środa, 22 Sierpień 2018

2016 Lipiec

Jak to w Stęszewie z wodą było? część 4
W ostatniej części pisanie zakończyłem na opowiedzeniu o tym, jak to naród niemiecki w Gdańsku – Wrzeszczu otworzył fabrykę szarego mydła produkowanego z Polaków. Wróćmy jednak teraz do tematu wody i prania. Pamiętam, jak miałem 8-12 lat to w dniu prania nie szedłem do szkoły, tylko pomagałem mamie. Rano o 6-ej, matka w łazience w piecu kaflowym, podpalała ogień, wkładała gazety, suche drewno i węgiel. Wówczas, gdy z pieca zaczynało się dymić, matka kazała otworzyć mi drzwi od łazienki i drzwi prowadzące na dwór, aby powstał przeciąg i ogień mógł złapać cug. Może wyjaśnię, dlaczego w Wielkopolsce idąc na podwórko mówimy, że idziemy na dwór. Mówimy tak, dlatego że kiedyś wsie i miasta były prywatne i mieszkania oraz domy należały do mieszkańców, ale gdy mieszkaniec przekraczał próg domu to był już na dworze u Pana. W górach wielkopolskie określenie „idę na dwór” brzmi „idę na pole”. Kilka lat temu byłem na wakacjach w Żywcu. Tydzień mieszkałem obok browaru, który był tuż za płotem. Siedziałem przy stole z kolegą, u którego mieszkałem. Miał on trochę ziemi, tak zwane niwki. Były to poletka szerokie na około 3 -4 metry i około 100 metrów długie. Było lato, godzina 22.30, nagle Jasiu wstał od stołu i powiedział „idę na pole”. Ja zdziwiony pomyślałem, po co on o wpół do jedenastej w nocy idzie na pole. Wrócił po 15 minutach. Z ciekawości zapytałem „Jasia, po co po nocach łazisz po polu?” On odpowiedział, że poszedł nakarmić psa, konia i krowę. Ja słysząc, co mówi zapytałem „Jak może te biedne stworzenia trzymać pod gołym niebem na polu”. Jasiu zaczął się głośno śmiać i po chwili wyjaśnił, że u nas mówi się idę na dwór, a u ich „idę na pole”.
Następnego dnia pod wieczór Jasiu powiedział, że robi kawę, odpowiedziałem „No”. Po chwili Jasiu wrócił z jedną filiżanką, usiadł przy stole i zaczął pić kawę. Zapytałem, dlaczego nie zrobił kawy dla mnie. Pomyślałem nawet, że się na mnie obraził. Wyjaśnił, że w Żywcu „No” oznacza „Nie”.
Kolejnego dnia, podczas gotowania obiadu, nauczyłem się kolejnego określenia, a mianowicie Jasiu poprosił mnie, abym podał mu „warzechę”. Okazało się, że jest to kopyść.
Wróćmy do rytuału prania u mnie w domu. Drzwi były otwarte na dwór na całą szerokość, łazienka była pełna dymu. Stała wanna, w niej namoczone w wodzie powłoki i pościele. Wszystko białe. Na korytarzu i w kuchni leżały kupki, jedna obok drugiej, posegregowanego prania. Tarki mama używała tylko do małej przepierki. Od dziecka pamiętam w łazience znajdowała się pralka, rok produkcji 1949 i woda leciała ze ściany, tak to wtedy nazywano. Ojciec sam ją skonstruował.
Na korytarzu znajdowała się ręczna pompa ssąco-tłocząca, a na strychu – zbiornik stalowy, około 30 litrowy. Wówczas, gdy ręczną pompą napompowało się pełen zbiornik, to woda w łazience i kuchni leciała ze ściany.
Gdy w łazience było dużo dymu, pomimo że było otwarte okno i drzwi na dwór, mama powiedziała, że mam wziąć drabinę, pójść na dach i sprawdzić, czy kawki nie zrobiły przypadkiem gniazda. Posłusznie ustawiłem drabinę i wchodziłem na dach. Z komina troszeczkę się dymiło i wtedy właśnie wpadłem na szatański pomysł. Zszedłem z dachu, poszedłem do garażu, wziąłem litrowy słoik i z beczki nalałem benzyny. Wszedłem z powrotem na dach i wlałem benzynę do komina. Pomyślałem „Ja wam dam, cholerne kawki robić gniazda”. W tym momencie nastąpił ogromny huk. Matka wybiegła z łazienki na podwórko i była cała – od stóp do głów – czarna od sadzy. Widać było tylko oczy. Pomyślałem, że nie będę schodzić z dachu, bo mnie matka zabije.
Wtedy wystraszył mnie krzyk matki. Pytała, czy mnie nic się nie stało i rozkazała zejść na dół. Dodała także, że wie już, dlaczego ogień nie chcę się palić. Pomyślała, że coś nie tak było z węglem, albo że w drenie znajdował się jakiś nabój.
Zszedłem na ziemie, mama przytuliła mnie i pogłaskała po głowie. Miałem wtedy 11 lat. Weszliśmy do łazienki. Czarne sadze były wszędzie, cała wanna z białymi pościelami, małe wanienki, wiadra, wszystko w sadzy. Duże żeliwne drzwi odpadły razem ze 12-centymetrowymi śrubami, uderzyły w stojące po drugiej stronie łazienki ubikacje. Klapa leżała pod oknem, a po ubikacji została sterta gruzu. Ocalała tylko żeliwna spłuczka wisząca pod sufitem.
Mama długo siedziała na wannie i płakała. Zmarła nie tak dawno, bo w 2012 roku w wieku 93 lat i nigdy jej nie powiedziałem, co się wydarzyło podczas prania.
Kiedy w domu było robione następne, duże pranie, także zostałem w domu, aby pompować ręczną pompą wodę do zbiornika na strychu, aby starczyło do prania. Gdy napompowałem pełen zbiornik, matka wzięła wiadro i powiedziała, że mam wziąć kopyść do ręki i zrobimy krochmal. Było to połączenie gorącej wody z mączką ziemniaczaną, którymi usztywniano białe, lniane pościele, obrusy, firanki i koronki. Kazała mi mieszać szybko i mocno, tak żeby nie było krubli. Zagroziła, że jeżeli one się zrobią i będą w krochmalu, to kopyścią policzy mi żebra. Tak też się stało. Były kruble i plecy bolały mnie przez 3 dni.
W domu było nas 5 dzieciaków. Ja byłem ostatni, najmłodsza wylęga i czarna owca rodziny. Jak miałem 12 lat sam sobie zrobiłem karabin, który strzelał. Wziąłem stalową rurkę grubości 1 centymetra. Jeden koniec zawinąłem i sklepałem młotkiem, nasypałem pełną rurkę naciętych nożem łepków od zapałek, następnie otwór młotkiem zabiłem ołowiem. Rurkę wkręciłem w imadło. Cztery metry dalej ustawiłem bloch grubości 5 centymetrów. Pod rurkę podstawiłem trzy świeczki i podpaliłem. Nagle wszedł ojciec i zapytał, co robię. Odpowiedziałem, że potrzebuję wygiąć tę rurkę pod kątem prostym i podgrzewam ją, aby się ładnie wygięła. Ojciec powiedział, że nareszcie zacząłem myśleć racjonalnie i się wziąłem za jakieś pożyteczne zajęcie. Gdy czegoś szukał i po raz trzeci przeszedł przez linie strzału, to pot mi ciekł po policzkach. Byłem cały mokry, ale nie mogłem mu powiedzieć, że za chwilę zginie śmiercią tragiczną, jak ci pod Verdum. By mnie zlał, jak psa. W końcu po czwartym przejściu znalazł to, czego szukał. Przechodząc obok mego karabinu powiedział, aby wygiąć tę rurkę, to musi zrobić się czerwona, a od tych świeczek nigdy ci się ta rurka nie zrobi czerwona i po chwili wyszedł. Po kilku minutach nastąpił huk, kula ołowiana rozwaliła bloch w drzazgi.
Tyle pirotechnicznych przygód na dziś, obiecuje, że w części 5 powrócę do tematu, jak to z wodą było.
Zbigniew Tomaszewski

Część 1 zakończyliśmy w momencie, gdy władze miasta podjęły decyzję o budowie studni matki na ul. Ogrodowej oraz tym, iż od zawsze mówiono w Stęszewie, że pod miastem płynie podziemna rzeka. Dowodem na to jest fakt, że władze Dopiewa wybudowały na granicy gm. Stęszew z Dopiewem, w miejscowości Joanka, studnie głębinowe i Hydrofornie, które zasilają w wodę całą gminę Dopiewo.
Drugim dowodem na to, że pod Stęszewem płynie podziemna rzeka jest podjęta decyzja władz miasta, przy wsparciu Urzędu Wojewódzkiego, przy budowie studni artezyjskiej w roku 1968, do miasta przyjechały ogromne, rosyjskie ciężarówki typu „Kraz”. Przyjechało ich dość sporo, a razem z nimi mniejsze, rosyjskie ciężarówki typu „Ził”.


tomasz KO 6                                                        feleit tomasz KO 2

 


Duży sztab ludzi w kilka dni ustawił ogromną wieżę na łące państwa Bremborów. To miejsce znajduje się, gdy idziemy ulica Kościańską od Rynku, potem skręcimy w lewo w ulicę szkolną, idąc prosto w miejscu gdzie droga skręca w lewo, po prawej stronie od. 10m drogi na łące była studnia artezyjska, ludzie z całego miasta chodzili do tej studni po wodę, woda z tej studni lała się rurą, która wystawała ponad ziemię około 1m. Była zagięta w kształcie litery V w kierunku ziemi rura była grubości około 3’’(cali) nie było żadnej pompy ani zaworu woda lała się z rury 24h na dobę. Lała się do strumyka, który wpływał do rzeki obok Pańskiej Góry. Ciśnienie wody było tak duże że jak się podstawiło wiadro pod cały strumień to woda wyrywała wiadro z rąk. Kobiety nabierając wodę trzymały wiadro z cały sił. Powoli podsuwały wiadro pod strumień wody tylko kilka centymetrów. Ciśnienie wody zmalało chyba dopiero po 20latach. Ale tylko dlatego że rury zaszły kamieniem. Wspomniałem wcześniej iż dawno temu władze miasta podjęły decyzję o budowie studni matki na ul. Ogrodowej, Dlaczego matki ? Ponieważ studnia na rynku, druga na placu Kościuszki, trzecia narożnik ulicy Grobla-Kościańska, te trzy studnie w nich wody nie było, były to zbiorniki połączone rurami pod ziemią ze studnią matką na ul. Ogrodowej. Pamiętam jak babcia mówiła tam na ogrodowej blisko rzeki jest studnia matka, bez której w mieście nie było by życia. Trzecim dowodem na to że pod miastem płynie podziemna rzeka jest fakt iż w roku 1941 Niemcy przywieźli ogromną wieżę wiertniczą, napędzaną dużym silnikiem diesla, rozłożyli sprzęt i ustawili wieżę na ul. Kanałowej na parceli 2morgi była to własność Państwa Molendów z tą działką sąsiadowała działka 2 morgi mego dziadka Jakuba Mielcarzewicza, wyjaśniając dlaczego te działki miały 2 morgi, ponieważ ktokolwiek w mieście kupił domek od firmy budowlanej Hanny Broottman to w pakiecie kupował na peryferiach miasta 2 morgi ziemi. Wracając do wiercenia studni głębinowej, przy wierceniu studni został zatrudniony w 1941r. mój wuja, mojej matki brat jako robotnik przymusowy, Stanisław Mielcarzewicz, pamiętam jak mi opowiadał jak po kilku tygodniach wiercenia Niemcy podłączyli pompy do silników diesla i przez miesiąc pompowali wodę i niemiecki kierownik stwierdził że do tej studni można podłączyć 10 takich miast jak Stęszew. Najprawdopodobniej rzeka podziemna płynie w kierunku Mosiny z ujęć wody w Mosinie jest zasilane w wodę 80% Poznania. Pamiętam w latach 60-tych ubiegłego wieku pranie w domu było długo planowane i przygotowywane, nie tak jak dzisiaj przez kilka minut wkłada się pranie do pralki, sypie proszek do dozownika, dusi na guzik i można rozsiąść się wygodnie w fotelu i oglądać w telewizji 1854 odcinek M-jak miłość.

Niemierzyce – wioska, która ma tysiąc lat?
W dzisiejszym felietonie historycznym przedstawiam czytelnikom historię wsi Niemierzyce w gminie Granowo. Z tą miejscowością położoną dziś w oddaleniu od głównych szlaków, związana jest ciekawa legenda o bohaterskim rycerzu króla Bolesława Chrobrego. Od jego imienia nazwę wzięła cała miejscowość.
Według podań i legend założycielem wsi miał być bowiem rycerz króla Bolesława Chrobrego o imieniu Niemierz (Niemierza) Miał on zasłużyć się podczas bitwy z Niemcami i stąd osada, która tutaj powstała przyjęła nazwę Niemierzyn. Z czasem nazwa wsi została zmieniona na dzisiejsze brzmienie – Niemierzyce. Podania wskazują również miejsce, gdzie miała się odbyć owa potyczka. To tzw. „piekiełko” – otoczone drzewami i okresowo nawodnione zagłębienie terenu na polu między Niemierzycami a Separowem, oddalone od wsi Niemierzyce ok. 1,5 km. Tyle informacji wynika z legendy.
Gdybyśmy chcieli odnieść legendę do faktów historycznych to wydarzenia o których mowa musiały by się wydarzyć podczas wojen jakie toczył z cesarzem niemieckim Henrykiem II, Bolesław Chrobry w latach 1002- 1018. Najpierw po śmierci przyjaznego wobec Polski cesarza Ottona III (z którym Bolesław spotykał się w Gnieźnie na zjeździe w 1000 r.) Bolesław zaatakował Łużyce i Milsko i zajął je w 1002 r. Następnie zaatakował sprzymierzeńca cesarza swego imiennika księcia czeskiego – Bolesława Rudego. Chrobry zajął Pragę, oślepił swego rywala, wtrącił do lochów i przez półtora roku sprawował władzę nad Czechami. Zajęcie przez Bolesława Chrobrego – Czech, Moraw i Słowacji poruszyło nowego władcę Niemiec. Henryk II przerażony sukcesami Bolesława Chrobrego w 1005 r wyruszył z wielką wyprawą na ziemie polskie. Wojska cesarskie zajęły Łużyce i Milsko oraz wkroczyły do Wielkopolski. To właśnie w 1005 r. mógł ewentualnie wydarzyć się epizod związany z rycerzem Niemierzą i wspomnianą wyżej potyczką (bitwą) pod „piekiełkiem” . Wojska niemieckie przebijały się w kierunku Poznania od strony Międzyrzecza przez jeziora zbąszyńskie . Jest wielce prawdopodobne, że mogły się pojawić w rejonie, wówczas istniejącego grodu w Modrzu (tu w latach pierwszych Piastów był ważny gród i ośrodek administracji ). Żadne źródła poza ustnymi przekazami nie dają świadectwa temu zdarzeniu, ale jak wskazują „optymistyczne teorie historyczno – mityczne”, nie ma również zaprzeczeń, że tak być nie mogło, a skoro już coś jest na rzeczy to znaczy że istnieje prawdopodobieństwo takiego zdarzenia.
Od historyków niemieckich z tamtego okresu (Thietmar z Mersburga) wiemy, że rycerze niemieccy w 1005 r. mieli dojść, aż pod Poznań. W opisie tych wydarzeń mamy informacje, że wyprawa niemiecka choć osiągała sukcesy zakończyła się „złym pokojem”. Zaważyła na nim porażka Niemców w potyczce bezpośrednio przed negocjacjami pokojowymi, o czym wspomina wymieniony wyżej niemiecki historyk Thietmar. Nie mówi gdzie to nastąpiło…Czy było to „piekiełko” miedzy dzisiejszymi Niemierzycami, a Separowem? (!!!) Pokój zawarto w Poznaniu. W jego wyniku Polska utraciła Czechy, Łużyce, Milsko i Pomorze Zechodnie z grodem kołobrzeskim. Później od 1007 r. wojny zostały wznowione i toczyły się do 1018 r.. W ich trakcie Bolesław ponownie odzyskał Łuzyce i Milsko.
Od wielkiej historii wróćmy do Niemierzyc. Pierwsze pisemne wzmianki o osadzie pochodzą z 1330 r. i określają jej nazwą Niemirse. Z czasem wieś i otaczające je ziemie stały się częścią majątku ziemskiego Granowo. Władały nią kolejne wielkopolskie rody. Początkowo Niemierzyccy (do XVI w.), później Ujejscy, Radomiccy, Działyńscy i Czartoryscy. W czasach Wielkiego Księstwa Poznańskiego, właścicielką tych dóbr była przez pewien czas Klaudyna Potocka (słynna polska szlachcianka, znana z działalności dobroczynnej i opieki nad poszkodowanymi w powstaniu listopadowym).
Ponieważ w Niemierzycach znajdował się folwark, a właściciele dóbr rezydowali daleko od wioski dla sprawnego kierowania majątkiem powoływano zarządcę.Dla niego wzniesiono w końcu XIX w. dwór położony w sąsiedztwie zabudowań gospodarczych. Parterowy, typowy dworek poprzedził ponad dwuhektarowy park z ulubionym przez ziemian drzewem platanem klonolistnym pośrodku. Na terenie parku znalazł się także niewielki staw. W latach 30. XX w., gdy właścicielami folwarku była rodzina Szymańskich, do dworku dobudowano piętrowe skrzydło. Po II wojnie światowej w dawnym folwarku funkcjonowała Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna.
Po latach na początku XXI w. dwór przeszedł w ręce prywatne. Nowi właściciele, po przeprowadzeniu gruntownego remontu w latach 2007-2011, przeznaczyli go na restauracje. Warto polecić odwiedziny tego miejsca, aby skosztować bardzo dobrych potraw.
Sto lat temu wieś zamieszkiwało oko. 110 mieszkańców w 9 domach. Dziś we wsi żyje ok. 150 mieszkańców. Ciekawe czy legenda o rycerzu Niemierzy i piekiełku jest nadal przekazywana wśród mieszkańców. Goście mogą zawitać do Niemierzyc nie tylko na niedzielny obiad, ale również po to, aby poszukać „piekiełka” w którym rycerze polscy pokonali tysiąc lat temu wojów cesarza niemieckiego.

Konie i sołtys w roli głównej
Tym razem Marian Lichy zaczął tak:
– W niedzielę udałem się na rocznicę mojego klubu o nazwie „Naprzód -Powoli” Jeziorak. Trochę wcześniej, bo już w piątek wyciągnąłem z szafy garnitur. Musiałem go lekko przewietrzyć, bo ostro zalatywał naftaliną. Moja Gabrysia tylko na mnie spoglądała i ironicznie się uśmiechała. Oczywiście nie byłaby sobą, aby nie wtrącać swoich trzech groszy: „Tej Marych szykujesz się bardziej niż na nasz ślub – mówiła. Odpaliłem jej, że z nią to musiałem się żenić a z klubem, to chce być na dobre i złe, bo to jest moja prawdziwa miłość. Udała, że nie słyszy, ale po jej ślepiach było widać, że zaraz mi dowali z grubej rury. „No to mój ty małżonku – mówiła dalej – skoro ci tak dobrze z kolesiami sportowcami, to nich ci dadzą kasę na świętowanie. Byłam już skłonna ofiarować ci parę złotych na piwo, ale za twój brak szacunku dla żony nie dostaniesz ani grosza”. Mamuśka nie gniewaj się ja tylko tak z nerwów coś palnąłem. Dawno z kumplami z boiska się nie widziałem i nie ukrywam, że mam pewne obawy jak to będzie. Zapewne kilku jest już po drugiej strony „bramki” – zagrałem na jej strunie litości. Połowica tylko na mnie spojrzała i wali – ty mi tu od mamuśki nie wyskakuj tak samo jak z nerwami. Pewnie sądzisz, że nie pamiętam jak to było pięć lat temu. Schlany i upaprany jak odyniec dotarłeś do domu. Garnitur tak zgnoiłeś, że musiałem go wyrzucić i kupić ci nowy. Tak, tak to ten, co go tak przygotowujesz do imprezy.
Kobieta miała rację, bo z kumplami tak zalaliśmy sobie pały, że po kilka razy się odprowadzaliśmy pod chaty. Padało i było niezłe błocko, ale tego po sporej dawce gorzały i piwska nie czułem. Nie pamiętałem też, gdzie przepadł mi klubowy znaczek i srebrna odznaka.
Nagle Gabrysia pojednawczo odezwała się – tu masz swoje odznaczenia i wepnij je w klapę marynarki. Pieniędzy ci nie daję, bo ja idę z tobą na imprezę i wezmę ze sobą portmonetkę.
Błyskawicznie zareagowałem na jej słowa. O nie skarbie ja z taką obstawą nie idę. Kumple będą się ze mnie nabijali. Moja długą chwilę radowała się mim zachowaniem Wreszcie odezwała się – nawet za dopłatą by nie poszła na tę imprezę. Ale pamiętaj, że żółtą kartkę profilaktycznie dostajesz już teraz w domu. Czerwony kartonik ujrzysz, gdy zobaczę cię wtaczającego się na gazie do mieszkania. Biada ci Marianie Lichy – dodała, ale takim tonem, że ciarki mi po plecach przeszły.
Nie powiem, bo imprezka była całkiem przyjemna a momentami wesoła. Pomimo kiepskiej pogody na wyznaczoną zbiórkę przyszło sporo wiary. „Kto ze sobą nosi ten się nie prosi”. W myśl tej zasady przed rozpoczęciem imprezy po łyczku z flaszki zrobiliśmy. Najlepszy był numer jak ruszyliśmy z Rynku na stadion. Na czele jechała duża bryka, na której jechali starsi kumple z drużyny. Tuż za nimi waliła orkiestra i kupa ludzi. Kierowca konnego pojazdu Czechu Podkowiak nie był z naszej gminy i nie widział, jaką trasą ma jechać. Zamiast skręcić na Rynku w lewo pojechał prosto zliczając dwie następne ulice nadkładając kilometr. Śmialiśmy się i żartowaliśmy mówiąc, że może by tak jeszcze ze dwie rundki zrobić w szybkim tempie dookoła Starówki to chmury rozpędzimy i nie będzie padać. Ale i bez tego niebo się nad nami zlitowało i się rozpogodziło. Odetchnąłem z ulgą mając na uwadze swój garnitur i słowa przestrogi mojej połowicy. Gdy wydawało się, nic się już dziwnego nie przytrafi na zakręcie ulicy jeden z koni się potknął. Na chodniku stał Ignac Puzon, który krzyknął do woźnicy czy jego szkapy mają ustawione zbieżność kopyt. Chłopsko aż gębę otworzył, bo po raz pierwszy coś takiego usłyszał. Nagle konie zarżały. Ignac krzyczy do woźnicy – gościu a te „greki” to araby”?.
A to, czemu nie na żarty zapytał kierowca podwody. Nie słyszysz, że jakoś taką rżą „dzihad” – odparł Ignac. Rozmawiali głośno to wielu słyszało, o czym dyskutują. Miejscowi znali Puzona i wiedzieli, że robi sobie jaja z woźnicy. Chłop też połapał się, że ten robi go w wała i krzyknął „pry”. Jeszcze konie nie stanęły a Czechu Podkowiak uzbrojony w bat zeskoczył z siedziska i z okrzykiem „ja ci ty bucu złamany dam zbieżność kopyt, araby, dzihad i pędem ruszył w stronę dowcipnisia. Ignac zorientował się, że żarty się skończyły i wziął nogi za pas. Co ci będę więcej mówił. Fajnie było na imprezie. Dostałem ponownie po pięciu latach „srebrną blachę” i nie wiem, czy tak dla jaj czy przez pomyłkę. Pogadaliśmy, wypiliśmy i dość późno wróciłem na paluszkach do chaty.
Po tym długim opowiadaniu Marian Lichy zamilkł. Wnikliwie spojrzał na Hipolita Mizerkę. Kumpel spokojnie trawił to, co usłyszał, po czym rzekł:
– Maryś ty miałeś swoje święto w niedzielę, a ja niezły ubaw już w sobotę. Posłuchaj, bo były niezłe jaja – nie czekając zaczął Hipolit. Od kliku dni moja Kundzia nawijała mi, że musimy iść na koncert tego Rufina Brzozy. W chacie nic innego nie leciało z różnego rodzaju odtwarzaczy jak piosenka „Tak blisko, tuż, tuż, na styk”, czy jakoś tak. Kobieta dostała na jego punkcie fioła. Po południu zaczęło się chmurzyć. Dalej były błyskawice, grzmoty i na koniec lunęło. Dobra nasza pomyślałem. No to nici z koncertu. Już chciałem wysączyć piwko, ale zastopowały mnie słowa Kundzia – nawet nie próbuj. Gdyby nawet brony leciały z nieba to i tak idziemy na stadion. Muszę zobaczyć swojego idola. Na długo przed planowanym występem byliśmy pod sceną, po której, jak ze sraczką biegali technicy i elektrycy. Aura sprawiła, że występ tego gościa od ckliwych piosenek sporo się opóźniła. Stało się tak z powodu nieszczelnego dachu i zacinającego z boku deszczu. Kable dostały wody i coś w aparaturze zwierało i piszczało. Nie dało się tego słuchać. Wreszcie późnym wieczorem usterkę usunięto i wyszedł na scenę gwiazdor wieczoru. Ledwo zaśpiewał jedną piosenkę, a już miał przygodę.
– Czy to Twoja wskoczyła na scenę? – wtrącił Marian.
– Moja nie, ale taki jeden facet na szklanym dopingu – tak. Nikt dokładnie nie widział jak, zrobił w konia ochraniarzy i wprysł na scenę. Dorwał się do mikrofonu i wrzeszczy – jestem sołtysem wioski oddalonej niewiele od Stęszewa i jestem twoim gorącym fanem. Ktoś z publiki krzykną buzi, a inny „idź na całość”. Wiara się podzieliła. Jedni pokładali się ze śmiechu. Drudzy gwizdali i wrzeszczeli, aby sołtysa wywalić na zbity pysk. Zaskoczony piosenkarz miał pełne pory strachu. Mocno nadrabiał miną. Próbował żartować mówiąc, że wolałby, aby na scenę zamiast facetów wchodziły fajne babki. Ochraniarze wkroczyli do akcji i sołtysa ściągnęli ze sceny. Byłem ubawiony po pachy. Sądziłem, że będzie po występie. Ku mojej rozpaczy Brzoza dokończył występ. Moja była w siódmym niebie. Z kolei ja, jeszcze bardziej go znielubiłem.
– Nie ma, co ukrywać trochę się działo i fajnie było. Z tym kumple jednomyślnie się zgodzili.
# „Kl”, co jakiś czas przypomina, że miejsca, czas i osoby pojawiające się tekstach „pół żartem pół serio” są przypadkowe, choć czasem oparte na prawdziwych zdazrzeniach.
Seweryn Kaczmarek

Jak to w Stęszewie z wodą było – Część 3 
W ostatniej części zakończyliśmy, jak to w latach 60 – tych ubiegłego wieku było z praniem w Stęszewie. Pranie było planowane z około tygodniowym wyprzedzeniem. W rodzinie ojciec lub najstarszy syn musieli załatwić wolny dzień, aby z pompy żeliwnej napompować do ok. 50 wiader wodę, przynieść do domu. Matki i dzieci biegały po sąsiadach i pożyczały wiadra, wanienki, beczki do wody wszyscy chętnie pożyczali, bo wiedzieli że za parę dni sami będą potrzebować. Pamiętam że ludzie z ul. Laskowej, szpitalnej po wodę chodzili do studni, która była na podwórku przy domu, który przed wojną należał do Wacława Vogla, człowieka bogatego, którego już szczegółowo opisywałem w czasie drugiej wojny w tym budynku był Deutches Haus (Niemiecki dom) jeszcze od czasu wojny do lat 70-tych ubiegłego wieku inaczej nie mówiono tylko „Idź po wodę do Deutches Haus” to wiadomo było że woda jest potrzebna do prania. Jak matki kazały iść po wodę na plac koło piekarni to było wiadomo że woda jest potrzebna do przygotowania jedzenia, picia i parzenia kawy. W tamtych czasach w każdej kuchni na stole stał duży dzban z kawą zbożową i mlostkiem z kwaśnym mlekiem. Całe lato w kuchni stał duży garnek z kompotem kompoty były gotowane z owoców z ogrodu, były to jabłka, rabarbar, porzeczki, śliwki. Bliżej jesieni z Korbola (Dyni), i innych owoców. Latem kompot trzeba było schłodzić. Matka brała duży garnek lała do niego zimną wodę w tę wodę wstawiano garnek z kompotem. Wodę zmieniało się kilka razy. Pamiętam jak kiedyś na studni stał garnek z kompotem, matka powiedziała do siostry „Zmień wodę w kompocie”. Siostra wylała wodę z kompotu zostawiając owoce na dnie, zalała świeżą wodą. Mata po krótkim czasie przelała kompot do dzbana, dziwiąc się że kompot taki „Cienki”. Matka zaczęła krzyczeć „Coś ty zrobiła z tym kompotem ?!” siostra na to „Zrobiłam tak jak kazałaś, zmieniłam wodę w kompocie”. Jak matka kazała iść po wodę na dworzec kolejowy to było wiadomo że będzie pranie w domu. Zawsze jak było pranie to na obiad była grochówka z chlebem był to obiad, którego gotowanie zajmowało bardzo mało czas, lało się wodę z dworca do garnka, wrzucało groch i dodatki i zupa sama się długo gotowała na piecu. Woda z dworca nadawała się idealnie na grochówkę bo była miękka. Pochodziła z dna jeziora lipno. Dworzec kolejowy to było pierwsze miejsce w Stęszewie gdzie woda leciała ze ściany. Po roku 1908 ludzie nie wierzyli że woda leci ze ściany, chodzili na dworzec i podziwiali, mówili że to cud. Jak może woda lecieć ze ściany. Pranie rozpoczynało się rychło rano. Ogień w kuchni trzeba było rozpalić, nalać w duży kocioł wody do gotowania prania, dużo wanien w latach 60-tych było z drewna do wanien wlewano wodę, na tarce lub nożem skrobano płatki z kostki szarego mydła. Mydło nazywało się „Biały Jeleń” produkowane było ze zwierzęcego tłuszczu. Naród Niemiecki w czasie II wojny światowej produkował na masową skalę mydło z Polaków w fabryce w Gdańsku Wrzeszczu. Co opisywała w książce Zofia Nałkowska „Medaliony”, którą wydano w dwudziestą rocznicę wyzwolenia Niemieckiego obozu śmierci w Oświęcimiu. Książka rozpoczyna się słowami „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Zofia Nałkowska nazwała w tej książce Niemców ludźmi. Ja bym proponował, jak już kiedyś pisałem aby w encyklopediach był zapis „Ziemię zamieszkują ludzie, zwierzęta i Niemcy”. Piszę te słowa z goryczą ponieważ mój dziadek był Niemcem. Germanie z Honoru, gościnności, pracowitości i uczciwości nie mieli 10% tego co mieli Słowianie, prusacy. Prusaków Germania wraz z Watykanem wymordowali prawie wszystkich Słowian się im nie udało bo Mieszko zgodził się na Chrzest i ślub z Dobrawą, aby uratować Słowian od zguby, zagłady Watykan w roku 966 wraz z Germanią tylko czekał na protest Mieszka, lecz Słowiańska dusza gościnna. Mieszko zgodził się na wszystkie warunki i musieli odjechać. Co im było nie na rękę. Podsumowując wszystko w roku 966 nie było chrztu polski. To był pierwszy podstępny ohydny zbrojny rozbiór Polski przez Watykan i Germanię. I tu można zacytować słowa używane przez Historyków „Tylko zwycięzcy będą pisać Historię”. W następnej części wrócimy do tematu jak to w Stęszewie z wodą i praniem było. C.D.N
Zbigniew Tomaszewski

Antoni Thum (1889-1951) – przedwojenny właściciel browarów cz. 3

Pisaliśmy w poprzednim numerze, że podczas Grodziskiego Piwobrania  dzięki staraniom Towarzystwa Miłośników Ziemi Grodziskiej upamiętniona została postać Antoniego Thuma – przedwojennego właściciela grodziskich browarów. Ukazała się też książka oraz odsłonięto pomnik legendarnego przedwojennego piwowara. Autorem książki jest wnuk A. Thuma, obecnie mieszkaniec Świebodzina.

Przypominaliśmy, że Antoni Thum  urodził się 17 czerwca 1889 roku w Grodzisku. Pochodził z rodziny austriackiej,  która około roku 1886 osiedliła się w Grodzisku. Jego ojciec- Karol Thum – wywodził się ze znanej rodziny piwowarów, zamieszkałej w Elbogen (obecnie Łokieć) w pobliżu Karlowych Warów, która posiadała tam własny browar. Matka – Amalia- pochodziła z ubogiej rodziny góralskiej. Osiedlili się w Grodzisku, gdzie przy ulicy Zamkowej  (obecnie 27 Stycznia ) założyli fabrykę słodu. Antoni do Szkoły Powszechnej uczęszczał w Grodzisku, a następnie ukończył szkołę techniczną o kierunku piwowarskim w Berlinie. W 1921 roku poślubił Zofię Nowak, córkę właściciela grodziskiej piekarni i hurtowni zboża.

Poprzedni odcinek wspomnień skończyliśmy tym, że Antoni Thum w latach dwudziestych nabył podupadające, grodziskie browary i wyniósł je na wysoki poziom. Z własnych oszczędności oraz z pieniędzy wniesionych w posagu żony, nabył w 1922 roku udziały niemieckie w grodziskich browarach powołując jednocześnie Browary Grodziskie S.A. Pod jego kierownictwem browary doszły do największej świetności. Produkowane w nich piwo oraz słód, eksportowane było w okresie międzywojennym do 37 krajów niemal na wszystkich kontynentach. W połowie lat trzydziestych rozpoczął się eksport piwa  do Stanów Zjednoczonych, gdzie napój cieszył się dużym powodzeniem wśród tamtejszej polonii. Pewna ilość piwa wysłana była również do Hongkongu i dalej na rynek chiński. Ogromna popularność produkowanego „Piwa Grodziskiego” skłoniła Antoniego Thuma do podjęcia w 1941 roku rozbudowy browarów. Wybuch II wojny światowej zmienił plany. W latach 1942-1943 piwo grodziskie masowo wysyłano do Afryki, gdzie doskonale znosiło tamtejszy klimat. Piwo cieszyło się ogromnym powodzeniem wśród żołnierzy gen. Erwina Rómmela z Afryka Korpus.

Po wyzwoleniu Grodziska w 1945 roku Antoni Thum pozostał w Grodzisku. Będąc Austriakiem został w czasie okupacji wpisany na niemiecką listę narodowościową i z tego tytułu w 1945 roku uczestniczył w procesie rehabilitacyjnym, który oczyścił go ze wszystkich podejrzeń. W 1945 roku browary zostały przejęte przez państwo, a Antoni Thum rozpoczął pracę w browarach we Wrześni, w których posiadał własne udziały. W październiku 1950 roku i ten browar został przejęty przez państwo. Ograbiony z własnego majątku, gnębiony domiarami podatkowymi, ostatnie miesiące życia przeżył w ciężkich warunkach materialnych.

Antoni Thum należał do najwybitniejszych postaci międzywojennego Grodziska. W czasie powstania wielkopolskiego 1918-1919 roku materialnie wspomagał oddziały powstańcze i czynnie zachęcał swoich pracowników do wstąpienia w szeregi powstańcze. Samochody i wozy z grodziskich browarów bardzo często przewoziły zaopatrzenie i broń dla wałczących oddziałów. Wielokrotnie pomagał rodzinom po poległych powstańcach i żołnierzach.

W okresie międzywojennym był członkiem grodziskiego Magistratu oraz Rady Miejskiej. Działająca do dziś Grodziska Orkiestra Dęta została założona w 1929 roku przez właściceila Browarów. Z własnych środków wyposażył ją w instrumenty i mundury.

Przez wiele lat pełnił społecznie funkcję naczelnika, a następnie prezesa OSP w Grodzisku, doprowadzając organizację do największej świetności. Materialnie wspomagał wszystkie inicjatywy społeczne w Grodzisku. Uczestniczył w budowie Pomnika Powstańców Wielkopolskich, Kosynierów Grodziskich, uczestniczył w odnowie pomnika Jana Nepomucena i budowie Groty przed Szpitalem.

Troska o pracowników, pomoc biednym oraz udział w licznych akcjach charytatywnych potrafiły mu zjednać mieszkańców Grodziska. Był miedzy innymi głównym sponsorem, pierwszej w historii naszego miasta monografii zatytułowanej „Grodzisk Wielkopolski. Przeszłość, zabytki, ludzie” autorstwa Hilarego Majkowskiego.

Na szczególne uznanie zasługuje jego postawa w czasie okupacji hitlerowskiej, kiedy wykorzystując własną pozycję, pomagał wielu Polakom broniąc ich przed aresztowaniami i wywózkami.

Antoni Thum zmarł 23 marca 1951 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Grodzisku.

Sebastian Skrzypczak