obok kościoła Św. Ducha, gdzie m.in. znajduje się mogiła uczestników Wiosny Ludów, oraz pod tablice upamiętniające dawne cmentarze innowiercze.
Znicze zapłonęły więc w miejscu, gdzie znajdował się grodziski kirkut na ulicy Żwirki i Wigury oraz na miejscu byłych cmentarzy ewangelickich przy ul. Bukowskiej i Kąkolewskiej.
Mimo przenikliwego wiatru była to oryginalna lekcja historii i tolerancji.
Przypomnijmy zatem, że pomysł objęcia opieką starych cmentarzy ewangelickich, znajdujących się w gminie Grodzisk Wielkopolski, narodził się w 2014r. a to za sprawą wspomnień „Na ścieżkach mojego dzieciństwa”. Pani Gudrun opisała swoją sentymentalną podróż do Polski, którą odbyła w 2011 roku.
Wojna zmieniła wszystko i w Polsce, i w wielu innych krajach. Los wypędzonych stał się udziałem milionów Polaków, Niemców, ludzi innych narodowości. Na opuszczonych terenach pozostały cmentarze.
Władze miasta wykazały się z dobrą wolą, w tym burmistrz Henryk Szymański i podjął decyzję o porządkowaniu nieczynnych nekropoli, w tym XIX-wiecznego cmentarza katolickiego w Grodzisku – Św. Ducha, którego stan był okropny.
Porządkowanie cmentarzy łączy się z poznawaniem historii regionu. Młodzi ludzie poznają historię osadnictwa olęderskiego, ale też historię Polski i ludzi, którzy kiedyś tutaj mieszkali, żyli, rodzili się, pracowali, umierali i tutaj pozostali na zawsze. Osadnicy olęderscy, sprowadzeni na te tereny przez ród Opalińskich stworzyli tutejszy charakterystyczny krajobraz, osuszyli bagna, wykarczowali lasy, zmeliorowali pola.
Polska była krajem wielokulturowym, wieloetnicznym. Wszyscy poruszamy się wśród zróżnicowanej architektury,  używamy zapożyczeń językowych. W kontekście pogranicza polsko-niemieckiego mamy Śląsk, Wildnis – na Warmii i Mazurach, całą kulturową spuściznę państwa krzyżackiego, Kaszuby z Gunterem Grassem, a na dodatek niedawno odkrytą ponownie Annę German.
Porządkowanie cmentarzy łączy się z uczeniem szacunku do innych ludzi, kultur, religii. (Seb,maz)

Ostatnie kilka felietonów poświęciłem historii jeziora Lipno. Można powiedzieć, że napisałem już wszystko i moglibyśmy na tym zakończyć. Jednakże nie przypadkowo natrafiłem w moim archiwum na teczkę z napisem:
„Jezioro Lipno – morderstwo ukarane, lecz nigdy nie ujawnione publiczne”.
Jest rok 1992, lipiec, lato, nad jeziorem jest około tysiąca ludzi, była to niedziela. Jedni się opalają, inni kąpią lub grają w piłkę. Dookoła królował śmiech i zabawa, wszyscy odpoczywają. Wydałoby się, że nikt nie jest w stanie tej sielanki zakłócić.
W kawiarni i restauracji, nie ma wolnych miejsc. Ludzie jedzą lody, piją kawę oraz inne napoje. Nagle sielankę przerywa przerażający krzyk. Około 70 metrów od pomostu. Dwóch chłopców płynęło w kajaku. Byli to bracia w wieku 10 i 13 lat. Ludzie z plaży biegną na brzeg jeziora, inni na pomost wszyscy patrzą z przerażeniem, szukając powodu, dlaczego dzieci tak krzyczą. Dostrzegają, że kajakiem zaczęło mocno kołysać. Po chwili młodszy brat wypada z kajaku. Nie umie pływać. Znika pod wodą. Następnie kajak przewraca się do góry dnem. Wszyscy widzą, jak rosły mężczyzna kołysze kajakiem. Starszy chłopak próbuje pływać. Mężczyzna, który wywrócił kajak zanurza się w wodzie, po chwili wypływa, zanurza się drugi raz, po około minucie wypływa z młodszym chłopcem, holuje go na brzeg, zostawia i płynie z powrotem po drugiego.
W tym czasie ludzie z pomostu i plaży biegną ratować chłopca, który leżał – z prawej strony obok wypożyczalni i stolarni – na trawie. Pierwszy dobiegł do chłopca ratownik, który miał w tym dniu dyżur na plaży. Jeden z chłopców jest już pod fachową opieką, jest bezpieczny. Ludzie z pomostu i plaży obserwują, jak mężczyzna przy wywróconym kajaku po raz kolejny wynurza się i nabiera powietrza za każdym razem, jak się wynurzy krzyczy w kierunku ludzi po niemiecku. To wszystko obserwuje z pomostu dzierżawca ośrodka nad Lipnem Adam Krakowski z Ptaszkowa. Wiedział, że od dwóch dni mieszka i stołuje się u niego w restauracji niemiecka wycieczka, ponad 40 osób. Ludzie na pomoście mówili Adamowi, że to ten co krzyczy po niemiecku i ratuje tonące dzieci, wcześniej wyrzucił je z kajaku na ich oczach. Adam błyskawicznie zdjął koszulę i spodnie, krzyknął:
– Ja ci pokażę, Germańcu”. Jednak, gdy podpłynął do kajaka, nie było już śladu, ani po mordercy, ani po dziecku. Opłynął kajak dookoła, sprawdził pod spodem, jednak nie było tam, ani dziecka, ani Niemca. Popłynął do brzegu od strony wschodniej. Płynął do dzikiej plaży, gdy z prawej strony zauważył świeżo połamane trzciny, popłynął w tym kierunku. Wszedł po śladach na brzeg. Ujrzał mężczyznę klęczącego w samych kąpielówkach. Adam stanął, jak wryty. Nie wierzył własnym oczom, gdy dostrzegł dobrze znanego mężczyznę ze Stęszewa.
– Dlaczego krzyczałeś po niemiecku? – zapytał.
– Bo wiedziałem że nad Lipnem jest wycieczka niemiecka i chciałem zmylić trop – odpowiedział mężczyzna.
Mieszkaniec Stęszewa spojrzał na Adama i błagał go, aby nikomu nic nie mówił, po czym uciekł w stronę torów. Adam wrócił pieszo na plażę, był już radiowóz, dwóch policjantów oraz straż pożarna. Adam spojrzał na wszystkich rozłożył ręce i powiedział, że nikogo nie ma. Morderca pobiegł nasypem kolejowym w kierunku wieży ciśnień, skoczył w prawo przez tory, już był na tzw. Nowym Osiedlu. Wbiegł na podwórko do drugiego domu po lewej do Pani Piątek, krzyczał:
– Pani Piątek, nad Lipnem jest grupa Niemców, chcą mnie zabić muszę uciekać, proszę Panią o pomoc bo mnie zabiją.
Pani Piątek poszła do piwnicy i przyniosła stare buty koszule i spodnie po mężu oraz pożyczyła mordercy 2.000.000 złotych.
Podziękował i uciekł. Byłem u Pani Piątek kilkanaście razy, układałem u niej przez tydzień kostkę brukową, piłem z nią codziennie kawę, chciałem jej powiedzieć, że pomogła mordercy, ale z uwagi na jej wiek i siwe włosy, nie miałem sumienia. Zresztą ona była niewinna. Morderca ją okłamał. Policja i prokurator przesłuchali świadków, wkrótce prokurator sprawę umorzył.
Można by tu historię zabójstwa dziecka zakończyć, jednakże jak mówią prokuratorzy „sprawa jest rozwojowa”. Po około dwóch tygodniach od zabójstwa dziecka nad jeziorem Lipno, siedzę na tarasie domu, patrzę jedzie drogą Mercedes 123 potocznie zwany „beczką”. Podjeżdża pod dom, na tylniej szybie miał napis „Ośrodek Sportu i Rekreacji Lipno Stęszew ul. Bolesława Chrobrego”. Patrzę z auta wysiada Adam Krakowski, dzierżawca ośrodka. Zawołał z dołu:
– Cześć Zbyszek, masz chwilę? Bo chciałbym się poradzić.
Byłem zdziwiony, dlaczego wybrał mnie. Ja w wieku 33 lat kupiłem ziemię w szczerym polu, bo chciałem być sam, tylko z otaczającą, dziką przyrodą oraz panem Bogiem. Byłem zły, że wybrał mnie, na wolnego słuchacza, ale kiwnąłem ręką, żeby wszedł. Usiedliśmy na tarasie. Zaczął opowiadać o wszystkim, co się wydarzyło nad Lipnem. Kto utopił dziecko, z zimną krwią nad jeziorem.
– Ja jestem jedynym świadkiem. Mam tu wezwanie do prokuratury w Nowym Tomyślu. Doradź mi Zbyszek, co mam powiedzieć. – zadał pytanie Adam.
Powiedziałem:
– Adam, gdyby ten człowiek napadł na bank i ukradł 10 milionów, pojechałbyś do niego, żeby dał ci 5mln i czy pytałbyś mnie. Jakkolwiek być postanowił byłoby po sprawie. Ale w tej sytuacji, gdy on zamordował dziecko musisz powiedzieć prawdę, bo inaczej kara przejdzie na ciebie.
Po trzech godzinach Adam wrócił kremowym Mercedesem, zawołałem go na taras. Zapytałem:
– Wszystko dobrze? Gratuluje masz sumienie czyste. Dodałem, co z myśli to z serca.
Na to Adam:
– Wiesz co, przedwczoraj była u mnie nad Lipnem matka tych chłopców, nie było widać, aby kilka dni wcześniej straciła syna.
Odpowiedziałem:
– Adam masz poważny problem, żal mi cię, bo oprócz policji, prokuratora jest jeszcze Pan Bóg. Policjanta, prokuratora, a nawet księdza na spowiedzi okłamiesz, ale Pana Boga nie.
– Bóg mi świadkiem, że ja tego nie chciałem – rzekł.
Ciąg dalszy nastąpi

Zbigniew Tomaszewski

Na stadionie Spójni w Strykowie została oddana do użytku nowa trybuna z 84 miejscami siedzącymi. Efektowana konstrukcja został wyposażona w siedziska w klubowych kolorach: żółto – niebieskich. Oficjalne jej otwarcie łącznie z poświęceni i przecięciem wstęgi nastąpiło w niedzielę 13 listopada przed meczem Spójni z Błękitnymi Wronki.
Kilka zdań o tej małej inwestycji.
Pomysł tego zadania został zgłoszony w ramach tzw. budżetu obywatelskiego. Pozytywnie został zaakceptowany przez Radę Miejską Gminy Stęszew. Koszt inwestycji wyniósł 20.000 zł. i został w całości pokryty z budżetu gminy. Wykonawca PPHU „Prostar” z Poznania potrzebował na jej wykonania zaledwie jednego miesiąca.
Uroczyste przecięcie wstęgi dokonali: burmistrz Włodzimierz Pinczak, prezes gminnego sportu Sławomir Wiśniewski, sołtys Strykowa Tomasz Szymański, prezes SKR Krzysztof Robaszyński i prezes Spójni Mateusz Przybyłowski. Modlitwę odmówił i trybunę poświęcił proboszcz ks. Franciszek Drost.
Na koniec zostało wykonane zdjęcie pamiątkowe zaproszonych gości z działaczami, trenerami, zespołami młodzieżowymi i kibicami.
Nie jest to koniec poprawiania infrastruktury na tym obiekcie. W planach są kolejne segmenty trybuny.
Wróćmy jednak do meczu.

Spójnia Strykowo – Błękitni Wronki 0:0
Mecz był do ugrania
W tym czasie, gdy otwierano uroczyście trybunę zawodnicy Spójni mocno rozgrzewali się do zawodów z wyżej notowanymi Błękitnymi Wronki. Miejscowi zdawali sobie sprawę, że rywal jest niezwykle wymagający.
Goście w składzie, których byli bardzo młodzi zawodnicy rozpoczęli odważnie. Do 30’ przyjezdni lekko przeważali, ale sytuację stworzyli tylko jedną. Na szczęście dobrą interwencją popisał się Patryk Kurowski. Ostatni kwadrans pierwszej części odważniej zagrali gospodarze. Dwukrotnie Spójnia była bliska zdobycia gola. Za każdym razem zabrakło bardzo niewiele. Druga odsłona była jeszcze lepsza w wykonaniu gospodarzy. Bramkarza błękitnych próbowali pokonać Bartek Urbaniak, Dominik Luleczka, Sebastian Rajewicz i Maciej Urbaniak, ale za każdym razem górą był doświadczony golkiper rywali. Niestety w tym meczu pomimo zdecydowanej przewagi w sytuacjach Spójni nie udało się trafić do siatki gości. Jeden punkt też ciszy, ale niedosyt po meczu w obozie Spójni pozostał.
Spójnia: Patryk Kurowski – Michał Kuźniarek (72’ Krzysztof Kaczmarek), Sebastian Rajewicz, Marcin Korbas, Damian Kuik, Maciej Urbaniak, Daniel Kańduła, Łukasz Rajewicz, Grzegorz Hojan (84’ Piotr Kaczmarek), Dominik Luleczka (86’ Maciej Bendowski), Bartek Urbaniak. (k)

Tęcza Kościan – Astra Nowa Sól 29:28 (10:11)

Pierwsze historyczne zawody w nowej sali sportowej przy Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych im. Franciszka Ratajczaka piłkarzy ręcznych Tęczy Kościan z Astrą Nowa Sól (12.11) miało kilka ekstra akcentów. Po pierwsze efektowną oprawę. Po drugie prezentację drużyn na poziomie ekstra ligi. I po trzecie wypełnione do ostatniego miejsca kibicami trybuny.
Trzeba zaakcentować, że przed pierwszym gwizdkiem pary sędziowskiej na środku boiska uhonorowano kierownika Tęczy Kościan Stanisława Wujca medalem „Za zasługi dla wielkopolskiej piłki ręcznej”. Dokonał tego prezes WZPR Marka Werle.
W pojedynku inauguracyjnym na nowym obiekcie wcale o wygraną nie było łatwo. Goście wysoko bronili i jak mogli utrudniali życie gospodarzom. Na początku Astra wykorzystując błędy naszych objęła prowadzenie. W 4’ wyrównał Tomasz Piątek. Kolejne minuty były klasyczną grą gol za gol. Często na tablicy widniał wynik remisowy. W 26’ było 10:10, ale tę cześć jedno bramkowym prowadzeniem 10:11 zakończyli przyjezdni.
Druga odsłona przez kwadrans układała się po myśli Tęczy. Wprawdzie przyjezdni w 32’ dołożyli gola, ale gospodarze zaczęli grać skuteczniej. Tęcza w 40’ wyszła na prowadzenie 17:13 i wydawało się, że jest po meczu. Niestety nasi zaczęli popełniać błędy i Astra odrabiała straty. W 47’ Nowa Sól doprowadziła do remisu 19:19. Wymiana ciosów trwała. W tym czasie dla Tęczy punktował młodziutki Daniel Olejnik. W 54’ kiedy nasi grali w osłabieniu goście wyszli na prowadzenie 24:25. W końcówce więcej zimnej krwi wykazali nasi. W 58’ bramkarza Astry pokonał Hubert Kaczmarek, a w 59’ uczynił to samo Dawid Graf na 29:27. Szybko przyjezdni odpowiedzieli bramką kontaktową i zrobiło się nerwowo. Na szczęście nasi wytrzymali ciśnienie i po syrenie w 60’ mogli fetować zwycięstwo.
Cieszyli się też kibice Tęczy, którzy brawami na stojąco podziękowali zawodnikom za ambitną i ofiarną walkę do samego końca.
Tęcza: Adam Noskowiak, Omar Amirjan – Daniel Olejnik-7, Adam Żurek-5, Ryszard Landzwojczak-4, Hubert Kaczmarek-3, Eryk Napieralski-2, Tomasz Piątek-2, Szymon Wesołek-1, Alek Cierniewski-1, Przemysław Podleśny. (k)

      W sali Szpitala Neuropsychiatrycznego w Kościanie odbyła się kolejna edycja zawodów w kopa sportowego. Do zmagań pod patronatem burmistrza Kościana Michała Jurgi i przewodniczącego Rady Piotra Ruszkiewicza fundatorów pucharów przystąpiło niespełna stu osiemdziesięciu zawodników.
Rywalizacja po raz kolejny była zacięta i wyrównana. O zwycięstwie Stanisława Skrzypczaka nad Zenonem Kulczyński i Zbigniewem Basiurą zadecydowało pół punktu. O drugiej lokacie trzy małe oczka. Trzecie miejsce wywalczył Zbigniew Basiura z Racotu. Postać znana z boisk piłkarskich. Z powodzeniem przez lata grał w piłkę nożną. W kopa debiutuje, ale jak pokazują wyniki od razu przebojem wdarł się do czołówki.
Po rozegrani pięciu rund podliczono punkty i ogłoszono wyniki. Podajemy pierwszą dziesiątkę zawodów.

1 Stanisław Skrzypczak Krzywiń 19,5/160
2 Zenon Kulczyński Przeźmierowo 19/141
3 Zbigniew Basiura Racot 19/138
4 Waldemar Gorynia 18/159
5 Sławomir Przebierała 18/156
6 Zbigniew Ratajczak 18/133
7 Antoni Mocek 17,5/193
8 Tadeusz Grzegorczyk 17/136
9 Daniel Walenciak 17/122
10 Marian Sikora 17/110

Najlepszą wśród kobiet sklasyfikowaną na 35 miejscu była Barbara Skórzewska z Kobylnik z dorobkiem 15/32. (k)

W środę w sali wiejskiej w podgrodziskim Słocinie odbyła się impreza pt.” Jesienna Biesiada z Pyrą”. Organizatorem jej było miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich oraz Rada Sołecka wioski.
Przybyłych gości powitała przewodnicząca KGW w Słocinie Zofia Bartkowiak. Wśród nich byli: burmistrz Grodziska Wielkopolskiego Henryk Szymański z żoną, jego zastępca, przewodniczący Rady Miejskiej Marek Kinecki, księgowa Urzędu Miejskiego Renata Prusak, burmistrz Wielichowa Honorata Kozłowska, sekretarz Gminy Wielichowo Ewa Kasperska, prezes Gminnej Spółdzielni SCh Mirosława Szpot, kierownik Ośrodka Doradztwa Rolniczego Genowefa Feldgebel, Naczelnik OSP w Słocinie Szymon Gmerek, prezes OSP w Słocinie Agnieszka Owczarek, sołtys Słocina Katarzyna Lusina, dawna, długoletnia przewodnicząca Koła Gospodyń Maria Lusina oraz przewodniczące i przedstawicielki Gminnego Stowarzyszenia Kobiet Aktywnych.
Pierwszym punktem programu było wspólne śpiewanie piosenek biesiadnych.
Uczestników i gości podzielono na trzy grupy. Wszystkim akompaniował Józef Wasielewski.
Wśród znanych i lubianych utworów nucono takie piosenki, jak „Szła dzieweczka do laseczka”, „W zielonym gaju”, „Czerwona róża”, „Poszła Karolinka”, Gdzie strumyk płynie z wolna”.
W programie artystycznym wystąpił Kabaret „TO MY” ze Słocina działający przy KGW, który jak zawsze rozbawił publiczność do łez.
Członkini Koła przygotowały poczęstunek, czyli kawę, słodkie pieczywo i różnego rodzaju potrawy z ziemniaka. Były kopytka, szare kluski, placki ziemniaczane, ruskie pierogi, knedle ze śliwkami, pyry z gzikiem i sałatki jarzynowe.
Biesiadne spotkanie z członkiń Koła trwała do późnych godzin wieczornych. (MK)

Dziewiętnaście TIM-ów, dwuosobowych drużyn rywalizowało w Zawodach Wędkarskich BIC FISH, które odbyły się na Akwenach Łowiska Rybnego w Rostarzewie w gminie Rakoniewice.
Uczestnicy przyjechali z Poznania, Leszna, Kościana, Śmigla, Gostynia, Wolsztyna, Rakoniewic, Grodziska Wielkopolskiego, Włoszakowic, Opalenicy i Wschowy.
Zgodnie z regulaminem zmagania o największą, złowioną rybę trwały od soboty godziny 15-ej, prze 24 godziny, do niedzieli godziny 15-ej.
Nad prawidłowym przebiegiem Zawodów czuwał sędzia główny Krzysztof Ludwiczak.
Największą rybę, a był to karp o wadze 13.430 kilo, złowiła drużyna Agnieszka i Marcin Pawłowscy z Sądzia z gminy Włoszakowice.
Dla wszystkich uczestników organizator przygotował ciepły posiłek i napoje.
Najlepsza drużyna odebrała Puchar z rąk gospodarza terenu Bronisława Leśnika. (MK)

g-fish-ko-1-rgb

W czwartek w Pałacu w Niemierzycach w gminie Granowo odbyła się niecodzienna uroczystość. Otóż dziewięć par małżeńskich z gminy Granowo odebrało Medale „Za Długoletnie Pożycie Małżeńskie” nadane przez Prezydenta RP.
Czcigodnych Jubilatów powitał Wójt gminy Granowo Zbigniew Kaczmarek.
Miłym akcentem spotkania był występ artystyczny uczniów Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych z Granowa. Uczennice z Kółka Tanecznego zaprezentowały się w tańcu. Kierowane są przez nauczycielkę Agnieszkę Ciesielską.
Piosenki dla jubilatów śpiewali następujący uczniowie: Julia Sobczyk, Igor Odważny i Rafał Stachowiak. Oni ćwiczą w Kółku Wokalnym pod kierunkiem nauczyciela Leszka Górki.
ZŁOTE GODY czyli 50-lecie pożycia małżeńskiego obchodzili:
Waleria i Marian Szczerbowscy – Januszewice, Stefania i Florian Benenowscy – Separowo, Janina i Lechosław Blaszkowie – Granowo, Felicja i Kazimierz Kostrzewa – Granówko, Krystyna Szczepaniak z Granowa odebrała medal w imieniu chorego męża Zdzisława, Janina i Wacław Przybyłkowie z Granowa – nie mogli osobiście odebrać medali.
BRYLANTOWE GODY 55-lecie pożycia małżeńskiego obchodzili:
Helena i Stanisław Borowczakowie z Granowa.
DIAMENTOWE GODY 60-lecie pożycia małżeńskiego obchodzili:
Zenona i Marian Fajfrowie z Granówka oraz Stanisława i Bolesław Kurkowie z Granówka.
Było i takie małżeństwo, które ze sobą przeżyło 65 lat, a są to Pelagia i Józef Młynarkowie z Granowa.
Medale, kwiaty i upominki Jubilatom wręczali Wójt Zbigniew Kaczmarek, Przewodniczący Rady Gminy Stefan Bielawski, kierownik USC w Granowie Anna Rosół, skarbnik gminy Granowo Agnieszka Chojnacka i miejscowy proboszcz ks. Jan Jarzembowski.
Po części oficjalnej przyszedł czas na toast, weselny obiad kawę i ciasto, przy którym Jubilaci wspominali dawne czasy.
KL – zapytał o receptę na długoletnie pożycie Jubilatów, którzy obchodzili Diamentowe Gody czyli 60-lecie pożycia małżeńskiego Stanisławę i Bolesława Kurków z Granówka.
Pani Stanisława ma 85 lat. Urodziła się w Granówku i miała troje rodzeństwa. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej pracowała w Zakładach „Cegielskiego” w Poznaniu. Następnie przez kilka lat była na gospodarstwie rodziców, a następnie przez kilka kolejnych lat pracowała jako kucharka w przedszkolu.

g-aga-ko-10-rgb

Wybranka swego serca – Bolesława, który ma teraz 86 lat, poznała na jednej z zabaw w swojej miejscowości.
Pan Bolesław do emerytury pracował w Poznaniu także w „Cegielskim”. Ich ślub odbył się w lutym w kościele p.w. św. Marcina w Granowie, a udzielał go obecny ks. granowskiej parafii proboszcz Jan Jarzembowski.
Z tego małżeństwa urodziło się troje dzieci. Pierwszym dzieckiem był syn Jacek. Obecnie z żoną Jolantą mieszka w Daszewicach k/ Poznania mają troje dzieci. Drugim dzieckiem był syn Jacek obecnie mieszka z Jubilatami. Pierwszym dzieckiem była córka Trzecim dzieckiem była córka Dorota obecnie mieszka z mężem Romanem w Granówku. Mają dwoje dzieci.
Jubilaci doczekali się pięciorga wnuków, którym pomagają i dogadzają, jak potrafią.
A receptą – jak mówią – na długoletnie pożycie, to praca, zadowolenie z dzieci i wnuków, wspólne zainteresowania i pasje, a nade wszystko wzajemny szacunek do drugiej osoby .
Mirosława Kałek