piątek, 25 Maj 2018

2015 Styczeń

Zaginione-utracone część 8

Trzebaw, zamek na wyspie zamkowej z 1824 roku. Zimą 1994 roku, kiedy jezioro góreckie było zamarznięte, panował dość spory mróz, postanowiłem po 170 latach sprawdzić co dzieje się z zamkiem. Ciekawość mnie zżerała. Był to gral ziemii Stęszewskiej. Po dojściu do środku jeziora nadzieja mnie opuściła. Walczyłem z połączoną siłą żywiołów. Silny, mroźny wiatr wiał prosto w moje oczy. Zastanawiałem się co zagnało mnie na lodowate wody jeziora góreckiego. Wbrew pozorom nie była to rządza przygody, lecz potrzeba odkrycia po grubo ponad 100 latach prawie całkiem zapomnianego zabytku – curiosum, znajdującego się w gminie Stęszew, tuż obok nas. Moim marzeniem było obudzić zamek na wyspie, aby pokazać jego świetność i upadek moim rodakom, mieszkańcom miasta i gminy Stęszew. Na środku jeziora dopadło mnie zwątpienie, silny mróz, wiatr, łzy zamarzające na policzkach, to sprawiło że zacząłem majaczyć, a głos wewnętrzny mówił mi że przez 170 lat nikt nie dotarł na wyspę, nie zbadał jej i że muszę zrobić to dla mieszkańców Stęszewa.

W roku 1830, na wieść o wybuchu powstania Potoccy wyjechali do Warszawy. On brał czynny udział w walkach, ona zaś przez całe siedem miesięcy przesiedziała w lazaretach wojskowych, pielęgnując rannych i cholerycznych. Po upadku powstania, nie chcąc przyjąć upokarzającej amnestii rządu pruskiego, skazała się na wygnanie z kraju.. Do śmierci (w roku 1836) mieszkała na emigracji i niosła pomoc dawnym uczestnikom powstania, którzy znajdowali się nieraz w skrajnej nędzy. Przez szlachetne uczucia, gorący patriotyzm i niewyczerpaną dobroć serca dobrze się zapisała w pamięci narodowej. Klaudyna Potocka  nigdy już nie ujrzała swej pięknej wyspy. Wracając tam myślami pisała: każdy z nas jest cząstką narodowego honoru, a szczęście znalezienia się w Trzebawiu nie warte, aby ten honor na szwank wystawić”. Zameczek, zaniedbany nieco po wyjeździe właścicielki, został poważnie uszkodzony w roku 1848, w czasie Wiosny Ludów. Wycofujące się z Rogalina wojska powstańcze, ukrywały się w lasach trzebawskich, a wedle tradycji ich kwatery mieściły się na wyspie. W maju wojsko pruskie ogniem armatnim ostrzelało zameczek, który nie został już odbudowany. Wśród bujnych zarośli stoją do dziś fragmenty ruin z wieżą. Dzięki niedostępności wyspy są one dobrze zachowane, a niszczących procesów dokonuje tylko natura. Zachowany herb ogończyk przypomina postać Klaudyny Potockiej. Wydaje się, że nie tylko roślinność wyspy zasługuje na ochronę, ale także ruiny zameczku , które przypominają o jednej z ciekawych kart polskiego romantyzmu.

Trzebaw, zameczek  na wyspie Jeziora Góreckiego według Edwarda Raczyńskiego. W roku 1825 zaprojektował Tytus Działyński dla swej siostry Klaudyny i jej męża Bernarda Potockiego. Nieduży zamek wzniesiony został na wyspie Jeziora Góreckiego w formie budowli, aczkolwiek należąca do popularnego współcześnie typu niewielkiej siedziby zwanej „irregular house” zmusza jednak do zastanowienia dlaczego nazwano te budowlę „zameczek”, który nie był nigdy budowlą parkową, od początku przeznaczony był na siedzibę młodych potockich. Był centralnym miejscem trzebawskiego „dominium”. Przy kontynuacji tej budowli uwidoczniono dawne metryki budowli oraz wyodrębnienie siedziby właściciela z otaczającego go świata.

Zaginione – utracone część 7

„Gdzie znika zainteresowanie, tam znika i pamięć.” –Johan Wolfgang von Goethe

Na dworcu kolejowym w Stęszewie znajdowały się dwa żurawie wodne do napełniania parowozów wodą. Były naprawdę piękne, jak z bajki, odlane z żeliwa i staliwa. Każdy z nich ważył około tony. Wracając do dworca kolejowego, cieszę się, że chociaż wieża ciśnień nie musi zostać przeze mnie wpisana na listę zaginione – utracone.

Wróćmy do zabytkowych żurawi. Były one produkowane w 1907 roku przez zakłady Krausego z Nowej Soli. Zakłady te produkowały żurawie wodne na potrzeby kolei w tamtych latach. Pamiętam, jak jeszcze w 60-tych latach ubiegłego wieku, przy przejeździe kolejowym na ulicy Mosińskiej, na betonowych słupach stały duże lampy naftowe. W razie dłuższej awarii prądu, obsługa dworca po drabinkach wchodziła na semafory i zapalała lampy naftowe. Światło zielone i czerwone było zmieniane za pomocą linek z nastawni, następnie lampy naftowe były zastąpione małymi, kolejowymi butlami gazowymi. Do semafora wkładano zamiast lampy naftowej butle z gazem. W lampiarni na półkach znajdowały się także pochodnie nasączone tłuszczem. W razie awarii torowiska lub w czasie działań wojennych, obsługa zapalała pochodnie po zmroku i kilkaset metrów przed uszkodzonym torem kolejowym wymachiwano pochodniami.

Udało mi się kupić jedną taką pochodnię. Już od dziecka myślałem, jak to było możliwe, że w roku 1907 rozebrano piękne ruiny zamku w Stęszewie. Dlaczego nikt nie stanął w ich obronie. Teraz rozumiem, że ludzie w naszym kraju, którzy są wrażliwi na piękno i zabytki są bezsilni. Mogą tylko fotografować i opisywać, aby za 100-200 lat młodzież ze zdjęć i opisów mogła dowiedzieć się, co to były lodownie, lampiarnie i inne zabytkowe obiekty.

Na oczach tysięcy ludzi nieustannie podróżujących koleją, bezkarnie w Polsce zrównano z ziemią zabytkowe obiekty. Tak samo zniknęły zabytkowe wiatraki w Stęszewie. Kościół ewangelicki został zrównany z ziemią, ponieważ kilku urzędników potrzebowało cegłę z rozbiórki do budowy domów mieszkalnych. To nieprawda, że w czasie wojny był on mocno uszkodzony. Uszkodzona i to w niewielkim stopniu była tylko wieża. Znajdowała się w niej niewielka dziura od pocisku odłamkowego wystrzelonego z rosyjskiego czołgu jadącego ulicą Mosińską. Na wieży znajdowało się wówczas czterech niemieckich snajperów. Po wybuchu pocisku wszyscy zginęli.

Po wojnie ławki i części od organów ksiądz proboszcz Mizerny zabrał ewangielikom i przeniósł do kościoła Świętej Trójcy. W roku 1961 kościół został – w czynie społecznym – przez miejscowe zakłady pracy rozebrany.

Ponadto zniknęły międzynarodowe regaty nad jeziorem Witobelskim, zniknęły duże koszary wojskowe w lesie w Dębienku i wiele innych, cennych i pięknych obiektów zabytkowych, które przedstawię w kolejnych felietonach „Zaginione utracone”. Jakie to wszystko jest smutne.

Potrącona 16-latka zmarła

W poprzednim numerze KL napisaliśmy o 16-letniej dziewczynie z Jasienia w gminie Czempiń, która została potrącona na drodze wojewódzkiej, od krajowej „piątki” do Czempinia, w swojej miejscowości, gdy z mamą Iwoną przechodziła po pasach. Było to w miejscowości Jasień w gminie Czempiń, w czwartkowy poranek 2 października nieco po godzinie 7-ej rano.

Tego dnia 16-letnia Joanna Podgórska i jej mama Lidia wyszły z domu i podążały chodnikiem w stronę przystanku autobusowego. Uszły ze trzysta metrów i przystanęły na krawężniku, przy pasach, naprzeciw autobusowej budki.

W tym czasie do tego miejsca podjechał już szkolny autobus. Zatrzymał się przy przystanku. Uczniowie wsiadali, by pojechać do czempińskiej szkoły.

W tym też momencie do pasów dojeżdżały, z dwóch różnych stron, dwa auta osobowe. Od Czempinia jechał Opel Astra, a od Kościana (od piątki) Volkswagen Fox. Ten pierwszy wiózł w samochodzie dziecko. Jechał powoli i zatrzymał się przed pasami, by przepuścić mamę z córką.

Drugi z kierowców, ten, co jechał VW, nie przepuścił pieszych i bez hamowania, centralnie uderzył w Asię, a nieco bokiem w Lidię. 16-latka – jak opowiadają uczniowie ze szkolnego autobusu – poszybowała w powietrzu kilka metrów i upadła w rowie za. Poza szosą także upadła jej mama.

Na wypadek najechał, wracający od Czempinia, wuja Joanny – Stanisław Podgórski, który mieszka – tak, jak Lidia i Asia – z dziadkami. Wuja szybko podjechał pod dom i powiadomił babcie Asi, Helenę Podgórską, że wnuczka i Lidka leżą w rowie, bo był wypadek.

Wybiegłam z domu i szybko dotarłam na miejsce zdarzenia – opowiada pani Helena. Pogotowia jeszcze nie było, ale policjanci z Kościana – tak. Jeden z nich zwrócił się do mnie z następującym pytaniem: „A co pani tu robi?” Odpowiedziałam, że to jest moja wnuczka, a ta druga, to moja synowa.

Sprawca wypadku od razu do kogoś wykonał telefon. Stojący obok usłyszeli, jak mówił, że potrącił dwie osoby i nie wie, żyją, czy nie!

– Policjanci sprawdzili jego dokumenty. Zabrali mu prawo jazdy, wydali pokwitowanie i kazali odjechać – opowiada dalej Helena Podgórska.

Tego to ja nie rozumiem – wtrącił się w słowa ojciec Asi, a mąż Lidii – Przemysław Podgórski. Chciałbym wiedzieć, co to za ważny człowiek, że go tak potraktowali. Dziś wiem, że to mieszkaniec Czempinia, ale nadal nie znam jego powiązań i układów. Nie zatrzymano samochodu do oględzin? Nie potrzebny był sprawca, do dalszych wyjaśnień? A na drodze nie było śladów hamowania, to znaczy, że jechał szybko i nieuważnie, więc nie zauważył przechodzących. A w tym miejscu jest ograniczenie prędkości do 40 kilometrów na godzinę. Musiał jechać dużo za szybko, bo to było widać, po odległości, z jaką odrzucił córkę.

Nie było mnie w domu, gdy to się stało. Pracuję za granicą. Gdy informacja do mnie dotarła, to szef dał mi firmowy samochód i przydzielił drugiego człowieka, by ze mną pojechał do domu. Nie chciał, abym kierował w tym stanie.

Jestem w Polsce już od trzech tygodni. Zajmowałem się sprawami pogrzebu Asi, wszelkimi formalnościami i jeszcze jeździłem do żony, do szpitala.

Lidia leżała na chirurgii ze złamaną miednicą. Podłączona pod cewnik, kroplówki i w pampersach. Otrzymywał też dużą ilość środków przeciwbólowych. Dwa tygodnie od zdarzenia lekarze mnie poinformowali, że Lidia zakwalifikowana została do operacji miednicy. Przeniesiono ją na nowo otwarty oddział ortopedyczny i pourazowy. Ale już po dwóch kolejnych dniach ordynator oddziału poinformował mnie, że żona nie będzie miała operacji i chcą ją przekazać na oddział psychiatrii do kościańskiego sanatorium. Byłem w szoku. Nie na neurologię, nawet nie na rehabilitację, ale na psychiatrię. Czy ona jest nienormalna? Nie wyraziliśmy zgody. Ordynator wypisał więc żonę ze złamaną miednicą mówią, że dobrze się goi. Wyleczył ją w ciągu dwóch dni i wysłał do domu. 20 października przywieźli nam ją do Jasienia leżącą plackiem. Na pytanie, kto ma się nią opiekować, bo ja muszę wracać do pracy, do Belgii odpowiedziano nam, że resztą ma się zająć lekarz rodzinny. Ale co to oznacza? Czy lekarz rodzinny będzie pielęgnował żonę, mył, karmił i dawał lekarstwa? Oprócz 22-letniego syna, który też pracuje, nie mam innych osób w najbliższej rodzinie. Owszem jest moja, 66-letnia mama, która sam ma kłopoty zdrowotne i do tego opiekuje się moim ojcem chorym na cukrzycę.

 

Pan Przemysław Podgórski wyjedzie poza Polskę po Wszystkich Świętych. Zostanie babcia, dziadek i chora, 41-letnia Lidia.

No mamy ją już w domu – znów włącza się w rozmowę Helena Podgórska. Trzeba ją podnosić, dawać zastrzyki w brzuch, szykować jedzenie, przebierać, kąpać przekładać pampersy.

Tak sobie czasem siedzę i myślę, czy nad rodziną Lidii i Przemka ciąży jakieś fatum? Z czwórki dzieci żyje tylko syn Piotr. Trzy córki zginęły w tragicznych okolicznościach. Teraz Joanna, a 17 lat temu dwie córeczki – Paulina i Sylwia się spaliły.

Kurier lokalny towarzyszył rodzinie wtamtych tragicznych chwilach. Zrobiliśmy w 1997 roku repotaż o pożarze w Jasieniu. Oto fragmenty tamtego artykułu.

***

Paulinka i Sylwia śpią. Piotruś spokojnie bawi się w pokoju. Wstawię więc czajnik z wodą,, by się zagotowała i zejdę z praniem na podwórze – myślała Lidka rozglądając się po kuchni. Wzięła miskę z wypraną bielizną i zeszła na dół. Na dworze zajęła się robotą. Minęło niewiele czasu, gdy z jej mieszkania na poddaszu zaczął ulatniać się dym. Rzuciła wszystko, wpadła do kuchni na parterze. Przy kuchennym piecu stała teściowa Helena Podgórska. Strugała ziemniaki na obiad. Właśnie wrócili razem z teściem z Kościana. Byli u lekarza. W domu był jeszcze ich syn Janusz, ich młodsze dzieci i dwójka wnucząt córki Beaty.

Pali się – krzyknęła Lidka i pobiegła schodami na górę. Razem z nią pobiegł szwagier Janusz, brat Przemka – jej męża. Ciemny, duszący dym utrudniał dotarcie do drzwi. Janusz pierwszy dopadł do klamki. Otworzył. Czteroletni Piotruś stał w progu mieszkania. Chwycił go i zbiegł na dół. Oboje – Lidka i Janusz próbowali przedrzeć się przez ścianę dymu do pokoju, gdzie były dziewczynki.

Bardzo chciałem dostać się do wnętrza mieszkania – mówi Janusz Podgórski z Jasienia w gminie Czempiń. Ściana zapychającego oddech dymu i żaru nie pozwalała na choćby jeden krok dalej. Słabłem. Czułem, jak tracę siły. Razem z Januszem walczyła o dzieci ich matka. Przedzierała się przez dym i „gorąc”. Jej ręce, twarz i wszystkie odkryte miejsca ciała stały się – nie szare, nie odymione – ale dokładnie czarne. Przy kolejnej próbie wdarcia się na piętro, spadła ze schodów i tak została bez przytomności. Wezwane pogotowie zabrało ją na oddział intensywnej terapii. Stan jej zdrowia był ciężki. Podłączona pod kroplówkę, przez wiele dni nie odzyskiwała przytomności. Przewieziono ją na ulicę Lutycką w Poznaniu.

– Nie można było dojść schodami, więc próbowaliśmy przez okno na piętrze – dalej opowiada Janusz Podgórski. Mama podłączyła ogrodowy wąż do kranu na podwórzu, a ja strumień wody skierowałem na okno. Wybiliśmy szybę. Wtedy dopiero buchnął ogień. Z pomocą dotarli strażacy Z naszej wioski, ale okazało się, że nie sprawny jest hydrant stojący tuż przy naszym domu. – Sprawną akcję przeprowadzili strażacy z Kościana. Z dużym po- święceniem walczyli kościańscy policjanci – mówi Józef Podgórski, dziadek ratowanych dzieci na podda- szu. O rozmiarze ognia niech świadczy fakt, że odpowiednio przeszkoleni ludzie też nie mogli przebić się przez dym i płomienie wydobywające się z mieszkania na piętrze. Strażak i policjant nie dali rady żywiołowi, osłabli, spadli ze schodów i zabrani zostali do kościańskiego szpitala.

Minęły dwie godziny, gdy pierwszemu strażakowi udało się wedrzeć do środka płonącego mieszkania Odnalazł starsze dziecko, półtoraroczną Paulinkę. Ogień zaskoczył ją, gdy spała na tapczanie. Wyniesiona opalone miała nóżki i podbrzusze. Lekarz mógł tylko stwierdzić zgon. Akcja ratownicza trwała dalej. Drugie dziecko – Sylwia, która spała w łóżeczku odnaleziona wstała dopiero po zakończeniu akcji. Ledwo rozpoznawalne szczątki 5-miesięcznej Sylwii wyniósł znajomy Grzegorz Jankiewicz. Zabezpieczone zwłoki zabrane zostały na sekcję do Poznania. Ojciec dzieci – Przemysław Podgórski informację o zdarzeniu otrzymał w pracy. Właściwie to przez telefon nie powiedziano, co się zdarzyło. Jeden z pracowników firmy momentalnie zza Poznania przywiózł go do domu. (…)

Lidka Franek pochodziła z Pianowa, a jej rodzice przenieśli się do Szczepowic w gminie Kamieniec. Tam też został przewieziony 4 – letni Piotruś, syn Lidki, by w spokoju wrócić do równowagi psychicznej po przeżyciach związanych z pożarem. Tymczasem już dwa dni później rodzina państwa Franków, czyli dziadkowie od strony mamy zmuszeni zostali do wezwania karetki pogotowia. Piotruś zrywał się nocą z lękiem i krzyczał, że nie ma mamy, że jest ogień i że spaliła się Paulinka. W ostrych kontrastach zapamiętał wydarzenia z wtorkowego południa.

Natomiast Lidce, jego mamie wróciła świadomość, ale poparzone płuca nie pozwalają jej dobrze oddychać. Być może lekarze będą musieli ją uśpić i podłączyć pod sztuczne płuco. Da to możliwość większej szansy na szybsze wyleczenie.

(…) – Nie jesteśmy sami w tych trudnych chwilach – mówi Helena Podgórska. Sąsiedzi przynoszą nam upieczone ciasto, pomagają w przygotowaniu posiłków dla rodziny i pracowników. Mam rodzinę w Gninie za Grodziskiem. Są też krewni w samym Grodzisku. On prowadzi kiosk garmażeryjny przy dworcu, jego zona pracuje w szpitalu. Wszyscy oni przyjeżdżają, dzwonią, pytają, czego nam trze- ba. Ja sama kiedyś, jako dziecko przez rok mieszkałam w Wolkowie koło Kamieńca. Na cmentarzu w Łękach Wielkich jest grób mojej babci. Chcę za pośrednictwem waszej gazety podziękować wszystkim: władzy, sąsiadom i krewnym za okazanie serca i wszelką pomoc.

Nie żal jest domu, nie żal pieniędzy! Tylko te dzieci! Paulinka taka była podobna do dziadka!

W tym momencie w oczach Józefa Podgórskiego pojawiły się łzy.

***

Taki był artykuł o pierwszej tragedii, gdzie zginęły dzieci, ale ich mama Lidia także była bardzo poszkodowana. Teraz znó1) padlo na ten dom i na mamę kolejnej córki, urodzonej już po tamtej tragedii. Paulina i Sylwia miałyby dzisiaj 18 i 19 lat.

Ewa Noga-Mazurek

Zaginione – utracone część 6

W ostatnim felietonie „zaginione – utracone” przedstawiłem lodownie. Dzisiaj zostałem zmuszony wpisać na tę listę – zabytkową lampiarnię, która w roku 2013 została zniszczona bezpowrotnie. Mieściła się ona na lewo od lodowni. Obiekty te zostały uruchomione 1 lipca 1909 roku, a więc miały 104 lata.

W innych krajach każdy obiekt, który ma ponad 100 lat automatycznie z urzędu zostaje wpisany na listę zabytków chronionych prawem. Teren wokół nich zostaje ogrodzony i oznaczony tablicami informującymi o ochronie i o konsekwencjach wynikających z ich uszkodzenia.

W 2009 roku wicemarszałek województwa wielkopolskiego Wojciech Jankowiak napisał następujące słowa: „W roku 2009 linia kolejowa łącząca Wolsztyn z Poznaniem obchodziła 100 lat swojego funkcjonowania. Uruchamiana była dwuetapowo, w pierwszej fazie, pomiędzy Wolsztynem i Grodziskiem Wielkopolskim w 1905 roku i w drugiej, pomiędzy Grodziskiem Wielkopolskim i Poznaniem w 1909 roku.

Choć ta linia w stosunku do istniejących magistrali głównych, pomiędzy Wrocławiem i Poznaniem, czy Poznaniem i Zbąszyniem pełniła rolę drugorzędną, odgrywała dla mieszkańców tej części Wielkopolski, od zawsze ważną rolę komunikacyjną, gospodarczą oraz kulturotwórczą.

W początkach istnienia na linii kursowało około czterech par parowozów dziennie, obecnie liczba ta wzrosła nawet do kilkunastu pociągów na niektórych odcinkach, co wskazuje na spełnienie poważnej funkcji komunikacyjnej.

Do czasów współczesnych na linii zachowały się zabytkowe zabudowania infrastruktury kolejowej, wpisujące się w kolejowe tendencje budowlane początku XX wieku. One, dzięki swojej oryginalności na tle całej Wielkopolski, uznać należy za reprezentacyjne. Ich istnienie mocno wrosło w pejzaż i świadomość mieszkańców regionu na tyle, że nie zawsze dostrzegamy ich istnienie. Niejednokrotnie przybywający goście i turyści spoza regionu uświadamiają nam osobliwości tych obiektów.

 W kontekście tym spektakularną rolę na skalę ogólnopolską pełnią odbywające się rokrocznie w Wolsztynie parady parowozów, które ściągają rzesze pasjonatów i miłośników, przyczyniając się tym samym do promowania regionu w kraju i za granicą.

 W celu podtrzymania owych trendów, w ostatnich latach czynione są starania, aby w Wolsztynie utrzymać w formule samorządowej spółki zabytkową parowozownię, dzięki której również na linii Wolsztyn – Poznań będą mogły kursować, obok połączeń planowych, pociągi turystyczne o trakcji parowej. Powyższe działania mają dla mieszkańców regionu bez wątpienia wymiar kulturotwórczy i rozwojowy.

Uwiecznieniem pełnionych funkcji kolei, pomiędzy Wolsztynem i Poznaniem było podjęcie kroków zmierzających do częściowej rewitalizacji linii. Działania te są mocno wspierane przez władze samorządowe Wielkopolski. Zmierzają do usprawnienia i uatrakcyjnienia transportu dla mieszkańców regionu, pomiędzy Poznaniem, Grodziskiem Wielkopolskim i Wolsztynem”.

W 2013 roku na dworzec kolejowy w Stęszewie, podjechała ekipa samochodem dostawczym i koparką CAT. W jednym dniu zrównali z ziemią mury lodowni i lampiarni, z których wyciągnęli około dwóch ton złomu. Wszystkie stropy, półki i regały były wykonane ze starych szyn kolejowych. W lampiarni znajdowały się lampy naftowe, zbiorniki, lejki, kilka z nich udało mi się odkupić od panów rozbierających lodownię i lampiarnię, reszta została wywieziona do Grodziska Wielkopolskiego na złom.

Niestety dla bardzo wielu ludzi nie liczy się piękno i historia zabytkowych przedmiotów, tylko pieniądze, które mogą pozyskać z ich zniszczenia. cdn.