środa, 17 Styczeń 2018

2016 Styczeń

Miłość i zbrodnia, która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą. Część 12

Wiersz Stanisława Wyspiańskiego:

Nad jakąś rzeką, w jakimś mieście,

Gdzie ślubowałem niewieście,

Gdzie dom stworzyłem jej i sobie z myślą

O jednym wspólnym grobie.

A na tym grobie, wspólnym Domie,

Niechże mi wicher gałązki łomie,

Gałązki zeschłe, zwiędłe, kruche

W jesienną deszczną zawieruchę.

   W części 11 wkradł się błąd w druku, mianowicie w motto „Pamiętaj człowieku młody, nigdy nie dosładzaj cukrem miody”, postaram się wyjaśnić, co chciałem przekazać. Otóż, jak coś jest piękne, dobre, to się tego nie poprawia, bo można wszystko zepsuć. Na przykład, gdy kobieta jest ładna, ale przesadzi z makijażem, to wygląda, jak papuga kakadu. Drugi błąd w druku zamiast „z majątku Wronczyn do dworca we Wronczynie była kolej wąskotorowa”, powinno być „z majątku Wronczyn do dworca w Strykowie była kolej wąskotorowa”.

   Tyle wyjaśnień. Wracamy do pamiętnika służącej Agnieszki Idziak, po mężu Szajek. Czytamy:

   Organista, co roku przed Wielkanocą roznosił kartki do obowiązkowej spowiedzi wielkanocnej. Mąż Agnieszki – Stanisław poszedł do spowiedzi. Powiedział księdzu, że codziennie obsługując parówkę (maszyna parowa lokomobila), kradł panu do kieszeni węgiel. Po Wielkanocy Pan mówi do Stanisława: „Stanisław, co Ty masz w ubraniu, tak poobrywane kieszenie. Stanisław podejrzewał księdza, ale nie wierzył.

   Za rok poszedł do spowiedzi wielkanocnej i powiedział księdzu, że codziennie, jak dzieci przynoszą mu w dzbanku zupę, to sypie zboża pełen dzbanek i zabierają do domu. Po Wielkanocy Pan mówi: „Stanisław, co Ty masz te uszy przy dzbanku takie powyginane. Od zupy by Ci się tak nie powyginały”.

   Stanisław już wiedział, że ksiądz Panu opowiedział, co było na spowiedzi. Odczekał kolejny rok i poszedł do spowiedzi Wielkanocnej. Powiedział księdzu, że ukradł Panu małego cielaczka. Po Wielkanocy Pan mówi: „Stanisław, ale żeś się upasł w te święta, pewnie cielęcinę jadłeś?”. Stanisław już wiedział, że ksiądz powiedział Panu i krzyknął: „Wielmożny Panie węgiel kradłem w Kieszeniach, zboże kradłem w dzbanku, ale tylko po to, aby ogrzać i nakarmić szóstkę dzieci, aby Pan miał za kilka lat ludzi do pracy, ale cielaka nie ukradłem

   Na to Pan: „Przyjdź do mnie o 18-ej do biura do pałacu”. Stanisław wrócił do domu opowiedział rodzinie, co się stało. Był lament, płacz. Wiedzieli, że dostanie „terminotkę” (odpowiednik dzisiejszego zwolnienia dyscyplinarnego, albo „wilczy list”). W okolicy do 100 kilometrów nie dostałby pracy, a na dodatek złego, musiałby opuścić mieszkanie w czworakach. Zbliżała się godzina 18.00. Stanisław czekał pod pałacem. Wyszedł Pan i powiedział, że zaprasza do biura. Stanisław szybkim krokiem poszedł za panem. Wielmożny Pan odkluczył szafę i wyjął dwa kieliszki, nalał wódki i powiedział: „Napijmy się Stanisław” Wlał po drugim kieliszku, potem po trzecim, aż w końcu powiedział: „Stanisław, jutro rano do pracy, trzymaj pysk, nikomu nic nie mów”.

   Stanisław wrócił do domu bardzo szczęśliwy. W domu wielka radość dzieci i żony, bo wszyscy spodziewali się terminotki.

   Agnieszka dużo jeszcze napisała w pamiętniku na temat kościoła w tamtych czasach, ale pozwolę sobie pominąć. Zacytuję tylko: „Kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamieniem”.

   Wrócę do sedna sprawy, mianowicie do sądu w Grodzisku, gdzie cały czas przebywał Hrabia Maciej Mielżyński za podwójne morderstwo. Nadszedł czas kolejnej rozprawy w sądzie w Międzyrzeczu. Adwokat Jarecki wywodził w duplice, że nie motywy litości, lecz względy czysto prawne przemawiają za uwolnieniem oskarżonego.

   Hrabia Mielżyński oświadczył na pytanie przewodniczącego, że do słów swych obrońców nie ma nic do dodania. Przysięgli udali się na naradę. Wtem rozległ się donośny głos woźnego sądowego „Jawność rozprawy została przywrócona”. Sala zapełniła się w mgnieniu oka do ostatniego miejsca. Dochodziła godzina 20.00. Rozstawiono lampy naftowe, jedna stała na barierze ławy oskarżonych i rzucała skąpe światło na białą twarz Hrabiego Mielżyńskiego. Narady przysięgłych trwały 20 minut.

   O godzinie 20-ej z pokoju obrad wyszli przysięgli. Wybrany przez nich przewodniczący ogłosił wyrok. Na pytanie o zabójstwo odpowiedzieli przecząco. Tym samym dalsze pytania, dotyczące okoliczności łagodzących stały się zbyteczne. Sąd po krótkiej naradzie ogłosił wyrok:

   „Przysięgli zaprzeczyli pytaniom winy. Oskarżony Hrabia Maciej Mielżyński musiał być wobec tego zwolniony, a kosztami obciążono skarb państwa. Nakaz aresztowania Hrabiego został uchylony.

   Oskarżony wysłuchał wszystkiego spokojnie. Sala tonęła w mroku. Sprawozdawcy, którzy wytrwali do końca, nie bardzo mogli dostrzec jego reakcji. Zwrócono uwagę, że prokurator uścisnął dłoń Hrabiego, co zresztą wywołało dyskusję w prasie. Później wyjaśniano, że był to gest przypadkowy, nie mający na celu wyrażenia przez prokuratora aprobaty dla wyroku.

    Hrabia Mielżyński udał się wraz z adwokatami do Hotelu. Publiczność zgromadzona przed sądem wzniosła kilka okrzyków „Hura” Jeszcze tego wieczora w towarzystwie matki wyjechał Maciej do Chobienic.

   W prasie ukazały się liczne komentarze, podnoszono zastrzeżenie przeciwko orzecznictwu zbliżonemu do francuskiego, gdzie uwalnia się z zasady, nawet z błahych przyczyn dziewczynę, kobietę lub męża oskarżonego o zabójstwo ukochanego lub ukochanej.

   Ciąg dalszy nastąpi.

       Zbigniew Tomaszewski

Miłość i zbrodnia, która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą – część 11.

MOTTA: *Raz ukradniesz, a do końca życia pozostaniesz złodziejem. *Żmija może zmienić skórę, człowiek nie. *Pamiętaj człowieku młody, nigdy nie osładzaj cukrem wody. *Nie tylko ludzie krzyczą, obrazy, pismo i muzyka też. *Szkoda że prawo ustalone nie dotyczy wszystkich. – Myśli Zbigniewa Tomaszewskiego.
*Dziś wy dla mnie wspomnień skarb bogaty, ale wspomnień, co łzawią obficie. Hej! Czy przyjdzie czas, co łzy te spłoszy?! – Jan Kasprowicz, Polski Lwów 1920r.
*Szukam cię, a gdy cię widzę, udaję, że cię nie widzę. Kocham cię, a gdy cię spotkam, udaję że cię nie kocham. Zginę przez Ciebie, nim zginę. Krzyknę, że zginę przypadkiem – Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Tatry 1912r.

W części 10 zakończyliśmy, jak prokurator w sądzie w Międzyrzeczu, w ripoście, doniosłym głosem wezwał sędziów i ławę przysięgłych, aby wydając wyrok, nie kierowali się litością. Przypomniał, że sądzą podwójnego mordercę.
Ponieważ mamy trochę czasu do ogłoszenia wyroku skazującego Hrabiego Macieja Mielżyńskiego, zajmijmy się Hrabią Bolesławem Potockim.
Pamiętam od dziecka, jak słyszałem, że hrabia Potocki – ojciec zamordowanej Felicji, pożyczał pieniądze od mieszkańców Będlewa, Wronczyna i Zamysłowa. Był Polskim Patriotą i nie chciał pożyczać pieniędzy w niemieckich bankach. Wolał brać od ludzi pod zastaw ziemi.
Spotkała go w życiu tragedia. Jednego syna zamordowali mu Niemcy, drugi zginął na polowaniu, córka Felicja i wnuk Alfred zostali zamordowani.
Dlaczego pożyczał dużą sumę pieniędzy, udało mi się ustalić według pamiętnika napisanego przez służącą – Agnieszkę Idziak. Ona mając 17 lat zaczęła pracę, jako służąca u hrabiego Bolesława Potockiego. Potem wyszła za mąż za Stanisława Szajka, a pobrali się 22.09.1898 roku.
Agnieszka Idziak pochodziła z Modrza. Mąż Stanisław Szajek był z Wronczyna. Zamieszkali razem w majątku we Wronczynie. Agnieszka była służącą, Stanisław pracował w gospodarstwie. Obsługiwał tak zwaną Parówkę. Była to maszyna parowa lokomobila.
Ojciec Józef Potocki, ojciec Bolesława zapisał bardzo duży majątek córce, a siostrze Bolesława. Siostra mieszkała we Wronczynie w pałacu. Na imię miała Anna Teresa. Była ładną kobietą. Jako panienka została prostytutką. Bogaci właściciele ziemscy zabierali ją z pałacu z Wronczyna, odwozili ją późną nocą. Gdy wchodziła do pałacu, to w całym budynku było czuć perfumy.
Według pamiętnika służącej Idziak, do pałacu we Wronczynie kiedyś przywieźli chorego, starego Józefa Potockiego. Był pod stałą opieką medyków. Podawali mu leki i dzwonili dzwonkami, aby nie umarł.
Anna Teresa – kobieta lekkich obyczajów, którą ludzie szyderczo zwali „Litościwa Pani”, bo litowała się nad mężczyznami także wkrótce zachorowała. Była to nieuleczalna w tamtych czasach choroba weneryczna. Leżała w łóżku w zakluczonym pokoju. Stolarz wyciął w drzwiach małe okienko. Było stale zamknięte. Przez nie służba, na długiej desce podawała jej jedzenie. Lekarze wchodzili do niej w specjalnych maskach na twarzy oraz szczelnych ubraniach.
Ta kobieta, siostra hrabiego Bolesława Potockiego, zażądała od brata spłaty majątku, który jej zapisał ojciec Józef. Pieniądze potrzebne jej były do wpłaty na rzecz Poznańskiej Kurii. Po wpłaceniu określonej kwoty na rzecz Kościoła miała zostać zabrana do klasztoru i tam otoczona opieką. Dlatego Hrabia Potocki, pożyczał od ludzi w Będlewie, Wronczynie i Zamysłowie pieniądze.
Moja przyjaciółka Malwina Bątkiewicz, mieszkająca w Zamysłowie opowiadała, że jej dziadek także pożyczył hrabiemu Potockiemu. Później Potocki przekazał kilka hektarów ziemi w Zamysłowie za dług.
Hrabia Potocki uzbierał żądaną kwotę. Anna Teresa przekazała ogromną kwotę Kurii w Poznaniu. Potem po trzech miesiącach chorą Annę Teresę duchowni zabrali – nie wiadomo, do jakiego klasztoru – na opiekę.
Kwota wpłacona do Kurii musiała być bardzo duża, ponieważ po roku 1990 Watykan Beatyfikował prostytutkę. Anna Teresa została świętą.
Dalej w pamiętniku czytamy, że majątek Wronczyn wziął w dzierżawę Mościcki. Bolesław Potocki otworzył we Wronczynie gorzelnię. Gorzelanym został Kotlarek, a po Kotlarku – Krasnopolski. Na brygadzistę majątku, mówili wtedy „włodarz”.
Z majątku Wronczyn do dworca we Wronczynie była kolej wąskotorowa. Wagonów nie ciągnął parowóz tylko konie. Kolejkę wybudował dzierżawca Mościcki. Przewożono nią buraki cukrowe, ziemniaki i zboże. Za gorzelnią był budynek. Mieściły się w nim 4 mieszkania. Pierwsze zajmowała służąca Agnieszka Idziak, po mężu Szajek. Mąż Stanisław był podwórzowym, inaczej magazynierem. Drugie mieszkanie zajmowali fornale, czyli ludzie pracujący w polu końmi. Następne mieszkanie zajmował fuszpan. Był to woźnica, który woził wielmożne państwo.
W Modrzu przy drodze do Strykowa były dwa wiatraki. We Wronczynie przy wejściu w podwórze, naprzeciw była kuźnia połączona ze świniarnią. Nad kuźnią była wieżyczka z dzwonem na szczycie. Pół godziny przed rozpoczęciem roboty podwórzowy dzwonił, dawał znać by ludzie przychodzili do pracy. W tamtym czasie nikt nie miał zegarka. Czekali na sygnał dzwonu.
Na murze obory za świniarnią był umieszczony łeb krowy, data budowy i inicjały BP, czyli Bolesław Potocki. W podwórzu była stolarnia i owczarnia oraz stajnia. Obok było pomieszczenie na woły, a wołów było 10 sztuk. Woły, to były byki-buchaje, niezdolne do zapłodnienia krowy. Były wykastrowane, by pracowały w polu. Zaprzęgano je do pługa – po dwie sztuki. Orali nimi pod cukrówkę, a pługi były specjalne głębokie. To obsługiwali 16-17-letni chłopcy.
Do pracy, jak ktoś chciał się przyjąć, to musiał mieć dziewkę. Dziewka chodziła do pracy razem z innymi. Dziewką mogła być żona lub córka. Pracownik z dziewką dostawali deputat, 2 worki żyta na kwartał, 1 worek pszenicy, 1 worek jęczmienia, 1 worek owsa, pół worka grochu. Ziemniaki dostawali na zimę. Pracownik z dziewką otrzymywał 20 centnarów (1 centnar – 50 kg). Gdy posiadali krowę dostawali 10 centnarów ćwikły, jeżeli jej nie posiadali, to nie dostawali nic.
Mleka we Wronczynie w deputacie nie było. Na mleko każdy miał kozy. Masło z mleka koziego (kozła) strasznie śmierdziało. Było białe, ale dzieci nie chciały go pić. Masło zrobione z mleka od kozy, która nie miała rogów było dobre. Aby masło z mleka od kozy było żółte i aby dzieci chciały je spożywać, matki dodawały soku z marchwi.
Bardzo się cieszę, że po ponad 40 latach udało mi się ustalić, dlaczego hrabia Bolesław Potocki pożyczał od ludzi ze wsi pieniądze. Zrobił to, aby pozbyć się czarnej owcy w rodzinie. Podobno w każdej rodzinie trafi się taka owca.
Na koniec tej części chcę przypomnieć, że zięć Bolesława Potockiego jest oskarżony o morderstwo i przebywa cały czas w więzieniu w Grodzisku Wlkp. W następnej części postaram się ustalić, jaki był wyrok skazujący Hrabiego.
Ciąg dalszy nastąpi Zbigniew Tomaszewski