wtorek, 16 Październik 2018

2015 Luty

Zaginione – utracone część 10.

Było ich w Stęszewie 36. Wszystkie stały w zachodniej części miasta, na osiedlu przy ulicy Kościańskiej. Nigdzie w przekazach nie jest umieszczona nazwa osiedla. Przetrwała ona do dziś tylko z przekazów ustnych, z pokolenia na pokolenie. Mowa tutaj o „Złodziejewie”.

Pamiętam, jak w latach 60-tych ubiegłego wieku, ksiądz na lekcji religii zapytał ucznia, gdzie mieszka, ten odpowiedział, że na Kościańskiej, wtedy nowy wikary po raz kolejny zapytał gdzie, to uczeń odpowiedział „między stodołami”. Ksiądz od razu wiedział, w którym to miejscu.

Jeszcze przed II wojną na złodziejewie znajdowały się 3 wiatraki typu koźlak. Paltroki i holendry, blisko nas nie występowały. Najbliżej nas piękny holender stoi do dziś w Rogierówku, w pobliżu Kiekrza.

Typ wiatraka rozróżniamy po tym, że: koźlak jest obracany do wiatru na jednym koźle, paltrok jest obracany do wiatru na czterech kołach, a holender jest obracany do wiatru wyłącznie wierzą.

Pod koniec lat 60-tych lub na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, wszyscy właściciele drewnianych stodół i wiatraków otrzymali z urzędu pisemny nakaz rozbiórki tych zabytków. I tu widzimy, że niszczenie obiektów zabytkowych od lat jest stęszewską specjalnością. Ostatnia drewniana stodoła w Stęszewie przestała istnieć w 2002 roku. Szczyty stodoły były wykonane z muru szachulcowego lub pruskiego. Była to konstrukcja drewniana wypełniona gliną, słomą lub trawą i drewnianymi żerdziami.

Stodoły na złodziejewie często płonęły. W roku 1874 paliło się ich piętnaści, natomiast 19 września 1881 roku całkowicie spłonęło dziewięć. Dzielnica miasta, w której mieściły się stodoły była nazywana złodziejewem, ponieważ stodoły znajdowały się poza ogrodzonym, strzeżonym terenem, poza bramami miasta. Bramy po zmroku były zamykane i straże strzegły miasta przed intruzami, a stodół nie pilnował nikt. No, chyba że złodzieje.

Miasto Stęszew w nocy było pilnowane od zawsze. Strażnicy byli opłacani przez właścicieli miasta, a następnie przez administracje miejską. Tak było do wybuchu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku. Każdej nocy miasta strzegło trzech stróżów. Po 13 grudnia zostali zwolnieni z pracy, a całą kontrolę przejęła milicja i wojsko. Jedyny czynny telefon znajdował się na posterunku milicji.

Przed stanem wojennym siedziby stróżów znajdowały się w trzech miejscach. Pierwszy na ulicy Kościańskiej miał okrągłą wieżę, oszkloną u góry. Stróż wchodził po schodkach na szczyt i siadał na krzesełku. Wieża była umieszczona w takim miejscu na zakręcie, że stróż miał widok od Rynku na sporą odległość ulicy Kościańskiej. Drewniano-szklana wieża miała wysokość około trzech metrów. Drugi stróż miał swoją nocną siedzibę na korytarzu przy wejściu do „Praktycznej pani” i wejściu do mieszkań na piętrze Gminnej Spółdzielni. Obecnie są to główne drzwi wejściowe do banku mosińskiego na Rynku. Przez częściowo oszklone drzwi stróż miał widok na cały rynek i część ulicy Poznańskiej. Trzeci stróż miał swoją siedzibę w narożniku pawilonów handlowych GS. Jego miejsce znajdowało się w narożniku pawilonu z artykułami żelaznymi od strony osiedla. Stróż miał widok na drugą część ulicy Poznańskiej i na całe osiedle zwane wówczas „nowym”, aż do Lipna.

ZAGINIONE UTRACONE CZĘŚĆ 9

W dzisiejszym felietonie chcę pokazać, iż przy dobrych zamiarach i odrobinie chęci można odtworzyć bryłę zabytkowego budynku. Trzy budynki, które chce przedstawić zostały zrównane z ziemią, a projekty nowych budowli zostały wykonane w taki sposób,że zachowują bardzo wiele detali architektonicznych.

Powyższa fotografia została wykonana w 1965 roku. Z lewej strony widzimy podcienie budynku muzeum na rynku w Stęszewie(w którym od 13 lutego do końca kwietnia będzie można zobaczyć wystawę moich zbiorów pt.”Szkło, ceramika i emalia przez wieki”). Po prawej stronie znajduje się budynek, który kilka lat temu został zrównany z ziemią. Zaprojektowano nowy obiekt zachowując kilka detali. Pamiętam z dzieciństwa, jak mieścił się tam kiosk ruchu. Jako mały,siedmioletni chłopiec kupowałem tam kolekcję używanych znaczków pocztowych.

Obsługą kiosku zajmowali się dwaj starsi, siwi panowie. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w czwartek był dzień targowy. Na rynku znajdowało sie dziesiątki wozów konnych. Gospodarze z okolicznych wsi sprzedawali płody rolne, jaja, sery, kiełbasy, masło i inne. Wielu gospodarzy wykorzystywało obecność w mieście, na wizytę u fryzjera. Znajdował się on na przeciwko przez szosę. Jeden z gospodarzy siedząc na fotelu w czasie strzyżenia zapytał fryzjera czy nie wie kto miałby na sprzedaż konie. Fryzjer błyskawicznie odpowiedział iż sąsiad z naprzeciwka ma na sprzedaż piękne konie i to niedrogo. Gospodarz zapłacił fryzjerowi, podziękował za informacje i wszedł do kiosku ruchu i zapytał o konie. Jeden z dziadków z obsługi poszedł na zaplecze i wrócił z dwoma końmi na biegunach i zapytał gospodarza czy chce siwka czy karego. Fryzjer przez okno obserwował bieg wydarzeń. Gdy zobaczył gospodarza wybiegającego z kiosku z całą czerwoną twarzą, schował się z tyłu podwórza i dwie godziny ze strachu przesiedział w szopie na pieńku. Wracając do kiosku to znajdowała się w nim także kolektura lotto i poznańskich koziołków. W czasie prac rozbiórkowych znalazłem na strychu ponad 100 sztuk gazety przewodnik katolicki z 1 września 1939 roku. W gazecie tej znajduje się wiele artykułów krytykujących Niemcy. Najwidoczniej obsługa sklepu bała się je sprzedawać.