czwartek, 24 Maj 2018

2016 Czerwiec

Antoni Thum (1889-1951) – przedwojenny właściciel browarów cz. 2
Pisaliśmy w poprzednim numerze, że podczas Grodziskiego Piwobrania dzięki staraniom Towarzystwa Miłośników Ziemi Grodziskiej upamiętniona została postać Antoniego Thuma – przedwojennego właściciela grodziskich browarów. Ukazała się też książka oraz odsłonięto pomnik legendarnego przedwojennego piwowara. Autorem książki jest wnuk A. Thuma, obecnie mieszkaniec Świebodzina.
Przypominaliśmy, że Antoni Thum urodził się 17 czerwca 1889 roku w Grodzisku. Pochodził z rodziny austriackiej, która około roku 1886 osiedliła się w Grodzisku. Jego ojciec- Karol Thum – wywodził się ze znanej rodziny piwowarów, zamieszkałej w Elbogen (obecnie Łokieć) w pobliżu Karlowych Warów, która posiadała tam własny browar. Matka – Amalia- pochodziła z ubogiej rodziny góralskiej. Osiedlili się w Grodzisku, gdzie przy ulicy Zamkowej (obecnie 27 Stycznia ) założyli fabrykę słodu. Antoni był jednym z siedmioroga dzieci. Do Szkoły Powszechnej uczęszczał w Grodzisku, a następnie ukończył szkołę techniczną o kierunku piwowarskim w Berlinie. W 1921 roku poślubił Zofię Nowak, córkę właściciela piekarni oraz hurtowni zboża
Na tym skończyliśmy poprzedni odcinek wspomnień o naszym bohaterze. Dziś dodamy, że Zofia mieszkała przy ulicy Bukowskiej w Grodzisku. Z tego związku urodziła się jedyna córka Irena.
Antoni Thum w latach dwudziestych nabył podupadające, grodziskie browary i wyniósł je na wysoki poziom. Z własnych oszczędności oraz z pieniędzy wniesionych w posagu żony, nabył w 1922 roku udziały niemieckie w grodziskich browarach powołując jednocześnie Browary Grodziskie S.A. Pod jego kierownictwem browary doszły do największej świetności. Produkowane w nich piwo oraz słód, eksportowane było w okresie międzywojennym do 37 krajów niemal na wszystkich kontynentach. W połowie lat trzydziestych rozpoczął się eksport piwa do Stanów Zjednoczonych, gdzie napój cieszył się dużym powodzeniem wśród tamtejszej polonii. Pewna ilość piwa wysłana była również do Hongkongu i dalej na rynek chiński.
Ogromna popularność produkowanego „Piwa Grodziskiego” skłoniła Antoniego Thuma do podjęcia planów rozbudowy browarów. Nowa fabryka miała się zaliczać do największych w Wielkopolsce i jej lokalizacje przewidziano na terenach przy ulicy Poznańskiej. Uruchomienie browarów przewidziano na 1941 rok. Niestety, wybuch II wojny światowej przekreślił wszystkie plany. W okresie okupacji hitlerowskiej Antoni Thum nadal kierował grodziskimi browarami, chociaż były one pod nadzorem niemieckim. Większość produkowanego wówczas piwa trafiała na potrzeby armii niemieckiej. W latach 1942-1943 piwo grodziskie masowo wysyłano do Afryki, gdzie doskonale znosiło tamtejszy klimat. Piwo cieszyło się ogromnym powodzeniem wśród żołnierzy gen. Erwina Rómmela z Afryka Korpus. W latach pięćdziesiątych XX wieku w okolicach Tobruku odnaleziono zakopane w piasku skrzynki grodziskiego piwa, które podobno nadawały się do spożycia.
Tymczasem po wyzwoleniu Grodziska w 1945 roku Antoni Thum pozostał w Grodzisku. Będąc Austriakiem został w czasie okupacji wpisany na niemiecką listę narodowościową i z tego tytułu w 1945 roku uczestniczył w procesie rehabilitacyjnym, który oczyścił go ze wszystkich podejrzeń. W 1945 roku browary zostały przejęte przez państwo, a Antoni Thum rozpoczął pracę w browarach we Wrześni, w których posiadał własne udziały. W październiku 1950 roku i ten browar został przejęty przez państwo. Ograbiony z własnego majątku, gnębiony domiarami podatkowymi, ostatnie miesiące życia przeżył w ciężkich warunkach materialnych.
Antoni Thum należał do najwybitniejszych postaci międzywojennego Grodziska. W czasie powstania wielkopolskiego 1918-1919 roku materialnie wspomagał oddziały powstańcze i czynnie zachęcał swoich pracowników do wstąpienia w szeregi powstańcze. Samochody i wozy z grodziskich browarów bardzo często przewoziły zaopatrzenie i broń dla wałczących oddziałów. Wielokrotnie pomagał rodzinom po poległych powstańcach i żołnierzach. W okresie międzywojennym był członkiem grodziskiego Magistratu oraz Rady Miejskiej. W 1929 roku założył Orkiestrę Dętą OSP w Grodzisku (do dziś działająca jako Grodziska Orkiestra Dęta), którą z własnych środków wyposażył w instrumenty oraz mundury. Przez wiele lat pełnił społecznie funkcję naczelnika, a następnie prezesa OSP w Grodzisku, doprowadzając organizację do największej świetności. Miedzy innymi materialnie wspomagał wszystkie inicjatywy społeczne w Grodzisku. Uczestniczył w budowie Pomnika Powstańców Wielkopolskich, Kosynierów Grodziskich, uczestniczył w odnowie pomnika Jana Nepomucena i budowie Groty przed Szpitalem. Troska o pracowników, pomoc biednym oraz udział w licznych akcjach charytatywnych potrafiły mu zjednać mieszkańców Grodziska. Był miedzy innymi głównym sponsorem, pierwszej w historii naszego miasta, monografii pt: „Grodzisk Wielkopolski. Przeszłość, Zabytki, Ludzie” autorstwa Hilarego Majkowskiego. Na szczególne uznanie zasługuje jego postawa w czasie okupacji hitlerowskiej, kiedy wykorzystując własną pozycje pomagał wielu Polakom, broniąc ich przed aresztowaniami i wywózkami.
Antoni Thum zmarł 23 marca 1951 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Grodzisku.

Z czuba
– Dwudziestu dwóch kolesi biega po trawie za jednym, skórzanym przedmiotem. Połowa chce za wszelką cenę dokopać tej drugiej połowie. Jak sądzisz, co ta za dyscyplina sportu? – zapytał kumpla Marian Lichy.
Hipolit Mizerka udawał, że przyjaciel zabił mu niezłego klina. Po chwili, gdy Marian zaczął ironicznie się uśmiechać rzekł:
– Czyżbyś pytał o piłkę nożną, zwaną gdzie niegdzie kopaną?
– Tak dokładnie, tak! I pewnie nie wiesz, dlaczego mnie to interesuje? – ponownie zapytał Marian.
– Może nie jestem wielkim znawcą futbolu, ale wiem, że odbywają się mistrzostwa Starego Kontynentu w piłce nożnej – spokojnie odpowiedział Hipolit.
– Masz na czym oglądać transmisję? Czy twoja Kundzia zezwala ci na korzystanie z telewizora, gdy w tym czasie leci jej ulubiony serial pt „Luciela za chłopami ślipiami strzela”? – ironicznie dopytywał Marian.
– Po tym, co ci powiem, to zęby ci się spocą z zawiści. O,j zdziwisz się Maryś, oj zdziwisz i to w tym momencie!
Nie czekając na reakcję kumpla Hipolit dokończył”
– Mam plazmę marki „S”, która ma skromne czterdzieści cali. Obraz, jak w kinie, a kolory, jak w bajce.
– Nie! Nie uwierzę, jak nie zobaczę. Skąd, kiedy, za co? – stękał kompletnie zaskoczony Marian.
– Jak jesteś ciekawy, to sobie nos włóż do kawy. Jeżeli ci nie minie, to włóż kichawę do wrzątku – Hipolit odkuł się na przyjacielu.
– Taki z ciebie kumpel. Przyjacielowi nie chcesz powiedzieć. Nie igraj z ogniem – błagał i zarazem straszył Marian.
– Skoro tak ładnie i grzecznie prosisz, to już ci powiem. Zwrócili mi trochę kasy z rocznego rozliczenia „pita” i trochę dołożyli teściowie – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Już ja wiem, jakie były proporcje tej pozyskanej, niespodzianie kasy. Ze „skarbówki” dostałeś „stówę”, a dwa tysiące dołożyli ci teściowie – nie wytrzymał Marian.
– Kolego, a czy w tym jest coś zdrożnego, że po latach dołożyli coś do posagu swojej córce. Ważne jest to, że w chacie mam dwa telewizory w tym nowiuteńką „plazmę”- wyjaśnił Hipolit.
Przez chwilę Marian milczał. W swojej głowie coś rozważał.
– Pan Bóg kazał się dzielić – nagle zagadał.
– Tak, to prawda, ale bez przesady. Wszystko zależy od tego, czy można się tym podzielić w konkretnym przypadku i w jakim miejscu. Na poparcie tego posłuchaj mojego przykładu – rzekł Hipolit. Po nabożeństwie do zakrystii przyszedł wzruszony parafianin. Pozdrowił księdza i mówi – ładne było kazanie. „A co szczególnie ci utkwiło w pamięci”- zapytał duchowny. Dokładnie to, jak Jesus kazał się dzielić. „I co z tego?” – dopytywał kapłan. Ano to, że Wielebny ma dwie pary spodni, a ja jedną, która już jest pełna dziur i tylko patrzeć, jak zleci mi z rzyci – wyjaśnił parafianin. „Słuchałeś kazania, ale niewiele z niego zrozumiałeś. Owszem Syn Boży kazał się dzielić, ale mówił, że „onego czasu”. Tak, więc po drugą parę spodni możesz przyjść „onego czasu” – tłumaczył ksiądz. Ale, ale to jest bez sensu i niczego nie określa – rzekł wkurzony parafianin i bez słowa wyszedł z zakrystii.
– Skoro ty do mnie starujesz z jakimiś jajcami, to ja też mam coś dla ciebie – odparł Marian. Przyszedł żyd do żyda, gdy ten jadł obiad. Widzę, że konsumujesz smaczną wątróbkę. Daj trochę – poprosił. Nie mogę, bo w niej sama kość – odparł.
– To żeśmy sobie pogadali, a teraz do rzeczy – przerwał Hipolit. Nie owijaj w bawełnę tylko wal prosto z mostu. Kumam, że coś w tej twojej makówie się urodziło. Sądzę, że chcesz, abym podzielił się z tobą moim telewizorem.
– Masz rację – natychmiast zaczął Marian. Ty masz nowy telewizor, to meczyki naszej reprezentacji byśmy mogli oglądać u ciebie. Zapewniam cię, ze z pustym łapami do ciebie nie przyjdę.
– Nie, to niemożliwe. Co na to powie moja Kundzia – ze strachem w oczach biadolił Hipolit.
– To już twoje zmartwienie. Bez względu na to, jak i co ty zrobisz, to ja i tak w bucie w piwnicy będę miał schowane flaszkę i dwie puszki piwa – mówił Marian bacznie patrząc w oczy kumpla.
Ten mocował się ze myślami. Z jednej strony bał się małżonki, ale z drugiej miał nieustanne parcie na szkło. Przy takim sportowym święcie łyczek czegoś ostrego by się przydał. Moja wywali mnie z chaty, a i może zabije przed śmiercią. Targany rozterkami ledwie dosłyszał słowa kumpla:
– Nie wiem, czy wiesz, że ten pierdoła Ignac Cipciak też kupił nowy duży telewizor. On na pewno mnie przygarnie.
Niech się dzieje, co chce pomyślał Marian i głośno rzekł:
– Dobra Maryś, ja biorę Kundzię na siebie. Wstawię jej bajer, że masz kiepski telewizor i bardzo prosisz, abyś mógł oglądać z nami zawody. Musisz jednak przyjąć do widomości, że na meczu nie łykniemy, ani grama alkoholu i zachowujemy się poprawnie. W przeciwnym razie moja wywali nas z mieszkania na zbity pysk.
Słowa kumpla mu się nie podobały, ale tym razem puścił je płazem.
– Dobra jest, ale zaraz po meczu zapraszam cię do piwnicy. Jak się urwiesz z chaty, to już jednak twoja sprawa. Nie przyjdziesz, to nie skasujesz „szklanego biletu” – śmiejąc się mówił Marian.
– Poczekaj przyjacielu – nieśmiało zastopował kumpla Hipolit. A o co chodzi w tym powiedzeniu z „czuba”.
– To proste, jak słońce: ze szpica, z gigra, śpilorkiem, z dużego palca to, to samo, co z czuba. Technicznymi sprawami kopanej zajmiemy się innym razem – rzekł na odchodne Marian.
Seweryn Kaczmarek

Antoni Thum (1889A-1951) – przedwojenny właściciel browarów
Podczas Grodziskiego Piwobrania dzięki staraniom Towarzystwa Miłośników Ziemi Grodziskiej upamiętniona została postać Antoniego Thuma – przedwojennego właściciela grodziskich browarów. Ukazała się książka oraz odsłonięto pomnik legendarnego przedwojennego piwowara. Autorem książki jest Zachariasz Wojciechowski, były nauczyciel grodziskiego Liceum im. J. Słowackiego – wnuk A. Thuma, obecnie mieszkający w Świebodzinie. Dla wielu starszych mieszkańców Grodziska postać Thuma jest znana. Młodszym przybliża ją Andrzej Mańkowski –regionalista, członek Towarzystwa Miłośników Ziemi Grodziskiej, który współpracował z Zachariaszem Wojciechowskim przy pisaniu książki o A. Thumie
Antoni Thum urodził się 17 czerwca 1889 roku w Grodzisku. – opowiada A. Mankowski. Pochodził z rodziny austriackiej, która około roku 1886 osiedliła się w Grodzisku. Jego ojciec- Karol Thum – wywodził się ze znanej rodziny piwowarów, zamieszkałej w Elbogen (obecnie Łokieć) w pobliżu Karlowych Warów, która posiadała tam własny browar. Matka – Amalia- pochodziła z ubogiej rodziny góralskiej. Mezalians Karola był bezpośrednim powodem opuszczenia rodzinnych stron i osiedlenia się w Grodzisku, gdzie przy ulicy Zamkowej (obecnie 27 Stycznia ) założył fabrykę słodu. Antoni Thum był jednym z siedmioroga dzieci. Do Szkoły Powszechnej uczęszczał w Grodzisku, a następnie ukończył szkołę techniczną o kierunku piwowarskim w Berlinie. Od najmłodszych lat pobierał naukę w browarze kierowanym przez swojego ojca, gdzie przeszedł wszystkie szczeble kariery zawodowej od „kulania beczek” po piwowara. Dodatkowo w latach 1904- 1907 terminował jako czeladnik w browarach należących do Konstantczaka i Weberskiego w Gnieźnie. W 1921 roku poślubił Zofię Nowak, córkę Macieja Nowaka właściciela piekarni oraz hurtowni zboża przy ulicy Bukowskiej w Grodzisku, a także właściciela młyna w Wolsztynie. Z tego związku urodziła się jedyna córka Irena.
A.Thum w latach dwudziestych nabył podupadające grodziskie browary i wyniósł je na wysoki poziom. Z własnych oszczędności oraz z pieniędzy wniesionych w posagu żony, nabył w 1922 roku udziały niemieckie w grodziskich browarach powołując jednocześnie Browary Grodziskie S.A.- kontynuuje swoją opowieść A. Mańkowski. Pod jego kierownictwem browary doszły do największej świetności. Produkowane w nich piwo oraz słód, eksportowane było w okresie międzywojennym do 37 krajów niemal na wszystkich kontynentach. W połowie lat trzydziestych rozpoczął się eksport piwa do Stanów Zjednoczonych, gdzie napój cieszył się dużym powodzeniem wśród tamtejszej polonii. Pewna ilość piwa wysłana była również do Hongkongu i dalej na rynek chiński.
Ogromna popularność produkowanego „Piwa Grodziskiego” skłoniła Antoniego Thuma do podjęcia planów rozbudowy browarów. Nowa fabryka miała się zaliczać do największych w Wielkopolsce i jej lokalizacje przewidziano na terenach przy ulicy Poznańskiej. Uruchomienie browarów przewidziano na 1941 rok. Niestety, wybuch II wojny światowej przekreślił wszystkie plany. W okresie okupacji hitlerowskiej Antoni Thum nadal kierował grodziskimi browarami, chociaż były one pod nadzorem niemieckim. Większość produkowanego wówczas piwa trafiała na potrzeby armii niemieckiej. W latach 1942-1943 piwo grodziskie masowo wysyłano do Afryki, gdzie doskonale znosiło tamtejszy klimat. Piwo cieszyło się ogromnym powodzeniem wśród żołnierzy gen. Erwina Rómmela z Afryka Korpus. W latach pięćdziesiątych XX wieku w okolicach Tobruku odnaleziono zakopane w piasku skrzynki grodziskiego piwa, które podobno nadawały się do spożycia.
Tymczasem po wyzwoleniu Grodziska w 1945 roku Antoni Thum pozostał w Grodzisku. Będąc Austriakiem został w czasie okupacji wpisany na niemiecką listę narodowościową i z tego tytułu w 1945 roku uczestniczył w procesie rehabilitacyjnym, który oczyścił go ze wszystkich podejrzeń. W 1945 roku browary zostały przejęte przez państwo, a Antoni Thum rozpoczął pracę w browarach we Wrześni, w których posiadał własne udziały. W październiku 1950 roku i ten browar został przejęty przez państwo. Ograbiony z własnego majątku, gnębiony domiarami podatkowymi, ostatnie miesiące życia przeżył w ciężkich warunkach materialnych.
Antoni Thum należał do najwybitniejszych postaci międzywojennego Grodziska. W czasie powstania wielkopolskiego 1918-1919 roku materialnie wspomagał oddziały powstańcze i czynnie zachęcał swoich pracowników do wstąpienia w szeregi powstańcze. Samochody i wozy z grodziskich browarów bardzo często przewoziły zaopatrzenie i broń dla wałczących oddziałów. Wielokrotnie pomagał rodzinom po poległych powstańcach i żołnierzach. W okresie międzywojennym był członkiem grodziskiego Magistratu oraz Rady Miejskiej. W 1929 roku założył Orkiestrę Dętą OSP w Grodzisku (do dziś działająca jako Grodziska Orkiestra Dęta), którą z własnych środków wyposażył w instrumenty oraz mundury. Przez wiele lat pełnił społecznie funkcję naczelnika, a następnie prezesa OSP w Grodzisku, doprowadzając organizację do największej świetności. Miedzy innymi materialnie wspomagał wszystkie inicjatywy społeczne w Grodzisku. Uczestniczył w budowie Pomnika Powstańców Wielkopolskich, Kosynierów Grodziskich, uczestniczył w odnowie pomnika Jana Nepomucena i budowie Groty przed Szpitalem. Troska o pracowników, pomoc biednym oraz udział w licznych akcjach charytatywnych potrafiły mu zjednać mieszkańców Grodziska. Był miedzy innymi głównym sponsorem, pierwszej w historii naszego miasta, monografii pt: „Grodzisk Wielkopolski. Przeszłość, Zabytki, Ludzie” autorstwa Hilarego Majkowskiego. Na szczególne uznanie zasługuje jego postawa w czasie okupacji hitlerowskiej, kiedy wykorzystując własną pozycje pomagał wielu Polakom, broniąc ich przed aresztowaniami i wywózkami.
Antoni Thum zmarł 23 marca 1951 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Grodzisku.

Strajki szkolne w Grodzisku.

W tym roku mija 110 lat od momentu kiedy na ziemi grodziskiej doszło do fali strajków szkolnych. Wielu z nas kojarzy strajki szkolne z Wrześnią. Tymczasem w wielu miejscowością naszego powiatu w tym w samym Grodzisku doszło do szkolnego protestu dzieci. Przyczyną była oczywiście germanizacja szkolnictwa prowadzona przez Prusaków. Czarę goryczy przelało wprowadzenie nauczania religii w języku niemieckim. W latach 1906- 1907 w Grodzisku 296 dzieci wzięło udział w strajku. W Rakoniewicach zastrajkowało 150 dzieci.

W opracowaniu Biblioteki PAN w Kórniku zachowała się relacja Tadeusza Skrzydlewskiego, brata Józefa – późniejszego dowódcy grodziskich oddziałów powstańczych z 1918 /19 roku opisujące przebieg strajku w Grodzisku. Oto jego obszerne fragmenty:

„W roku 1906 zarządzeniem władz pruskich o ostatecznym zlikwidowaniu nawet w najniższych klasach nauki religii, języku polskim, cała polska młodzież przystąpiła do demonstracji, strajku szkolnego, w którym z starszym  o rok bratem Józefem brałem czynny udział. Tak zwany drugi strajk szkolny w latach 1906- 07 rozpoczął się kiedy byłem klasy czwartej. Zgodnie z zarządzeniem władz pruskich rozpoczęto naukę religii w języku niemieckim. W naszej klasie rozpoczął ją wykładać nauczyciel zniemczony Polak- katolik Jeschonek, renegat. Strajk rozpoczął się tym że dzieci polskie nie reagowały na program ustalony tryb lekcji religii w języku niemieckim. Normalnie nauczyciel wchodząc do klasy rozpoczynał lekcje od wspólnej z dziećmi modlitwy. W tym wypadku nauczyciel Jeschonek pozdrowił klasę niemieckim zwrotem: „Gelbt sie Jezus Christus”, Na to pozdrowienie nikt mu nie odpowiedział i z tym momentem rozpoczął się strajk szkolny. Naszym milczeniem był zaskoczony i wzburzony renegat  nauczyciel – więc dążył do wyjaśnienia naszego zachowania i domagał się odpowiedzi dlaczego milczymy, grożąc zastosowaniem kar. W następstwie wywołał ucznia Kazimierza Knolla i zapytał go: „ Dlaczego nie odpowiedziałeś na moje pozdrowienie?”. Ponieważ Knoll uparcie milczał, Joschonek bił go po twarzy domagając się odpowiedzi, lecz to nie pomogło, więc zwrócił się do całej klasy, że nas zmusi do odpowiedzi w języku niemieckim i rozpoczął prowadzenie religii(…) Nauczyciel Joschonek chcąc wykazać się gorliwością w spełnieniu swojego obowiązku wywoływał kolejno uczni Polaków i zadawał pytania z religii nie otrzymując od uczniów odpowiedzi, kazał im się kłaść na ławkę i wymierzał trzciną dziesięć uderzeń chłosty. W ten sposób została ukarana całą klasa około czterdziestu uczni. (…) Wypada im podkreślić, że przystąpienie do strajku większości polskich dzieci wzbudziło zachwyt i poparcie starszego społeczeństwa polskiego (…)

W Rakoniewicach strajk przebiegał równie dramatycznie. Regionalista D. Wajs przytacza nazwiska niektórych uczestników strajku. Są wśród nich m.in. Józefa z Lemańskich Pazgratowa, Maria z Budów Szczepańska, Józefa z Kozów Dudkiewiczowa, Stanisława Kaczorówna, Maria z Ciesielskich Murkowska, Franciszka z Kubalów Strugałowa, Magdalena z Hejtów Klorkowa, Władysława z Przybyszów Kasprowiakowa, Agnieszka z Wieczorków Schumacherowa, Maria z Wyrwińskich Janusowa, Helena z Morkowskich Roszakowa, Zofia z Myssaków Lipowiczowa, Brunon Buda, Aleksandr Morkowski, Jakub Lemańczyk, Franciszek Bilski, Franciszek Lemański, Jan Nowak, Józef Krysmann, Stefan Myssak,  Ludwik Żak. Najdłużej strajkującym uczniem był Feliks Mania.

 

Pokój nieporozumień

Dzień bez spotkanie dwóch zabitych kumpli Marian Lichego z Hipolitem Lichym byłby stracony. Nie inaczej było w piękny czerwcowy poranek. Wygodnie rozsiedli się na ocienionej ławce nad rzeczką. Po chwili ucięli sobie rozmowę.

Powiedz mi Hipolit, co jest najczęstszym powodem rozwodów – zadał pytanie Marian.

Odpowiedź jest prosta jak drut. Wina jest po dwóch stronach: żony i jej mamy, czyli teściowej – odparł kumpel bez zastanowienia.

Też, też może być, ale nie masz racji. Podstawową przyczyną rozpadu podstawowej komórki społecznej jest małżeństwo i to jest pewne na bank – śmiejąc się odparł Marian.

Teraz ty mi odpowiedź, co jest najczęstszą przyczyną utonięć – zwrócił się Hipolit do przyjaciela.

Jak to, co gorzała, wino i piwsko – wyrwał się Marian.

Nie kolego przyczyną numer jeden jest woda – tryumfująco odparł Hipolit.

Ale, ale trunki też – nie dawał za wygraną Marian.

Nie i to żadne, ale czy chcesz czy nie jest remis – upierał się Hipolit.

Niech ci będzie, ale muszę ci coś przybliżyć, co leży mi na wątrobie – ożywił się Marian.

Pewnie nie wiesz, dlaczego dzisiaj na „dzień dobry” poruszyłem temat rozwodów. Zdajesz sobie sprawę, że kwestia jest złożona i bardzo trudna. Młodzi pobierają się w wielkiej miłości a rozstają się w ogromnej nienawiści. Do ołtarza lub cywilnego urzędu idą rybeczki, koteczki, misiaczki, słoneczka. Ze sądu po rozwodzie wychodzą: glajdy, latawice, gnoje, świnie.  

Tak dokładnie jest tak jak mówisz – wyrwał się Hipolit.

Czy ty mi możesz wiesz jak nazywa się budynek lub lokal, w którym zawierane są małżeństwa – zapytał Marian.

Też pytanie poirytowany – wtrącił Hipolit. Skoro nalegasz już ci mówię: kościół lub pałac ślubów.

A może znasz podlejsze ich określenia – wiercił kumplowi dziurę w brzuchu Marian.

Hipolit nie za bardzo nadążał za tokiem myślenia przyjaciela. Próbował, więc go skłonić, aby ten coś mu podpowiedział.

Zaryzykował i rzekł – skoro jesteś taki mądry to dawaj swoją propozycję.

Muszę cię jednak uprzedzić, że jako człowiek wierzący kościół zostawiam w spokoju. Natomiast skupiam się na urzędzie szumnie nazywanym pałacem ślubów. Zważywszy, że ceremonia zazwyczaj odbywa  się w jednym pomieszczeniu nazwałem je „pokojem nieporozumień” – wyjaśnił Marian.

Uzasadnij mi, dlaczego właśnie tak – dopytywał Hipolit.

Już ci mówię tylko cały zamień się w słuch – rzekł Marian.

Moja kuzynka Krycha Niewczas tak się jąkała powtarzając za urzędnikiem te jego formułki, że ten nie wiedział czy jest bardziej za czy przeciw zawarciu małżeństwa. A ten jej przyszły o imieniu Dzidek Cudak to dopiero był as. Wyobraź sobie, że zamiast dwóch złotych obrączek w kieszeni marynarki miał jedną i to w dodatku swoją. Tak młody spanikował szukając drugiej, że wywalił kieszenie na wierzch i niewiele brakowało, aby zaczął poszewkę zrywać.  Któryś z gości zauważył, że pan młody ma coś na małym palcu. Jak się okazało była to obrączka jego przyszłej. Jeszcze w jego domu Dzidek chciał zobaczyć jak się prezentuje założył i zapomniał jej  zdjąć.

To jednak zaledwie wstęp do tego, co ci teraz powiem, ale już całkiem na serio.

Przecież, co druga para jest tak opacznie dopasowana, że zanim powiedzą sobie tak już powinni wnosić sprawę o rozwód. Chodzili ze sobą klika lat, ale zaślepieni uczuciem nie dostrzegali jak ogromnie różnią się pod wieloma względami. W skrytości ducha każdy sądzi, że po ślubie zmieni na lepsze swoją drugą połówkę.

Marzenia są za darmo tak samo jak naiwność. Miłość ma to do siebie, że nie pielęgnowana i podsycana gaśnie. Skoro nie ma czułości i upojnych uniesień to koniec jest nieunikniony. Zaczynają się spory, kłótnie i awantury o byle, co. W finale padaj słowa ty mi łaskie nie robisz, ani ty mi. 

Poczekaj Maryś, bo ja kompletnie nie wiem co ty masz na myśli – przewał kumplowi Hipolit.

To takie proste – tłumaczył Marian. Zamiast „sala ślubów” na drzwiach urzędu powinno być napisane „pokój nieporozumień”, a w nawiasie „niegotowym na wspólne życie wstęp wzbroniony”. Przy tak postawnym haśle niejedna para nie przekroczyła by jej progu.

Czyli co ty proponujesz w tej materii – zapytał Hipolit.

Po chwili zastanowienia Marian rzekł – badanie na wykrywaczu kłamstw. Seria pytań pokazałby, która ze stron młody, czy młoda co innego mówi, co innego myśli i jaka jest ich strategia na wspólne życie.

Bujasz i wymyślasz niestworzone rzeczy – nie wytrzymał Hipolit.

Zaskoczę cię ale mówię całkiem serio. Takie badanie być może sprawiłoby, że on i ona byliby dopasowani intelektualnie i fizycznie, ze szczególnym naciskiem na temperament, czyli seks – wyjaśniał Marian.

Czyli co „pokój nieporozumień” zostałby odrzucony a w jego miejsce nastąpiłby powrót do „sali ślubów” – z nadzieją w głosie zapytał Hipolit.

Przyjacielu, ale ty jesteś naiwny. Przecież nie o nazewnictwo w życiu chodzi, ale pojmowanie sensu życia w relacji kobiety z mężczyzną – filozoficznie zakończył Marian.

Seweryn Kaczmarek

 

„Jak to w Stęszewie z wodą było.” część 1.
W okolicy Stęszewa w Rosnówku, Sapowicach, Rybojedzku nad brzegiem rzeki samicy i na brzegach jezior ludzie uprawiając działki wykopywali dość spore naczynia gliniane, nie powiadamiali archeologów bojąc się że przyjadą i rozkopią, niszcząc przy tym działki, pola i że będzie to trwało latami. Te naczynia popękane, potłuczone nad brzegami rzek i jezior świadczą iż kobiety chodziły po wodę nad rzekę i do jeziora. Gdy byłem dzieckiem to babcia opowiadała iż kobiety prały w rzece, układały na wodzie pościele, ubrania i klepały kijankami, następnie pranie rozkładały na łąkach na trawie przy rzece lub jeziorze. Pranie na słońcu bielało. Dalej babcia opowiadała iż kobiety w domach odkładały tłuszcz i same gotowały, produkując mydło. Jak kobiety prały nad rzeką samicą to z dna rzeki wyciągały ręką niebieski muł i pocierały nim o płótno. Owy niebieski muł nazywały „Bocianie mydło” dawno temu naczynia były do wody tylko z drewna zwane cebrami, do dzisiaj w naszych okolicach gdy mocno pada deszcz ludzie mawiają „Leje jak z cebra”. Dalej babcia mówiła że były naczynia gliniane ogromne dzbany do noszenia wody. Jak ktoś coś zbroił to matka mawiała „Tak długo dzban wodę nosi aż się ucho nie urwie”. Dawno temu od wsi do wsi, od miasta do miasta chodził człowiek z pękiem miękkiego drutu na ramieniu zwany był potocznie „Druciarczykiem” w ręku miał obcęgi, potrafił tak zdrutować garnek gliniany że się nie rozleciał i z niego nie ciekło. Z biegiem lat powstawały grody. Później Podgrodzia, ogrodzone drewnianymi belkami i bramami. Jednak gdy wróg otoczył gród to mieszkańcy nie mieli dostępu do rzeki i jeziora. Tak było co już dawniej opisywałem w poprzednich felietonach, gdy wojska Saskie ścigały króla Polski Stanisława Leszczyńskiego, jego sekretarza i przyjaciela Piotra Bronisza, gdy nie mogli ich znaleźć to w zemście generał Saski Drewicz rozkazał otoczyć miasto Stęszew i podpalić. Miasto zaczęło płonąć w kilku miejscach, dachy były pokryte w dużej mierze strzechą. Po krótkim czasie gaszenia ognia wody w studniach zaczęło brakować, miasto było otoczone wojskami, nie było dostępu po wodę do fosy (Kanału), który przebiegał przez środek obecnego placu Kościuszki, ul. Ogrodową i Grobla. Mężczyźni chwycili łopaty i przy ogrodzeniu od strony miasta obecnie ul. Ogrodowa zaczęli kopać kilka dołów woda obficie nachodziła że wystarczyło do gaszenia ognia, do dzisiaj w Stęszewie mawia się „Jak się pali to studnie kopią” po krótkim czasie w miejscu za fosą i ogrodzeniem miasta wybudowano kilka studni o ścianach z drewnianych belek w kształcie kwadratu o wymiarach około 100x100cm. Kilka lat temu podczas budowy kanalizacji w mieście natrafiono pod ziemią na owe studnie nie badając zawartości dna, zasypano. Jeszcze w roku 1970 była specjalna droga od rynku do brzegu rzeki samicy, były co 30m duże tablice biało czerwone z napisem „Nie zastawiać droga ogniowa”. Dawniej gdy były grody drewniane, obronne w Stęszewie, Modrzu czy Strykowie były ogrodzone płotem z ogromnych beli z drewna. W środku Grodu zawsze była studnia w celach obronnych w razie oblężenia Grodu przez wroga mieli wodę wyłącznie ze studni, także na pewno gdzieś w Stęszewie na Pańskiej Górze ukryta jest studnia. Warto by ją odnaleźć i zbadać zawartość dna. Do roku 1907 były ruiny zamku. Rozebrano je podczas budowy linii kolejowej Grodzisk Wlkp.-Luboń do roku 1907 Pańską górę mieszkańcy Stęszewa nazywali „Górą zamkową”. Najpierw w Stęszewie był Gród drewniany na zamkowej górze. Jak to zwykle bywało obok rozwijało się podgrodzie w kierunku na północ i tak około 1000lat temu powstały na podgrodziu obecna ul. Szkolna, murowane studnie z ciosanego kamienia polnego. Jak już wspomniałem w poprzednich felietonach , jak budowano studnie murowane z cegły palonej i z kamienia ciosanego, jednakże na pewno nie wszyscy czytali, dlatego pokrótce pozwolę sobie przytoczyć jak to budowano. Mianowicie kopano dół o średnicy około 130cm na głębokość 150cm. Następnie na dno wykopu układano okrągłą obręcz grubości 10cm z drewna dębowego lub akacji, piszę akacji bo tak naprawdę Akacja nie występuje w encyklopedii jako akacja a „Grochodrzew”, ale jak ktoś udałby się do nadleśnictwa kupić grochodrzew to leśniczy i tak zawsze napisze w asygnacie „akacja” niech tak zostanie bo wszyscy wiedzą o co chodzi. Wracając do tematu budowy studni, układano na dno wykopu o głębokości 150cm obręcz drewnianą o średnicy 1m grubości 10cm i murujemy z cegły palonej lub kamienia polnego ciosanego na zaprawie wapiennej przez cały dzień latem w słońcu około 1m wysokości po kilku dniach gdy zaprawa związała wybieramy krótką łopatą ziemię spod formy okrągłej drewnianej, forma opada w dół razem z wymurowaną studnią i tak powtarzamy cały cykl aż studnia osiągnie głębokość 10-20m tyle ile sobie życzymy. W Stęszewie po kilku groźnych pożarach miasta na złodiejewie płonie kilkanaście stodół władze miasta podejmują decyzję o budowie centralnej studni wewnątrz miasta na ulicy Ogrodowej, jest to studnia matka z której nie idzie wybrać wody cebrami ani wypompować żadnymi dostępnymi wówczas pompami, jest to studnia w której wody jest ogrom, nie do zużycia. Od zawsze mówiono że pod miastem Stęszew płynie podziemna rzeka dowodem na to jest….. Ciąg dalszy nastąpi…

Zbigniew Tomaszewski