piątek, 25 Maj 2018

2015 Kwiecień

ZAGINIONE – UTRACONE CZĘŚĆ 14 -Boruja

Park Wielkopolski zostawia las naturze, aby sam sobie radził, dlatego Boruja umiera przez brak pielęgnowania. Obumarły prawie wszystkie dęby. Normalnie dąb żyje 300 lat, potem ponad tysiąc lat umiera. Na Borui jest tyle robactwa, że dęby umrą bardzo szybko.

Park tłumacząc się, że nie można ingerować w życie parku, kieruje się tylko oszczędnościami. Ekologiczne środki ochrony są bardzo drogie, opryski roślin z samolotów także wiążą się z bardzo wysokimi kosztami. Na to, że jest to błędne tłumaczenie parku, podaje przykład, gdyby ZUS ogłosił, że nie wolno ingerować w zdrowie ludzi chorych, że ich los należy pozostawić Bogu, w ciągu roku zmarłoby zapewne około trzech milionów.

Bardzo proszę Boga, aby Park Narodowy przyznał się do błędów i oddał lasom państwowym te zgliszcza, które pozostały po Borui. W szczególności te po świętym gaju i podgaju. Na podgaju przebywałem od dziecka. Jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku z ojcem, co roku jeździłem motorem WFM po zioła ostrożeńca (czarciego żebra).

Na łące na podgaju zawsze ciekawiło mnie, jaka gruba jest warstwa torfu. W roku 1980, w niedzielę, wziąłem stalowy, twardy, żebrowany pręt o długości około 5 metrów i poszedłem pieszo na podgaj, na łąki. Nie wierzyłem własnym oczom. Bez problemu rękoma wbiłem w podłoże pręt na głębokość czterech metrów i wchodził dalej.

Od zawsze ludzie siano z podgaju nosili do drogi na kocach lub drewnianych ramach. W 1975 roku byłem świadkiem, jak na podgaju koń ugrzązł w torfowisku i zatrzymał się na brzuchu. Przez cały dzień, w czwórkę odkopaliśmy go, wykopaliśmy skośną drogę, przynieśliśmy z lasu mnóstwo gałęzi, wyłożyliśmy nimi drogę i wyprowadziliśmy konia. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć, jak właściciel konia ze Stęszewa – Roman Czeszak – głaskał go, tulił i płakał, bo myślał że torfowisko do końca wciągnie jego zwierzę. Dzięki naszej pomysłowości, zachowaniu zimnej krwi i umiejętności współpracy, cali i zdrowi – łącznie z koniem – wróciliśmy do domu. Dostaliśmy niezłą lekcje pokory od natury.

Wróćmy do siana z łąk podgaju. Wykorzystywano je wyłącznie do karmienia koni. Siano z podgaju jest kwaśne i nie nadaje się do karmienia innych zwierząt. Przy okazji wspomnę, że bardzo dobrym pokarmem dla koni jest owies i koniczyna. Owies i koniczyna mają takie same wartości odżywcze. Nasiona koniczyny do Wielkopolski przywiózł z Anglii Dezydery Chłapowski z Turwi pow. Kościan, a góralom do Zakopanego nasiona koniczyny zawiózł w prezencie zakochany w Tatrach doktor Tytus Chałubiński z Warszawy.

Na tym można by zakończyć cykl felietonów zaginione-utracone. Mam w archiwum jeszcze sporo teczek z napisem zaginione-utracone, ale w tym kraju nie warto o tym pisać, to nie ma sensu. Można tu zacytować stare, mądre powiedzenie: „Psy szczekają, karawana jedzie dalej”.

Zbigniew Tomaszewski

ZAGINIONE-UTRACONE część 13

W ostatniej, 12 części zaginione-utracone pisałem o powstaniu w Jeziorkach hakaty, której założycielem był Heinrich von Tidemann. Pisałem także o zaginionym, pięknym, zabytkowym, marmurowym kominku z napisem „Memento Mori”(pamiętaj o śmierci). Ja nie rozumiem w jaki sposób może zginąć z pałacu zabytkowy kominek, według mnie to rzecz niemożliwa, a jednak kominka nie ma, szkoda! Dzisiaj zajmiemy się sprawą tragiczną, nieodwracalną, wręcz niezrozumiałą. Miejscem o którym będę pisał, jest wspomniana w poprzedniej części bażanciarnia i leśniczówka na Podgaju. W latach 1900-1910 Heinrich von Tidemann wybudował na Podgaju bażanciarnię i leśniczówkę w stylu urokliwych, góralskich budowli bawarskich. Aby miał blisko z Jeziorek na Podgaj wybudował drogę i piękny, urokliwy biały mostek przez rzekę samicę. Droga wiodła z Jeziorek ulicą Bukowską, następnie skręcała w lewo i wiodła przez całą Wielką Wieś, aż do lasu Borui. Jadąc prosto przez las, trzecia leśna droga w prawo wiodła do świętego gaju. Po prawej stronie znajdowała się polana. Miejsce to było opisywane już kilka razy. Wspomnę, iż przed rokiem 966 znajdowała się tu pogańska świątynia. Było to przed pierwszym rozbiorem Polski przez Watykan i Germanie. Rozbiór ten trwa do dziś z małymi przerwami. Wracamy do Podgaju. Mijając z lewej strony święty gaj, z prawej strony polane, przechodzimy przez biały mostek i docieramy do Podgaju. Dzisiaj po białym mostku nie zostało nic. Jeszcze w latach 90-tych ubiegłego wieku z wody wystawały dębowe pale. Biały mostek był w Stęszewie tak znany, że wszyscy wiedzieli gdzie się on znajduje. Nasze matki, babcie i prababcie umawiały się w niedziele z chłopakami właśnie na białym mostku. Dzisiaj, obojętnie kogo zapytałbym w Stęszewie czy słyszał o białym mostku na Borui, każdy odpowiada, że nie. Las Boruja był świętością dla mieszkańców Stęszewa. Boruja dawała ludziom zioła, pożywienie, drewno do ogrzania i gotowania, gałęzie leszczyny na wędki do łowienia ryb. Boruja dawała ludziom przede wszystkim schronienie w przypadku najazdów wrogów. Ostatni raz kiedy Boruja dawała schronienie, miało miejsce w styczniu 1945 roku, w czasie wyzwolenia miasta od Niemców. Boruja przez tysiące lat dawała okolicznym mieszkańcom od pierwszych dni życia pokarm, ciepło, schronienie, a na końcu drewno na trumnę. Okres, w którym zapadła decyzja o przekazaniu przez lasy państwowe Borui parkowi narodowemu, był dla Borui tragiczny. Lasy państwowe rozpoczęły gospodarkę rabunkową. Wymknęło się to spod kontroli. Lasy państwowe wycięły na Borui dziesiątki tysięcy drzew. Wiele z nich było pomnikami przyrody. Po roku 1990 ubiegłego wieku, gdy najstarsi mieszkańcy Stęszewa jechali drogą ze Stęszewa do Buku, to patrzyli w prawo na Boruje. Z miesiąca na miesiąc las obniżał się o kilka metrów. Ludzie ocierali łzy. Po Borui zostało w świętym gaju tylko 14 około 300-letnich dębów. Reszta lasu to praktycznie krzaki. Człowiek, który był odpowiedzialny za pogrom Borui mieszka w gminie Stęszew. Pojechałem kiedyś do niego, aby porozmawiać o tym, co zrobił. Zaczął na mnie krzyczeć, argumentując, iż on jest dumny z tego, że oddał parkowi narodowemu nie las, ale cytując jego słowa: „klimat spalonej ziemi”. Nie miałem jednak do niego żalu. Nie jest on stąd, nie jest nasz. Przeprowadził się tu niewiadomo skąd. Poprosiłem Boga, aby mu przebaczył. Nie wiedział on co uczynił najstarszym mieszkańcom Stęszewa i okolic. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że dostał on medal za zasługi dla miasta, może powinien go zwrócić? Jedynym jego usprawiedliwieniem jest to, iż jak pamiętam od około 1960 roku, Boruja była bardzo czysta i zadbana. Drogi pożarowe były regularnie czyszczone, a las był opryskiwany z samolotów przeciwko szkodnikom. Aktualnie drogi pożarowe są nieprzejezdne, w razie pożaru straż nie będzie miała jak dotrzeć do ognia. Park narodowy tłumaczy to tak, iż park narodowy należy pozostawić naturze. Kilka lat temu mój sąsiad nazbierał na Borui kosz grzybów. Nakrył go na tym strażnik, zapłacił mandat, a grzyby musiał wysypać na ziemie. Dlaczego więc każdego roku park narodowy sprzedaje tysiące metrów przestrzennych drewna opałowego, a nie pozostawi drzew naturze? Dlaczego park narodowy zniszczył na Podgaju ponad 100 letnie obiekty zabytkowe, leśniczówkę, budynki gospodarcze, jedyny w gminie Stęszew czynny żuraw, łącznie z murowaną z cegły studnią. Najbardziej urokliwe miejsce znikło w jednym dniu z powierzchni ziemi. Człowiek, który podjął taką decyzję w Anglii lub Szkocji trafiłby do więzienia przynajmniej na dwa lata. Na Podgaju można było zrobić na przykład schronisko młodzieżowe. W chwili obecnej w Stęszewie dla młodzieży jedyną rozrywką są msze do bierzmowania i bus policji z Poznania. Można było zrobić tam także jakiś pensjonat, gwarantuje, że chętnych byłoby dużo. Niestety park narodowy zarabia takie kokosy na drewnie do opału, że nie musi myśleć o innych źródłach dochodu. Jeżeli w powyższym tekście kogoś uraziłem, to bardzo przepraszam, ale to ja ze łzami w oczach wpisałem na listę zaginione-utracone kominek w jeziorkach i najbardziej urokliwe miejsce w gminie Stęszew, Podgaj i nikt mnie za to nie przeprosi.