wtorek, 21 Sierpień 2018

2015

Miłość i zbrodnia, która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą. Część 10.

Pierwsza miłość pozostawia wyryty ślad na sercu i pamięci, może to usunąć tylko grabarz.
Kto Bogu służy temu prezydent i król nie jest duży.
Smutek można wylać łzami, pamięć nie.
Zbigniew Tomaszewski.
Żyjemy wśród zamętu i braku sentymentu. Tu sztuczny śmiech, tam znów sztuczne łzy. Obłuda, fałsz – to są życia gry. Miłości szczerej nie ma, epoka kłamstw, krzywd i mąk. Nikt nie jest sobą, czas rządzi tobą. Okrutna obojętność w krąg. Jedynie serce matki uczuciem zawsze tchnie. Jedynie serce matki o wszystkim dobrze wie. Dać trochę ciepła umie i każdy ból zrozumie, a gdy przestanie dla nas bić, tak ciężko, ciężko żyć…
Ludwik Szmaragd 1933r.

W części 9 zakończyliśmy zeznaniami Panny Kaczorowskiej. Jedyny naoczny świadek zbrodni, zeznała iż Hrabia Miączyński, wychodząc z sypialni Hrabiny Felicji, szepnął coś na ucho Felicji i w tym momencie na progu ukazał się Hrabia Maciej Mielżyński. Padł strzał. Jeden, po kilku sekundach drugi i dwa trupy runęły obok siebie na podłogę w wielkiej kałuży krwi. Teraz dopiero Hrabia Maciej dostrzegł stojącą w ukryciu Pannę Kaczorowską. Osłupiał na ten widok, z przerażeniem zawołał : „Dlaczego Panna się nie odezwała ? Gdybym był wiedział że Panna tu jest, nie strzelał bym ! W obecności panny nie mogło tu zajść nic zdrożnego.” Po tym okrzyku Hrabia Maciej miał się wyrazić, co przyznał sam w śledztwie pierwiastkowym, choć teraz temu zaprzeczał, że do żony strzelać i ją zabić nie było przenigdy zamiarem. Jemu chciałem tylko dać nauczkę. Hrabina Felicja miała romans z kuzynem Hrabią Bnińskim. Było to w roku 1902. Jednak pogodziła się z mężem, w roku 1906 urodził się syn Karol. Potem znów rozeszli się, przez 2 i pół roku nawet się nie widzieli. Hrabia mieszkał w Berlinie, Hrabina przebywała na południu, potem w Będlewie, wreszcie w Dakowach Mokrych. Oskarżony twierdził, że żył nie nagannie, przyznaje że zna różne kobiety. Za pośrednictwem Hrabiego Ignacego Mielżyńkiego pogodził się z żoną w 1913r. Oskarżony zeznał, że przyjechał krytycznego dnia do Daków Mokrych o 3 po południu, żóna jego o 6 – w godzinę nadjechał samochodem Miączyński. Był podchmielony. Po kolacji udali się obydwaj na górę, obok sypialni pana domu był pokój gościnny Miączyńskiego, który swemu służącemu kazał jeszcze przynieść butelkę wina. Mielżyński spał godzinę lub dłużej. Obudzony zobaczył światło, wstał, aby je zgasić, w półśnie zamiast wyłączyć światła na korytarzu, przekręcił włącznik główny, pogrążając w ciemnościach cały pałac. Wrócił do łóżka. Służący Miączyńskiego, który oczekiwał swego pana w pokoju gościnnym, znalazłszy się w ciemnościach, czekał chwilę potem wyszedł i przechodził po ciemku przez długi korytarz obok pokoju Macieja, aby zejść na dół. Na odgłos kroków Kamerdynera, który udawał się na spoczynek- mieszkał w domu dla służby znajdującym się obok pałacu-Mielżyński widocznie znów się obudził. Słysząc hałas, przypuszczał, że to złodzieje. Zszedł na dół , świecąc kieszonkową latarką na baterię, wziął fuzję, nabił nabojami uszykowanymi na polowanie i w poszukiwaniu złodziei , przeszedł kolejno pokój jadalny, gabinet, salon tutaj spostrzegł światło padające z pokoju żony od zapalonej świecy, usłyszał głosy żony i siostrzeńca. Wpadł w rozdrażnienie, gdy w drzwiach ukazała się jakaś postać, strzelił nie celując, myśląc że to Miączyński. Potem wszedł do pokoju i zobaczył mężczyznę. Sądząc że to ta sama osoba strzelił powtórnie. Potem spostrzegł żonę leżącą na podłodze. Odezwała się do niego panna Kaczorowska. Tak donosiła prasa Warszawska. W sądzie odczytano listy miłosne Hrabiny Felicji do Hrabiego Miączyńskiego. Przedłożono ich dwadzieścia, odczytano sześć najbardziej kompromitujących. Wynikało z nich jasno, że zabitą parę łączył romans. Zawierały one słowa niechęci i odrazy do męża. Hrabina pisała, że z trwogą oczekuje powrotu męża z Berlina, że gdy chce się z nią zobaczyć udaje zawsze chorą i przez Pannę Kaczorowską daje mu odprawę. Do Hrabiego Alfreda pisała zaś „ Tulę się do Ciebie milion razy, panie mój i władco, moje złoto i moje życie.” Lub „Kiedy wreszcie wybije godzina wybawienia i wolności dla nas, kochany mój aniele.” Romanse są piękne zakazany owoc zawsze smakuje najlepiej, ale często prowadzą do rozwodów, do nienawiści i do zbrodni. Najwięcej w takich sytuacjach cierpią dzieci. One są najbardziej pokrzywdzone, bo one kochają matkę i ojca nie mogą pogodzić się z tym iż rodzice się rozwodzą i nienawidzą. Po odczytaniu listów Felicji, w sądzie było już pewne iż Felicja i Alfred byli kochankami. Oskarżony w czasie czytania listów w sądzie mdlał kilkakrotnie. Trzeba było zarządzać przerwy i cucić go, wyniesiono go nawet zemdlonego z Sali, było widać iż za życia, po . śmierci bardzo kochał żonę, nie ma nic gorszego niż głęboka miłość. Jest jednostronna, miłości i związku na siłę nie uratujesz. W sobotę w drugi dzień rozprawy wniesiono oskarżonego w fotelu na rozprawę. Po obiedzie przystąpiono do przesłuchania biegłych – psychiatrów. Doktor Leppmann, który w berlińskiej Charite badał stan psychiczny Hrabiego Mielżyńskiego, uważa że paragraf 51 kodeksu karnego wykluczający odpowiedzialność oskarżonego wskutek stanu nieprzytomności albo chorobliwej niepoczytalności nie może mieć zastosowania. Natomiast profesor Zinn z Berlina i doktor Janta-Połczyński, z Poznania doszli do wniosku, że oskarżony w czasie popełnienia czynu znajdował się w stanie chorobliwego podniecenia, które mogło spowodować zaburzenie umysłu w takim stopniu, iż paragraf 51 kodeksu karnego winien być zastosowany. W sądzie ustalono 4 pytania dla przysięgłych. Dwa dotyczące zabójstwa Hrabiny Mielżyńskiej i Hrabiego Miączyńskiego, dwa dotyczące zastosowania okoliczności łagodzących. Treści przemówienia żaden sprawozdawca nie przekazał, wiadomo jedynie że wnosił o zasądzenie za morderstwo. Dopuszczał jednak zastosowanie okoliczności łagodzących. Adwokat Macieja Jarecki, przemawiał dwie godziny, dał charakterystykę oskarżonego jako artysty i polityka, naświetlił popełniony przez niego czyn, wywodząc, że oskarżony w skutek obecności Miączyńskiego w sypialni żony wpadł w taki stan rozdrażnienia że zupełnie nad sobą nie panował. Wnosił o uwolnienie Hrabiego, uczynił to również adwokat Drwęski. Prokurator Boelefahr w swojej replice w sądzie krzyczał przestrzegając przysięgłych, aby nie powodowali się litością, przypominał przysięgłym że sądzą podwójnego mordercę. Przysięgli, sędzia, prokurator już wiedzieli że sądzą ofiarę pięknej jednostronnej miłości, miłości która została dana człowiekowi od pana Boga, niema na świecie człowieka, który nie pragnie pięknej miłości, chce kochać i chce być kochanym, jednak życie dla Macieja i Miłości okazały się okrutne. Dla sądu był po prostu łajdakiem i podwójnym mordercą.

Ciąg dalszy nastąpi. Zbigniew Tomaszewski.

Miłość i zbrodnia, która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą. Część 6

     W ostatniej części 5, zakończyliśmy w momencie gdy syn Karol w wieku 87lat odwiedził klasztor Franciszkanów w Woźnikach i mieszkańców Daków Mokrych spotkał się z ojcem mego przyjaciela Jasia Malickiego. Na pytanie Pana Malickiego czy Pan Hrabia tu zamieszka, Hrabia Karol odpowiedział. Te czasy już nie wrócą. Wyjechałem jako dziecko. Wróciłem jako stary człowiek. I to po to, aby zobaczyć mój zrujnowany dom i zaniedbany park. Wracamy do tematu postępowania sądowego w artykule w gazecie BerlinerTageblatt zamieścił wywiad przeprowadzony z adwokatem doktorem Lubczyńskim, berlińskim pełnomocnikiem Hrabiego Macieja Mielżyńskiego. Doktor Lubczyński oświadczył, że o samym wypadku nie posiada jeszcze szczegółowych informacji, tajemnica zawodowa zabraniała mu roztrząsać szczegóły dotyczące sprawy. Dla osób wtajemniczonych w stosunki rodzinne i znających moralną udrękę , którą w ostatnich latach przeżywał Hrabia Maciej Mielżyński, na skutek trybu życia zmarłej Hrabiny, sam nie może stanowić niespodzianki. Niczym nie zachwiana nieustępliwość i upór, z jakim Hrabina odrzucała wszelkie usiłowania oddanego żonie i kochającego ją męża, który dążył do przywrócenia pożycia małżeńskiego. Musiały jego rozdrażnienie doprowadzić do ostateczności. Pierwsza z brzegu przyczyna doprowadziła do wybuchu. Hrabina znana i uwielbiana piękność, gdy po śmierci ojca i tragicznej śmierci braci została wyłączną spadkobierczynią i nieograniczoną właścicielką wielkiego majątku Potockich i panią na Dakowach Mokrych, znalazła się pod wpływem swego otoczenia, w większości osób niższego stanu, które systematycznie przeciwdziałały w jej zbliżeniu do męża. Po przezwyciężeniu znacznych trudności udało się Hrabiemu Maciejowi, który w Berlinie poświęcił się polityce i sztuce, uzyskać wstęp do Daków Mokrych i zapoznać się z administracją tych rozległych dóbr. Lecz nawet przy takich spotkaniach otoczenie mieszało się do spraw małżonków, tak że Hrabia Maciej nie znajdował sposobności przeprowadzenia z żoną upragnionej i zamierzonej rozmowy. Hrabia Maciej kochał Felicje bardzo mocno przez cały czas nie samodzielny i zmienny charakter Hrabiny Felicji, dawał jej otoczeniu coraz większy wpływ na nią, dochodziły do tego podejrzenia Hrabiego co do wierności Hrabiny, podsycane dawniejszym jej zachowaniem. Wreszcie gdy nabrały one pewności, zrozpaczony małżonek chwycił za broń. Jednak gazeta PosenerTageblatt wręcz odwrotnie, brał w obronę zabitą Hrabinę i stawał po jej stronie. Uważał że była dobra, szlachetna, czyniła wiele dobrego, natomiast mąż był szałaputą, który rycerskimi formami i ujmującym sposobem bycia umiał zyskać ogólną sympatie, zachowaniem zaś swoim wobec żony utrudniał współżycie małżeńskie. Doszła jeszcze do tego rozrzutność finansowa oraz szeroko komentowany fakt że przed kilku laty spędzał czas w towarzystwie pewnej znanej polskiej arystokratki, mieszkającej pod Grodziskiem Wlkp. Żona nie przebaczyła mu tego. Nad to gazeta zastanawiała się, czy nie mogły nim powodować względy finansowe. Każda żona zdradę męża przebaczy szybko ale nie zapomni nigdy, tu jest problem. Gazeta Posener Neueste Nachrichten uważała za wykluczone, aby miały i mogły działać tu motywy pieniężne. Położenie Hrabiego pogorszyło się. Od żony mógł otrzymać i otrzymywał pieniądze, od kuratora ich nie dostanie. Hrabia, o ile wiadomo żądał od żony oszczędności, aby córkom zapewnić posag, bo ordynację odziedziczy syn Karol. Prasa Niemiecka poświęciła sporo uwagi sprawie mandatu do parlamentu, piastowanego przez Hrabiego Macieja Mielżyńskiego. Ustalono, że mandat utraciłby tylko wtedy gdyby pozbawiono go sądownie praw obywatelskich, co mu w tej sprawie nie groziło nawet w razie zasądzenia nadal pozostałby posłem. Nikt nie wątpił ani na chwilę, że Maciej Hrabia Mielżyński, w jakiej sytuacji postawiła go tragedia Dakowska wysnuje swój wniosek i złoży swój mandat do parlamentu. W kilka dni później nadeszła wiadomość z Berlina że Hrabia Maciej złożył mandat. W Dakowach  Mokrych tymczasem, na dzień 30 grudnia ustalono termin rozprawy w sądzie w Międzyrzeczu. Hrabia Maciej przyjechał z więzienia w Grodzisku Wlkp. Swoim samochodem konwojowanym przez dwóch urzędników kryminalnych, jednym z nich był komisarz kryminalny z Grodziska Anczewski. Komisja sądowa w składzie sędziego Hagena z Grodziska, pierwszego prokuratora doktora Boelefehra z Międzyrzecza , sekretarza sądowego Felgla przyjechała końmi. Z ramienia oskarżonego występował adwokat motty z Gordziska, który podał jednak do prasy, że obrony Hrabiego Mielżyńskiego nie przyjął. Był tylko obecny na jego prośbę jako notariusz. Na termin lokalny powołano również rusznikarza z fuzji użytej przez oskarżonego oddawał on strzały, by ustalić miejsce i odległość, z której strzelał Hrabia. Przesłuchiwano służbę, z lecznicy ściągniętego przebywającą tam już od trzech miesięcy pannę, służącą zabitej Hrabiny. Tematem pytań były stosunki, jakie łączyły Hrabine Felicję, z jej siostrzeńcem. Stwierdzono że Hrabina jeździła często do Duninów do Granówka, gdzie zabity Hrabia był Elewem. Hrabia Maciej Mielżyński pozostawił, pozostawał w więzieniu w Gordzisku Wlkp. Udzielono mu wszelkich udogodnień. Sprowadzono jego łóżko, jedzenie przynoszono z hotelu „Zweiger” w Grodzisku, dostarczano mu prasę polską i niemiecką. Hrabia pilnie studiował, co piszą na jego temat. Krewni i znajomi mogli widywać się z nim bez ograniczeń w dzień przed „Gwiazdką” odwiedził go sekretarz berliński. Stan zdrowia oskarżonego nie był dobry, odezwała się dawna rana w płucach, miewał krwotoki. Na pewien czas przewieziono go do Charite w Berlinie, gdzie doktor Leppmann przeprowadził badanie jego poczytalności w chwili oddawania strzałów.

     C.D.N. Zb. Tomaszewsk

Miłość i zbrodnia, która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą. Część 5

W części czwartej zakończyliśmy w momencie, gdy hrabinę Felicję z Potockich Mielżyńską i jej przyjaciela Alfreda Mączyńskiego w złotą niedzielę, w grudniu 21-go złożono do trumien i ustawiono w pałacu w Dakowach Mokrych, by miejscowa ludność mogła oddać im ostatnie pożegnanie.

     Hrabina leżała w czarnej, jedwabnej sukni. Głowa jej zawiązana była koronkowym szalem.

     Następnego dnia, w poniedziałek 22 grudnia o 4-ej po południu przeniesiono uroczyście zwłoki do kościoła parafialnego. Dębową trumnę niosło ośmiu leśniczych w zielonych, odświętnych mundurach. Zwłoki ustawiono w kościele na wysokim, czarnym suknem, krytym katafalku, tonącym w świetle niezliczonych świec. Nazajutrz o godzinie 8-ej rano kościół był znów przepełniony. Odczytano dwie msze żałobne, po czym trumnę, przy dźwiękach requiem ułożono na wozie ciągnionym przez cztery konie okryte czarnymi kapami. Wieziono ją do rodzinnych grobowców Mielżyńskich w Klasztorze w Woźnikach. Tyle przypomnienia.

      Zamordowanego kochanka hrabiny – Alfreda Miączyńskiego przewieziono do Będlewa, a pochowano w dobudowanej w 1854 roku murowanej krypcie grobowej, dobudowanej do drewnianego kościółka w Łodzi w gminie Stęszew.

          Niewielu członków rodziny uczestniczyło w pogrzebie. Uwagę zwracały blade twarze dwóch córek, dopiero w ostatniej nocy przybyłych do majątku. Po dziewczynki pojechała do Jarosławia Panna Koczorowska. Na prośbę ojca nie wyjawiono córkom przyczyny śmierci matki. Mały 8-letni Karolek rzucił się na trumnę, całował ją krzycząc Mamo! Mamusiu!

     W Woźnikach przy bramie starego kościoła, gdzie w podziemiach mieszczą się grobowce rodziny Mielżyńskich, czekało na pochód żałobny całe niemal duchowieństwo dekanatu i dużo arystokracji. Przybyła ona automobilami do Kotowa. Znowu odśpiewano Requiem i złożono trumnę do podziemi. Żadnych mów nie wygłoszono.

     Zwłoki Hrabiego Miączyńskiego już dnia poprzedniego, w poniedziałek przed południem przewieziono do Będlewa i tu ustawiono w pałacu. We wtorek 23 grudnia o godzinie 10 rano odbył się pogrzeb. Oprócz księdza, matki i rodziny zmarłego w ostatniej drodze wzięli udział robotnicy i pracownicy ordynacji oraz wiele osób z sąsiednich wsi i okoliczni ziemianie. Zwłoki przewieziono do oddalonej o trzy kilometry wioski Łódź. Znajduje się tam grobowiec rodziny Miączyńskich i Potockich.

   Następnie w drewnianym kościele w Łodzi odbyło się żałobne nabożeństwo, w którym uczestniczyło wiele osób. Również przy zwłokach Hrabiego Miączyńskiego nie wygłoszono żadnej mowy.

     Prasa polska i niemiecka smutnej tej sprawie, poświęciła już nie łamy, ale całe stronnice powtarzających bezkrytycznie wszelkie domysły i komentarze, plotki i bajki, jakie powstały i krążyły w społeczeństwie na temat tego sensacyjnego, rodzinnego dramatu. Okropna zbrodnia w polskim zamku hrabiowskim powinna być przestrogą dla tych, którzy sądzą, że mogą bezkarnie igrać z ogniem namiętności.

        *W roku 1992 odwiedziłem w domu weterana potomka rodu – pana Hrabiego Karola Mielżyńskiego, mieszkał w małym pokoiku, w którym zmieścił się cały majątek Mielżyńskich herbu Nowina: Pokoik tonął w książkach, własnoręcznie namalowanych obrazach. Było też radio i telewizor. Reszta jest własnością państwa.

     Pan Hrabia w roku 1992 otrzymywał 600 tysięcy emerytury. Było to wtedy bardzo mało, tym bardziej, że ? musiał oddać na życie w domu weterana. Co zostawało przeznaczał na książki i farby. Pan Karol opowiadał, że ciągle maluje przeszłość – matkę, ich dwór w Dakowach i park.

     – Często oglądam stare, pożółkłe fotografie, a potem zamykam oczy. Czuję wtedy perfumy mamy, słyszę śmiech sióstr, rozmawiam z nimi po francusku – opowiadał syn zamordowanej. Skurcz bólu, najstraszliwszy dzień, śmierć matki. Otwieram oczy, jestem tutaj sam. Wszyscy moi bliscy nie żyją. Mam 87 lat. W latach siedemdziesiątych, mój przyjaciel Jasiu Malicki z Daków Mokrych, bardzo często opowiadał mi w kawiarni przy kawie i lampce wina Malaga o Mielżyńskich. Ludzie w Dakowach ponoć nie zapomnieli o Mielżyńskich. Mówił, że duch hrabiny chodzi po pałacu i parku. Pani Janicka z Daków też wspomina o Felicji Mielżyńskiej.

     Pan Karol wspominał pokojówkę mamy na dworze – panią Janicką. Ona często wspominał hrabinę Felicję. Mówiła, że była dobra. Uczyła wiejskie dzieci, pomagała biednym. Hrabia bardzo ją kochał. Szkoda, że przed I wojną wydarzyło się takie nieszczęście.

     *Po śmierci matki Karolek rzadko się śmiał, całymi dniami samotnie włóczył się po parku. Niedługo był w Dakowych. Wyjechał do stryja. Kilka lat temu pan Karol odwiedził Dakowy. Przebywał w Woźnikach. Podarował ojcom Franciszkanom parę swoich obrazów.

     Córka dworskiego woźnicy – pani Kaczmarkowa opowiadała – memu koledze Jasiowi Malickiemu, który przejął stolarnie po ojcu i dziadku w Dakowych, że jego ojciec spotkał się z panem Hrabią Karolem, ale ten nie mógł go poznać. Gdy w końcu przypomniał sobie dawnego sługę, to tata popłakał się ze szczęścia.

     – Czy Pan Hrabia znowu tu zamieszka? – spytał.

     – Te czasy już nie wrócą – usłyszał w odpowiedzi. Wyjechałem, jako dziecko. Wróciłem, jako stary człowiek – mówi Karol Mielżyński. I to po to, aby zobaczyć mój zrujnowany dom i zaniedbany park. Ciąg dalszy nastąpi.

      Zbigniew Tomaszewski

Miłość i zbrodnia która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą. Część 4.

Motta: *Otwartymi dłońmi zyskasz wszystko, pięściami stracisz wszystko. *Pokora jest matką olbrzymów. *Po co światło człowiekowi który nie wie dokąd iść? *Kto ma mało miedzi całe życie przy jednej babie siedzi. *Miłość to jest taniec godowy, nieraz się kończy. Zanim powiesz kocham -poczekaj rok. *Piękny, pachnący kwiat więdnie po spotkaniu z pszczołą. Piękna, pachnąca kobieta więdnie po ślubie – Zbigniew Tomaszewski. *Jakość pozostaje w pamięci dłużej niż cena – Rolls Royce *Nie skarż się, bo źli ludzie z twojej skargi dźwięku cieszą się, jako sępy z konających jęku – Adam Mickiewicz.
W części 3 zakończyłem tym, że hrabina Felicja Mielżyńska z domu Potocka, uchodząca za wspaniałą piękność, była podejrzewana przez swego małżonka hrabiego Macieja Mielżyńskiego (urodzony 13.10.1869 roku w Chobienicach), o romans z siostrzeńcem Alfredem Mączyńskim. Hrabia Maciej zamordował żonę i jej kochanka.
Tak więc w złotą niedzielę, w grudniu 21-go, przed świętami Bożego Narodzenia, późnym wieczorem zwłoki pary włożono do trumien, ustawiono w pałacu w Dakowach Mokrych umożliwiając ludności oddanie zmarłym ostatniej posługi. Hrabina leżała w czarnej, jedwabnej sukni. Głowa jej zawiązana była koronkowym szalem. Wspaniała piękność znikła, twarz zmalała i się zapadła. Widać było na niej wyraz strachu.
W poniedziałek 22 grudnia o 4-ej po południu, przeniesiono uroczyście zwłoki do kościoła parafialnego, który wzniósł brat zmarłej, ordynat Bolesław Potocki, swoim przeważnie kosztem, a którego patronką była hrabina Mielżyńska. Ośmiu leśniczych w zielonych, odświętnych mundurach, niosło prostą dębową trumnę. Nie miała żadnych ozdób.
Trumny dla hrabiny Felicji i Alfreda Miączyńskiego wykonał właściciel słynnego na okolice zakładu stolarskiego, pan Malicki w Dakowach Mokrych. Był to ojciec Stanisława Malickiego, który miał stolarnię w Stęszewie, na ulicy Kościańskiej. Wykonywał on przez całe swoje życie piękne trumny oraz prowadził zakład pogrzebowy. Sam zginął tragicznie jadąc rowerem. Było to ze trzy lata temu na przejściu dla pieszych w Zamysłowie.
Tamten orszak prowadził ówczesny proboszcz ksiądz Grosty. Asystował mu ksiądz radcy Nizińskiego z Buku. Zwłoki ustawiono w kościele na wysokim, czarnym suknem, krytym katafalku, tonącym w jasnym świetle niezliczonych świec. Tłumy wiejskiego ludu, urzędnicy dominalni, okoliczni ziemianie, znaczna ilość Niemców oraz sporo mieszkańców z pobliskiego miasteczka Buku uczestniczyli w ostatniej drodze hrabiny. Z rodziny byli tylko Hrabia Ignacy Mielżyński z żoną i jej siostrą Konstancją Mielżyńską z Kotowa. Na wszystkich twarzach malował się smutek i przygnębienie. Kościoła, ze względu na krótki okres czasu nie zdołano przybrać. Zapełniły go tylko niezliczone świerki z pięknych lasów ordynacji. Również cała droga z pałacu do kościoła była gęsto zarzucona świerkowymi gałęziami.
Nazajutrz o godzinie 8-ej rano kościół był znów przepełniony. Odczytano dwie msze żałobne, po czym trumnę, przy dźwiękach requiem ułożono na wozie ciągnionym przez cztery konie okryte czarnymi kapami. Wieziono ją do rodzinnych grobowców Mielżyńskich w Klasztorze w Woźnikach.
Uwagę zwracały blade twarze dwóch córek, dopiero w nocy przybyłych do majątku. Pojechała po nie do Jarosławia Panna Koczorowska. Na prośbę ojca nie wyjawiono córkom przyczyny śmierci matki. Mały 8-letni Karolek rzucił się na trumnę, całował ją krzycząc Mamo! Mamusiu!
W Woźnikach przy bramie starego kościoła, gdzie w podziemiach mieszczą się grobowce rodziny Mielżyńskich, czekało na pochód żałobny całe niemal duchowieństwo dekanatu i dużo arystokracji. Przybyła ona automobilami do Kotowa. Znowu odśpiewano Requiem i złożono trumnę do podziemi. Żadnych mów nie wygłoszono.
Zwłoki Hrabiego Miączyńskiego już dnia poprzedniego, w poniedziałek przed południem przewieziono do Będlewa i tu ustawiono w pałacu. We wtorek 23 grudnia o godzinie 10 rano odbył się pogrzeb. Oprócz księdza, matki i rodziny zmarłego w ostatniej drodze wzięli udział robotnicy i pracownicy ordynacji oraz wiele osób z sąsiednich wsi i okoliczni ziemianie. Zwłoki przewieziono do oddalonej o trzy kilometry wioski Łódź. Znajduje się tam grobowiec rodziny Miączyńskich i Potockich. Następnie w drewnianym kościele w Łodzi odbyło się żałobne nabożeństwo, w którym uczestniczyło wiele osób. Również przy zwłokach Hrabiego Miączyńskiego nie wygłoszono żadnej mowy.
Prasa polska i niemiecka smutnej tej sprawie, poświęciła już nie łamy, ale całe stronnice powtarzających bezkrytycznie wszelkie domysły i komentarze, plotki i bajki, jakie powstały i krążyły w społeczeństwie na temat tego sensacyjnego, rodzinnego dramatu. Okropna zbrodnia w polskim zamku hrabiowskim powinna być przestrogą dla tych, którzy sądzą, że mogą bezkarnie igrać z ogniem namiętności.

*W roku 1992 odwiedziłem w domu weterana potomka rodu – pana Hrabiego Karola Mielżyńskiego, mieszkał w małym pokoiku, w którym zmieścił się cały majątek Mielżyńskich herbu Nowina: Pokoik tonął w książkach, własnoręcznie namalowanych obrazach. Było też radio i telewizor. Reszta jest własnością państwa.
Pan Hrabia w roku 1992 otrzymywał 600 tysięcy emerytury. Było to wtedy bardzo mało, tym bardziej, że ? musiał oddać na życie w domu weterana. Co zostawało przeznaczał na książki i farby. Pan Karol opowiadał, że ciągle maluje przeszłość – matkę, ich dwór w Dakowach i park.
– Często oglądam stare, pożółkłe fotografie, a potem zamykam oczy. Czuję wtedy perfumy mamy, słyszę śmiech sióstr, rozmawiam z nimi po francusku – opowiada syn zamordowanej. Skurcz bólu, najstraszliwszy dzień, śmierć matki. Otwieram oczy, jestem tutaj sam. Wszyscy moi bliscy nie żyją. Mam 87lat. W latach siedemdziesiątych, mój przyjaciel Jasiu Malicki z Daków Mokrych, bardzo często opowiadał mi w kawiarni przy kawie i lampce wina malagi o Mielżyńskich. Mówił, że ludzie w Dakowach nie zapomnieli o Mielżyńskich. Mówił, że duch Hrabiny często chodzi po pałacu i parku. Pani Janicka z Daków opowiadała o Felicji Potockiej- Mielżyńskiej.
Wspominał pokojówkę mamy na dworze – panią Janicką. Ona często wspominał hrabinę Felicję. Mówiła, że była dobra. Uczyła wiejskie dzieci, pomagała biednym. Hrabia bardzo ją kochał. Szkoda, że przed I wojną wydarzyło się takie nieszczęście.

*Po śmierci matki Karolek rzadko się śmiał, całymi dniami samotnie włóczył się po parku. Niedługo był w Dakowych. Wyjechał do stryja. Kilka lat temu pan Karol odwiedził Dakowy. Przebywał w Woźnikach. Podarował ojcom Franciszkanom parę swoich obrazów.
Córka dworskiego woźnicy – pani Kaczmarkowa opowiadała – memu koledze Jasiowi Malickiemu, który przejął stolarnie po ojcu i dziadku w Dakowych, że jego ojciec spotkał się z panem Hrabią Karolem, ale ten nie mógł go poznać. Gdy w końcu przypomniał sobie dawnego sługę, to tata popłakał się ze szczęścia.
– Czy Pan Hrabia znowu tu zamieszkał? – spytał.
– Te czasy już nie wrócą – usłyszał w odpowiedzi. Wyjechałem, jako dziecko. Wróciłem, jako stary człowiek – mówi Karol Mielżyński. I to po to, aby zobaczyć mój zrujnowany dom i zaniedbany park. Ciąg dalszy nastąpi .
Zbigniew Tomaszewski
Opisy do zdjęć.
U góry po lewej fasada kościoła – kartusze z herbami nowina z lewej Hulewiczów, Krzysztoporskich i Mielżyńskich.
Klasztor w Woźnikach na wzgórzu wyrwał wnętrze kościoła 2005rok.
Wnętrze kościoła w Woźnikach 1913rok.
Wnętrze kościoła w Woźnikach 1975rok widać worki z nawozem i cementem.
Woźniki krypta grobowa w jednej z tych trumien spoczywa ciało pięknej Felicji trudno jest ustalić w której trumnie spoczywają prochy Felicji ponieważ Rosjanie w 1945roku plądrowali grobowce w poszukiwaniu złotych zębów i kosztowności trumny były powywalane splądrowane.
Kościółek drewniany w Łodzi krypta grobowa dobudowana w roku 1854. Po tragicznej śmierci syna Bolesława zamordowanego przez żołdaków niemieckich to w tej krypcie grobowej pochowano wnuka Bolesława Potockiego Alfreda Miączyńskiego zamordowanego w Dakowach Mokrych przez Hrabiego Macieja Mielżyńskiego.
Klasztor Woźniki kościół 1970rok walają się worki z nawozem, cement i inne towary dach zacieka, krypta grobowa otwarta każdy może wejść i plądrować.
Krypta w klasztorze w Woźnikach rodziny Mielżyńskich.
Herb rodu Nowina.

 

 

 

MIŁOŚĆ I ZBRODNIA, KTÓRA WSTRZĄSNĘŁA STĘSZEWEM, A WKRÓTCE TEŻ EUROPĄ część 3.

Dzisiejsze motta:
1. Tak. jak zmielone proso trudno jest zasiać, tak pannę z dzieckiem trudno wydać za mąż. Tak. jak pustelnikowi towarzyszy samotność, tak miłości towarzyszą łzy. Jeżeli chcesz mocno kochać, to najpierw naucz się mocno płakać. Miłość jest piękna. ale zawsze za nią idą rachunki do zapłaty, a one już piękne nie są – Zbigniew Tomaszewski
2. Nie ma takiego łajdaka, który nie chciałby się zmienić w anioła – Władysław Reymont

Na koniec części 2 Hrabia Maciej Mielżyński po zamordowaniu żony i jej kochanka, o 8 rano telefonicznie powiadomił o tym brata Ignacego z Iwna, adwokata Mottego z Grodziska oraz prokuratora z Międzyrzecza.
Zatem o godzinie 11:30 w niedzielę przyjechała komisja śledcza, składająca się z sędziego powiatowego Hagena z Grodziska i prokuratora z Międzyrzecza. Śledztwo trwało dwie godziny. Hrabiego aresztowano w sobotę wieczorem. Wbrew odmiennym wersjom – przewieziono jego własnym samochodem do więzienia w Grodzisku. Ktoś z jego przyjaciół, czy też jakiś adwokat, zwrócił uwagę, że wystarczy, aby Hrabia Maciej ukrył się przez 24 godziny od możności aresztowania, wtedy nakaz taki w stosunku do niego, jako posła do parlamentu, będzie mógł być wydany tylko za zgodą parlamentu.
W myśl obowiązujących przepisów, poseł nie może być – bez zezwolenia parlamentu – pociągnięty do śledztwa, ani aresztowany, chyba że został złapany na gorącym uczynku, lub w ciągu 24godzin.
Mielżyński unosząc się – nie immunitetem lecz honorem – odparł, iż nie skorzysta z tej możliwości. Prasa podawała wiele innych szczegółów, które później okazały się fałszywe. Utrzymywały się dwie wersje czynu. Jedna, że motywem czynu miała być zazdrość, no hrabia Mielżyński upatrywał w siostrzeńcu żony jej kochanka. Druga, której podobno kurczowo trzymał się aresztowany, że hrabia zastrzelił żonę i siostrzeńca biorąc ich za złodziei.
Większość prasy nie dawała wiary tłumaczeniom. Odzywały się głosy nieprzychylne Hrabiemu. Zastanawiano się, czy czasami nie działały tu motywy zysku. Hrabia znajdował się podobno w złych warunkach finansowych, a mógł liczyć na spadek po żonie.
Jak widać, ustalenie stanu faktycznego nasuwało trudności. Istniał tylko jeden świadek zajścia – panna Kaczorowska – lecz ona odmówiła zeznań. Toteż prasa rzuciła się na ustalenie danych personalnych zabójcy.
Hrabia Mielżyński urodził się 13.10.1869 roku w Chobienicach, rodzinnym majątku Mielżyńskich. Uczęszczał do gimnazjum francuskiego w Berlinie, potem do gimnazjum w Lesznie. Przesłuchał kilka semestrów prawa w Monachium, tu odbywał też studia malarskie w pracowni Brandta. W 1891r. służy w pułku Kirasjerów we Wrocławiu i został w nim, jako oficer. W 1894r. wystąpił z wojska, by odbyć praktykę gospodarczą. Został elewem u wuja Bolesława Potockiego w Będlewie. Zakochał się w swej kuzynce Felicji Potockiej, prześlicznej brunetce, uchodzącej za wspaniałą piękność. Opowiadano, że w Nicei, po konkursie piękności, gdzie królową wybrano słynną Cawalieri, zobaczyła ona w restauracji Hrabinę Felicję Mielżyńską, podeszła do jej stolika ze słowami „Uważają mnie tutaj za najpiękniejszą, ale gdy Panią zobaczyłam (w tym momencie zdjęła koronę z głowy i założyła Hrabinie Felicji) mówiąc:Ta korona Pani się należy. To Pani jest królową piękności.”
Bolesław Potocki sprzeciwiał się małżeństwu córki z Maciejem Mielżyńskim, ale gdy zrozpaczony hrabia usiłował popełnić samobójstwo. Oddał w pierś strzał z pistoletu. Odratowano go, lecz skutki rany dawały mu się we znaki całe życie. Miewał od czasu do czasu krwotoki, nawet kiedyś podczas przemówienia w parlamencie. Potocki z Będlewa widząc taki dowód miłości ustąpił, lecz podobno wykluczył Hrabiego Macieja od sukcesji, stąd żona jego miała wyłączne prawo do rozporządzania ordynacją Dakowy Mokre. Ślub odbył się w 1896r. Maciej miał lat 26, Felicja 20. Mieszkali w Chobienicach, urodziły im się dwie córki, mające w dniu zbrodni trzynaście i szesnaście lat, a sm Mielżyński miał 44. Dziewczynki wychowywane były w klasztorze w Jarosławiu. Był też syn liczący lat 8. On chował się u wuja w Iwnie.
Małżeństwo nie okazało się szczęśliwe. Rozeszli się w roku 1909. Hrabia sprzedał bratu Chobienice. Zamieszkał w Berlinie. Hrabina Felicja w Dreźnie. Dopiero, gdy Hrabina odziedziczyła ordynację Dakowy Mokre zeszli się znów. Było to pod koniec 1912r. Latem 1913r. wyjechali razem z dziećmi na kilka tygodni do Ostendy. Święta Bożego Narodzenia zamierzali spędzić z córkami w Zakopanem. Hrabia Maciej został w 1903r. wybrany posłem do parlamentu w okręgu Szamotuły-Międzychód-Skwierzyna-Oborniki. Poprzednio Hrabia Hektor Kwilecki był posłem tego okręgu. Gdy w 1912r. uzyskanie mandatu w tym okręgu przez Polaka nie było w 100% pewne, Hrabia Mielżyński nawiązał kontakt na Śląsku z Napieralskim i z Korfantym. Kandydował w okręgu Pszczyna-Rybnik. Wybrany został w obydwu okręgach. Zrezygnował z okręgu śląskiego. Kontakty śląskie wzięli mu za złe poznańscy Endecy. Hrabia miał dość postępowe poglądy. Nadano mu przydomek „Czerwonego Hrabiego”. W Berlinie, oprócz zajęć parlamentarnych, Hrabia oddawał się malarstwu. Urządził w eleganckiej, zachodniej części Berlina atelier malarskie przy Siegesmundstrasse 11.
Hrabia Adolf Miączyński – ojciec jego, miał majątek Pawłowo pod Gnieznem, był synem o 15 lat starszej przyrodniej siostry Hrabiny Felicji. Był niezrównoważony, dużo pił, służył we francuskiej legii cudzoziemskiej, później odbywał przez rok służbę w Dreźnie w pułku Gwardii Konnej. Gdy matka jego odziedziczyła ordynację Będlewo, wspaniałą majętność obejmującą 2665 hektarów, poświęcił się studiom rolniczym. Został elewem u Dunina w Granówku. Opowiadano sobie powszechnie o bliskich stosunkach łączących go z Hrabiną Felicją.
Ciąg dalszy nastąpi

Miłość i zbrodnia która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce, Europą Część 2.
Motto, „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy…” Marek Grechuta.
„…i nie żal nic i żal tak wiele.” Czesław Niemen.
„Panie Boże naucz mnie milczenia i śmiechu, bo mówić i płakać nauczyłem się sam” Z. Tomaszewski.
W pierwszej części miłości i zbrodni nastąpił błąd w przekazie elektronicznym materiałów do montażu i druku. Zabrakło podpisów pod fotografiami i rysunkami, za co bardzo przepraszam. Postaram się to naprawić, dzwoni do mnie wielu ludzi, ze Stęszewa i okolic, przysyłają pamiątki, rodzinne fotografie. Mówią że z moich artykułów spinają książki, obiecuję iż zrobię wszystko, aby spełnić oczekiwania i żeby naprawić błąd braku opisów. Pragnę wyjaśnić czego dotyczyły fotografię i rysunki. Więc tak, w ostatnim artykule z dnia 28.08.2015r. na fotografii na górze, znajduję się pałac w Dakowach mokrych k. Buku, w tymże pałacu w salonie 21.12.1939 roku o 4 rano, Hrabia Maciej Mielżyński zamordował żonę i Hrabiego Alfreda Miączyńskiego i ranił towarzyszkę żony. Poniżej po prawej stronie jest Hrabina Mielżyńska, córka Bolesława Potockiego z Będlewa. Po lewej jest Hrabia Alfred Miączyński zamordowany razem z Felicją Mielżyńską. Poniżej po środku znajduję się fotografia przedstawiająca mordercę, Hrabiego Mielżyńskiego. Po prawej fotografia świeczek choinkowych z żabkami z 1913r.
Pora na dalsze losy okropnej zbrodni. Wobec skąpych wiadomości w gazetach polskich rozchwytywano miejscowe dzienniki niemieckie, w których pełno było informacji. Okazało się iż gazeta Hakatystyczna, wydawana przez Heinricha von Tidemana z Jeziorek, „Posener Tageblatt”. Jeszcze w sobotę wieczorem wydał dodatek nadzwyczajny i wysłał reportera do Daków Mokrych. Redakcję zasypywano telefonami z całego kraju. Niedzielne wydanie numeru, zostało opóźnione o kilka godzin, aby przynieść jak najwięcej szczegółów o krwawym dramacie. Reporter Posener Tageblatt podkreślał, że udał się na miejsce samochodem. Widać w 1913r. nowy rodzaj „wehikułu” nie należał do najpopularniejszych środków komunikacji. Inni reporterzy – w niedzielę zjechało kilku dziennikarzy berlińskich, skarżących się na złe warunki dojazdu. Do Grodziska, Opalenicy lub Buku można było dojechać pociągiem, potem trzeba było wynająć furmankę. Z Opalenicy i Buku do Daków mokrych było 10km. Z powiatowego miasta Grodziska stan dróg był okropny. Koła tonęły w błocie, kto wynajął kocz półotwarty, mógł się jakoś ochronić, kto jechał furmanką był obrzygany błotem od góry do dołu. Już kilka kilometrów za Bukiem rozpoczynały się grunta ordynacji Daków Mokrych. Wraz z dobrami rycerskimi, Woynowice i siedmioma folwarkami, obejmowała ona 4.728 hektarów. Majątek był uprzemysłowiony, miał gorzelnię i suszarnię kartofli, dawał przeszło 250tys. Marek dochodu rocznie. Od folwarku Uścięcice prowadziła do Daków piękna brukowana droga, wysadzana drzewami. Tu w ślicznym parku, stał cudowny barokowy pałac. Jego skrzydła były świeżo dobudowane w roku tragedii. Służba snuła się cicho przelękniona i zagubiona, częściowo w strojach ludowych. Reporterzy niewiele mogli z niej wydobyć. Służba nic nie wie, przecież spała. Przyjechał Hrabia Ignacy Mielżyński z Iwna z żoną. Brat zabójcy i Hrabia Łącki z Posadowa, jego szwagier. Dla reporterów niedostępni. Panna Kaczorowska także nie chciała przyjąć reporterów – jedyny świadek zajścia. Stąd artykuły umieszczone w prasie są niepewne, a nawet sprzeczne. W prasie podają, iż podobno Hrabia Maciej Mielżyński, przyjechał do Daków Mokrych, z Berlina o 2 w południe. Hrabina Felicja ze swym siostrzeńcem Hrabią Adolfem Miączyńskim wróciła samochodem z Poznania. Jedni mówią, że w nocy po teatrze inni (i ta wiadomość odpowiada zapewne stanowi faktycznemu), że już późnym popołudniem, po zakupach podarków gwiazdkowych dla służby. W Poznaniu jedli obiad w znanej restauracji „Hungaria”. Hrabia Adolf lubił zaglądać do kieliszka, wypił butelkę wina czy nawet dwie. W Dakowach zjedli kolację we czworo : Oboje Mielżyńscy, Miączyński i Panna Kaczorowska, Dame de Kompagnie Hrabiny. Miączyński pił w dalszym ciągu. Hrabina która miała piękny głos, śpiewała, po kolacji, akompaniował jej mąż. Śpiew słychać było na podwórzu, gdzie mieściły się domy administracji i służby. Gdzieś o 2 w nocy rozeszli się. Pokoje Hrabiny znajdowały się na parterze, pokój sypialny Mielżyńskiego na piętrze. Obok był pokój gościnny Hrabiego Miączyńskiego. Panowie poszli razem na górę. Po chwili Hrabia Miączyński zszedł na dół. Hrabina swoim zwyczajem czytała gazety w towarzystwie panny Kaczorowskiej. Gdy przyszedł Miączyński, wyszła do niego do saloniku, znajdującego się obok Buduaru. Miączyński miał długi, wekslowe których płatność upłynęła w piątek. Obiecał uregulować je w poniedziałek. Prosił rzekomo najpierw wuja, potem ciotkę o pomoc w trudnościach finansowych. Odmówili. Teraz jeszcze raz przyszedł prosić ciotkę o pieniądze. Hrabina, która niejednokrotnie wybawiała siostrzeńca z finansowych tarapatów, zmyła mu głowę i kazała iść spać. Usłuchał lecz po pewnym czasie wrócił. Poczuł się obrażony. Kazał swemu służącemu przygotować wszystko, do natychmiastowego wyjazdu i zażądał od ciotki samochodu. Hrabina już w bieliźnie, bez pończoch w narzuconym szlafroku, wyszła w towarzystwie panny Kaczorowskiej do Buduaru. Powiedziała mu żeby się uspokoił i ciągłym schodzeniem nie budził wuja. Namówiła go żeby zdjął buty i cicho poszedł do swego pokoju. Tymczasem Hrabia Mielżyński, udawszy się na spoczynek kazał kamerdynerowi zostawić otwarte drzwi od swego pokoju, na korytarz gdyż było za gorąco. Teraz słysząc Hałasy i przypuszczając, że to złodzieje, którzy kilka dni wcześniej usiłowali zakraść się do pałacu. Zszedł na dół w bieliźnie, w pałacu zgasło światło elektryczne, świecił więc sobie latarką. W Holu z szafy na broń, wyjął dubeltówkę. Obok na skrzyni leżały naboje. Z grubym śrutem. Gdyż nazajutrz, w Dakowach miało odbyć się małe polowanie na bażanty. Hrabia nabił Fuzję. Usłysawszy szmery w pokojach żony, poszedł do Buduaru i zobaczywszy wychodzącą stamtąd postać, strzelił. Potem zbliżył się do sypialni, zobaczył drugą skuloną postać i strzelił po raz drugi. Pierwszy strzał trafił jego żonę w serce, drugi Miączyńskiego w szyję. Obydwa były śmiertelne. Panna Kaczorowska wybiegła ze słowami „Panie Hrabio, zabił Pan swoją żonę !” i zaczęła wołać o pomoc. Zbiegła się służba. Hrabia podobno rzekł „ Wejdźcie, ratujcie duszę grzeszników. Wołajcie księdza do Hrabiny.” Następnie – jak podawała prasa codzienna, nie zastrzelił się sam, lecz spokojnie usiadł przy biurku, a o godzinie 8 rano, gdy można było uzyskać połączenie telefoniczne, zawiadomił o tym co się stało, swego brata Hrabiego Ignacego Mielżyńskiego w Iwnie i adwokata Mottego w Grodzisku oraz prokuratora w Międzyrzeczu. Prokuraturę, zawiadomił również któryś z urzędników administracji Dakowy Mokre. C.D.N. Z. Tomaszewski.

Miłość i zbrodnia która wstrząsnęła miastem Stęszew i wkrótce Europą część 1.

Motto, uważaj na miłość, Amor prócz miłości ma dla Ciebie wiele strzał które bolą. Miłości nie da się zerwać z drzewa, jak dojrzałego jabłka. Miłość musi najpierw zakwitnąć. Dobiegał końca rok 1913 w Stęszewie panował spokój, ludzie powoli przygotowywali się do świąt Bożego Narodzenia. Chodzili po sklepach, szukali prezentów dla najbliższych, kupowali żabki stalowe i piękne kolorowe świeczki na choinkę. Piekarz Skoracki sporządzał listę stałych klientów. U Skorackiego każdy klient, który przez cały rok kupował pieczywo, na święta dostawał pieczywo w prezencie. Życie toczyło się spokojnie nikt nawet w myślach nie przypuszczał że niebawem wybuchnie najokrutniejsza dla Polaków pierwsza wojna światowa. Dla Polaków była najokrutniejsza ponieważ służyli w wojskach Niemieckich, Rosyjskich i Austriackich. Ojciec strzelał do syna, syn do ojca, a brat zabijał brata. Gazety od dawna nie przynosiły sensacyjnych wiadomości. Głównymi tematami na pierwszych stronach gazet były choroba, śmierć kardynała Rampolli, odnalezienie obrazu „Mona lisy”- skradzionego przed kilku laty z Paryskiego Luwru. Nadszedł dzień 21 grudnia w tym dniu w 1913r. przypadła złota niedziela, ludzie z radosnym spokojem robili zakupy, gromadzili zapasy niezbędne do odprawienia obfitej Wigilijnej wieczerzy. W sklepach panował duży ruch, kupcy zacierali ręce, odnosili niebywałe obroty. Pogoda po deszczowych dniach w złotą niedzielę była ładna, kilka stopni powyżej zera. Świąteczny pogodny wesoły nastrój, zmąciła wiadomość o okropnej zbrodni, popełnionej przez człowieka stojącego na społecznym świeczniku. Był posłem do Niemieckiego parlamentu, oraz zięciem Bolesława Potockiego z pobliskiego Będlewa. Zbrodniarzem okazał się Hrabia Maciej Mielżyński. O czwartej rano zastrzelił z broni myśliwskiej żonę, matkę trojga dzieci, oraz dwudziesto paro letniego siostrzeńca żony. Wiadomość o tej strasznej tragedii, zbulwersowała całą Wielkopolskę, Polaków, Niemców, a następnie całą Europę. Gdy dowieziono do Stęszewa gazetę „Niedzielny kurier Poznański”. Ludzie momentalnie wykupili wszystkie egzemplarze. Na pierwszej stronie rzucał się w oczy nagłówek „Straszna wiadomość”. W godzinach porannych rozeszła się z błyskawiczną szybkością wieść straszna, która wstrząsnąć musi całym społeczeństwem. „Oto nad ranem o godzinie 4, w Dakowach Mokrych pod Bukiem, zastrzeleni zostali Felicja z Potockich z Będlewa Hrabina Mielżyńska, żona posła Macieja Hrabiego Mielżyńskiego. Zamordowany również został syn przyrodniej siostry Hrabiny Maciejowej i ranna została towarzyszka Hrabiny. Czynu tego dokonał mąż zastrzelonej, Hrabia Maciej Mielżyński który następnie wyjechał samochodem, w niewiadomym kierunku. Ową towarzyszką ma być podobno Pani Kaczorowska. Donoszą, że wszyscy wymienieni spędzili wspólnie wieczór, aż do późnej nocy, do godziny 3. W godzinę później nastąpiła zbrodnia. Wiadomość dla mieszkańców Stęszewa przejmuje każdego grozą. W roku 1913 gazetę kupowało się codziennie, codziennie gazetę kupował kto inny po kolei i przekazywał sąsiadowi. Jednak tym razem wiadomość o zbrodni, obiegła całe miasto w kilka minut. Dziennik Poznański, Pismo wielkopolskich ziemian, założone w roku 1859, potwierdziło okropną tragedię, króciutką wzmianką w rubryce wiadomości z prowincji, „Dowiadujemy się, że dzisiaj w nocy w Dakowach Mokrych Hrabia Maciej Mielżyński w przystępie szału, zastrzelił swoją żonę, swego siostrzeńca Hrabiego Alfreda Miączyńskiego” Gazety węszyły sensację, zainteresowanie prasy tragicznymi wypadkami było olbrzymie. Nazwisko Mielżyńskich było znane w Wielkopolsce, ludzie pamiętali o filantropijnej działalności Hrabiego Seweryna Mielżyńskiego z Miłosławia, oraz zasługi jego dla towarzystwa przyjaciół nauk w Poznaniu i muzeum im. Mielżyńskich. DO ludzi zasłużonych zaliczał się również ojciec tragicznie zmarłej Felicji Mielżyńskiej, Bolesław Potocki z Będlewa. Był on współzałożycielem jednego z pierwszych polskich banków: Kwilecki, Potocki i S-ka. Potocki z Będlewa był dobrym gospodarzem, wykazywał się rozsądkiem i pracą skupiając coraz to nowe dobra „Aby zabezpieczyć w ich ręku ziemię ojczystą”. Utworzył dla synów dwie ordynacje : Będlewo, Dakowy. Teatr Polski, w Poznaniu zawdzięczał swój byt dzięki darowiźnie Potockiego z Będlewa ziemi pod jego Budowę. Dociekając przyczyn okropnego podwójnego morderstwa w Dakowach, wspomniano tragiczne losy rodziny Bolesława Potockiego. Starszego brata, Wiktora, zabili Niemieccy żołdacy w 1848r. Brat Eustachy zginął w młodym wieku na polowaniu w skutek nieprzewidzianego wystrzału z dubeltówki. Obaj synowie Bolesława dla których założył ordynację, zmarli młodo nie pozostawiając potomstwa. Teraz dwoje następnych dziedziców córka, wnuk nieoczekiwanie tragicznie zostali zamordowani… C.D.N

Zbigniew Tomaszewsk

Jak to z Apteką „Pod białym orłem” było? Część 5.

W poprzednich odcinkach pisałem, jak to od 100 lat było z leczeniem ludzi w Stęszewie. Przypomnę, że wtedy leczeniem ludzi zajmowały się wiedźmy oraz mężczyźni zwani „wiedźminami”. Nazwa ta powstała od słowa „wiedzieć”. Ludzie ci wiedzieli wszystko o chorobach, o sposobach leczenia oraz o wytwarzaniu lekarstw. Tacy osobnicy bywali tez zwani „znachorami” Nazwa ta natomiast powstała od słów „znający choroby”.

W ostatnim odcinku przypomniałem o moje reumatycznej chorobie. Ojciec woził mnie do doktora Mozolewskiego. Doktor mruczał niezadowolony, bo był bezsilny. Ojciec dowiedziawszy się, że w Izbicy Kujawskiej jest znachor, który leczy wszystkie choroby i schorzenia. Pewnej soboty pojechaliśmy do znachora z Izbicy Kujawskiej. Za jego zaleceniem spałem przez kilka nocy na gałęziach brzozy i po tym czasie zapomniałem całkowicie o reumatyzmie.

Dziś przedstawię Państwu opowieść mojego ojca i o jego spotkaniu z dzieciństwa ze znachorem. Gdy był małym chłopcem, jego babcie, podczas  burzy poraził piorun. Zanieśli ją do domu, położyli na łóżko i poszli po znachora. Ten przybył natychmiast. Polecił przy studni wyryć łopatą w ziemi nieckę i zalać babcię wodą. Następnie, jak najszybciej polecił całą babcię zakopać w ziemi na 3 dni tak, aby jej tylko głowa wystawała. Po trzech dniach babcię wykopali, zanieśli do domu.

W tym momencie, z niedowierzaniem zadałem ojcu pytanie „Tata, czy to się naprawdę wydarzyło?” Ojciec zdjął kapelusz, ponieważ przejeżdżaliśmy przez skrzyżowanie, przy którym stał krzyż, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział: „To wydarzyło się naprawdę”.

Po miesiącu babcia była zdrowa. Ojciec dodał jeszcze „Znachor i wiara w Boga uratowała babci życie”.

Wróćmy do historii apteki. W Stęszewie „Pod białym orłem” w roku 1921, po odzyskaniu niepodległości, miejscową aptekę objął polski farmaceuta Mieczysław Holec. Po ośmiu latach wzorowego zarządzania przekazał ją, 1 września 1929 roku kuzynce, dyplomowanej aptekarce Marii Podlewskiej, po mężu Matheus. Maria Matheusowa przejęła aptekę o tytule bardziej patriotycznym „Pod białym Orłem”. Była pierwszą farmaceutką w dziejach stęszewskiej apteki.

W październiku 1939 roku zmuszona została podzielić los wielu Polaków, których Niemcy pozbawili własności i przymusowo wywozili do tak zwanej Generalnej Guberni. Znalazła się więc w Warszawie. Pracowała w hurtowni aptecznej na Żoliborzu przez cały okres okupacji niemieckiej, aż do wybuchu powstania warszawskiego.

Od 12 września 1939 roku, po wkroczeniu wojsk niemieckich do Stęszewa, apteka przeszła pod komisaryczny zarząd niemiecki. Na stanowisko kierownika wyznaczono Bruna Vogla z Rygi, Jednego z wielu reemigrantów niemieckich, jakimi obsadzono stanowiska po Polakach.

W pierwszych dniach stycznia 1945 roku Niemcy uciekali w popłochu przed zbliżającym się frontem.

25 stycznia do Stęszewa wkroczyły wojska rosyjskie, które podczas pobytu w mieście zarekwirowali aptekę dla swoich potrzeb.

W maju 1945roku wróciła z wysiedlenia właścicielka z mężem, zwolnionym z obozu jenieckiego i objęli ograbioną z leków i surowców aptekę. Wkrótce po wielu trudnościach i staraniach apteka została ponownie uruchomiona, a za kontuarem stanęła, jak za dawnych lat Maria Metheus. Razem z nią pracował farmaceutka Konstancyja Muszyńska, znaną w Stęszewie, jako „Panna Muszka”. Wspominana jest po dziś dzień, przez starszych ludzi, jako osoba życzliwa i ciepła.

W styczniu 1951 roku Apteka „Pod białym orłem” została upaństwowiona i przejęta przez zarząd aptek województwa poznańskiego. Zarząd aptek kilkakrotnie był reformowany. Ostatecznie przekazano aptekę przedsiębiorstwu zaopatrzenia farmaceutycznego „Cefarm” w Poznaniu.

Maria Methausowa pracowała na stanowisku kierownika apteki. Do przejścia na emeryturę w 1967 roku. W nowych czasach, czyli w 1994 roku aptekę sprywatyzowano. Prowadzili ją Bożena Szkaradek i Janusz Siwiński.

W styczniu 2015 roku apteka, Ikona miasta Stęszewa przestała istnieć. Szkoda, że nie dotrwała pięknego, 200-letniego jubileuszu. A tak mało brakowało.

Apteka pozostanie na zawsze w pamięci mieszkańców Stęszewa i okolic. Ja, gdy zamknę oczy widzę cudowne, rustykalne meble, dębowe z emaliowanymi biało-czarnymi blaszkami, z numerami. Po prawej stronie, na stoliczku, od zawsze stała piękna, kryształowa tacka z karafką, z wodą do picia i ze szklanką.

Jak to z apteką „pod białym orłem” było? Część 4.

Wiedźmy i wiedźmini, czyli moje spotkanie ze znachorem

W poprzedniej części pisałem, jak to od 100 lat było z leczeniem ludzi w Stęszewie. Przypomnę, że wtedy leczeniem ludzi zajmowały się wiedźmy oraz mężczyźni zwani „wiedźminami”. Nazwa ta powstała od słowa „wiedzieć”. Ludzie ci wiedzieli wszystko o chorobach, o sposobach leczenia oraz o wytwarzaniu lekarstw. Tacy osobnicy bywali tez zwani „znachorami” Nazwa ta natomiast powstała od słów „znający choroby”.

Dzisiaj pragnę podzielić się z Państwem moją przygodą ze znachorem. Wspomnę tutaj o pięknej postaci Wiedźmy z serialu telewizyjnego „Ranczo”. Ów serial idealnie ukazuje, jak z całej okolicy ludzie, z wszystkimi swoimi problemami, zarówno tymi zdrowotnymi, jak i natury psychologicznej, zwracają się do wiedźmy o pomoc. Jej wiedza i siła jest wspaniała.

W serialu przedstawione jest, jak zbiera zioła i przygotowuje z nich medykamenty. Rzuca uroki na złych ludzi. Jeszcze parę wieków wstecz, po długich torturach przeprowadzanych przez sądy „niby” boże w klasztorach, taka kobieta byłaby skazana na śmierć przez spalenie na stosie. Dawniej, kiedy kobieta została skazywana na stos, rodzina skazanej zbierała pieniądze i przekazywała katu. Kat za łapówkę dokładał do stosu mokre drewno, które po podpaleniu wytwarzało bardzo dużo gęstego dymu, wtedy kat przebijał włócznią bok skazanej, aby ta nie cierpiała w płomieniach.

Inną postać znachora mogliśmy zobaczyć w polskiej komedii zatytułowanej „Wyjście awaryjne”.

Wróćmy do tematu mojego spotkania ze znachorem. W roku 1967, jako 10-letni wówczas chłopiec, zachorowałem na reumatyzm. Ból nóg był do tego stopnia nie do zniesienia, że uniemożliwiał mi normalne poruszanie się. Ojciec nosił mnie na rękach, a moje nogi nacierał denaturatem. Ponadto woził mnie do doktora Mozolewskiego. Doktor mruczał niezadowolony, bo był bezsilny. Ojciec dowiedziawszy się od księdza proboszcza Joachimczaka, że w Izbicy Kujawskiej jest znachor, który leczy wszystkie choroby i schorzenia, podjął decyzję, że w sobotę o 4:00 rano pojedziemy. Moja choroba reumatyczna wynikała z tego, że urodziłem się w Stęszewie na ulicy Laskowej. Obecnie dzielnica ta przez mieszkańców nazywana jest „Wenecją”, ponieważ dookoła znajdowały się bagna. Wodę ze studni nabieraliśmy wiadrem trzymanym w ręce.

Tak więc nadeszła sobota 4-ta rano. Ojciec zbudził mnie, matka uszykowała prowiant na drogę i samochodem marki Warszawa M-20 wyruszyliśmy w podróż. Około 7-ej rano dotarliśmy na miejsce. Pod plebanią stało mnóstwo powózek konnych, dziesiątki samochodów. W sumie doliczyć się można było tam około 200 osób. Co chwile przyjeżdżała milicja Warszawą M-20 i kontrolowała, co się dzieje.

Po krótkim czasie wyszedł z domu ów „Znachor”. Ksiądz proboszcz z kluczami otworzył drzwi do sali katechetycznej. Tłum ludzi z trudem się w niej zmieścił. Znachor z uśmiechem powitał wszystkich i rozpoczął wykład o leczeniu przy pomocy ziół i innych sposobów. Dzielił się z ludźmi swoją wiedzą ponad godzinę. Ludzie milczeli i słuchali ze skupieniem. Pamiętam, jak opowiadał o właściwościach leczniczych brzozy. Mówił, jak to od tysięcy lat wiedźmini wypalali w otworach pod ziemią korę brzozy, aby uzyskać czarną smołę, która była wykorzystywana w leczeniu różnych chorób skórnych. Lek ten nazywał się „Dziegieć”, do dzisiaj jest powiedzenie „Kropla dziegciu zniszczy beczkę miodu”.

Opowiadał też, jak dawniej w każdym domu była rurka miedziana, którą ludzie wbijali w brzozą. Poniżej podstawiali dzban i pili sok pochodzący z tego drzewa. Następnie wspominał czasy, gdy ludzie ścinali jemiołę złotym sierpem. Jemioła musiała opaść na białe prześcieradło. Jeżeli nie dopełniło się tego rytuału, to roślina traciła moc leczniczą. Znachor mówił, że nasiona jemioły przyklejają wysoko na drzewach ptaki Jemiołuszki. Pokazywał, jak z kupionej w aptece czystej wazeliny, sam robi wszelkiego rodzaju maści i kremy, dodając różne zioła.

Pamiętam, jak opowiadał, że nigdy w historii świata piorun nie uderzył w brzozę.

Po ponad godzinnym wykładzie znachor zaczął badać ludzi wahadełkiem. Zaglądał w oczy i mówił każdemu, na co choruje. Ludzie potwierdzali. Po zbadaniu mego ojca, powiedział mu, że ma początki cukrzycy. Zapisał ojcu zioła i kazał pić przez rok cały. „Będziesz zdrowy” – rzekł.

Po powrocie do domu ojciec zrobił badania i wyniki faktycznie wykazały cukrzycę. Po zbadaniu wahadełkiem mnie ziołolecznik powiedział do ojca, aby wziął nóż, pojechał do lasu, naciął gałązek brzozy, oderwał liście i włożył synowi pod materac. Po czym rzekł do mnie „Pamiętaj młody człowieku, prócz tych gałęzi musisz mieć wiarę w boga, bo inaczej gałązki ci nie pomogą”.

Po powrocie, po kilku nocach, przespanych na gałęziach brzozy, zapomniałem całkowicie o reumatyzmie. Po roku siostra weszła do mego pokoju, w kącie stały dwa kije od miotły, zapytała szyderczo „A co to? Jakieś nowe lekarstwo?” Było mi przykro, ale nie straciłem wiary w boga, księdza znachora, ani gałęzi brzozy.

Nie wstydzę się tego, że na gałęziach brzozy śpię do dziś, prawie pół wieku, czyli 48 lat.

Dwanaście lat temu lekarz z podpoznańskiego Lubonia powiedział mi, że mam sobie kupić awaryjnie wózek inwalidzki. Jednak ja wybrałem wiarę w Boga, święty gaj na Borui, w lesie oraz gałęzie brzozy.

Pamiętam, jak w latach 60-tych ubiegłego wieku, w Stęszewie w aptece i kioskach, można było kupić tabakę, którą wciągało się do nosa i leczyło katar. Ludziom otyłym chorym na serce, znachor zapisywał cynamon, ziarna pieprzu i zmieloną korę magnolii.

Dalszy ciąg leczenia roślinami w następnym odcinku KL.

Foto

Tą Warszawą M-20 w roku 1967 jechałem do księdza-znachora, mieszkającego w Izbicy Kujawskiej. Fotografia wykonana została dwa lata później w Tarnowie Podgórnym. Z lewej strony starszy brat Marek, obok pani Janka z Tarnowa, następnie moja matka, ojciec i ja

 Jak to z apteką „pod białym orłem” było? – część 3

W roku 2015 minęła 184 rocznica powstania apteki przy ulicy Poznańskiej w Stęszewie. Tak jak wcześniej wspominałem do pięknego jubileuszu zabrakło 16 lat. Szkoda, że apteka z tradycjami przestała istnieć w styczniu 2015 roku. W dzisiejszej części chciałbym cofnąć się w czasie, ponieważ niejeden młody człowiek mógłby zadać mi pytanie odnośnie tego, iż wiemy jak toczyły się losy apteki po roku 1832, ale jak było z leczeniem ludzi w Stęszewie przez ostatnie 1000 lat? Dlatego też cofniemy się w czasie o ponad 1000 lat. Mianowicie, przez pierwszym rozbiorem Polski przez Watykan i Germanie przed rokiem 966 w Stęszewie i okolicy były kobiety zwane wiedźmami i mężczyźni nazywani wiedźminami. Ich nazwa powstała od słowa „wiedzieć”, ponieważ osoby te wiedziały wszystko o chorobach i ich leczeniu. Potrafili uleczyć prawie wszystkie choroby. Posiadali oni ogromną wiedzę i byli szanowanymi ludźmi z bardzo dużym autorytetem. Problemem dla innych było to, iż zarabiali bardzo duże pieniądze. Do dzisiaj aptekarze i lekarze zarabiają ogromne pieniądze, ponieważ chorzy ludzie oddadzą wszystko, aby odzyskać zdrowie. Po roku 966 całe lecznictwo, plantacje ziół przejęły pierwsze klasztory z Watykanu. Rozpoczęło się polowanie na wiedźmy i wiedźminów. Stosy z tymi mądrymi ludźmi płonęły dzień i noc. Najlepszym interesem od ponad tysiąca lat był na handlu lekami i sądownictwie, bo tak jak wspomniałem chory oraz oskarżony człowiek odda wszystko, aby się obronić. Pierwszym człowiekiem, który przeciwstawił się Watykanowi, że na jego ziemiach sądy pozostaną w jego mocy był Książe Leszek Biały. Wkrótce potem został zamordowany przez zbirów wynajętych przez Watykan pod Gąsawą w Wielkopolsce. Wkrótce zakończyło się polowanie na wiedźmy i wiedźminów. Wszyscy zostali spaleni na stosach. Sprzedażą ziół i leczeniem zajęły się klasztory, a gdy ktoś odważył się hodować jakieś zioła obok zagrody, trafiał na stos i umierał w płomieniach. Następstwem było, iż ludzie chorzy prowadzili ostatnie konie, krowy, kozy, aby otrzymać zioła i odzyskać zdrowie. Tak samo działo się w sądach w klasztorach. Ludzie prowadzili tam swoje zwierzęta, aby otrzymać przychylny wyrok w sądzie watykańskim. Tak dzieje się do dzisiaj. Ludzie, aby ratować swoje dziecko lub, aby uchronić się od złego wyroku sądu, biorą kredyty, sprzedają cały dobytek, aby mieć pieniądze na lekarza i adwokata. Przez ostanie 1000 lat nic się nie zmieniło. W XIII wieku ze społeczeństwa zaczęli wyłaniać się ludzie zwani znachorami. Ich nazwa wzięła się od określenia „znający chorobę”. Wówczas, gdy król Jagiełło wraz z żoną uruchomił w Krakowie uniwersytet, zaczęli powstawać pierwsi cyrulicy -lekarze z dyplomami i znowu zaczęto prześladować znachorów. Jednym z pierwszych cyrulików lekarzy był Mikołaj Kopernik. Osobiście czytałem wypisaną przez niego w 1512 roku receptę, gdzie widniał napis „jedno skrzydło od muchy, włos od szczura i wiele innych tego typu składników, aż strach wymieniać. Po tej recepcie możemy ocenić poziom medycyny w tamtych czasach. Podsumowując temat, możemy stwierdzić, iż wiedźmy, wiedźmini i znachorzy byli bardzo mądrymi i szlachetnymi ludźmi, jednak musieli umrzeć w męczarniach na stosach, bo psuli interes Watykanowi. Znalazłem w księgach zapisy, iż już w 1512 roku w aptekach produkowano tabletki powlekane. Powstały one dla bogatych ludzi. Biedacy musieli połykać wszystkie wymienione wyżej świństwa bezpośrednio. Tabletki powlekane robiono w następujący sposób: uczeń aptekarski brał łopatę, szedł na pole kopać glinę, przynosił ją do apteki, urabiał glinę z wodą do elastycznej masy, wałkował placek grubości około 1 milimetra, na to sypał różne świństwa, zaklejał to w kulkę i suszył na piecu. Bogaci ludzie płacili duże pieniądze za te tabletki. Łykali je popijając wodą, glina rozpuszczała się w żołądku, a zioła i reszta składników dostawała się do organizmu. Innym środkiem leczniczym w Stęszewie były pijawki. Stały one w glinianym garnku w wodzie w każdym domu na szafie. Nakładano je na chorego, na rany i wypijały one chorą krew. Mieszkańcy Stęszewa od zawsze chodzili na pod gaj na łąki po tak zwane „czarcie żebro”. Do dzisiaj można je kupić w aptece pod nazwą „ostrożeniec”. Działał on na cioty i kutuny. Wówczas, gdy na mieście czarownica zadała dziecku kutuna lub ociotowała je, koniecznie dziecko trzeba było wykąpać w czarcim żebrze. Do dzisiaj matki do wózka z dzieckiem przywiązują czerwoną kokardkę, aby cioty nie ociotowały i nie zadały kutuna. Kutun objawiał się tym, iż włosy dziecka skręcały się tak mocno, iż nie dało się ich rozczesać. Na kurzajki mieszkańcy Stęszewa jeździli do Żarnowca nad źródełko po jaskółcze ziele. Na rany i obrzęki tłuczono na desce babkę lancetową. Włos jeży się na samą myśl, iż zęby w Stęszewie wyrywali fryzjerzy zwani kiedyś balbierze. Zęby wyrywali także kowale, którzy także upuszczali ludziom i zwierzętom chorą krew. Najpopularniejszymi używanymi środkami leczenia chorych ludzi była lewatywa i szklane bańki no i opłata do plebana za modlitwę i mszę w intencji chorego. Z tego, co piszę, morał z tego atoli, iż od tysiąca lat najlepiej zarabiają adwokaci i farmaceuci oraz lekarze na tym, co nas boli. Cdn…