wtorek, 21 Sierpień 2018

2016 Sierpień

Jak to w Stęszewie z wodą było część 6
Budowę piątej, dużej hydroforni zaczęto i ukończono w latach 80-tych ubiegłego wieku. Inwestorem był WZIR (Wojewódzki Związek Inwestycji Rolniczych). Wykonawcą budowy hydroforni i wodociągów była firma „SPPIR” z siedzibą na ulicy Trzebawskiej. Wszystkie hydrofornie i wodociągi na terenie miasta i gminy były zarządzane przez państwowe przedsiębiorstwo z Niepruszewa, której dyrektorem był Pan Zaran. W roku 1990, gdy było wiadomo, że wodociągi przejmie we władanie miasto Stęszew, gdy dzwoniło się do dyrektora Zarana zgłaszając awarię, to dyrektor już stosował praktykę spychologii. Przyjeżdżali z Niepruszewa, zakręcali zawory główne i tygodniami trzeba było monitować i prosić o usunięcie awarii.
Miejscowy Zakład Gospodarki Komunalnej wówczas podlegał pod Zakład w Mosinie, którego dyrektorem był Franciszek Chachuła. W latach 80-tych na zakład komunalny w Mosinie ludzie mówili „ambasada rosyjska”. Nazwa potoczna wzięła się z tego, że dyrektor należał do towarzystwa krzewienia kultury rosyjskiej na terenie Polski.
Po roku 1990 stęszewski Zakład Gospodarki Komunalnej odłączył się całkowicie od Mosiny i przejął hydrofornie i wodociągi z Niepruszewa. Nową hydrofornię ulokowano przy ulicy Mosińskiej w Stęszewie. Jadąc ulicą Mosińską, po prawej mijamy stawek panieński „Łezka”, w prawo skręcamy do Witobla, a droga w lewo prowadzi do hydroforni.
W pierwszej kolejności wodociągowano ulicę Bolesława Chrobrego, następnie w Dębienku i Dębnie. Do budowy tego wodociągu zastosowano rury z PCV, zastępując tym samym rury azbestowe. W Sapowicach po roku 1990 wszystkie wodociągi azbestowe musiały być wymienione na wodociągi z PCV, ponieważ badania wykazały, że rury wodociągowe z azbestu są silnie rakotwórcze.
Z małej hydroforni na ulicy Ślusarskiej była również zasilana rozlewnia piwa i wytwórnia wód gazowanych na ulicy Ogrodowej nr 11. Pamiętam, jak wówczas butelka syfonu kosztowała 2,20 zł + 50 zł kaucji za butle. Oranżada kosztowała 1,40 zł, mandarynka 2,20 zł. Piwo z browaru w Krotoszynie kosztowało wtedy 3,50 zł. Rozlewnie piwa i produkcje wód mineralnych przeniesiono w latach 60-tych na nową bazę Gminnej Spółdzielni, na tak zwany „Majdan”. To miejsce, dlatego tak nazywali, bo było ogrodzone bardzo wysokimi słupami betonowymi, wygiętymi u góry, przypominającymi kształtem laskę. Na górze znajdowało się dużo drutów kolczastych, prawie jak w obozie niemieckim. Wracając do tematu przeniesienia rozlewni i produkcji, w starej rozlewni pozostawiono dwóch pracowników, którzy produkowali wodę sodową. Był to Pan Jąder i Pan Borysiak. Gdy ci panowie przeszli na emeryturę, to napełnianie wody sodowej miało miejsce w piwnicy u Zenona Kuśnierczaka. Długo to jednak nie trwało, ponieważ weszły w modę syfony na specjalne naboje napełnione tlenem (dwutlenkiem węgla). Naboje były nabijane w Stęszewie na ulicy Polnej, za kościółkiem w prywatnym domu. Wymieniano je na poczekaniu. W kartoniku zostawiało się 10 pustych naboi, płaciło się 5 złotych i zabierało pełne. W domu do butli lało się przegotowaną, ostudzoną wodę, wkręcało nabój i syfon był gotowy. Dzisiaj wodę sodową kupuje się w sklepach w cenie około 1 zł za 1,5 litra. W ostatniej stęszewskiej hydroforni, w Witoblu wybudowanej na początku lat 80-tych ubiegłego wieku, znajduje się zmodernizowany system uzdatniania wody. Woda jest tam systematycznie badana pod względem przydatności do spożycia. Wszystkie hydrofornie, wodociągi, kanalizacje sanitarne oraz przepompownie są pod opieką przez 24 godziny na dobę przez odpowiedzialnych pracowników.
Przypomnę jeszcze, jak ważna jest woda w mieście. W roku 1939, pierwszego września, gdy nasi sąsiedzi napadli na nas, jak zbóje, to burmistrz miasta ogłosił stan kryzysowy, w pierwszej kolejności wydał polecenie (rozkaz), by przy każdej studni w mieście, w dzień i w nocy stał pod bronią wartownik, aby Niemcy nie zatruli wody w studniach. Powołał do pracy specjalne służby obrony narodowej.
Ciąg dalszy nastąpi, Zbigniew Tomaszewski

Alternatywna odwaga i honor
– Skup się Hipolit, bo dzisiejsza nasza rozmowa to nie będzie jakieś tam ględzenie o dupie Feli, ale poważna o ludzkich postawach. Wiem, że będzie ci trudno oddzielić ziarno od plew, ale wysil mózgownicę. Możesz na tym wiele zyskać – zwrócił się do kumpla Marian.
– Nie o rzyci Feli a Maryni, a ponadto już ja wiem, co wyniknie z tej twojej powagi. Za chwilę będziesz chciał prostować garbatych, bo zapragniesz zwrócić się do prostych – wtrącił Hipolit.
– Zadaje ci pytanie numer jeden – rzekł Marian – czy ty jesteś odważny?
– Tak, tak! – bez wahania wyrwał się Hipolit. Pod ostrym wzrokiem kumpla dodał:
– Chyba tak, choć nie wiem, o jaki rodzaj odwagi ci chodzi.
– Czy postawiłbyś się swojej żoneczce, że nie wspomnę o teściowej? – dociekał Marian.
– Wiedziałem, że nic dobrego z tej twojej poważnej rozmowy nie wyjdzie. Wszystko sprowadzasz do podstępu. Wiesz, że w tych dwóch przypadkach mam marne szanse i wspomnianym kobietom w zasadzie oddaję pola bez walki. Są jednak momenty, że nawet wobec nich jestem rozsądnie odważny – tłumaczył Hipolit.
– Co ja mam przez to rozumieć? – nie dawał za wygraną Marian.
-Wielokrotnie się im postawiłem, a nawet odparłem, że mam inne zdanie, lub że czegoś nie wykonam – stękał Hipolit.
– Chyba we śnie, w marzeniach, lub gdy tego nie słyszały – naśmiewał się z kumpla Marian.
– Nie uwierzysz, ale nawet wtedy mam stracha, że mnie rozszyfrują i dadzą mi ostro do wiwatu. Najgorsze, że „moja” mogłaby zakazać mi spotykania się z tobą. A jak z twoją odwagą przyjacielu? – dość niespodzianie swój wywód odwrotnym pytaniem zakończył Hipolit.
– Sam wiesz, że ja nikogo się nie boję – buńczucznie odparł Marian.
– W to ty sam do końca nie wierzysz. Jeżeli sobie życzysz, to przytoczę ci kilka przykładów i najesz się wstydu – jątrzył Hipolit.
– Bo jak cię palnę! Bo jak ci dosunę! – sapał ze złości Marian. Podaj mi choć jeden przykład i to natychmiast.
– Proszę bardzo! Jak sobie życzysz – odparł Hipolit. Boisz się dentysty, pobierania krwi, zastrzyku i Ignaca Fąfla.
– No wiesz, poleciałeś po bandzie – zaczął tłumaczyć się zaskoczony Marian. Masz rację, że dentysty, to ja boję się, jak ognia. Wszytko ta za sprawą takiego rzeźnika w kitlu Dezyderego Kloca. Ten, pożal się boże, doktor zanim powiedziałem mu, który ząb mnie boli, to już dwa miałem wyrwane i dwa naruszone.
– To akurat mogę ci wybaczyć, bo sam mam cykora przed dentystą. Nie wiem natomiast jak można się bać igły – przerwał kumplowi Hipolit.
– I to ci wyjaśnię, choć nie wiem, czy zrozumiesz – kontynuował Marian. Chodziłem, o ile dobrze pamiętam do czwartej klasy szkoły podstawowej. Pod koniec zimy zachorowałem na anginę. Gardło miałem tak zapuchnięte, że nie mogłem przełknąć śliny. Gorączka skoczyła do ponad czterdziestu stopni. Lekarz Cypriana Zając przypisał mi zastrzyki. Mama w dobrej wierze poprosiła o podanie „penicyliny” żonę kuzyna Genowefę Kolec. Przyszywana krewna kończyła studia medyczne, więc matula sądziła, że potrafi to robić. A ta, jak walnęła mi igłą w pośladek, a dokładnie w nerw, to o mało nie wyskoczyłem z łóżka. Tak darłem kalafę, że sąsiedzi się zlecieli sądząc, że mnie zabijają. Zastrzyki dokończył taki starszy pielęgniarz Franciszek Szpryca. Uraz po tamtym zajściu pozostał mi uraz do tego stopnia, że podczas pobierania krwi nie mogłem patrzeć, aby nie paść na glebę.
– Przyznasz, że Ignaca Fąfla się boisz. Nie wiem tylko dlaczego, choć przypuszczam, że za tym stoi baba – ponownie wszedł w zdanie Hipolit.
– Zaraz „boisz”. Wolę go unikać po tym, jak na prośbę, jego żonie Hortensji przepychałem zlew w kuchni. Ignac nagle pojawił się na korytarzu i walił w drzwi, a na dodatek podsłuchiwał. W przypływie chorej zazdrości źle ocenił sytuację po tym, jak ja w ciasnej szafce stękałem z wysiłku. Darł się na cały głos, że mnie skopie, a do tego, to i owo urwie. Pewnie by to uczynił, ale przechytrzyłem drania. Po balkonie przeszedłem do swojego mieszkania i w ten sposób się z nim nie spotkałem.
– Mówiąc krótko stchórzyłeś salwując się ucieczką – wypalił Hipolit.
– Ja to widzę inaczej – odparł Marian. Odwagę miałem i to wielką. Udowodniłem to, jak przełaziłem na czwartym piętrze po balkonach. Honorowo wycofałem się z nieciekawej sytuacji. Postąpiłem tak, ponieważ do niczego z kobietą nie doszło. Pewnie nie wiesz, że Ignac Fąfel po kilku dniach przeprosił mnie za swoje zachowanie. Zrobił to po tym, jak żoneczka przy użyciu ostrych słów i tłuczka do mięsa wyjaśniła mu, co ja dla niej uczyniłem, a czego on przez miesiąc, pomimo próśb, nie zrobił.
– Cofam to co powiedziałem. Jestem pewny, że jakiegoś Fąfla ty byś się nie przestraszył i wziąłbyś go na solówkę – rzekł Hipolit.
Przez chwilę połechtany mile Marian milczał. Nie byłby jednak sobą, aby nie zadać ironicznego pytania:
– A jak przyjacielu u ciebie z honorem?
– No ten, tego! – stękał Hipolit. To jest trudne pytanie. Powiem ci, że jestem honorowy i to bardzo. Skoro poprosisz mnie na piwo, to ja honorowo idę bez względu na to, czy moja po powrocie do chaty wyczuje ode mnie woń wypitego alkoholu.
– Nie spodziewałem się od ciebie wielkiej odpowiedzi. Nie próbowałeś sięgać do uczucia, patriotyzmu, czy filozofii. Powiem ci tak Hipolit, że honor, to wielkie słowo, którego po próżnicy nie należy nadużywać – zakończył Marian.
Seweryn Kaczmarek

Sposób na daty
– Czy ty może pamiętasz datę bitwy pod Grunwaldem? – Marian Lichy zadał pytanie kumplowi Hipolitowi Mizerce.
– Ja, ja?! – jąkał się ten drugi.
– No to słucham, mój zacny kolego! – naciskał Marian.
– W lipcu 1410 roku, ale dnia dokładnie nie pamiętam. Kołacze mi się po głowie, że jakoś tak w połowie miesiąca – stękał Hipolit.
– Brawo, brawo i jeszcze raz brawo! Zaskoczyłeś mnie przyjacielu! – z uznaniem rzekł Marian.
– A dlaczego przepytujesz mnie z historii. Przyznam ci się bez bicia, że nie jestem specjalnie mocny z dat, ale te najważniejsze staram się mieć wyryte w pamięci. Ale, ale, o co ci chodzi? O co ci biega? – próbował pytaniem zakończyć swój wywód Hipolit.
– A datę urodzenia swojej żoneczki Kundzi i pyskatej córeczki Balbiny pamiętasz? – śmiejąc się dopytywał Marian.
– Nie uwierzysz, ale nawet godziny, w których przyszły na świat. Mało tego znam rocznik mojej teściowej Melpomeny Szpary, z domu Szczeliny – tłumaczył Hipolit.
– Stop! Stój! Poczekaj chwilę, przyjacielu – zanosząc się śmiechem prosił Marian. Po chwili dopiero zwrócił się do kumpla. Powiedz mi skąd w tej rodzince twojej połowicy są takie abstrakcyjne imiona i nazwiska. Nie powiesz mi, że Mela, Szpara, Szczelina są piękne i dobrze się kojarzą. W jaki sposób ty masz to wszystko w łbie poukładane? Czy masz jakąś szczególną metodę na zapamiętywanie dat urodzin i imienin? – dopytywał Marian.
Bez ceregieli Hipolit rzekł:
– Sposób jest niezwykle skuteczny. Wystarczy raz zapomnieć, a po przykrościach, jakie cię spotkają, będziesz pamiętał na całe życie. Dokładnie ja zapomniałem o imieninach teściowej i o mało baby mnie nie „zahakały”.
– Ty wiesz, że ja też coś takiego miałem – przerwał Marian. Moja ma imieniny pod koniec czerwca, gdy skup zboża w Elewatorach idzie całą parą. Do roboty wychodziłem rychło rano, a wracałem późnym wieczorem. W jej imieniny wcześnie wstałem, gdy jeszcze spała, Wróciłem, gdy też już była w łóżku. Miałem lekko w czubie, to cicho się położyłem koło niej sądząc, że mocno garuje. Gdy tylko dotknąłem głową poduszki nastąpił atak: „Ty mordo pijacka! Ty nikczemniku! Ty łachudro! To tak o mnie pamiętasz? Tak mnie szanujesz? Ja ci poświęciłam swoje najlepsze lata. Dałam ci to, co najdroższe. Przez pół godziny dawała mi do wiwatu. Wreszcie dopuściła mnie do głosu i po przeprosinach przyjęła ode mnie życzenia. Ostatecznie przebłagałem ją, gdy dałem jej schowanego na skacowaną godzinę ostatniego stuzłotowego zaskórniaka. Powiem ci krótko, że od tego czasu już nigdy nie zapomniałem o jej urodzinach, imieninach oraz innych świętach, w tym ogromnie nielubianym przeze mnie dniu kobiet.
– My tu gadu, gadu o bzdetach a ty coś wspomniałeś o bitwie pod Grunwaldem – wtrącił Hipolit.
– Masz rację przyjacielu – natychmiast temat ten podjął Marian. Bo widzisz przyszedł mi na myśl mecz z Mistrzostw Europy w piłkę kopaną, między naszymi, a Niemcami. Jak pamiętasz tych zawodów razem nie oglądaliśmy. Czy może przypuszczasz, dlaczego tak się stało? – zwrócił się do kumpla.
Długo nie trwało jak Hipolit rzekł:
– W telewizji w czasie transmisji meczu puszczali „Krzyżaków” i u siebie chciałeś obejrzeć film.
– Bingo – z uznaniem wykrzyknął Marian. Dokładnie tak było. Po raz kolejny w zaciszu domowym oglądałem „Krzyżaków”. Losy głównych bohaterów, a szczególnie Zbyszka z Bogdańca, tragicznej Danusi Jurandówny i seksownej Jagienki Zych, mocno mnie wciągnęły. Przyznam ci się jednak, że pewien niepokój w sercu miałem.
– A to, dlaczego? – zapytał Hipolit.
– Poczekaj, już ci mówię – oznajmił Marian. W pokoju przez ścianę, transmisję z meczu oglądał sąsiad Benek Słabolepszy. Co chwilę coś wrzeszczał. Ani razu jednak nie krzyknął gol. Starałem skupiać się na filmie. Do momentu bitwy pod Grunwaldem nerwy trzymałem na wodzy. Gdy pokazali pole walki z wilczymi dołami, zakutymi w zbroje rycerzami, zmagającymi się pieszymi i jazdą serce zabiło mi mocniej. Gdy jeden z żołdaków z czarnym krzyżem na płaszczu zdobył chorągiew królewską nie wytrzymałem i nacisnąłem na pilota i przełączyłem na mecz. Odetchnąłem z ulgą, ponieważ na mistrzostwach było zero do zero i sędzia zakończył zawody. Natychmiast wróciłem do oglądania filmu. W tym czasie nasi kończyli „dożynki” na Krzyżakach. Moje serce się radowało. Powiem krótko używając terminologii piłkarskiej w ładnym stylu pokonaliśmy zakon.
– To jest oczywiste i o tym każdy wie od dzieciaka do staruszka – nie wytrzymał Hipolit.
– Nie masz racji przyjacielu – spokojnie rzekł Marian. Moja sąsiadka Berta Nadziana do dzisiaj nie wie, kto tryumfował pod Grunwaldem. Przed laty była na „Krzyżakach” w kinie. Oglądała go z zapartym tchem na przemian śmiejąc się lub płacząc. Na koniec filmu, gdy rozstrzygały się losy bitwy przypomniała sobie, że w domu nie wyłączyła żelazka. Błyskawicznie zerwała się z fotela i pognała biegiem do chaty. Dystans dwóch kilometrów ze zadartą kiecą pokonała w kilka minut z małym okładem. Z przerażeniem w oczach z daleka dojrzała, jak strażacy zwijają węże po akcji gaśniczej.
– Bujasz! Bujasz, jak z nut! – nie wytrzymał Hipolit.
– Oczywiście, że tak przyjacielu. Wszyscy w kraju nad Wisłą Wartą, Obrą i Samicą widzą, kto wygrał tę bitwę. Chciałem zabić ci klina i na chwilę mi się to udało! – zakończył Marian.
Seweryn Kaczmarek