wtorek, 21 Sierpień 2018

2016 Październik

Ami i panda”
– Niekiedy głęboko zastanawiam się jak to jest możliwe, że w głowie rodzą się skrajności typu zazdrość, zachłanność, skąpstwo, rozrzutność, gospodarność, że wspomnę o sympatii i antypatii.
Tym razem Hipolit Mizerka zaczął rozmowę z Marianem Lichym. Ten drugi uważnie spojrzał na kumpla i rzekł:
– Słyszę, że zebrało ci się na filozoficzne rozważania. Nie wiem, co masz na myśli i który z wymienionych elementów szczególnie cię interesuje, ale skup się na jednym, góra dwóch.
– To już ci mówię – szybko wszedł w zdanie kumplowi Hipolit. Mój znajomy Alfred Bimbaj jest niezłym jajcarzem. Wyobraź sobie, że gościowi, z którym współpracuje Zenobiuszowi Chytremu wmówił, że ma zmieniarkę do świateł.
– Też mi rewelacja. Przecież można coś takiego kupić w każdym sklepie elektrycznym a nawet od ruskich na targu – naskoczył na przyjaciela Marian.
– Jak zwykle wyrywasz się, przeszkadzasz i nie dajesz mi dokończyć myśli. Skoro nie chcesz to nie będę mówił, ale wiedz, że wiele stracisz – spokojnie rzekł Hipolit.
– Dobra już dobra nawijaj, ale gdy tylko wyczuję, że walisz ściemę to już po tobie – ostrzegał Marian.
Kumpel nie zważając na groźbę kontynuował.
– Wyobraź sobie, że Zenobiusz Chytry podchwycił temat. Jak to masz zmieniarkę. Co to jest i do czego to, to służy – naciskał na Freda. Ten bez mrugnięcia okiem odpalił, że gdy dojeżdża do skrzyżowania ze sygnalizacją bez względu na miasto wyjmuje urządzenie w kształcie pilota i z czerwonego światła jednym kliknięciem zmienia na zielone. W ten sposób ma cały czas wolną drogę.
– Ale to bujda na resorach – nie wytrzymał Hipolit.
– Ty tak myślisz i ja też, ale jak to w życiu naiwniacy są – kontynuował Marian. Tę bujdę wymyślił Fred naprędce na okoliczność pierwszego kwietnia.
– To przecież „prima aprilis” – nieomalże krzyknął Hipolit.
– Tak przyjacielu i to dokładnie – ciągnął Marian. Ta data od razu powinna nasuwać podejrzenie w przypadku zasłyszanej informacji. Powinna, ale rewelacyjne urządzenie wywołało ogromne pożądanie u Zenka Chytrego. Gościu mieszkał w Poznaniu i już się widział jak z pilocikiem w ręku gna na zielonym przez wszystkie skrzyżowania. W jednej chwili podjął decyzję. Zwrócił się błagalnie do Freda ze słowami „ami” też załatwisz taką zmieniarkę. Ten o mało nie wywinął orła. Śmiejąc się do łez rzekł, że „ami” to taki mały pies a dzisiaj jest 1 kwietnia, czyli „prima aprilis”. Zen poczuł się zrobiony w konia, ale nadrabiał miną. Ja, ja, ja coś czułem, że to żart jąkał się jak najęty. Czerwony ze wstydu odwrócił się na pięcie i odszedł.
– To ja mam dla ciebie pandę – znienacka zmienił temat Hipolit.
– Sądzę, że mówisz o pluszowym niedźwiadku białym w czarne łaty lub odwrotnie – rzekł Marian.
– Niestety nie mój kolego. Chodzi mi o sposób na życie – odparł Hipolit.
– Powiem ci, że po raz drugi minie zaskoczyłeś. Poruszyłeś temat o rzeczy czy czynności. Powiedz mi, do czego zmierzasz – dociekał Marian.
– Czy ja mogę wyjaśnić ci to na przykładzie. Pozwól, więc, że na chwilę będę ci mówił Pan –zaproponował Hipolit.
Marian podejrzliwie spojrzał na kumpla i zagaił:
– Jeżeli to ci pomoże to pozwalam. Zapamiętaj tylko, że ma to być z pełną kulturą, czyli do strawienia. Gdyby przypadkiem okazało się, że mnie obrazisz to już „aniołki cię witają”.
Hipolit bez namysłu zwrócił się do kumpla:
– Wie Pan, co to jest panda?
Zbity z tropu Marian niepewnie odparł:
– Miś, co to nic nie robi, mieszka na drzewie i żre liście eukaliptusa.
-Masz rację, ale nie o to mi idzie. Uruchom wyobraźnię. Podpowiem ci, że chodzi o sposób na łatwe życie – naprowadzał Hipolit
Nagle Marian otwartą dłonią uderzył się w czoło. Coś sobie przypomniał, bo spojrzał na kumpla i rzekł:
– „Pan-da” parę złotych.
– Tak przyjacielu o to chodziło – entuzjastycznie oznajmił Hipolit.
– Muszę ci wyjaśnić – odezwał się Marian, że to jest numer z bardzo długą siwą brodą. Już dawno wyleciał mi z głowy. Niewiele brakowało abyś po latach mnie nabrał. Tak ci powiem, że kilka złociszy straciłem koło Marketu na tę sprytną metodę. Podszedł do mnie taki jeden łajza Franek Sęp i uprzejmie powiedział – „pan-da” wózek ja go odprowadzę. Ja zapomniałem a on wiedział, że tam po wpięciu łańcuszka czeka go złotówka, dlatego tak chętnie się zaofiarował. Jeszcze kilka razy różnej maści kolesie na czarno – białego misia próbowali mnie naciągnąć. Za każdym razem odpowiadałem, że „pan-da”, ale onego czasu.
– Ale przecież to jest określenie niczego nie precyzujące – wtrącił Hipolit.
– I o to chodziło przyjacielu. Nie uwierzysz, ale jak im raz i drugi tak powiedziałem to zrozumieli i omijali mnie szerokim łukiem. Wkurzeni mruczeli półgłosem tak abym słyszał, że „onyś” to cwaniak i nie da się naciągnąć.
– Na dzisiaj koniec i kropka. Nie zajmujmy się „amisami” ani „pandami” tylko chodźmy na piwo – zakończył jesienną pogaduchę Hipolit.
Po chwili już przyjaciele zmierzali w kierunku piwiarni „Pod pękniętym kuflem”.
Seweryn Kaczmarek

Jak to w Stęszewie z wodą było część 9.
W części 8, zakończyłem, iż nie mam pieniędzy na otwarcie muzeum (skansenu), o tematyce związanej z praniem, byłoby to jedyne takie muzeum z taką ilością eksponatów w Europie a może i na świecie. Wysłałem list ze zdjęciami z prośbą o pomoc do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Może się uda i moje miasto Stęszew zasłynie w świecie z kultury a nie jak dotychczas ze smrodu roszarni. Wrócę jeszcze na chwilę do łaźni miejskich w Stęszewie. Pewnego dnia, odwiedził mnie kolega Roman Kwiatek mieszkaniec Stęszewa i poinformował mnie, iż dużym czynnikiem budowy łaźni w Stęszewie była obecność około 1000 osób, byli oni pracownikami zakładu geofizyki z Torunia, potocznie zwanymi „Nafciarzami”, mieszkali w mieście w kwaterach prywatnych i w drewnianych barakach. Miasto było dookoła obstawione dziesiątkami ogromnych wież wiertniczych, przy których, stało setki barakowozów. Barakowozy były bez bieżącej wody, podobnie kwatery. To przyczyniło się w znacznym stopniu do budowy łaźni miejskich w Stęszewie wielu pracowników zakładu geofizyki z Torunia, jak to w życiu bywa z darem od Pana Boga, zakochali się w Stęszewskich Pannach i pozostali do dzisiaj. Jednym z nich jest mój serdeczny kolega Julek Skubiński, który zakochał się w młodej panience, która sprzedawała gazety w kiosku ruchu nad jeziorem lipno, najprawdopodobniej w tym kiosku się poznali. Wobec tego, że jesteśmy w temacie lipna, przypomnę jak to wokół Stęszewa było z zabawą i rekreacją nad rzeką samicą i jeziorami. W czasie rozpoczęcia letnich wakacji, na ulicy Laskowej dzieci i młodzież organizowały się, wszyscy zbierali w domach zbędne deski, kołki, gwoździe, piły do drewna. Wszystkie te materiały były niezbędne do budowy dwóch pomostów nad rzeką Samicą. Wszystkie przedmioty nosiliśmy ulicą Laskową, następnie kanałową, jednak droga nie dochodziła bezpośrednio do rzeki Samicy, trzeba było przejść około 70m. przez prywatą działkę ogrodnika Pana Edmunda Błocha, za każdym razem szliśmy zapytać się o zgodę, zawsze pozwalał, ale upominał abyśmy nie deptali po kalafiorach, kapuście i innych warzywach. Nad rzeką na łące rozkładaliśmy koce i ręczniki. Woda w rzece była bardzo czysta a zarazem zimna, dno piaszczyste. Nigdy nie zapomnę wspaniałego zapachu siana i śpiewu ptaków w sadzie jabłoniowym, który graniczył z rzeką i naszą plażą, na łąkach nad rzeką pasły się owce, barany i kozy. Między nimi biegało dużo zajęcy. Mówiliśmy na nie kicaje lub szaraki. Jak szliśmy nad rzeką się kąpać, z domu braliśmy do kieszeni sól, ponieważ ojciec powiadał, że jak się zającowi nasypie soli na ogon to się go złapie, a my naiwne dzieci w to wierzyliśmy. Jednak nigdy żadnemu zającowi nie udało się nam nasypać mu soli na ogon, a tym bardziej go złapać. Jednak jakiemuś właścicielowi łąk, nie spodobało się to że dzieci bawią się na łąkach. Pewnego dnia, na początku wakacji w 1965r. poszedłem z siostrą wykąpać się w rzece. Skoczyłem z pomostu do wody, po chwili poczułem straszny ból w lewej nodze, woda nagle się zaczerwieniła. Ktoś wrzucił do rzeki potłuczone butelki. Siostra wyjęła mnie z wody, owinęła mocno zranioną nogę ręcznikiem i zaniosła mnie na plecach do domu. Ojciec zawiózł mnie Warszawą M-20 do Poznania na ul. Kasprzaka i tam szyli mi nogę, były to najgorsze wakacje w moim życiu. Całe wakacje spędziłem w ogrodzie na leżaku z obandażowaną nogą. Człowiek, który wrzucił potłuczone szkło do rzeki, z pewnością był złym człowiekiem. Niektórzy starsi ludzie, są pełni nienawiści do młodzieży. Pewien młody człowiek ze Stęszewa zbudował sobie tor wyczynowy z przeszkodami dla rowerów. Jednak starszym sąsiadom to przeszkadzało i musiał go rozebrać. Dlaczego starsi ludzie w nienawiści do młodzieży nie potrafią się godnie zestarzeć ? Ludzie dziwią się że młodzież siedzi na ławce w parku przy piwie, a co innego mają robić jeżeli większość inicjatyw umiera zanim w ogóle zdąży się rozwinąć ?
Wróćmy do tematu wody w Stęszewie i okolicy. Druga dzika plaża i kąpielisko było w Dębnie nad zgonem, plaża ta nazywana jest zgonem, ponieważ kiedyś zganiano tam zwierzęta hodowlane do wodopoju. Nad jeziorem Dębno, Bochenek, Lipno, Wielkowiejskim, Strykowskim, było bardzo dużo dzikich plaż. Przez całe lato co sobotę i niedzielę jeździłem z rodzicami i rodzeństwem na plaże i kąpielisko do Rybojedzka. Kąpiel tam była wspaniała, ponieważ aby zanurzyć się w całości trzeba było wejść do wody prawie 100m. Woda była bardzo ciepła. Często chodziłem z bratem i siostrą nad jezioro Lipno, zawsze szliśmy ulicą Trzebawską, ponieważ po drodze była aleja ze wspaniałymi pysznymi czereśniami, które można było kupić w szopie u dzierżawcy alei. Pierwsze aleje drzew owocowych przy drogach posadził Dezydery Chłapowski w Turwi, po powrocie z Anglii po ukończeniu szkoły rolniczej, Chłapowski przywiózł również do Wielkopolski nasiona koniczyny, nad lipno siostra zawsze brała prowiant do koszyka z ogrodu kalarepę, pomidory, jabłka, jajka gotowane i chleb. Pamiętam po wyjściu z kąpieli byliśmy bardzo głodni.
cdn. Zbigniew Tomaszewski