piątek, 19 Styczeń 2018

2016 Wrzesień

Na grzyby z „gepeesem”

– Kiedyś się szło na ryby z wędką i z pewna ilością robaków lub ciasta. Dzisiaj wędkarz idzie nad wodę z całym majdanem zanęt, przynęt, wędek, żyłek, haczyków i jeden Bóg wie, czego jeszcze. Efekty łapania wtedy i obecnie są porównywalne z tym, że teraz, tyle że wędkarz sporo kasy traci na te wszystkie fanaberie. Pozostały niezmienne hasła pasujące na przestrzeni lat „wszyscy biorą tyko nie ryby” i „biorą, ale diabli rybaka”. Dobrze, że ja nigdy nie zaraziłem się wędkarstwem – zakończył swój przydługi wywód Hipolit Mizerka.

Słuchający go Marian Lichy spokojnie spoglądał w leniwie płynącą rzeczkę.

– Czy ty może pamiętasz, co ja lubię najbardziej z ryb? – zapytał kumpla.

– Wiem, bo już kiedyś mnie nabrałeś mówiąc, że „rypanie” – odparł Hipolit.

– Zapamiętałeś i z tego się cieszę. Wiesz przecież, że ja najbardziej lubię grzybobranie. W lesie mogę chodzić godzinami. Jeżeli jest ze mną na łonie natury moja Balbinka to już niczego mi nie brakuje. Nazbieramy grzybów – to dobrze, a jeżeli nie – to drugie dobrze – rozmarzył się Marian.

– Przypuszczam, że łączysz łono i naturę. A nie jest czasem tak, że bierzesz ze sobą babkę, bo gubisz się w lesie. Ktoś mi mówił, że raz trzy dni cię szukali, jak zabłądziłeś w lesie? – ironizował Hipolit.

– Ja? Ja? – jąknął się Marian.

– No Ty! Ty! – przedrzeźniał go kumpel.

– Kto ci takich głupot naopowiadał? Nawet nie będę cię ochrzaniał, bo szkoda mojego języka. Pomyliły ci się osoby lub specjalnie przeinaczasz fakty – podniesionym głosem mówił Marian.

– Skoro tak gęsto się tłumaczysz, to jestem skłonny ci uwierzyć. Ale ty lub ktoś inny opowiadał mi o zdarzeniu i zaginięciu faceta w lesie – nie dawał za wygraną Hipolit.

– Przecież ja ci mówiłem o tym – nagle przypomniał sobie Marian.

– Musiało to być dawno, bo już niewiele z tego pamiętam. Czy mógłbyś mi opowiedzieć? – poprosił Hipolit.

– Skoro tak prosisz, to posłuchaj – zaczął Marian. Taki jeden January Turkot był chłopkiem-roztropkiem. On sam miał o sobie duże mniemanie. Mądrala i do tego filozof. Nie był lubiany przez kumpli w robocie. Miał samochód i traktor. To były dwa czynniki, które sprawiły, że był w miarę akceptowany.

– Jak to miał samochód i traktor?. Co to ma do rzeczy?wyrwał się Hipolit.

– Nie przerywaj, to zaraz ci to wytłumaczę – kontynuował Marian. W państwowej firmie gościu jeździł Ursusem. Wiesz, jak to w życiu niekiedy trzeba było coś przewieź. Zamiast przepłacić za prywatny transport, brało się kumpla Jacha z traktorem. Ten chętnie, choć nie za darmo, na „lewo”  świadczył usługi. Kilka razy było tak, że kogoś przewoził do nowego mieszkania. Miał wredny zwyczaj, że po robocie szybko odprowadzał ciągnik i przychodził na parapetówkę. Skubaniec, jak sobie popił, to był nie „do pozbycia”. Siedział, blubroł, a do tego był złośliwy. Raz pewien gościu nie wytrzymał tego najścia i zachowania. Nazywał się Binek Zezuj. On to oświadczył nieproszonemu gościowi, że albo wyjdzie, albo wywali go z czwartego piętra. Turkot ustawiony do pionu, mrucząc wyszedł. Na drugi dzień i tak nic nie pamiętał, więc sprawa rozeszła się po kościach.

– Te, kolejarz, wracaj na właściwe tory. Miałeś mówić o samochodzie i zaginięciu w lesie, a ty pierniczysz o traktorze i wrednym Jachu – przerwał kumplowi Hipolit.

– Już ci mówię ciąg dalszypoirytowany rzekł Marian. Miał on też na owe czasy niezłą „brykę” o nazwie Syrenka, zwaną czasem „skarpeta”.  Jachu nasłuchał się w robocie, jak opowiadaliśmy o zbieraniu grzybów i chłopisko się nagrzało. W chacie najpierw uzyskał zgodę na wyprawę do lasu od swojej pyskatej żoneczki Ksantypy, a potem pół nocy ślęczał nad atlasem z grzybami. Nazajutrz nawijał, że jedzie na grzyby i potrzebuje chętnych. Nikt jednak z nim nie chciał jechać. Był tak zdesperowany, że wybrał kilku i obiecał, że weźmie ich za darmo. Znaczyło to, że nie będą musieli zwracać mu za paliwo. Rychło rano w pięciu, wśród których byłem i ja, pruliśmy w kierunku na Nowy Tomyśl. Zakładaliśmy, że do jedenastej będziemy zbierać grzyby i wracamy. Czas był ważny, bo niektórzy z nas musieli iść na drugą zmianę, na 14-tą do roboty. Zaparkowaliśmy „skarpetę” na polanie i weszliśmy do lasu niedaleko obwodnicy A2. Pierwszego grzyba znalazł Juras Kiepek i w Jachu zagotowała się krew. Przyleciał do niego obejrzał „kozaka”. Było widać, że kiepsko zna się na nich. Myśleliśmy, że szlag go trafi, gdy każdy miał już po kilka „kapeluszy”, a on ani jednego. Wreszcie i dla niego los się uśmiechnął. Znalazł prawdziwka i woda sodowa uderzyła mu do głowy. Z nosem przy runie leśnym odłączył się od grupy. Raczej, to my nagle zniknęliśmy mu z oczu. Na pół godziny przed wyznaczonym czasem mieliśmy po koszyku grzybów i stwierdziliśmy, że wracamy. Wkrótce byliśmy koło Syrenki. Nie było tylko Jacha Turkota. Zjedliśmy po skibie chleba popijając piwkiem. Czas się zaczął dłużyć. Zaczęły się nerwy, tym bardziej, że minęła dwunasta i zbliżała się pora do pracy. Chodziliśmy po lesie, a nawet zaczęliśmy go nawoływać. Było cicho i tylko echo nam odpowiadało. Pewnie, że gdyby jego auto było otwarte, to byśmy klaksonem próbowali go nakierować na miejsce zbiórki. Były nawet głosy, aby wybić szybę i bez Jacha wracać do chaty. O wpół do drugiej wreszcie sierota się znalazła. Przyszedł i ani myślał się tłumaczyć. Humor miał, bo grzybów nazbierał. Oznajmił nam, że ma pełen kosz, który aby nie dźwigać schował gdzieś koło krzyża. Musieliśmy nadłożyć drogi i pojechać w to miejsce. Na szczęście pamiętał ,gdzie to było. Pomimo niezłego tempa wróciliśmy do miasta po szesnastej. Niestety musieliśmy wziąć na ten dzień urlopy.

– Co to za kierowca, który zabłądził w lesie? – głośno zastanawiał się Hipolit. Szkoda, że w tym czasie nie było nawigacji tzw. GPS” – dodał.

– Powiem ci tak: Dobrze, że nie było. Gościu zabłądził w lesie, to i pogubiłby się z obsługą tego urządzenia. Myślę, że był to przypadek tzw. „trepa”. Jak wiesz, tak się mówi o osobniku, który jest odporny na wiedzę i trudny do za….nia.

– Masz rację – rzekł śmiejąc się Hipolit.

Kumple jak mieli w zwyczaju przybili sobie piętkę i rozeszli się do domów.

Seweryn Kaczmarek

Jak to w Stęszewie z wodą było część 7

W ostatniej, 6 części opisywałem rozruch prototypowej oczyszczalni ścieków na ulicy Wojska Polskiego w Stęszewie nad rzeką Samicą. Budowa oczyszczalni miała wątek kryminalny i zarazem satyryczny. Mianowicie na początku budowy zamówiono w Mostostalu Poznań dość duży zbiornik do brudnych ścieków o pojemności 100 metrów sześciennych. Firma wykonała go dość szybko i przywiozła własnym sprzętem do Stęszewa. Nie było, gdzie go złożyć, więc wyładowali go na terenie roszarni przy ulicy Trzebawskiej między stogami z lnianą słomą. Budowa fundamentów pod ten zbiornik trwała 3 lata, były to czasy PRL. Dzisiaj tego typu budowa trwałaby 2 tygodnie. Gdy fundamenty były już gotowe zamówiono w PKS Poznań specjalistyczny sprzęt do transportu obiektów wielkogabarytowych. Przyjechała 30-stokołowa dłużyca niskopodwoziowa i bardzo duży dźwig typu „COLES”. Pojechali po zbiornik na ulicę Trzebawską, między stogi i zastali tylko odcisk na ziemi po zbiorniku. Zbiornik o pojemności 100 metrów sześciennych był bardzo duży. Powiadomiono milicję i okazało się, że jeden z pracowników roszarni stwierdził, że jak zbiornik od 3 lat leży nieużywany pod gołym niebem, to jest niepotrzebny i sprzedał go rolnikowi z pobliskiej wsi na szambo do świniarni. Zbiornik odzyskano i zamontowano na wykonanych fundamentach. Oczyszczalnia została uruchomiona i działała przez ponad 20 lat. Była ulokowana w centrum miasta. Jej lokalizacja była bardzo uciążliwa. W promieniu 100 metrów, ludzie przez unoszący się odór nie mogli swobodnie wyjść na podwórko. Okoliczni mieszkańcy odetchnęli z ulgą, gdy oczyszczalnia została zlikwidowana.

W historii wody w Stęszewie priorytetową rzeczą w latach 60-tych ubiegłego wieku była budowa łaźni miejskich. Pamiętam, jak na budynku wisiała biało-niebieska tablica z napisem, którego dokładnie nie pamiętam, w każdym bądź razie tablica miała upamiętniać rocznicę budowy łaźni miejskiej w Stęszewie. W piwnicy łaźni miejskiej zlokalizowane były toalety damskie i męskie, a obok nich kotłownia. Pamiętam, jak w którąś sobotę poszedłem zwiedzić kotłownię. Magazyn węgla znajdował się w odrębnym miejscu, natomiast wsyp był w stropie od ulicy Poznańskiej. Kotłownię obsługiwał Pan Remlain z ulicy Szpitalnej. Należał on również do społecznego komitetu kontroli handlu sklepów Gminnej Spółdzielni. Gdy wszedłem do kotłowni było tam bardzo gorąco. Drzwi od pieców były pootwierane, a Pan Remlain cały czas dosypywał węgla. Na ścianach obok pieców wisiały 500 litrowe, tak zwane wymienniki ciepła. W sumie było ich 4, więc razem gromadziły wodę na około 2000 litrów. Pan Remlain powiedział do mnie, że musi rozgrzać wodę w zbiornikach do około 90 stopni Celcjusza, tak aby starczyło dla wszystkich. W kotłowni było pełno dymu i pary, wszystko syczało. Wszędzie znajdowało się mnóstwo zegarów wskazujących ciśnienie oraz temperaturę wody. Było tam także wiele rur oraz zaworów bezpieczeństwa, które nieustannie syczały. Ich widok przypomniał mi się, gdy w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku oglądałem film „Titanic”.

Łaźnia cieszyła się dużą popularnością wśród mieszkańców Stęszewa i z tego względu udając się na kąpiel w wannie lub pod natryskiem w piątek bądź w sobotę, po wykupieniu biletu trzeba było czekać czasami nawet dwie godziny. Zimą, gdy temperatury na dworze były ujemne, po wyjściu z kąpieli trzeba było czekać czasami nawet i godzinę, aby z gorącej wody udać się na mróz. Obsługą łaźni zajmowały się panie Aleksandra Szurek oraz Irena Urbańska. W 1976 roku za kąpiel w wannie trzeba było zapłacić 10 złotych, natomiast za prysznic 5 złotych. Warto tutaj wspomnieć o genezie słowa prysznic, które wzięło się od nazwiska lekarza, który z kolei wybudował w Dębnie w województwie Wielkopolskim szpital i wszystkie choroby, nawet weneryczne, zwane także francuskimi leczył wodą. Według jego teorii pacjent po wypiciu 30 litrów wody dziennie, był w stanie wydalić chorobę z organizmu razem z moczem.

Dzisiaj wiemy, że są to kompletne bzdury, aczkolwiek ponad 100 lat temu w to wierzono. Jego metoda była na tyle popularna, że do jego szpitala trzeba było zapisać się z rocznym wyprzedzeniem. Nawet w Poznaniu u dołu pomnika Higei, z twarzą Edwarda Raczyńskiego jest wykuty napis, oznajmiający podziękowania Prysznicowi za wyleczenie syna od Państwa Raczyńskich. Wspomniałem o Panu Prysznicu, ponieważ do dzisiaj większość ludzi nie mówi, że idzie pod natrysk, tylko że idzie pod prysznic, nie mając pojęcia skąd wzięła się nazwa.

Wracając do tematu łaźni, były one bardzo pożyteczne, ponieważ w tamtych czasach ludzie nie mieli w domu bieżącej wody, nie mówiąc nawet o łazienkach. Kilka lat temu przyjechała do mnie pewna Ukrainka i zobaczyła praktycznie nową pralkę „Wiatkę”. Powiedziałem, że mogę ją sprzedać za 100 złotych. Odmówiła. Zaproponowałem 50 złotych, ale ponownie odmówiła, gdy zapytałem dlaczego, odpowiedziała, że u niej na wsi na podwórku jest tylko żuraw przy studni i że nie ma jej do czego podłączyć. Nie pytałem już o nic więcej.

W sierpniu odwiedził mnie kolega ze Stęszewa, który wrócił z wycieczki z emerytami. Grupa była na wycieczce w Mniszkach koło Międzychodu. Powiedział mi, że muszę tam koniecznie pojechać i zobaczyć zbiór drewnianych pralek, różnych tarek (drewnianych, blaszanych, ebonitowych, porcelanowych, szklanych, marmurowych i granitowych). Gdy zapytał mnie, dlaczego nie chcę jechać ich obejrzeć, odpowiedziałem, że te wszystkie przedmioty są moje. Z trudem mi w to uwierzył i oburzony zapytał, dlaczego sam nie otworzę muzeum. Odpowiedziałem mu, że jestem w trakcie pisania 3 książek, o tym, jak było w Wielkopolsce z praniem, z szewcami oraz z kowalstwem. Brakuje mi pieniędzy na pióra, a co dopiero na otwarcie muzeum. Czasami brakuje mi 20 złotych na puszkę farby, aby zabezpieczyć pralki przed czynnikami zewnętrznymi.

W czerwcu przyjechała do mnie Telewizja Poznań, aby nakręcić film „Jak to w Wielkopolsce z praniem było”. Byli zachwyceni zbiorami, gdy im powiedziałem, że nie mam nawet 20 złotych, aby zabezpieczyć zabytkowe przedmioty, to oni odpowiedzieli, że są tutaj właśnie po to, aby ktoś mi pomógł.

Ciąg dalszy nastąpi

Zbigniew Tomaszewski

Pies jak człowiek?!

Ty masz na imię Hipolit i nie ukrywam, że chce mi się śmiać z niego. Bo to, ani hipopotam, ani hipochondryk. Powiem, ci, że nie jest ani ludzkie, ani też zwierzęce. Od czego może ono pochodzić – prowokacyjną wypowiedź pytaniem zakończył Marian Lichy.

A ty mój przyjacielu masz na imię Marian a nazywasz się Lichy. To drugie pozostawię w spokoju, bo już samo w sobie jest mikre, aby nie powiedzieć kiepskie. Jeżeli zaś chodzi o imię to niektórzy Marian zamieniają na Maniek i dają je swoim pupilom – nie patrząc na kumpla odpalił Hipolit.

Te, te uważaj, z kim pogrywasz. Co masz na myśli mówiąc o pupilach – zły rzekł Marian.

Proszę cię  bardzo – odparł Hipolit.

Moja sąsiadka Alina Dajkowska ma kota Mańka i psa Jacusia. Poufnie powiedziała mi kiedyś, że miała narzeczonego Mariana Dzidkę, który był wyjątkowym kretynem a do tego ją wykiwał w kwestii ożenku. Po rozstaniu z nim kupiła sobie psa i dała mu na imię Maniek od Marian.  A co do kota to zwierzak  od małego był nie kiepskim szkodnikiem. Kiedyś podarł jej firanę i jak wlała mu miotłą to ten rozpaczliwie miałczał „ja-cuś, ja-cuś” i tak zaczęła na niego wołać.

Wyjątkowo głupie tłumaczenie, ale jakiś sens w nim jest. Tej twojej przemądrzałej sąsiadki to od dawna nie cierpię. Małpa wredna a do tego ruda peja. Już ja jej dam takie przezwisko, że rurą kanalizacyjną ze wstydu będzie chodziła po mieście – mocno zagniewany mówił Marian.

Nie nakręcaj się przyjacielu – spokojnie mówił Hipolit. Posłuchaj, czego niedawno byłem świadkiem nad jednym z jezior. Pewnej świątecznej niedzieli żar się lał z nieba. Mówię do mojej Kundzi, aby wzięła koc i  co nieco do schłodzenia gardła i pakowała się do samochodu. O dziwo uczyniła to bez kłapania jadaczką. Nie była by jednak sobą, aby też nie zabrała swojego wielo rasowca „Knypka”. Nie minęło pól godziny już byliśmy nad wodą. Mieliśmy takie „swoje”  malownicze kąpielisko. Zawsze było tam tak fajnie i spokojnie. Jednak tym razem czekała nas niemiła niespodzianka. Na naszej plaży było kilka rodzin. Jedni opalali się na kocach a inni w tym dzieciaki baraszkowały w jeziorze. Jakby tego było mało przy trzcinach były dwa spore  psy. Mordy miały „zakazane” zaliczane do ras niebezpiecznych. Na szczęście były jeszcze młode i głupie. W grupie dorosłych osób był jedne śniadolicy gościu w założonym lekkim bezrękawniku sięgającym za kolona.

A przypadkiem w krzakach nie była schowana babka w „burkini” – niecierpliwe zapytał Marian.

 Szybko zlustrowałem teren, ale niczego podejrzanego nie dojrzałem – kontynuował Hipolit. Skoro już przyjechaliśmy to nie zamierzaliśmy rezygnować ze słońca i kąpieli. Nasz mały, ale bojowy „Knypek” też miał zamiar rządzić na tym terenie. Bez ceregieli nacierał na większe psy i całkiem dobrze mu to szło. „Bul bule” omijały go szerokim łukiem. Najlepszy był jednak numer z imionami. Jeden z psów wabił się Ali. Takie samo imię miał śniadolicy gościu. Gdy właściciel zawołał na swojego pupila Ali podrywało się od razu dwóch – mężczyzna i pies. Tak było kilka razy i mocno mnie to bawiło. Zacząłem głośno się śmiać. Moja Kundzia, aby mnie ostudzić dała mi kuksańca pod żebra. Zabawa się skończyła, gdy gościu w bezrękawniku z rodziną i swoim psem wsiedli w samochód i odjechali.

Wyobraź sobie, że ja mam też historię o nieporozumieniu polsko –węgierskim – wtrącił Marian.

Nie wiedziałem, że ty znasz ten trudny język – poważnie przerwał kumplowi Hipolit.

Nie powiedziałem, że umiem po węgiersku, ale że mam jedną zabawną historię związaną z tym krajem. Słuchaj i nie przeszkadzaj – poirytowany odpalił Marian.

Moja znajoma Anna Mokra Myszka tak długo szukała mężczyzny dla siebie, że najpierw w mieście a dalej w kraju dla niej zabrakło kandydata na męża. Babka miała wyobraźnie i rozejrzała się za facetem zza granicy. Na studiach poznała Węgra Zoltana Bulaja. Tak chłopa skołowała, że zanim ten się zorientował, co mu nadaje w niezrozumiałym języku o ożenku już był zaobrączkowany. Powiem ci, że nie umiem sobie wyobrazić jak on to „tak” po polsku w kościele powiedział. Po hucznej imprezie Madziar postanowił pokazać swoją wybrankę matce i rodzinie. Udali się do jego miasta nad Balatonem. Tam na uroczystym obiedzie spotkali się z familią męża. Kieliszek trunku sprawił, że rozmowa o ile tak można było nazwać sposoby porozumiewania ruszyły do przodu. Gdy tylko padło słowo Anna „nasza” Ania podrywała się z miejsca sądząc, że to do niej. Za którymś razem jej Zoltan wyjaśnił jej, że to słowo po węgiersku znaczy mama i adresowane jest do jego matki. Gdy powiedział to swoim krewniakom ci nieźle się uśmiali.

Ja jest za naszą kobitką – ponownie w zdanie wszedł kumpla Hipolit.  Przecież Węgrzy mają taki język, że na jednym słowie można sobie połamać język i to trzy razy.

Sam dobrze wiesz, że w bliskich relacjach męsko – damskich najważniejsze jest uczucie. Po tym kolejno: język, no i wiesz, co mam na myśli rzekł Marian mrugając porozumiewawczo do Hipolita.

Zgadzam się z tobą przyjacielu. Uważam też, że zwierzętom nie powinno się dawać imion ludzkich.  – oznajmił Hipolit podając rękę kumplowi.

Seweryn Kaczmarek