sobota, 21 Lipiec 2018

2015 Lipiec

Jak to z apteką „pod białym orłem” było? Część 4.

Wiedźmy i wiedźmini, czyli moje spotkanie ze znachorem

W poprzedniej części pisałem, jak to od 100 lat było z leczeniem ludzi w Stęszewie. Przypomnę, że wtedy leczeniem ludzi zajmowały się wiedźmy oraz mężczyźni zwani „wiedźminami”. Nazwa ta powstała od słowa „wiedzieć”. Ludzie ci wiedzieli wszystko o chorobach, o sposobach leczenia oraz o wytwarzaniu lekarstw. Tacy osobnicy bywali tez zwani „znachorami” Nazwa ta natomiast powstała od słów „znający choroby”.

Dzisiaj pragnę podzielić się z Państwem moją przygodą ze znachorem. Wspomnę tutaj o pięknej postaci Wiedźmy z serialu telewizyjnego „Ranczo”. Ów serial idealnie ukazuje, jak z całej okolicy ludzie, z wszystkimi swoimi problemami, zarówno tymi zdrowotnymi, jak i natury psychologicznej, zwracają się do wiedźmy o pomoc. Jej wiedza i siła jest wspaniała.

W serialu przedstawione jest, jak zbiera zioła i przygotowuje z nich medykamenty. Rzuca uroki na złych ludzi. Jeszcze parę wieków wstecz, po długich torturach przeprowadzanych przez sądy „niby” boże w klasztorach, taka kobieta byłaby skazana na śmierć przez spalenie na stosie. Dawniej, kiedy kobieta została skazywana na stos, rodzina skazanej zbierała pieniądze i przekazywała katu. Kat za łapówkę dokładał do stosu mokre drewno, które po podpaleniu wytwarzało bardzo dużo gęstego dymu, wtedy kat przebijał włócznią bok skazanej, aby ta nie cierpiała w płomieniach.

Inną postać znachora mogliśmy zobaczyć w polskiej komedii zatytułowanej „Wyjście awaryjne”.

Wróćmy do tematu mojego spotkania ze znachorem. W roku 1967, jako 10-letni wówczas chłopiec, zachorowałem na reumatyzm. Ból nóg był do tego stopnia nie do zniesienia, że uniemożliwiał mi normalne poruszanie się. Ojciec nosił mnie na rękach, a moje nogi nacierał denaturatem. Ponadto woził mnie do doktora Mozolewskiego. Doktor mruczał niezadowolony, bo był bezsilny. Ojciec dowiedziawszy się od księdza proboszcza Joachimczaka, że w Izbicy Kujawskiej jest znachor, który leczy wszystkie choroby i schorzenia, podjął decyzję, że w sobotę o 4:00 rano pojedziemy. Moja choroba reumatyczna wynikała z tego, że urodziłem się w Stęszewie na ulicy Laskowej. Obecnie dzielnica ta przez mieszkańców nazywana jest „Wenecją”, ponieważ dookoła znajdowały się bagna. Wodę ze studni nabieraliśmy wiadrem trzymanym w ręce.

Tak więc nadeszła sobota 4-ta rano. Ojciec zbudził mnie, matka uszykowała prowiant na drogę i samochodem marki Warszawa M-20 wyruszyliśmy w podróż. Około 7-ej rano dotarliśmy na miejsce. Pod plebanią stało mnóstwo powózek konnych, dziesiątki samochodów. W sumie doliczyć się można było tam około 200 osób. Co chwile przyjeżdżała milicja Warszawą M-20 i kontrolowała, co się dzieje.

Po krótkim czasie wyszedł z domu ów „Znachor”. Ksiądz proboszcz z kluczami otworzył drzwi do sali katechetycznej. Tłum ludzi z trudem się w niej zmieścił. Znachor z uśmiechem powitał wszystkich i rozpoczął wykład o leczeniu przy pomocy ziół i innych sposobów. Dzielił się z ludźmi swoją wiedzą ponad godzinę. Ludzie milczeli i słuchali ze skupieniem. Pamiętam, jak opowiadał o właściwościach leczniczych brzozy. Mówił, jak to od tysięcy lat wiedźmini wypalali w otworach pod ziemią korę brzozy, aby uzyskać czarną smołę, która była wykorzystywana w leczeniu różnych chorób skórnych. Lek ten nazywał się „Dziegieć”, do dzisiaj jest powiedzenie „Kropla dziegciu zniszczy beczkę miodu”.

Opowiadał też, jak dawniej w każdym domu była rurka miedziana, którą ludzie wbijali w brzozą. Poniżej podstawiali dzban i pili sok pochodzący z tego drzewa. Następnie wspominał czasy, gdy ludzie ścinali jemiołę złotym sierpem. Jemioła musiała opaść na białe prześcieradło. Jeżeli nie dopełniło się tego rytuału, to roślina traciła moc leczniczą. Znachor mówił, że nasiona jemioły przyklejają wysoko na drzewach ptaki Jemiołuszki. Pokazywał, jak z kupionej w aptece czystej wazeliny, sam robi wszelkiego rodzaju maści i kremy, dodając różne zioła.

Pamiętam, jak opowiadał, że nigdy w historii świata piorun nie uderzył w brzozę.

Po ponad godzinnym wykładzie znachor zaczął badać ludzi wahadełkiem. Zaglądał w oczy i mówił każdemu, na co choruje. Ludzie potwierdzali. Po zbadaniu mego ojca, powiedział mu, że ma początki cukrzycy. Zapisał ojcu zioła i kazał pić przez rok cały. „Będziesz zdrowy” – rzekł.

Po powrocie do domu ojciec zrobił badania i wyniki faktycznie wykazały cukrzycę. Po zbadaniu wahadełkiem mnie ziołolecznik powiedział do ojca, aby wziął nóż, pojechał do lasu, naciął gałązek brzozy, oderwał liście i włożył synowi pod materac. Po czym rzekł do mnie „Pamiętaj młody człowieku, prócz tych gałęzi musisz mieć wiarę w boga, bo inaczej gałązki ci nie pomogą”.

Po powrocie, po kilku nocach, przespanych na gałęziach brzozy, zapomniałem całkowicie o reumatyzmie. Po roku siostra weszła do mego pokoju, w kącie stały dwa kije od miotły, zapytała szyderczo „A co to? Jakieś nowe lekarstwo?” Było mi przykro, ale nie straciłem wiary w boga, księdza znachora, ani gałęzi brzozy.

Nie wstydzę się tego, że na gałęziach brzozy śpię do dziś, prawie pół wieku, czyli 48 lat.

Dwanaście lat temu lekarz z podpoznańskiego Lubonia powiedział mi, że mam sobie kupić awaryjnie wózek inwalidzki. Jednak ja wybrałem wiarę w Boga, święty gaj na Borui, w lesie oraz gałęzie brzozy.

Pamiętam, jak w latach 60-tych ubiegłego wieku, w Stęszewie w aptece i kioskach, można było kupić tabakę, którą wciągało się do nosa i leczyło katar. Ludziom otyłym chorym na serce, znachor zapisywał cynamon, ziarna pieprzu i zmieloną korę magnolii.

Dalszy ciąg leczenia roślinami w następnym odcinku KL.

Foto

Tą Warszawą M-20 w roku 1967 jechałem do księdza-znachora, mieszkającego w Izbicy Kujawskiej. Fotografia wykonana została dwa lata później w Tarnowie Podgórnym. Z lewej strony starszy brat Marek, obok pani Janka z Tarnowa, następnie moja matka, ojciec i ja

 Jak to z apteką „pod białym orłem” było? – część 3

W roku 2015 minęła 184 rocznica powstania apteki przy ulicy Poznańskiej w Stęszewie. Tak jak wcześniej wspominałem do pięknego jubileuszu zabrakło 16 lat. Szkoda, że apteka z tradycjami przestała istnieć w styczniu 2015 roku. W dzisiejszej części chciałbym cofnąć się w czasie, ponieważ niejeden młody człowiek mógłby zadać mi pytanie odnośnie tego, iż wiemy jak toczyły się losy apteki po roku 1832, ale jak było z leczeniem ludzi w Stęszewie przez ostatnie 1000 lat? Dlatego też cofniemy się w czasie o ponad 1000 lat. Mianowicie, przez pierwszym rozbiorem Polski przez Watykan i Germanie przed rokiem 966 w Stęszewie i okolicy były kobiety zwane wiedźmami i mężczyźni nazywani wiedźminami. Ich nazwa powstała od słowa „wiedzieć”, ponieważ osoby te wiedziały wszystko o chorobach i ich leczeniu. Potrafili uleczyć prawie wszystkie choroby. Posiadali oni ogromną wiedzę i byli szanowanymi ludźmi z bardzo dużym autorytetem. Problemem dla innych było to, iż zarabiali bardzo duże pieniądze. Do dzisiaj aptekarze i lekarze zarabiają ogromne pieniądze, ponieważ chorzy ludzie oddadzą wszystko, aby odzyskać zdrowie. Po roku 966 całe lecznictwo, plantacje ziół przejęły pierwsze klasztory z Watykanu. Rozpoczęło się polowanie na wiedźmy i wiedźminów. Stosy z tymi mądrymi ludźmi płonęły dzień i noc. Najlepszym interesem od ponad tysiąca lat był na handlu lekami i sądownictwie, bo tak jak wspomniałem chory oraz oskarżony człowiek odda wszystko, aby się obronić. Pierwszym człowiekiem, który przeciwstawił się Watykanowi, że na jego ziemiach sądy pozostaną w jego mocy był Książe Leszek Biały. Wkrótce potem został zamordowany przez zbirów wynajętych przez Watykan pod Gąsawą w Wielkopolsce. Wkrótce zakończyło się polowanie na wiedźmy i wiedźminów. Wszyscy zostali spaleni na stosach. Sprzedażą ziół i leczeniem zajęły się klasztory, a gdy ktoś odważył się hodować jakieś zioła obok zagrody, trafiał na stos i umierał w płomieniach. Następstwem było, iż ludzie chorzy prowadzili ostatnie konie, krowy, kozy, aby otrzymać zioła i odzyskać zdrowie. Tak samo działo się w sądach w klasztorach. Ludzie prowadzili tam swoje zwierzęta, aby otrzymać przychylny wyrok w sądzie watykańskim. Tak dzieje się do dzisiaj. Ludzie, aby ratować swoje dziecko lub, aby uchronić się od złego wyroku sądu, biorą kredyty, sprzedają cały dobytek, aby mieć pieniądze na lekarza i adwokata. Przez ostanie 1000 lat nic się nie zmieniło. W XIII wieku ze społeczeństwa zaczęli wyłaniać się ludzie zwani znachorami. Ich nazwa wzięła się od określenia „znający chorobę”. Wówczas, gdy król Jagiełło wraz z żoną uruchomił w Krakowie uniwersytet, zaczęli powstawać pierwsi cyrulicy -lekarze z dyplomami i znowu zaczęto prześladować znachorów. Jednym z pierwszych cyrulików lekarzy był Mikołaj Kopernik. Osobiście czytałem wypisaną przez niego w 1512 roku receptę, gdzie widniał napis „jedno skrzydło od muchy, włos od szczura i wiele innych tego typu składników, aż strach wymieniać. Po tej recepcie możemy ocenić poziom medycyny w tamtych czasach. Podsumowując temat, możemy stwierdzić, iż wiedźmy, wiedźmini i znachorzy byli bardzo mądrymi i szlachetnymi ludźmi, jednak musieli umrzeć w męczarniach na stosach, bo psuli interes Watykanowi. Znalazłem w księgach zapisy, iż już w 1512 roku w aptekach produkowano tabletki powlekane. Powstały one dla bogatych ludzi. Biedacy musieli połykać wszystkie wymienione wyżej świństwa bezpośrednio. Tabletki powlekane robiono w następujący sposób: uczeń aptekarski brał łopatę, szedł na pole kopać glinę, przynosił ją do apteki, urabiał glinę z wodą do elastycznej masy, wałkował placek grubości około 1 milimetra, na to sypał różne świństwa, zaklejał to w kulkę i suszył na piecu. Bogaci ludzie płacili duże pieniądze za te tabletki. Łykali je popijając wodą, glina rozpuszczała się w żołądku, a zioła i reszta składników dostawała się do organizmu. Innym środkiem leczniczym w Stęszewie były pijawki. Stały one w glinianym garnku w wodzie w każdym domu na szafie. Nakładano je na chorego, na rany i wypijały one chorą krew. Mieszkańcy Stęszewa od zawsze chodzili na pod gaj na łąki po tak zwane „czarcie żebro”. Do dzisiaj można je kupić w aptece pod nazwą „ostrożeniec”. Działał on na cioty i kutuny. Wówczas, gdy na mieście czarownica zadała dziecku kutuna lub ociotowała je, koniecznie dziecko trzeba było wykąpać w czarcim żebrze. Do dzisiaj matki do wózka z dzieckiem przywiązują czerwoną kokardkę, aby cioty nie ociotowały i nie zadały kutuna. Kutun objawiał się tym, iż włosy dziecka skręcały się tak mocno, iż nie dało się ich rozczesać. Na kurzajki mieszkańcy Stęszewa jeździli do Żarnowca nad źródełko po jaskółcze ziele. Na rany i obrzęki tłuczono na desce babkę lancetową. Włos jeży się na samą myśl, iż zęby w Stęszewie wyrywali fryzjerzy zwani kiedyś balbierze. Zęby wyrywali także kowale, którzy także upuszczali ludziom i zwierzętom chorą krew. Najpopularniejszymi używanymi środkami leczenia chorych ludzi była lewatywa i szklane bańki no i opłata do plebana za modlitwę i mszę w intencji chorego. Z tego, co piszę, morał z tego atoli, iż od tysiąca lat najlepiej zarabiają adwokaci i farmaceuci oraz lekarze na tym, co nas boli. Cdn…