wtorek, 16 Październik 2018

2014 Październik

MOTTA do nowego cyklu

„Tak długo trwa jakiś naród, póty przeszłość jego nie ustanie. Poprzez teraźniejszość styka się z przyszłością” – Adam Mickiewicz.

Poznanie i umiłowanie przeszłości są zasadniczym fundamentem dla wszelakiej nowej produkcji – drzewo jest mocniejsze, gdy głębokie korzenie zapuszcza” – Artur Hazelious.

„Gdybyśmy z większą, niż dotąd troskliwością zbierali pomniki historyczne, przekonalibyśmy się, że każdy gmach starożytny, każde miasteczko, każda niemal najlichsza wioska, ma pewną ważność historyczną, a na szperaniach takowych, dzieje narodu i literatura zyskałaby nieskończenie” – Józef Łukaszewicz rok 1936.

Zaginione – utracone część 1

Postanowiłem zrobić trochę przerwy między felietonami z cyklu „Panowie życia i śmierci”. Napisałem ich już 21, a jest to bardzo trudny temat. Badaczem historii, który zainteresował mnie tą właśnie tematyką był Józef Łukaszewicz, mieszkaniec Stęszewa, urodzony w Krąplewie. Aby zostać kimś takim, jak on, trzeba najpierw przeczytać około tysiąca książek, zaznaczając w nich ołówkiem lub małymi fiszkami (karteczkami) najbardziej interesujące tematy. Następnie trzeba przeczytać kolejny tysiąc książek, aby dowiedzieć się więcej na temat informacji, które zainteresowały nas we wcześniejszych książkach. Niektóre badania zajęły mi ponad 30 lat, jednak było warto. Radość, którą czujemy znajdując w archiwum po kilkunastu latach dokumenty, które nas interesowały, nie da się wyrazić w słowach. Podczas wizyty w klasztorze w Lubiążu, o czym wspomniałem w poprzednim felietonie, po kościele w klasztorze oprowadzała nas pani przewodnik. Mogliśmy tam obejrzeć puste mury, ponieważ Niemcy ukryli całe wyposażenie kościoła przed Rosjanami.

Po zakończeniu oprowadzania przewodniczka zapytała, czy ktoś z nas ma jakieś pytania. Ja zadałem następujące: „Czy wie pani o tym, że w kościołach, na wysokości 6-8 metrów od posadzki, przeciągano lniane nitki, aby głos odbity od sufitu nie wracał na dół?”

Pani przewodnik odpowiedziała, że nic jej na ten temat nie wiadomo. Po chwili któryś z wycieczkowiczów krzyknął, że jest taka nitka! Znajdowała się na wysokości około 8 metrów. Niedługo potem znaleźliśmy jeszcze trzy kolejne. Pani przewodnik dziękowała dodając, że będzie miała kolejną rzecz, którą pokazując i mówiąc o zabytkach, będzie mogła zaciekawić turystów.

Gdyby nie książki, nigdy nie dowiedziałbym się o owych nitkach. Są to oczywiście bardzo stare książki, mają około dwieście lat. Bibliofile, czyli kolekcjonerzy bardzo starych, zakurzonych, często pleśniejących książek nazywają je „białymi krukami”. Dla bibliofilów takie „starocie” są piękne i unikatowe.

Józef Łukaszewicz w archiwach odkrył na przykład, że budowniczym Ratusza w Poznaniu był Jan Baptysta Cuardo. Gdyby nie Łukaszewicz, nic byśmy o tym nie wiedzieli.

Ja także dokonałem ważnego odkrycia w księdze napisanej przez księdza Antoniego Nowowiejskiego, który był profesorem Seminarium Diecezjalnego w Płocku w roku 1893. Na podstawie jego książki ustaliłem, iż chrzcielnica znajdująca się obecnie w kościele farnym w Stęszewie nie pochodzi, jak czytamy w przewodnikach z 1771 roku, ale przeniesiona została tam z kościoła Świętego Ducha, a później ze Świętej Anny. Pierwszy z kościołów istniał do roku 1512. Według tej książki ustaliłem także, gdzie w wymienionym wyżej kościele znajdował się główny ołtarz. W księdze tej napisane jest według synodu, iż w razie likwidacji kościoła wszystkie cenne przedmioty należy przenieść do znajdującego się w pobliżu kościoła, a w miejscu głównego ołtarza ustawić krzyż. Właśnie w 1512 roku krzyż ustawiono w miejscu głównego ołtarza.

Do 1939 roku krzyż znajdował się z lewej strony od stęszewskiego ratusza. Warto przypomnieć, że został on po wojnie rozbudowany i dziś znajduje się w tym budynku biblioteka i dom kultury. Można go zobaczyć na starych fotografiach.

Po zwycięskim Powstaniu Wielkopolskim, pod tym krzyżem zakopano w szklanej, zalakowanej butli nazwiska i adresy Powstańców Wielkopolskich ze Stęszewa i całej gminy. Gdyby butla ta dostała się w ręce Niemców, w przeciągu kilku dni wszyscy zostaliby zamordowani. Po opanowaniu Stęszewa przez Niemców znalazło się jednak kilku śmiałków. Byli to Pan Wosiewicz, pseudonim „Juku”, drugi to Pan Andrzej Waselczyk, pseudonim „Kościelny” i trzeci Czesław Alejski. Jak powiedział mi Jan Alejski, syn Czesława, nazywali ich w Stęszewie „Świętą Trójcą” To właśnie oni mieli tyle odwagi, żeby narażając się na śmierć wykopali butlę i zniszczyli ją. To właśnie dzięki nim bardzo wiele osób uniknęło śmierci. Wkrótce po ich szlachetnym czynie, jako że krzyż wykonany był z żeliwa, Niemcy wykorzystując Polaków zmuszonych do pracy, wykopali krzyż i przekazali go na złom. Polacy przemycili tylko pasyjkę i umieścili ją na krzyżu, który stoi na skrzyżowaniu ulic Kościańskiej i Lipowej. W miejscu, gdzie do 1939 roku stał krzyż, ktoś posadził drzewo. Jest nędzne, rośnie między murami. Istnieje prawdopodobieństwo, że zostało ono posadzone przez wspomnianą Trójcę Świętą. Dalszy ciąg w kolejnych numerach KL.

„Po co światło człowiekowi, który nie wie dokąd iść?, Człowiek, który nie szanuje przeszłości, zniża się do poziomu zwierząt, Czy ktoś kiedyś widział, aby krowa w oborze miała portret swojego dziadka?”

Zbigniew Tomaszewski, 2014r