niedziela, 21 Październik 2018

2015 Maj

Jak to z Wacławem Voglem było

W ostatnim felietonie o radiowęźle nadmieniłem o Wacławie Vogel’u. Zapowiadałem, że opiszę go w oddzielnym felietonie. Oto i zapowiadany tekst.

Wacław Vogel był bogatym, starym kawalerem. Posiadał dużą łąkę na ulicy Kwiatowej, dochodzącą do rzeki Samicy. Miał także ziemię na – tak zwanym – Złodziejewie – dziś ulica Kościańska i Błonie. Po drugiej wojnie dzielnicę tę nazywano „między stodołami”.

Pamiętam, jak w 1965 roku, po rozpoczęciu roku szkolnego, wszyscy musieliśmy przedstawić się księdzu wikariuszowi. Był to ksiądz Żurawa. Gdy jeden z uczniów stwierdził, że mieszka na ulicy Kościańskiej, ksiądz zapytał, gdzie to jest. Na to uczeń odpowiedział na Zzłodziejewie. Wówczas ksiądz odparł: „Mogłeś tak mówić od razu”.

Mnie spotkała podobna sytuacja. Powiedziałem, że nazywam się Zbigniew Tomaszewski i że mieszkam na ulicy Laskowej 27. Ksiądz oczywiście nie wiedział, gdzie znajduje się Laskowa, więc także kazał dokładniej wyjaśnić. Odpowiedziałem, że między drągami. Wtedy kazał mi usiąść i znów dodał, że mogłem od razu mówić że między drągami. W tamtych latach od topoli, aż do działek, rowy były po brzegi wypełnione przeróżnymi drągami z tartaku. Kolejni uczniowie, którzy się przedstawiali, nie podawali już ulicy, na jakiej mieszkali, tylko mówili – Chmielniki, Folwark Dębno, bądź Świńskie Targowisko, Lipno, albo Górna Wilda. Była to końcówka Dębienka, od strony torów.

Wracając do Vogla, to posiadał on ziemię także w innych miejscach. Wacław Vogel posiadał niemieckie obywatelstwo. W czasie II wojny światowej, na jego posesji, obok kościółka NMP znajdował się Deutsche House (niemiecki dom). Tam w podwórku znajdował się pałac ślubów dla Niemców. Według zdobytych informacji Wacław Vogel miał niemiecki wyrok sądowy kary śmierci za nielegalne posiadanie broni. Według zeznań woźnicy Wacława Vogla, było tak, że kiedyś pojechali wozem do Dopiewa po jakiś towar. Wracali drogą przez Trzcielin. Zrobiło się ciemno. Przejeżdżali przez las i wtedy Vogel wyrwał z rąk woźnicy bat, zaczął krzyczeć i potwornie bić konie. Potem niespodziewanie wyjął z kieszeni pistolet i zaczął strzelać w tył wozu. Spanikował, bo bał się napadu, a może kradzieży. Faktem jest, że łatwiej forsę zarobić, a trudniej upilnować.

Brat Wacława Vogla miał na imię Walery. W Stęszewie mówili na niego „żyd”. Po śmierci brata, Wacław sfałszował jego testament i w ten sposób do majątku doszły trzy osoby. Jeden mężczyzna i dwie kobiety, na które Wacław mówił „dzierlatki”. Vogel, jako pierwszy w Stęszewie posiadał samochód. Był to Fiat 508. Nie miał jednak prawa jazdy i jego szoferem był Czesław Alejski.

Tak więc sprawa majątku po Wacławie Voglu toczy się do dziś i końca nie widać. Bogactwem Vogla jest także ogromny, parowy tartak w Grodzisku Wielkopolskim przy ulicy Poznańskiej, dom przy ulicy Kościańskiej w Stęszewie, działki na ulicy Bukowskiej, obecnie Lipowej, a także na ulicy Kosickiego, dawniej Strzeleckiej. Do majątku należy także rzeźnia i masarnia od strony placu Kościuszki, jak i ubojnia zwierząt orz masarnia, w której Vogel osobiście prowadził rytualny ubój zwierząt.

Zbigniew Tomaszewski

 

JAK TO Z RADIOWĘZŁEM BYŁO

Budowa radiowęzłów w miastach i na wsiach, zaraz po II wojnie światowej było ważne. Wcześniej za posiadanie radia w domu, jeszcze w roku 1945 była kara śmierci. Podobnie, jak za posiadania 1 dolara.

W Poznaniu po wojnie, do końca roku 1945 wykonano w sądzie na Młyńskiej sześć wyroków kary śmierci przez ścięcie głowy na gilotynie. Na ulicy Armii Czerwonej, obecnie ulicy Świętego Marcina, w jednej z kamienic mieszkał „ubowiec” (pracownik Urzędu Bezpieczeństwa). Miał on córkę na wydaniu i potrzebował mieszkania. Naprzeciw niego mieszkała samotna babcia. Podrzucił on jej w piwnicy, pod węgiel radio i powiadomił o tym fakcie UB. Babcię ścieli na Młyńskiej, a on za wzorową postawę obywatelską otrzymał mieszkanie.

W Stęszewie po wojnie linię radiowęzła pobudowano dość szybko. Były już słupy drewniane od linii telefonicznej. Numerów centrali telefonicznej było wówczas sto. Centrala po wojnie i do dzisiaj znajdowała się z tyłu budynku obecnej poczty i była produkcji francuskiej. Jej działanie obserwowałem osobiście w 1979 roku.

Jak ktoś wykręcał w domu na tarczy numer, to elektromagnes wysuwał bolce, następnie po małych szynach jechał wózek i zahaczając o bolce wykręcał numer. Najciekawszy był mały silniczek z turbinką wielkości pięści, który chodził 24 h. Był to, tak zwany buczek. Jak ktoś w domu podniósł słuchawkę, to słyszał sygnał. Dzisiejszy sygnał w słuchawce jest elektroniczny.

Radiowęzeł wybudowano w Stęszewie, we Wronczynie i jest prawdopodobne, że był też w innych wioskach. Budowa szła szybko, ponieważ druty były mocowane na izolatorach szklanych, przymocowanych do istniejących drewnianych słupów telefonicznych. Izolatory szklane montowano na budynkach, następnie łączono gołymi drutami. Kable w osłonie igielitu wprowadzano do domu w rurkach fajansowych. W razie awarii można było wymienić kabel, bez wiercenia i kucia. Zimą ludzie zatykali rurkę z kablem, bo wiało. Rurka na zewnątrz budynku była wygięta w kolano w dół, aby deszcz i śnieg nie dostawał się do domu.

Dzisiaj spacerując po starej części miasta, można zauważyć na szczytach budynków dwa szklane izolatory i rurkę z fajansu. Jest ich dość dużo. Węzeł radiowy włączano o piątej rano, a wyłączano wieczorem. Pierwsza rozgłośnia była na ulicy Kosickiego, w domu u Pana Zielińskiego. Przenieśli ją następnie na ulicę Kościańską do pomieszczenia, gdzie w latach 70-tych pan Zaborowski miał zakład szewski. Potem rozgłośnię przeniesiono do budynku obok kościółka, gdzie po wojnie zlokalizowano przedszkole. W tym budynku rozgłośnia radiowęzła pozostała do dnia likwidacji.

W czasie wojny w latach 1939 – 45, w tym domu znajdował się Dom Niemiecki (Deutsche House). Przed wojną dom należał do Wacława Vogla, do bogatego, starego kawalera – ale o nim szerzej w oddzielnym felietonie.

W podwórzu tego budynku w 1941 roku Niemcy wybudowali Pałac Ślubów tylko dla Niemców. Radiowęzeł w Stęszewie nazywano „guzioł”, „kołchoźnik” i „ szczekaczka”. Ogromne tuby-głośniki znajdowały się na Rynku przy słupie ogłoszeniowym. Obecnie znajduje się w tym miejscu kapliczka z zegarem. Drugi głośnik znajdował się przy kościółku na ulicy Kościańskiej, trzeci na ulicy Poznańskiej obok Magistratu.

Dzień 6 marca 1953 roku zapisał się w pamięci Stęszewa niecodziennym wydarzeniem. Z ogromnych głośników mieszkańcy usłyszeli następującą wiadomość:

„Rodacy! 5 marca 1953 roku zgasło dla nas słońce. Kochaliśmy go, jak ojca. Był dla nas przyjacielem. Ponieśliśmy ogromną stratę. Zostaliśmy sierotami. Zmarł ojciec narodu polskiego Józef Stalin. Jesteśmy w żałobie. Nie szczędźmy łez ojcu przyjacielowi, tatusiowi narodu polskiego.”

Następnie grano marsze żałobne. Tak, co parę minut powtarzano na przemian komunikat i muzykę. Trwało to przez kilka dni. Ludzie płakali. Chusteczkami ocierali łzy. Nie wiadomo, czy płakali ze wzruszenia, czy ze strachu. Wówczas średnio, co dziesiąty człowiek, to był kapuś.

Głośniki w domach miały potencjometry. Można je było ściszyć lub wyłączyć, a na ulicach – nie.

Gdy władze PRL zniosły karę za posiadanie radia, ludzie zaczęli kupować radioodbiorniki i powoli radiowęzeł przeznaczano do likwidacji.

Od początku powstania radiowęzła w Stęszewie, do jego końca, rozgłośnią zajmował się Pan Ossowski. Mieszkał na ulicy Kosickiego. Radiowęzłem zajmowała się Poczta Polska i tam płaciło się abonament.

Na koniec opiszę satyryczne zajście związane z radiowęzłem. W roku 1950 Ossowski idąc do rozgłośni na ulicę Kościańską zauważył, że jego znajomy pan Czajkowski – malarz pokojowy, pseudonim „Galop” maluje sufit w Banku Spółdzielczym na Rynku. Stał na drabinie.

Ossowski pobiegł do rozgłośni, chwycił mikrofon i głośno zapowiedział:

„A teraz mieszkańcy Stęszewa usłyszycie piękny utwór Czajkowskiego „Galop”. Pan Czajkowski, gdy to usłyszał z głośników, rzucił pędzel, krzyknął: Ja ci dam „galopa” i pędem ruszył, środkiem szosy do rozgłośni. Pan Ossowski widząc z okna biegnącego, zakluczył szybko drzwi. Po kilku minutach łomotania i krzyczenia Czajkowski wrócił do swojej pracy.

Pseudonim „Galop” ojciec malarza Czajkowskiego otrzymał od mieszkańców Stęszewa w okresie międzywojennym. Na ulicy Kościańskiej, na narożniku z ulicą Grobla, Czajkowski miał zakład krawiecki. Gdy klientki przynosiły coś do uszycia lub przerobienia i mówiły, że im się bardzo spieszy, na to Pan Czajkowski wszystkim klientom odpowiadał: „Galopem się zrobi”. Tak też i został „Galopem”.

Zbigniew Tomaszewski