środa, 12 Grudzień 2018

2014 Grudzień

Zapalmy świeczkę za tych, którzy nie usiądą już z nami przy stole

Zapalmy świeczkę za tych, którzy nie usiądą już z nami przy stole. Pamięć o nich w naszych sercach nigdy nie zgaśnie – to słowa, które napisała jedna ze znajomych 27-letniej Darii Witczak z Drożdżyc w gminie Stęszew.
W poprzednim numerze KL pisaliśmy o wypadku, w jakim zginęła 23 grudnia, tuż przed wigilią.
Dziś migawki z jej pogrzebu, który odbył się na cmentarzu w Modrzu dnia 7 stycznia w samo południe, o dwunastej. W ostatniej drodze towarzyszyli jej bliscy i bardzo wielu znajomych.(maz)
Na fotografii moment usypywania grobu. Robią to bracia z miejscowości Smętówko – Arkadiusz i Michał

Zaginione utracone część 5

Przed II wojną światową w Stęszewie znajdowały się dwie lodownie.  Jedna znajdowała się w majątku Chmielniki w miejscu gdzie dokładnie dziś znajduje się bar „PARK”.  W 1969 roku została ona zrównana z ziemią. Był to ogromny dół o wymiarach około 6 metrów na 4 metry. Ściany wyłożone były dębowymi Blochami o grubości około 10 centymetrów. Głębokość lodowni wynosiła około 3 metry. Zimą, gdy był silny mróz, kilku ludzi wozami konnymi z wiertarką i piłą jeździli nad jezioro Lipno, wozem wjeżdżali na tafle lodu, wiercili wiertarką ręczną dziurę o średnicy około 10 centymetrów. Następnie piłę wkładano do okrągłego otworu i wycinano bloki lodu 20 na 50 centymetrów. Ich grubość tak jak tafla lodu wynosiła około 20 centymetrów. Bloki lodu ładowano na wóz konny, przewożono do lodowni i układano kostka w kostkę, aż do wierzchu. Na szczycie robiono kopiec. Ocieplenie było wykonane z mchu, liści trocin oraz wiór drzewnych i wynosiło około półtora metra grubości. Przez całe lato wyjmowano w określone dni kostki lodu i sprzedawano właścicielom sklepów i restauracji. Okoliczne majątki posiadały własne lodownie. Co bogatsi ludzie mieli w mieście drewniane lodówki i także kupowali bryły lodu w majątku Chmielniki, ale było ich tylko kilku. Przeważnie ludzie w Stęszewie mieli lodówki – chłodnie w studniach. Masło, smalec i kiełbasy wkładano do wiadra i spuszczano na linie do studni, zanurzając wiadro w wodzie. Panowała tam temperatura około 6 stopni powyżej zera. Druga lodownia znajdowała się w Stęszewie na terenie dworca kolejowego PKP. Została ona zbudowana w 1908 roku. Miała więc ponad 100 lat. Była unikatowym zabytkiem. Niestety w 2013 roku kilkoma podpisami bezdusznych urzędników została skazana na śmierć. Ze łzami w oczach wpisywałem ją na listę zaginione – utracone. Boli to tym bardziej, iż nie zrobili by tego ani Szwedzi, ani Niemcy, ani Rosjanie, ani inni zaborcy, niestety – zrobili to Polacy. Lodownia jak na tamte czasy była bardzo nowoczesna. Mury wykonane były z cegły, grube ocieplenia nie były wykonane z liści i mchu, lecz ze szlaki. Między wejściem do magazynu, a wejściem do lodowni znajdował się mur oporowy o grubości około metra. Najpierw otwierano drzwi  do magazynu przejściowego, gdzie gromadzono bryły lodu, następnie zamykano drzwi i otwierano drzwi do lodowni i przenoszono bryły lodu z magazynu do lodowni. Wychodząc najpierw otwierało się drzwi od lodowni, a następnie zamykano i dopiero potem można było opuścić budynek. Gdy lodownia była zapełniona bryłami lodu, drzwi zostawały szczelnie zamykane. Od środka były one uszczelnione słomą na grubość około 20 centymetrów. Na dworcu potrzebne były duże ilości lodu na lato, ponieważ w stęszewskim dworcu, po otwarciu znajdowały się dwie restauracje kategorii I i II. W piwnicach dworca i stęszewskich hoteli i restauracji. Do sufitów przymocowane były specjalne haki – kotwice, na których wisiały całe zabite zwierzęta – kozy, świnie, owieczki i inne. Do dzisiaj w Stęszewie nie używa się nazwy chłodziarka tylko lodówka. To właśnie od tych drewnianych skrzynek – szafek, w które wkładano bryłę lodu, nazywając je lodówką.  Wróćmy do lodowni – ziemianki, w majątku Chmielniki. W styczniu 1945 roku w lodowni zrobiono magazyn broni z okolic Stęszewa. Dookoła miasta na polach leżały karabiny, granaty, moździerze i inna broń. To wszystko ludzie znosili do miasta i składowane było to w owej ziemiance. Saperzy twierdzili, iż w razie wybuchu, jego siła nie pójdzie na boki, tylko do góry. W późniejszym terminie tę zawartość przewieziono do Poznania, a co się z tym później stało, niewiadomo. Nie raz, gdy obserwuję co się dzieje w tym kraju, nie dziwię się iż już około trzy miliony młodych ludzi wyjechało za granicę i nie mają zamiaru wracać. Wcale im się nie dziwie. Chciałbym mieć dzisiaj dwadzieścia lat, myślę że też wyjechałbym stąd na zawsze. Badając historię Polski dostrzegam iż ten kraj od 966 roku nigdy nie był wolny, zawsze o losach Rzeczpospolitej decydowali inni.