środa, 12 Grudzień 2018

2016

W dniu 27 grudnia przypadła 98 rocznica udanego zrywu zbrojnego Wielkopolan, który dał temu regionowi niepodległość. Hasło, jak się zakłada – dał przyjazd Ignacego Paderewskiego do Poznania. To on 26 grudnia wygłosił przemówienie przed Hotelem Bazar i wezwał do chwycenia za broń przeciwko okupantowi. Nazajutrz Wielkopolanie wyruszyli w bój. W krótkim czasie rozprawili się z Niemcami. Opanowali i przejęli znaczne obszary Wielkopolski. Powstanie zakończyło się 16 lutego 1919 roku. Te wydarzenia sprawiły, że Wielkopolska powróciła do Rzeczypospolitej.
W sposób szczególny pamiętają o tamtych wydarzeniach mieszkańcy Ziemi Stęszewskiej. Na stęszewskim Rynku przygotowywana została inscenizacja z udziałem uzbrojonego w ciężkie i lekkie karabiny oddziału powstańczego. Była armata oddająca strzały, budka strażnica, mini szpital polowy i sanitariuszki. Żołnierze, co godzinę dokonywali obchodu „Starówki” ciągnąc „ckm”. Gdy stwierdzili, że nie ma wroga, wracali na stanowisko bojowe.
Tak właśnie było w poniedziałkowe popołudnie 27 grudnia. W godzinach przedpołudniowych na Rynku, na wysokości Muzeum Regionalnego zainstalował się oddział wojska. W głębi starówki Dom Kultury przygotowywał scenę i aparaturę na patriotyczny występ młodzieży.
O godzinie 17.00 w kościele „farnym” w Stęszewie odbyła się msza na okoliczność 98 rocznicy wybuchu Powstania. W nabożeństwie wzięły udział poczty sztandarowe, władze samorządowe i mieszkańcy grodu nad Lipnem. Spod świątyni orszak udał się na Rynek. To tutaj, po odśpiewaniu hymnu państwowego „Jeszcze Polska nie zginęła” delegacje pod pomnikiem złożyły wiązanki kwiatów.
Kolejnym punktem był program przygotowany przez młodzież stęszewskiego Gimnazjum. Swój występ rozpoczęli „Polonezem” i dalej zaprezentowali akcenty patriotyczne. Złożyły się na to wiersze, piosenki i muzyka. Młodzież, nie zważając na zimno i przenikliwy wiatr, włożyła w swój występ dużo sił i zdrowia. Aktorzy otrzymali od przybyłych duże brawa.
Z Rynku uczestnicy udali się stęszewskiego Muzeum. To we wnętrzu przytulnych sal mogli obejrzeć wystawy, eksponaty i przy okazji ogrzać się i napić herbaty.
Tegoroczne oprawę wspólnie przygotowali: Gimnazjum, które nosi nazwę Powstańców Wielkopolskich, Urząd Gminy, Muzeum Regionalne, Dom Kultury i miejscowi harcerze.
* * *
Do tej relacji dodajmy, że 28 grudnia, tradycyjnie dzień po głównych obchodach 98 rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego, o znaczeniu Wielkopolskiej Insurekcji dla losów Polski przypomniał w Warszawie Marszałek Marek Woźniak. Pojechał on do Warszawy, by w intencji powstańców uczestniczyć we mszy w kościele oo. Dominikanów przy ul. Freta. Po nabożeństwie zostały złożone kwiaty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Uroczystość ku czci powstańców miała w tym roku szczególny charakter, bo odwiedzono także Cmentarz Wojskowy na Powązkach, gdzie Marek Woźniak powiedział:
– Powstanie Wielkopolskie jest dla nas Wielkopolan ważnym dziedzictwem, źródłem dumy i ogromnym zobowiązaniem. Dlatego tutaj dziś jesteśmy. Jesteśmy, bo pamiętamy  i tę pamięć chcemy przekazać wszystkim Polakom (…). Powstanie Wielkopolskie  jest przesłaniem kierowanym do nas wszystkich. Nasi przodkowie pokazali, jak cenna jest wolność, jak wiele można dla niej poświecić i  jak trzeba ją pielęgnować. Pokazali, że patriotyzm udowadnia się czynem, a nie słowami.
Organizatorem obchodów w Warszawie był Samorząd Województwa Wielkopolskiego, a współorganizatorem –Towarzystwo Pamięci Powstania Wielkopolskiego 1918/1919.(k.maz)

W sobotę 3 grudnia 2016 roku o godzinie 12.00 stęszewscy parafianie dziękowali za 50-letnią posługę Mieczysława Kwiatkowskiego, który grą i śpiewem głosi chwałę Bożą, z czego 40 lat w Stęszewie.
Uroczysty jubileusz rozpoczął się mszą koncelebrowaną przez ośmiu kapłanów, w tym trzech byłych stęszewskich proboszczów – księdza prałata Czesława Bartoszewskiego, księdza kanonika Leszka Grzelaka oraz księdza kanonika Jana Małetę.
W wygłoszonym kazaniu dziękczynnym ksiądz Czesław Bartoszewski podkreślił, że stęszewscy parafianie mogą czuć się szczęśliwi i wyróżnieni mając tyle lat jednego organistę. Bowiem jest wiele parafii, gdzie organisty zwykle brakuje. Ksiądz Bartoszewski wiele ciepłych słów skierował bezpośrednio do pana Mieczysława podkreślając jego solidność, obowiązkowość oraz dbałość o przebieg ceremonii kościelnych. Na koniec ksiądz prałat życzył długich lat pracy, dobrego głosu i sprawności rąk niezbędnych w jego pracy.
Po mszy świętej kapłani oraz przedstawiciele społeczności skupionej wokół kościoła złożyli jubilatowi życzenia, a ksiądz proboszcz Zdzisław Błaszczyk wyraził szczególną wdzięczność za tak znakomitą i długoletnią pracę w stęszewskim kościele.
Wśród składających życzenia były również służby liturgiczne, reprezentanci Rady Ekonomicznej i Akcji Katolickiej. Reprezentantka tej Akcji – Janina Wróbel dziękowała za to, że jej syn pod czujnym okiem pana Mieczysława zdobył umiejętność gry na organach i ukończył Archidiecezjalne Studium Muzyczno-Liturgiczne.
Jubileuszową uroczystość uatrakcyjnił występ chóru dziecięcego. Zwieńczeniem mszy było wykonanie utworu „Hallelujah” który został nagrodzony gromkimi brawami.
Wreszcie głos zabrał sam jubilat. Nie kryjąc wzruszenia, podziękował wszystkim za udział we mszy świętej, jak też za złożone życzenia. Następnie w paru słowach przedstawił swoją historię od momentu rozpoczęcia pracy organisty w 1966 roku w Kwieciszewie, na terenie archidiecezji gnieźnieńskiej. Później w latach 1971 – 1976 roku pracował w parafii pod wezwaniem św. Wawrzyńca w Kamieńcu koło Grodziska. A już 1 marca 1976 roku objął posługę organisty w Stęszewie. Pan Mieczysław wspomniał, że jadąc z Kwieciszewa do Kamieńca przejeżdżał przez stęszewski rynek, ulicą Kościańską, obok sanktuarium nie myśląc wówczas, że przyjdzie mu tutaj mieszkać i tyle lat pracować. Kiedy Pan Mieczysław podjął działalność w stęszewskiej parafii proboszczem był ksiądz kanonik Wiktor Joachimczak, który 30 czerwca 1983 roku przeszedł na emeryturę. Nowym proboszczem został ksiądz Czesław Bartoszewski będący w Stęszewie wikariuszem od 1972 do 1978 roku. Decyzją władz kościelnych 1 lipca 1989 roku ksiądz Czesław Bartoszewski został skierowany do parafii w Kościanie. Tymczasem w Stęszewie funkcję proboszcza objął ksiądz Leszek Grzelak. A 1 lipca 1992 roku jego następcą został ksiądz Jan Małeta, z którym Pan Mieczysław znał się już wcześniej, gdyż w latach 1975-1983 był proboszczem w pobliskich Tomicach. Ksiądz kanonik Jan Małeta pracował w stęszewskiej parafii 21 lat, a po przejściu na emeryturę zastąpił go nowy proboszcz – ksiądz kanonik Zdzisław Błaszczyk.
W trakcie wystąpienia Pan Mieczysław jako ciekawostkę podał, że w trakcie czterdziestu lat spędzonych w stęszewskiej parafii pracowało 21 wikariuszy a także kilkanaście sióstr Elżbietanek, z którymi mieszka po sąsiedzku. W tym czasie przygotował też kilka tysięcy dzieci do I komunii, upiększał ceremonie ślubu, chrztu i bierzmowania oraz – jak obliczył – na stęszewskim cmentarzu odprowadził na miejsce spoczynku około 3200 zmarłych parafian.
Z okazji takiego wyjątkowego wydarzenia pozostaje tylko życzyć jeszcze wielu pięknych jubileuszy.
Roman Kwiatek

Morsami potocznie określa się osoby uprawiające zimowe kąpiele w lodowatej wodzie. Celem kąpieli jest utrzymanie ogólnej dobrej sprawności ciała i zdrowia, oraz dostosowanie organizmu do chłodnej pory roku.
Wbrew pozorom kąpiel w zimnej wodzie nie jest dla człowieka czymś wyjątkowym. Nie są wymagane jakieś niezwykłe przygotowania przed wejściem do wody, ani szczególne predyspozycje organizmu. Potrzebne jest tylko takie przygotowanie, jak przed każdym wysiłkiem rekreacyjno-sportowym. Kąpiel w wodzie o temperaturze niewiele powyżej 0 °C trwa oczywiście tylko kilka minut, gdyż dłuższa groziłaby wyziębieniem.
W praktyce kąpiel taka oznacza łagodne zanurzanie się w wodę oraz krótkie przebywanie w niej.
Kąpać mogą się zarówno osoby nastoletnie, jak i w podeszłym wieku
Kąpać mogą się praktycznie wszystkie osoby poza mającymi problemy z sercem, gdyż jednym z objawów wejścia do zimnej wody jest wyraźnie przyspieszona akcja serca – okres przebywania w wodzie można porównać do krótkiego, ale bardzo intensywnego biegu. Wiele osób, prócz dbałości o zdrowie i kondycję sportową, traktuje zimowe kąpiele, jako rodzaj medycyny naturalnej. Wśród morsów często spotka się osoby naprawdę wiekowe. Bywa, że do wody wchodzi starsza osoba z laską.
Kąpać mogą się osoby szczupłe, gdyż sposobem na wejście do zimnej wody jest wstępne rozgrzanie ciała, a nie posiadanie odpowiedniej ochronnej warstwy, bo faktem jest, że osoby grubsze wytrzymują w wodzie dłużej – jednak różnice nie są tu zbyt wielkie.
Kąpiel należy poprzedzić typową kilkunastominutową rozgrzewką biegowo-gimnastyczną na brzegu zbiornika – umiarkowanie intensywny bieg, a po nim ćwiczenia rozciągające, pajacyki, przysiady itp.
Nie po raz pierwszy odporni na zimno ludzie wybrali się nad jezioro Lipno w Stęszewie, by zanurzyć się w wodzie mającej tylko kilka stopni Celsjusza.
Tym razem 4 grudnia dzierżawcy terenu wokół jeziora ponownie zachęcali ‘morsów” do przyjechania lub przyjścia nad wodę i uczestniczenia w Mikołajkowym Zlocie Morsów.
Było top pierwszy taki zlot w Camp Lipno.
Pogoda była słoneczna, co nie znaczy, że na dworze było ciepło. Niemniej kibice dotarli, a tych, co chcieli zanurzyć się w wodzie, mającej tego dnia 4 stopnie było czterdziestu dwóch. Padł dotychczasowy rekord w Stęszewie.
Byli stęszewiacy, ale dojechali też przybysze spoza tego terenu.
Po kąpieli pod okiem osoby prowadzącej ćwiczono dla rozgrzewki, a potem rozpalono wspólne ognisko i pieczono kiełbaski.(maz)

W Motelu XXI Wieku w Grodzisku Wielkopolskim dwanaście par małżeńskich z gminy Grodzisk odebrało Medale „za długoletnie pożycie małżeńskie” nadane przez prezydenta RP.

Miłym akcentem był występ artystyczny uczniów ze Szkoły Podstawowej nr 1 im. Polskich Olimpijczyków w Grodzisku Wlkp.

Henryk Szymański – burmistrz Grodziska Wielkopolskiego tak przywitał przybyłe pary:

– Zawierając związek małżeński, dwoje ludzi kobieta i mężczyzna, decydując się na wspólne życie, na przeżywanie wszystkiego, co ono przynosi.

Pięćdziesiąt lat temu postanowiliście wspólnie budować swoje szczęście. Jak pokazał czas zbudowaliście je na bardzo trwałych fundamentach. Jesteście razem na dobre i złe.

Po tych słowach i gratulacjach Jubilatom wręczono medale. Otrzymali je: Krystyna i Mieczysław Adamczakowie z Grodziska, Irena i Stefan Adamczakowie ze Snowidowa, Stefania i Józef Gielkowie z Grodziska, Barbara i Kazimierz Kaźmierczakowie z Grodziska, Maria i Kazimierz Kąkolewscy z Grodziska, Teresa i Czesław Kędziowie z Białej Wsi, Władysława i Czesław Krajewscy z Grodziska, Stanisława i Stefan Maikowie z Grodziska, Janina i Jan Nowakowie z Grodziska, Janina i Leonard Sobiewscy z Ptaszkowa, Krystyna i Czesław Stefaniakowie ze Słocina oraz Krystyna i Bronisław Szwedowie z Grodziska.

Życzenia, kwiaty oraz upominki czcigodnym jubilatom wręczali: burmistrz, przewodniczący Rady Miejskiej Marek Kinecki oraz kierownik USC Agnieszka Maik.

Wszyscy Jubilaci złożyli podpisy w pamiątkowej księdze.

Po toaście i wspólnym odśpiewaniu „Sto lat” wszyscy zasiedli do weselnego obiadu.

Redaktor KL zapytał jedną z par małżeńskich o krótką historie ich życia. Powiedzieli ją Janina i Leonarda Sobiescy z Ptaszkowa.

Pani Janina ma 73 lata. Urodziła się w Ptaszkowie i tutaj ukończyła szkołę podstawową. Następnie przez wiele lat pracowała w PKP w Poznaniu.

Pan Leonard ma 75 lat, a urodził się w Poznaniu. Tam uczęszczał do szkoły podstawowej i Zasadniczej Szkoły Zawodowej. Zdobył zawód stolarza.

Jubilaci poznali się w pracy, czyli w stolarni w Poznaniu. Pani Janina przyszła kiedyś do stolarni pana Leonarda.

Ślub odbył się piętnastego października 1966 roku w kościele p.w. Piotra i Pawła w Ptaszkowie. Sakramentu małżeństwa udzielił ks. Ireneusz Szczerkowski.

Nowo poślubieni małżonkowie zamieszkali w Ptaszkowie. Po czterech latach wprowadzili się do nowo wybudowanego domu -także w Ptaszkowie.

Z tego małżeństwa urodziło się dwoje dzieci. Pierwszym dzieckiem był syn Tomasz urodzony w 1968 roku, który obecnie z żoną Romualdą mieszka z Jubilatami. Ma dwoje dzieci. Drugim dzieckiem była córka Dorota, która mieszka w Poznaniu.

Pan Leonard pracował przez wiele lat w Kombinacie Rolniczym w Ptaszkowie w wyuczonym zawodzie.

Należy dodać, że Leonard Sobieski przez szesnaście lat był sołtysem Ptaszkowa.

Jak mówią Jubilaci receptą na długoletnie pożycie jest praca, zgoda, miłość, zaufanie i szacunek do drugiej osoby. Obecnie Jubilaci zajmują się uprawą warzyw i kwiatów na swojej działce.

Mirosława Kałek

JAK TO W STĘSZEWIE Z WODĄ BYŁO CZĘŚĆ 14
Wróćmy do ośrodka kempingowego nad Lipnem. Przy bramie wjazdowej od strony ulicy Bolesława Chrobrego znajdowała się automatycznie podnoszona, biało-czerwona zapora. Guziki do podnoszenia i opuszczania znajdowały się w recepcji. Każdy, kto wynajmował domek nad jeziorem otrzymywał naklejkę wielkości 10 na 12 centymetrów i naklejał ją na szybę. Dzięki temu samochód z naklejką mógł w każdym momencie wjechać i opuścić teren ośrodka. Naklejka w środku miała kolor niebieski z wizerunkiem plaży, natomiast obwódka była żółta, dzięki czemu było ją widać z recepcji. Dostałem taką naklejkę w 1985 roku. Była naklejona w szybie mojego samochodu i mogłem wjeżdżać i wyjeżdżać z terenu ośrodka bez wysiadania z samochodu. Dostałem tą naklejkę, ponieważ pracowałem na terenie ośrodka. Budowałem wówczas restaurację i domek dla osób niepełnosprawnych. W recepcji na ścianie wisiały dwa cenniki, za wynajem domków oraz innych usług. Z lewej wisiał cennik nad którym były dwie duże czarne litery K.K. znaczyło to „kraje kapitalistyczne”. Nad cennikiem z prawej widniała litera D. czyli kraje „demoludów” – socjalistyczne. Dla przykładu wynajęcie domku typu „tramp” według cennika kapitalistycznego kosztowało 300 złotych, a według cennika socjalistycznego 100 złotych. Jeszcze w latach sześćdziesiątych prawie w każdym domu w kuchni stała ława, na której stały dwa wiadra z wodą. Obok stała kwarta tak zwano litrowy garnek do nabierania wody z wiader. Nad tymi wiadrami wisiało białe płótno z niebieskim napisem „świeża woda zdrowia doda”. Obok ławy z wiadrami stał stojak z metalu. U góry znajdowała się miska z miejscem na mydło i dzban. Służyło to do mycia rąk, twarzy oraz naczyń kuchennych. Ręczniki wisiały albo przy misce albo na rurze przy piecu. Do kąpieli służyły duże, drewniane wanny. Pamiętam jak w roku 1960, w każdą sobotę mój tata kąpał mnie i brata w takiej wannie. Któregoś lata wanna się rozeschła i rozpadła na kawałki. Ojciec kupił wtedy wannę z blachy ocynkowanej. W Stęszewie wanny, beczki, kieżynki produkował ojciec Władysława Kontrowicza, budowniczego międzynarodowych regat wioślarskich nad jeziorem Witobelskim, był również dyrektorem „Bazaru” w Poznaniu. Opisywałem to już szczegółowo w poprzednich artykułach. Skoro już jesteśmy przy temacie beczek, możemy przytoczyć powiedzenie, które jest do dzisiaj znane w Stęszewie mianowicie „Brakuje Ci piątej klepki”. Powiedzenie to powstało w trakcie budowy beczki, kieżynki i cebra. Bez piątej klepki nigdy tych naczyń nie zbudujesz. W Stęszewie występowała także woda ognista. W latach powojennych nazywano tak spirytus. Nazywano również wodę ognistą, bimber, siwucha, berbelucha, woda ognista. Nazywano dlatego, iż przy dotknięciu zapałką woda się paliła płomieniem. W Stęszewie w latach powojennych pędzenie bimbru było sprawą honorową. Ludzie współzawodniczyli, kto upędzi lepszy bimber. Co niektórzy byli mistrzami. Ja w życiu tylko dwa razy piłem bimber. Był ochydny i śmierdzący. Widocznie był źle upędzony. Pamiętam jak ludzie chodzili z wiadrami z zacierem, do tego co miał aparaturę. Pędzili bimber w nocy, na święta w grudniu. Jak z kranu zaczynał kapać bimber, to podstawiali szklanki i próbowali. W związku z tym rano nie było ani zacieru, ani bimbru. Nawet Laskowik śpiewał w jednej piosence w roku 1980 „Tyle mi zostało, co mi nakapało” .Pamiętam w stanie wojennym za pędzenie bimbru, nawet nie za pędzenie, tylko za posiadanie aparatu do pędzenia groził natychmiastowy sąd doraźny i bardzo wysokie kary. Było w Stęszewie kilka przypadków, że sąsiad sąsiadowi podrzucił aparaturę w nocy do ogrodu i zadzwonił z budki obok poczty na milicję. Milicja zabierała aparaturę i sąsiada wieźli na sąd doraźny do Grodziska Wielkopolskiego.
Zbigniew Tomaszewski

Kobylniki – historia pod grodziskiej wsi.

 

Na południowy zachód od Grodziska znajduje się wieś Kobylniki. Kiedyś składająca się trzech oddzielonych części, spośród których dwie zostały włączone w 2001 r. w obręb miasta Grodziska. To spowodowało, że dzisiejsze Kobylniki  mają „kadłubowy” charakter – składają się jedynie z dawnej górnej części.  Wielu mieszkańców włączonych do miasta części Kobylnik Dolnych czy Środkowych, nadal uprawia rolę, jednak większość zajmuje się działalnością o nie rolniczym charakterze.

Kobylniki to dość stara osada. Jej korzenie sięgają prawdopodobnie  początków XV w. Nazwa sugeruje, iż wieś mogła powstać znacznie wcześniej z uwagi na pochodzenie jej nazwy. Kobylniki to popularna nazwa wsi służebnej. W okresie średniowiecza grody otoczone były wsiami służebnymi, których mieszkańcy posiadali obowiązek dostarczania danin w naturze na potrzeby Pana Grodowego. Jeżeli chcielibyśmy sugerować się nazwą to dawni mieszkańcy Kobylnik musieli by dostarczać do grodu kobyły – czyli konie. W okolicy Grodziska zachowały się inne wsie, których nazwy również pochodzą od wsi służebnych : Woźniki, Strzelce, Rataje, Szewce. Te wsie służebne jednak były związane prawdopodobnie z grodami w Drużyniu i Modrzu, które w okresie wczesnych Piastów odgrywały rolę centrów administracyjnych dla naszej okolicy. Wieś Kobylniki i jej mieszkańcy w kolejnych stuleciach dzielili losy sąsiedniego Grodziska. Należała więc do majątku, którego właścicielami były rody, które władały Grodziskiem. Najbardziej znane z nich to Ostrorogowie i Opalińscy. Po klęsce rozbiorów zapanowali w naszej okolicy Prusacy i wieś zaczęto nazywać po niemiecku Koppeln.

W okresie Wielkiego Księstwa Poznańskiego (1815-1848) Kobylniki należały do wsi większych w ówczesnym powiecie bukowskim, który dzielił się na cztery okręgi (bukowski, grodziski, nowotomyski oraz lwówecki ). Kobylniki należały do okręgu grodziskiego i nadal stanowiły część majątku Grodzisk (Grätz), którego właścicielem był wówczas Szolc i Łubieński.  Według spisu urzędowego z 1837 roku wieś liczyła wtedy 276 mieszkańców i 44 dymów (domostw). Jej cechą charakterystyczną była rozproszona zabudowa.

W XIX w. po epidemii  cholery w okolicach Grodziska na terenie ówczesnej wsi umiejscowiono cmentarz dla zmarłych podczas epidemii. Miał on się znajdować w okolicy dzisiejszej ulicy Wypoczynkowej. Potwierdzeniem istnienia nekropolii nastąpiło podczas gazyfikacji, kiedy natrafiono na resztki szkieletów. Pamiątką po tym cmentarzyku jest krzyż stojący do dnia dzisiejszego na skrzyżowaniu dzisiejszej ulicy Wypoczynkowej, Nowej i Dolnej.

Z różnymi miejscami w rozległych dawniej Kobylnikach związane są różne legendarne opowieści. Na pograniczu Kobylnik i Zdroju istniało bagniste obniżenie terenu. Jeszcze pod koniec XX wieku mówiono, że w tym miejscu był w dawnych czasach kościół, który zapadł się pod ziemię.

Bardzo znana jest legenda związana z mostkiem na ścieżce z Kobylnik do Grodziska zwanym popularnie „ławami”. Podobno swego czasu, był to most niezwykle groźny dla młodych  dziewcząt. Jakaś straszna ręka wysuwała się między deskami kładki i chwytała je za nogi… . Tak naprawdę nikt nigdy nie widział do kogo należała tajemnicza ręka, ponieważ  chodziły słuchy, że wielu ży­wych właśnie w tym „wyręczało” duchy, stojąc sobie żarty z niewinnych panien. Wg. relacji, przechodząc przez „ławy”,  można było usłyszeć również płacz lub śmiech dziecka rozchodzący się z szuwarów.

W połowie XIX w. we wsi Prusacy utworzyli szkołę. Nauka odbywała się w niej w języku polskim i niemieckim.  Do szkoły oprócz mieszkańców Kobylnik uczęszczały również dzieci ze wsi Piaski, ponadto Młyniewa i Chrustowa. Z biegiem czasu rosła liczba dzieci i stara szkoła stała się zbyt ciasna, pomimo, iż do szkoły tej uczęszczały dzieci tylko z części wschodniej Kobylnik. Z części zachodniej chodziły do Zdroju. Zachodziła więc potrzeba wybudowania nowej, większej szkoły. Mieszkańcy Kobylnik rozpoczęli zbiórkę pieniędzy. Ówczesny kierownik szkoły A. Kosmehl wystąpił z wnioskiem o subwencję państwową. Koszty budowy szkoły rozłożyły się w połowie na pieniądze państwowe i w połowie o pieniądze zbierane przez mieszkańców wsi. W roku 1896 rozpoczęto budowę nowej szkoły, a inwestycję zakończono w roku 1897.

Po powstaniu wielkopolskim wieś Kobylniki, jak cała ziemia grodziska, zostały włączone do państwa polskiego. Szkoła mająca być oznaką pruskich wpływów została wtedy spolonizowana. Nastąpiła zmiana języka wykładowego z niemieckiego na polski,  zmieniono również kadrę nauczycielską  i kierownictwo szkoły.  Po przewrocie majowym w 1926 r. i zmianie politycznej rzeczywistości, kiedy władze przejęli ludzie związani z Józefem Piłsudskim, kierownikiem szkoły w ówczesnych Kobylnikach został Józef Rejdych. -legionista i „piłsudczyk” pochodzący ze wschodniej Polski. Rejdych kierował placówka szkolna w Kobylnikach do wybuchu II wojny światowej. We wrześniu 1939 r. jako rezerwista został zmobilizowany i dostał się do niewoli sowieckiej. Trafił do Kozielska i zginął w Katyniu. Od września tego roku został Patronem kobylnickiej szkoły.

Inną znana postacią związaną z Kobylnikami był urodzony w tej miejscowości jeden z najbardziej odważnych i zasłużonych powstańców wielkopolskich z ziemi grodziskiej.  Antoni Janus. Ten grodziski zawadiaka i bohater urodził się w Kobylnikach w 1897r.

W czasie I wojny światowej walczył jako marynarz na niemieckim okręcie wojennym „Wolf”. Po zakończeniu działań wojennych wrócił do Grodziska i w listopadzie 1918 r. zaangażował się w przygotowania do wybuchu powstania wielkopolskiego. Brał udział w rozbrajaniu niemieckich transportów kolejowych na linii Poznań-Berlin. Dzięki niemu zdobyto znaczne ilości broni dla powstańców. Awansowany na stopień sierżanta został mianowany dowódcą plutonu w grodziskiej kompanii powstańczej. Szczególną odwagą wykazał się w czasie obrony dworca kolejowego w Rakoniewicach 3 stycznia 1919 r., za co został odznaczony orderem Virtuti Militari. W kolejnym boju pod Jaromierzem dostał się do niemieckiej niewoli i jako dezerter został skazany na karę śmierci. W drodze na miejsce egzekucji udało mu się jednak zbiec i wrócić do Grodziska. W okresie międzywojennym pracował jako woźny sądowy w Grodzisku.  Po wybuchu II wojny światowej ukrywał się jako były powstaniec, ale aresztowany przez gestapo w 1941 r. został zesłany do KL Auschwitz, gdzie zmarł 21 marca 1942 r.

 Okupacja niemiecka w Kobylnikach zaczęła się 6 września 1939 roku, kiedy Niemcy wkroczyli do wsi. W końcu  1939 roku otworzyli szkołę organizując naukę w języku niemieckim. W roku 1941 została ona jednak zamknięta i urządzono w niej biuro przesiedleńcze tzw. ”SS Arbeitstab”, które funkcjonowało do końca wojny.

W okresie powojennym we wsi przywrócono polska szkolę. W latach 80-tych społeczność wsi podjęła trud budowy nowej szkoły, którą ulokowano naprzeciw starego budynku. Ostatecznie ta inwestycja nie została dokończona, a budynek służy dziś jako … piekarnia.

W początkach XXI w. szkołę jednak rozbudowano i dziś jest ona chlubą społeczności, która  jak wspominaliśmy na wstępie została przedzielona administracyjnie na wieś i miasto. „Nowe” czasy spowodowały również nowe spojrzenie na jej obszar. Miejscowość po przyłączeniu Dolnych i Środkowych Kobylnik do miasta i poprawie infrastruktury drogowej stała się bardzo atrakcyjnym terenem dla osiedlających się nowych mieszkańców. Jak grzyby po deszczu w tym rejonie w ostatnich latach powstają nowe domy, kontrastując z pozostałymi pomiędzy nimi nielicznymi gospodarstwami rolnymi.

Sebastian Skrzypczak

Autor dziękuje  Andrzejowi Mańkowskiemu, za pomoc przy pisaniu tekstu.

 

Winny być musi
– Nie znam sytuacji potknięcia się, kolizji, wypadku, o którym jej uczestnik powie, że on zawinił. Zazwyczaj mówi, że ktoś inny się do tego przyczynił. Sprawca materialny lub niematerialny musi być, jak amen w pacierzu. Gdy się przewróci, to nie powie, że stracił równowagę, ale szuka potencjalnego winnego, który podłożył mu nogę. Innym razem, gdy przepuści kasę, to przed żoną tłumaczy, że to przez kumpla, który namówił go do picia. Z kolei pani domu kupi sobie drogi ciuch i wtedy nawija, że to przez męża, bo musiała odreagować stres po jego wyskokach. Co ty o tym sądzisz? – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Czy ja mogę zdać ci pytanie, które w dalszej części naszej rozmowy wiele nam ułatwi? – zaproponował Hipolit.
– Wal prosto z mostu. Ostrzegam cię jednak przed wygłupami i „bzdetami” w stylu, kto wypina tego wina – warknął Marian.
Kumpel nie zważając na przytyk zapytał:
– Jak myślisz, co to jest torebka damska i do czego służy?
– Wiedziałem, że jak ty walniesz, to niczym gołąb na parapet. Ja tu wysilam się i chcę cię wciągnąć w interesujący temat, a ty nawijasz makron na uszy o babskim dodatku. Zaspokoję jednak twoją ciekawość i powiem, że torebka, to cholernie droga rzecz, bez której żadna kobieta nie może się obejść. Modna, ze skóry i do tego znanej firmy – jest obiektem pożądania. Jej wielkość uzależniona jest od tego, do jakiego celu ma służyć – tłumaczył Marian.
– Dziękuję przyjacielu – przerwał mu Hipolit.
– A to niby za co, bo nie wiem dalej, do czego zmierzasz? – zapytał Marian.
– Widzisz kolego – spokojnie mówił Hipolit – moja żona Kundzia torebek ma kilkanaście, ale jak nadarzy się okazja, to kupuje kolejną.
– Oho, jak przed laty przyjechała, a w zasadzie przywiozłeś ją wozem konnym do miasta, to o kobiecych dodatkach nie miała pojęcia. Nie widziała, że coś takiego istnieje. Miała jedną sznurkową siatkę ażurową, szmacianą torbę z uszami ze skaju i koszyk wiklinowy po pyrach – nie wytrzymał Marian.
Kumpel spokojnie przygotował ripostę.
– Ciebie też pamiętam z tamtego okresu z beretem na głowie, niemodną aktówką pod pachą i wykoślawionymi „bitelsówkami” na nogach – oddał pięknym za nadobne Hipolit.
– Dobra, już dobra! Nie licytujmy się, mów o tej torebce – pojednawczo oświadczył Marian.
– W związku z tym mam kolejne pytanie – Hipolit zwrócił do przyjaciela.
– Masz moją zgodę – odparł kumpel.
– Czy widziałeś kobietę, która ma porządek w torebce i wie, co w niej trzyma. Powiem ci, nie czekając na twoją reakcję, że ja nigdy nie wiem, z uwzględnieniem swojej żoneczki – rzekł Hipolit.
Na chwilę zapadła cisza.
– Nie do wiary. Twoja Kundzia ma też bajzel w torebce? Uszczypnij mnie w ucho, bo sądzę, że źle słyszę – trajkotał Marian. Wiesz powiem ci jeszcze, że moja Gabrysia w niczym twojej nie ustępuje. Za każdym razem, gdy musi znaleźć klucze do mieszkania lub jakiś dokument, szukanie trwa wieki. Wielokrotnie gmera, drenuje, wywraca jej zawartość i przy tym psioczy. Oczywiście posądza mnie, że musiałem tam „ryć” za „bejmai”, bo ona miała tam idealny porządek. Raz odpowiedziałem jej, że chyba nie w tym stuleciu, to walnęła mnie skórkowa torebką w glacę.
– Dochodzimy do sedna sprawy – wszedł w zdanie przyjaciela Hipolit.
– Nadal, jak żaba nic nie kumam – odparł Marian.
– Już ci mówię, w czym rzecz, tylko mi nie przerywaj – zwrócił Hipolit do kumpla. Sam mówiłeś, że musi być ktoś lub coś winny w każdym zdarzeniu.
– Tak mówiłem – przytaknął Marian.
– Nie tak dawno były w Ameryce wybory. Murowana kandydatka żona „saksofonisty” Bila przerżnęła je z kretesem. Za oceanem u wygranych zapanowała euforia, a u pokonanych czarna rozpacz.
– To wiem, bo sam byłem zaskoczony – przerwał Marian. Tylko, jak to się ma do torebki?
– Proszę bardzo! – kontynuował Hipolit. Kobieta przegrała wybory właśnie przez torebkę.
– Nic bardziej bzdurnego nie mogłeś wymyślić. Możesz mi powiedzieć, co ma ona do rzeczy – zaatakował Marian.
– Otóż kandydatka miała piękną, ale przepastną torebkę. Sama nie wiedziała, że przypadkowo włożyła w nią milion dolarów i zapomniała lub nie mogła ich znaleźć. Jej przeciwnicy dowiedzieli się, że na kampanie dostała kupę siana i nie potrafi powiedzieć, co z „zielonymi” zrobiła. Te i inne wpadki sprawiły, że stała się niewiarygodna i poległa. I co przyjacielu przegrała przez torebkę, czy nie? – pytaniem zakończył Hipolit.
– Wiem, że przyczyn jej klęski było więcej, ale ten, jak sądzę przywołany przez ciebie jest tym najbardziej zabawny. O ile dobrze pamiętam – Troja i Ameryka padły przez kobietę. W obu przypadkach pojawił się sprawca w postaci Amora. W pierwszym było uczucie do mężczyzny, a drugim nieodparte parcie do władzy i kasy – na swój sposób tłumaczył Marian.
– Dość tego ględzenia idziemy na piwo – przerwał Hipolit.
– Spoko przyjacielu. Musimy uzgodnić stanowisko w razie wpadki po tym, jak po powrocie do chaty nasze małżonki wyczują, że zalatuje od nas alkoholem. Proponuję jak zwykle, że ty na mnie zwalisz winę, a ja na ciebie, bo winny być musi – zaproponował Marian. Po akceptacji pomysłu kumple ruszyli w stronę piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Jak to w Stęszewie z wodą było część 13
W ostatniej części zakończyliśmy w momencie jak to Pan Bóg wymierzył sprawiedliwość w stosunku do złych ludzi. Pozwolę sobie wrócić na chwilę do dzierżawcy ośrodka nad Lipnem. Za łapówkę, którą wziął od mordercy dziecka, zakupił rotorty i otworzył produkcję węgla drzewnego w Barlinku oraz na zakup dużego mieszkania w Barlinku, gdzie zamieszkał z kochanką.
Jednak interesy nie szły zbyt dobrze, gdyż kara za śmierć dziecka się za nim wlokła. Wkrótce komornik odebrał mu cały majątek w Barlinku. Poszedł do pracy jako kierowca tira. Po krótkim czasie zmarł, nie wiem w jakich okolicznościach. Jedyne, czego można mu pogratulować, to tego że Adam Krakowski organizował dla samotnych ludzi bale w restauracji nad Lipnem i to od roku 1990 do roku 1994. Na każdy bal przyjeżdżało kilkaset osób. Do dzisiaj żyje w Stęszewie kilka małżeństw, których miłość zakwitła właśnie na balu dla samotnych nad Lipnem. Adam miał własną orkiestrę, która pięknie na tych balach grała. On sam grał bardzo ładnie na saksofonie.
Jak wyłudził kredyt w banku, zatrudnił nurków do wykonania remontu pomostu nad wodą. Uruchomił szkołę ratowników nad Lipnem, wprowadził obsługę kelnerek w strojach bikini. Pamiętam kelnerki wyglądały wspaniale.
Otworzył nad Lipnem kantor wymiany walut itp. Za to wszystko można pochwalić tego człowieka.
Wróćmy do tematu gotowania wody w Stęszewie. Prawie w każdym gospodarstwie domowym był miedziany kocioł do gotowania wody. Stawiało się go na kutym trójnogu i rozpalało pod nim ogień, jednak taki kocioł służył do gotowania wody i do gotowania prania, a na jesieni do smażenia powideł.
Przed II wojną światową były duże czajniki, stalowe, emaliowane oraz aluminiowe. Do gotowania wody w latach 70-tych królowały grzałki nurkowe. Wkładano je do garów, słoików, czy dzbanów. Kabel wkładano do gniazdka i woda się gotowała. Jednak miały one jedną wadę, nie miały automatycznych wyłączników prądu. Pamiętam jak w roku 1970 moja siostra włączyła do prądu taką grzałkę i poszła do miasta. Woda się wygotowała, grzałka oraz czajnik zrobiły się czerwone od temperatury. Płomień nie wybuchł, bo nie było dostępu powietrza, zwęgliła się szafka, a czajnik z grzałką zatrzymał się na betonowej posadzce.
Dopiero w roku 1990 w Stęszewie pojawiły się w sprzedaży czajniki do gotowania wody z automatycznym wyłącznikiem.
Przed II wojną i do lat 70-tych ubiegłego wieku, w każdym piecu w kuchni był zbiornik o pojemności ok. 10 litrów, emaliowany z nakryciem, w którym zawsze mieściła się gorąca, przegotowana woda.
Od kilkuset lat w Stęszewie jedynym paliwem do gotowania były szyszki i chrust z lasu. Tak było jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku. Pamiętam, jak chodziliśmy do lasu po takie szyszki. Kilkaset lat temu paliwem były również tzw. placki, czyli odchody krów. Przez całe lato matki dawały dzieciom drewniane foremki> Dzieci zbierały „placki” w lasach i na łąkach, w dolinach rzek. Robiły to rączkami i ubijały w foremkach. Następnie zanosiły do domu. Matka wyrzucała z formy na ziemię, suszyła na słońcu, a po wyschnięciu służyły, jako opał.
Bieda w Stęszewie była dokuczliwa. Po zapłaceniu dziesięciny dla księdza i dziedzica, nie zostawało prawie nic. Kto dzisiaj pamięta, że herbatę parzyło się z liści i nasion lipy. Lipa dawała przez całe życie herbatę. Z drewna robiono łyżki, naczynia i inne przedmioty codziennego użytku. Na koniec dawała także deski na trumnę.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski.

Jan Skrzypczak – harcerz, nauczyciel, bohater.
Na skwerze przed grodziskim „ogólniakiem” na ulicy 3 Maja, stoi tablica poświęcona pamięci harcerza, pedagoga grodziskiego „Słowaka”, ofiary hitlerowskiego okupanta– harcmistrza Jana Skrzypczaka. Wspominając postacie z przeszłości związane z grodziskim Liceum, nie sposób nie wspomnieć o postaci, pomnikowej, która zasłużyła na to, aby podobnie jak patroni grodziskich ulic istnieć w zbiorowej pamięci nie tylko ludzi związanych z grodziskim Liceum, ale wszystkich mieszkańców Grodziska.
Jan Skrzypczak urodził się w 1910 roku w Minikowie pod Poznaniem. Ukończył szkołę powszechną w Starołęce (dziś dzielnica Poznania), następnie Gimnazjum św. Jana Kantego, gdzie w 1930 roku zdał egzamin dojrzałości. Podczas nauki w Gimnazjum wstąpił do harcerstwa. Po maturze został przyjęty na Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Poznańskiego, rozpoczynając studia z pedagogiki oraz wychowania fizycznego. Po uzyskaniu absolutorium trafił do naszego miasta i w 1933 roku podjął prace w Gimnazjum Miejskim im. Juliusza Słowackiego w Grodzisku Wlkp. Równolegle pracował w Prywatnym Gimnazjum pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Poznaniu. 15 grudnia 1937 roku otrzymał tytuł magistra wychowania fizycznego, a 18 maja 1938 roku uzyskał dyplom Nauczyciela Szkół Średnich. W kwietniu 1936 roku wziął ślub z Marią Szuborówną.
W czasie studiów Jan Skrzypczak aktywnie działał w harcerstwie. Po objęciu posady w Grodzisku sprawował funkcje opiekuna drużyny harcerskiej im. Stefana Czarnieckiego, składającej się z uczniów naszego Gimnazjum. W tym czasie podźwignął organizacyjnie drużynę, przeżywającą kryzys po odejściu z pracy w Gimnazjum grodziskim, swego opiekuna prof. Zdzisława Grota. (w okresie pomiędzy 1929 ,a 1933 r., corocznie zmieniali się opiekunowie drużyny). Zdolności organizacyjne, autorytet wśród podkomendnych oraz umiejętność pracy z młodzieżą sprawiły, że w krótkim czasie jego drużyna została jedną z najlepszych w okolicy. Potwierdzeniem tego była nadanie drużynie sztandaru, które nastąpiło podczas uroczystości zakończenia roku szkolnego 1933/34. W kolejnych latach następował dalszy rozwój drużyny, którą opiekował się Jan Skrzypczak. Jej członkowie brali udział w Międzynarodowym Zlocie Jubileuszowym Harcerstwa w Spale w 1935 r. Jej członkowie sami zorganizowali obóz letni w Kowańcu k. Nowego Targu w lipcu 1939r.
Sprawność organizacyjna sprawiła, że Jan Skrzypczak został mianowany współpracownikiem Komendy Chorągwi w Poznaniu. Przed wybuchem wojny sprawował w poznańskiej komendzie funkcje kierownika Wydziału Obozów i Turystyki oraz był Komendantem kursów Komendantów Obozów. Latem 1939 roku przebywał we Francji z delegacją polskich harcerzy, skąd powrócił kilka dni przed wybuchem wojny.
Tutaj zaczyna się najważniejszy etap działalności społecznej naszego bohatera zakończony tragicznie. Po klęsce wrześniowej, Jan Skrzypczak włączył się w organizowanie podziemnych struktur harcerskich – „Szarych Szeregów” w Wielkopolsce. W 1941 roku po aresztowaniu swojego przyjaciela Franciszka Firlika przez Niemców, zastąpił go na stanowisku komendanta Chorągwi Poznańskiej Szarych Szeregów, noszącej konspiracyjny kryptonim – „ul Poznań”. Jednocześnie działał w strukturach sztabu okręgowego Armii Krajowej pod różnymi pseudonimami.m.in. „Letnisko”, „Pałac”, „Ilski”. Zajmował się także tajnym nauczaniem i pomocą rodzinom więźniów obozów koncentracyjnych i poległych żołnierzy. Mieszkał i pracował wtedy w Poznaniu. Został zatrudniony w pralni „Grosswascherei Emil Kretschmar” na Starołęce jako zaopatrzeniowiec, dzięki czemu mógł swobodnie poruszać się rowerem po Poznaniu. Prowadził współprace konspiracyjną z terenem w tym prawdopodobnie kontaktował się z Grodziszczaninem Ludwikiem Chocieszynskim – harcerzem, działaczem podziemia. Podczas okupacji na terenie naszego miasta działał jeden zastęp harcerski (ok. 15 harcerzy) zajmujący się głównie działalnością wywiadowczą, w ramach współpracy ze strukturami Polskiego Państwa Podziemnego.
23 kwietnia 1943 roku w Wielki Piątek Jan Skrzypczak został jednak aresztowany przez gestapo. Przez kilka miesięcy był przetrzymywany w poznańskiej siedzibie gestapo, gdzie był torturowany. Później został przeniesiony do poznańskiego Fortu VII. W początkach roku 1944 wraz z grupą harcerzy w tym min. Naczelnikiem „Szarych szeregów” harcmistrzem Florianem Marciniakiem, został przewieziony do Gross Rossen. Tam zamordowany prawdopodobnie 20 lutego 1944 roku, z grupą ponad 20 innych polskich harcerzy.
Grodziska brać harcerska na jubileusz 70- lecia istnienia organizacji na ziemi grodziskiej 20 lutego 1986 roku ufundowała tablicę upamiętniającą postać Jana Skrzypczaka. Do dnia dzisiejszego o swoim byłym nauczycielu pamięta społeczność grodziskiego Liceum. Młodzież, każdego roku w rocznice śmierci pedagoga zapala znicz pod tablicą upamiętniającą bohaterskiego harcerza. Każda szkolna uroczystość patriotyczna jest wieńczona składaniem kwiatów pod tablicą upamiętniającą Jana Skrzypczaka.
Sebastian Skrzypczak

Skubanie „jeleni”
– Powiedz mi czy wiesz, co to są jelenie i z czym ci się kojarzą? – zadający takie pytanie Marian Lichy bacznie przyglądał się Hipolitowi Mizerce. Kumpel, wbrew swojej naturze, odpowiedział od razu. Jednak tym, co rzekł, kompletnie kumpla zaskoczył.
– Maryś nie może być. Żona przyprawia ci rogi. Zdradza cię?! – wyrzucił z siebie Hipolit.
Po tych słowach na chwilę Marianowi odebrało mowę. Oczy wyszły mu na wierzch i głęboko oddychał:
– Coś ty? Co ty ględzisz. Ja ci się tylko pytałem o jelenie, a ty wyskakujesz z rogami i zdradą. W tej twojej łepetynie kłębią ci się same świństwa – Marian zły naskoczył na kumpla.
– Przepraszam cię przyjacielu – zaczął tłumaczyć się Hipolit. Nie wiem, co mi się stało i dlaczego naszły mnie kosmate myśli. Przecież znam twoją Gabrysię i wiem, że ona jest zapatrzona w ciebie, jak w obrazek. Ani jej w głowie facet na boku.
To ostatnie zdanie trochę połechtało próżność przyjaciela. Nie na tyle jednak, aby nie sprowadzić Hipolita na ziemię, a tym sam na właściwe tory rozmowy.
– Czy ty sam z siebie jesteś taki dureń, czy twoja Kundzia ci każe takim być? – zaatakował kumpla Marian.
– Jelenie, to zwierzęta płowe. Mają smaczne mięso. Cenione są za rogi, które wśród myśliwych postrzegane są, jako wartościowe trofeum łowieckie, a także pasjonatów zbierających poroże – jednym tchem wyrzucił z siebie Hipolit.
– No widzisz jak chcesz to potrafisz logicznie myśleć – łagodniej spojrzał na kumpla Marian. Wywołałem to zwierzę, jako przykład do życiowych sytuacji, gdy człowiek człowieka robi w jelenia.
– Mów jaśniej, bo nic a nic nie kumam – dopytywał Hipolit.
– Już ci przybliżę, co mnie nurtuje w oparciu o konkretny przykład – zaczął Marian. W sobotę z „towarzystwem wzajemnej adoracji” wybrałem się na wycieczkę autokarową do Dębowa. Pogoda była pod psem, ale humory w wesołym autobusie dopisywały i to, co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze domowe troski oddalały się wraz i pokonanymi kilometrami. Po drugie mocny trunek spożyty po drodze poprawił nastrój. Wyjazd nie był długi, toteż po godzinie ekipa była na miejscu. Autokar zatrzymał się przed okazałą bramą posiadłości Byczkowskich.
Tej przydługiej tyrady nie wytrzymał Hipolit. Wszedł w zdanie kumplowi:
– Nawijając o wycieczce nie zapomnij o jeleniach.
– Już, już, ale ty jesteś w gorącej wodzie kąpany – wrócił do tematu Marian. Zgodnie z ustalonym planem ruszyliśmy na zwiedzanie zabytkowego obiektu. W każdym z pomieszczeń coś zaskakiwało. A to stare bryczki, których nie można było dotykać. A to pokoje z małymi łóżkami, na których nie można było nic robić, ba – nawet się zbliżać. A to galerie z obrazami przeróżnych artystów. Niektóre „lanszafty” z błyskiem w oku oglądałem.
– Jak cię znam, to szczególnie gołe babki cię interesowały i niedwuznaczne sytuacje w przyrodzie lub na kanapie. I co tam widziałeś – jelenie? – ironizował Hipolit.
– Zamknij się i słuchaj – ostro skarcił kumpla Marian. Zmęczeni chodzeniem, znaleźliśmy mały lokal gastronomiczny, w jednym z bocznych pałacowych budynków. Dziesięć stolików na krzyż i bufet – stanowiły całe jego skromne wyposażenie. Za ladą stała kobitka w średnim wieku. Wyobraź sobie, że ani cennika nie było, ani karty. Mówiąc krótko to, co tam serwowano było na „gębę” „bufetowej”. Słuchaj kawa i herbata w jej przeliczniku kosztowały równo po 7 zł, a piwo Żywiec butelka 7,50 zł. Przebicie do zwykłego lokalu było bagatela trzykrotne.
– Przecież to rozbój na prostej drodze. I co, byli chętni przy takich cenach? – nie wytrzymał Hipolit.
– Niestety tak – kontynuował Marian. Ustawiła się długa kolejka. Barmanka z miną cierpiętnicy na tyle, ile potrafiła obsługiwała klientów. Co chwilę było słychać jej przeliczniki przez 7 i 8,50 „zet”. Nie przyjmowała się, a w zasadzie, w nosie miała klientów siedzących przy stoliku, którzy czekali na jej łaskawe przyjście. Jedna z wkurzonych klientek – Balbina Pupka – tak się wkurzyła, że ostentacyjnie opuściła knajpkę ze słowami – „Mam ten cały przybytek, pseudo gastronomiczny, z brakiem szacunku dla gości i kosmicznymi cenami, w rzyci.
– Z tego, co opowiadasz wnioskuję, ze ten lokalik najzwyczajniej szuka jeleni na oskubanie ich z kasy. Tak sobie myślę, że obsługa modli się o kiepską, a najlepiej zimną pogodę. Wiedzą, że zziębnięci ludzie, po zwiedzaniu, gdzieś muszą poczekać na autokar i przyjdą na herbatkę, kawę lub browar. Zanim się połapią, o co chodzi, już bulą według kalkulacji z „księżyca”. Kiedyś mówiło się na niecne zagrywki, że zrobiono kogoś w konia, wała lub jakoś inaczej –gorączkował się Hipolit.
– Wiesz przyjacielu, że nie chodzi o nazewnictwo procederu, ale uczciwe traktowanie człowieka, w tym przypadku klienta w lokalu. Ten przypadek, o którym ci opowiedziałem nie ma z tym nic wspólnego. Bez skrupułów rżną tam gości po kieszeni. Powiem ci, że jest na to rada i przestroga. Nie dać się wystawić i upolować, jak klasycznego jelenia, bez względu na czas, miejsce i okoliczności – podsumował całość Marian.
Seweryn Kaczmarek