środa, 17 Styczeń 2018

2016 Maj

Na koksie i nie tylko
– Na koksie, na haju, na dopingu, to określenia, które mają ze sobą ścisły związek. No właśnie, z czym? – głośno zastanawiał się Hipolit Mizerka. Rozparty na ławce nad Samicą bezpośrednio nie zwrócił się do stojącego nieopodal kumpla Mariana Lichego, ale ten drugi po tym wstępie poczuł się wywołany do odpowiedzi. Nie dokładnie zdawał sobie sprawę, o co chodzi przyjacielowi, więc niepewnie zaczął:
– Pamiętam, jak zimą w latach sześćdziesiątych zabrakło koksu. Przez sześć tygodni nie chodziliśmy do szkoły. Mrozy były siarczyste, sięgające ponad trzydziestu stopni. W klasach było tak zimno, że siedzieliśmy w kurtkach. Zanim przyszedł nauczyciel, to otwieraliśmy jeszcze okna, aby temperatura była taka, jak na dworze. Co ci będę mówił, był tak mróz, że szyny na torach pękały i pociągi kursowały w kratkę. Wszystko to sprawiło, że opał nie docierał do szkół. Nie było koksu, nie było ciepła, a więc uczniowie dostali długie urlopy. Tak naprawdę, to cieszyliśmy się, bo do „budy” nie chodziliśmy, a na lodowisko tak. Na łyżwach szaleliśmy od rana do wieczora. Jedyny minus był ten, że letnie wakacje zaczęły się dopiero od pierwszego lipca, ale i tak się opłaciło, bo zimą mieliśmy kilka tygodni ferii.
Wyjaśnienie Mariana zdecydowanie odbiegało od istoty sprawy i rozsierdziły Hipolita. Bez ceregieli zaatakował kumpla słowami:
– Ja podstępnie mówiłem. Nie informowałem o opale, ale o koksie, o haju, o dopingu. Użyłem przyimka „na”.
Ton i zachowanie Hipolita, na chwilę wprawiło Mariana w osłupienie. Nie trwało to jednak długo. Nabrał powietrza w płuca, wypiął klatę i rzekł:
– Koleżko, nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu zabraknie. Mów, że chodzi ci o wspomaganie, narkotyki i używki. Coś tam kwękasz stosując jakiś przyimek „na”, że ja nie wiem, czy świrujesz, czy o drogę pytasz.
– Ty taki cwaniak o wrodzonej inteligencji nie połapałeś się, co mówi do ciebie wieśniak z głębokiej wsi, przywieziony do miasta w kanie od mleka? – odparł Hipolit balansując na krawędzi doprowadzenia kumpla do szewskiej pasji. Z jednej strony szczypał Mariana epitetami, a z drugiej uderzał z premedytacją w samego siebie. Upiekło mu się, bo Marian nie zareagował. Coś jednak przyjaciel miał na wątrobie, bo dopiero po chwili się odezwał:
– Chcesz o koksie, to już ci mówię – zaczął. Mój szwagier Izydor Ścichapęk do gigantów nie należał. Był wysoki, ale chudy z muskułami, jak „żonaty wróbel”. Podobał się babkom i to mnie wkurzało. Któregoś dnia mówię do niego, że powinien nabrać masy, to dziewuchy jeszcze bardziej będą na niego leciały. Idek chwycił podpuchę. Po nieprzespanej nocy dorwał mnie na podwórzu i prosił o radę, co ma zrobić, aby muskulaturę poprawić. Odpaliłem mu, że musi się skoksować. Pytał, ile tego koksu musi dziennie zjeść. Ma być w kawałkach, czy mielony. Wiedziałem, że szwagier zbyt mądry nie jest, ale to, co wygadywał, było kompletnym kretynizmem. Już mu chciałem walnąć, że najlepiej pół na pół, ale powstrzymałem się. Wytłumaczyłem mu, że musi kupić odżywki zawierające związki dające kopa przemianie materii. Widziałem, jak Izydor dostaje wielkie ślepia, więc powiedziałem mu, że nie o materiał chodzi, ale o szybkie przyswajanie suplementów, które spowodują ogromny przyrost mięsni. Od razu zaczął dopytywać, ile to będzie kosztować i gdzie może kupić. Jak usłyszał, że w mieście za 400 stów, to o mało się nie wycofał. Jęknął tylko, że świnia z patyka pójdzie na odżywki. Zdecydował się. Kupił i przywiózł metalową puchę energetycznego proszku, wielką jak wiadro i do tego spory wór tabletek. Powiedziałem mu, że ma je brać ściśle według instrukcji. Ten jednak wiedział swoje, a do tego chciał szybko wyglądać, jak „kafar”. Dwie porce z trudem i bólem Idek przyjął. Po trzeciej stracił apetyt, a na wieczór dostał sraczki. Latał do kibla, w tę i na zad. Jedno, co mu rosło, to muskuły na nogach od błyskawicznego biegania do wychodka. W końcu poddał się, atakowany przez żołądek i jeszcze bardziej przez swoją narzeczoną Lukrecję Posuń. Nie ma z ciebie nic, ani w robocie, ani w łóżku i tak dłużej być nie może – groźnie oświadczyła – kobieta. Szwagier postawiony pod płot zdecydował, że woli wyglądać, jak dotychczas i poprosił mnie, abym odzywki zabrał i to za darmo. Jak widzisz Izydor na koksie wyszedł, jak Zabłocki na mydle – zakończył Marian.
– Ja z kolei mam przykład o dużym haju, z udziałem Waldka Bzykacza – zagadkowo odezwał się Hipolit.
– Był nafaszerowany narkotykami? – wyrwał się Marian.
– A gdzie tam! – śmiejąc się odparł Hipolit. Wyobraź obie, że teściowej Samancie Wcisło wpakował w brzuch duży nóż kuchenny nazywany hajem.
– Teściowej to, to rozumiem. Chyba jej się należało. Jak to się stało? Dlaczego to zrobił? Czy został ukarany? – dociekał Marian.
– Już ci wyjaśniam okoliczności zajścia i finał – rzekł Hipolit. Ze względu na zaistniałe zdarzenie sprawą zajęła się policja, prokuratura i dalej sąd. Nie uwierzysz, ale na rozprawie Temida uniewinniła zięcia, bo Waldek był w dobrej komitywie ze swoją teściową.
– To niemożliwe – wykrzyknął Marian. Czym sąd się kierował?
– Waldek został uniewinniony, bo teściowa zeznała, że zięć podczas krojenia mięsa trzymał nóż w ręce, a ona znienacka mu naszła i „haj” wszedł jej w brzuch. Sędzia, ławnicy, świadkowie i siedzący na sali rozpraw pokładali się ze śmiechu. Sędzia wobec takiego oświadczenia poszkodowanej umorzył postępowanie.
– Wiesz ty, co Hipolit z tego całego „na koksie” i ‘na haju”, który totalnie przeinaczyliśmy pozostał tylko „na dopingu” do rozważenia – stwierdził Marian.
– Zróbmy tak, że dzisiaj nie będziemy się zajmować niedozwolonymi specyfikami zażywanymi przez sportowców, ale zagrzewaniem swoich zawodników do walki, który jest niczym innym jak dopingowaniem – wtrącił Hipolit.
– Zgadzam się z tobą, ale o tym przy innej okazji – oznajmił Marian podając na pożegnanie rękę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek