poniedziałek, 25 Czerwiec 2018

2014 Sierpień

Ksiądz – Powstaniec z Bonikowa część 2

1 sierpnia 2014 roku, w 16-tym numerze Kuriera Lokalnego przedstawiłem pierwszą część życiorysu księdza proboszcza Kazimierza Stachowiaka. Dzisiaj chcę przedstawić kolejną część historii jego życiorysu.

Ksiądz Kazimierz Stachowiak, po zdaniu egzaminu proboszczowskiego został z dniem 1 kwietnia 1917 roku mianowany administratorem parafii budzyńskiej. Dokumenty z teczki personalnej zachowały ślady konfliktu księdza proboszcza Kazimierza Stachowiaka z Towarzystwem Gimnazjalnym „Sokół”. Chodziło o wiceprezesa, pierwszego komisarycznego burmistrza Budzynia, aptekarza Fraciszka Kiersteina, żyjącego w konkubinacie.

Ksiądz Stachowiak przy pomocy policji wymógł na Towarzystwie opuszczenie świątyni. To wydarzenie z roku 1927 spowodowało lawinę korespondencji „za” i „przeciw”. Poszły pisma do władz świeckich i do kardynała prymasa Augusta Hlonda, dziś Sługi Bożego. Nie ma żadnego śladu w reakcji Prymasa Polski. Wydaje się, że wysoki autorytet drugiej osoby w Państwie usprawiedliwia milczenie. W końcu burmistrz Budzynia Witold Pituła w piśmie do władz kościelnych opowiedział się przeciwko proboszczowi, a przy tym zarzucił mu „mieszanie się do samorządu miejskiego”.

Łaska Boża płynie nieznanymi nurtami. Aptekarz Franciszek Kierstein był zawsze wzorowym Polakiem i człowiekiem religijnym. Szczęśliwie się stało, że po śmierci jego pierwszej żony mógł uporządkować swoje życie małżeńskie i odnowić przymierze z Kościołem. Jego druga żona przeszła na wiarę katolicką. Cały proces konwersacji przeprowadził ksiądz infułat Jany, proboszcz parafii farnej w Poznaniu, doskonale władający językiem niemieckim. Był kapłanem o dużym autorytecie.

Na tle opisanego konfliktu widać jasno dwie drogi: drogę prawa kanonicznego, którą szedł budzyński proboszcz i drogę łaski, którą wyznacza Duch Święty. Tą drogą w nadziei szli Kiersteinowie, którzy stali się wzorem chrześcijańskiego życia. Prymas Polski kardynał August Hlond zlecił księdzu Kazimierzowi Stachowiakowi z dniem 1 września 1929 roku, do odwołania, urząd Inspektora Duchownego „Nauki religii w szkołach typu powszechnej na powiat chodzieski”

Dnia 14 marca 1930 roku ks. Kazimierz Stachowiak wniósł do Prymasa podanie o przydzielenie parafii w Stęszewie. Prymas Polski, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański zamianował go z dniem 1 października 1930 roku administratorem parafii w Stęszewie, w której pracował do chwili aresztowania i osadzenia w obozie koncentracyjnym w Dachau.

Okoliczności aresztowania księdza Stachowiaka opowiedziała księdzu kanonikowi Janowi Małecie, byłemu proboszczowi w Stęszewie, Bronisława Nowicka, urodzona w 1929 roku w Stęszewie, gdzie mieszka do dnia dzisiejszego. Bronisława Nowicka stwierdziła, że „ksiądz proboszcz Kazimierz Stachowiak, po przyjściu do Stęszewa w 1930 roku, mieszkał na plebanii, która znajdowała się wtedy przy kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Znajdujące się tam gospodarstwo rolne i probostwo prowadziły dwie rodzone siostry. We wrześniu tego samego roku ks. Stachowiak musiał opuścić probostwo i zamieszkał w budynku obecnego wikariatu przy kościele parafialnym. We wrześniu 1940 roku komendant miejscowej policji, życzliwy dla Polaków, uprzedził proboszcza o dniu i godzinie mającego nastąpić aresztowania przez Niemców. Radził, by wyjechał zawczasu ze Stęszewa. Ksiądz oświadczył, że swojej parafii nie opuści. Bronisława Nowicka zaznaczyła, że zapamiętała moment aresztowania, bo brama jej domu rodzinnego wychodziła na ul. Kościelną, prawie naprzeciw wikariatu. Przed wejście na wikariat zajechało czarne auto, z którego wysiadło dwóch oficerów tajnej policji politycznej. Proboszcz wyszedł do nich ubrany w sutannę. Jego siostry podały mu płaszcz, kapelusz i teczkę. Został wywieziony ze Stęszewa”. Aresztowany 7 października 1941 roku. Zmarł na skutek zagazowania 7 września 1942 roku.

Badacz i znawca życiorysów kapłanów z powiatu chodzieskiego Waldemar Janiszewski z Margonina napisał o ks. Stachowiaku artykuł pt. „Zapomniany kapłan”. Autor artykułu przypomina, że ks. Kazimierz w 1918 roku został wybrany prezesem Rady Ludowej w Budzyniu, gdzie 15 grudnia zwołał wielki wiec z udziałem mieszkańców Budzynia i okolicznych wiosek. Wyróżniał się nieprawdopodobną odwagą. Był bowiem w styczniu 1919 roku wśród powstańców Chodzieży, a w Budzyniu organizował obronę miasta. Uczynił z Budzynia garnizon powstającego batalionu wojsk powstańczych i był ich kapłanem. Po rozejmie w Trewirze, 26 kwietnia 1919 roku wprowadził do ratusza pierwszą radę miejską. Dnia 6 stycznia 1925 roku przyjechał do Budzynia generał Józef Dowbor-Muśnicki i w otoczeniu wszystkich powstańców wręczył mu pamiątkową Odznakę Wojsk Wielkopolskich. Wydaje się (piszę, jako laik-nie historyk), że ksiądz Kazimierz Stachowiak nie został należycie uhonorowany.

W dniu 21 września 2014 roku pojechałem z wycieczką autobusem, jak co roku do Lubiąża, aby na bieżąco śledzić postępy remontu klasztoru cystersów. Jest to największa w Europie budowla, trzykrotnie większa od Wawelu. Ściana frontowa ma długość 224 metrów. Od roku 1991, w którym rozpoczął się remont, jeżdżę tam co roku. Znam bardzo wielu Polaków, którzy byli we Włoszech, Grecji, Turcji, czy w Egipcie. Na moje pytanie, czy byli w Lubiążu, albo czy widzieli Kanał Elbląski, pytali ze zdziwieniem, co to jest. Żal mi tych ludzi. Idealnie wpasuje się tu powiedzenie „Cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Obok mnie w autobusie siedział starszy, osiemdzisięciojednoletni pan. Powiedział, że jest historykiem. Po ukończeniu szkoły zrobił doktorat. Obecnie jest w trakcie pisania kilku książek. Zaczęliśmy rozmawiać o księdzu Czesławie Coftcie, który udzielał mu pierwszej komunii świętej. Wtedy ja, ze szczegółami zacząłem opowiadać o księdzu Coftcie. O tym, że jego pseudonim był „tutejszy”. Wymieniałem daty i nazwiska. Opowiadałem o tym, jak z więzienia z Piły został przewieziony do obozu w Żabikowie, i że tam komendant Hans Walter zamęczył go. Dnia 4 października 1944 roku, na wpół żywego kazał wrzucić do trupiarni, Pan doktor zapytał wtedy skąd to wszystko wiem, i że nawet on nie posiada takiej wiedzy. Odpowiedziałem, że także jestem w trakcie pisania książki. Pan doktor zaczął opowieść, że w Lubaszu koło Trzcianki, gdzie się urodził, co roku 4 października, w rocznicę śmierci księdza Czesława Cofty odprawiana jest msza święta. W tym roku, w 70 rocznicę odprawiona została uroczysta msza z udziałem biskupa Gądeckiego. Było kilka osób, których ksiądz Cofta przygotowywał i udzielał im pierwszej komunii, a także starsza pani, bliska rodziny księdza.

Po mszy odbyło się spotkanie przy kawie. Ktoś zaproponował, aby starszej pani odśpiewać „sto lat”. Po odśpiewaniu pieśni ona wstała i zapytała: Komu śpiewaliście te 100 lat, bo ja w marcu skończyłam 101″. Jedni zbledli, inni się roześmiali, babcia machnęła ręką i usiadła.

Może by tak w Stęszewie, co roku odprawiać w rocznicę śmierci księdza Kazimierza Stachowiaka msze świętą? Może by w muzeum stworzyć choćby niewielki kącik z pamiątkami po księdzu Stachowiaku? Może by tak ustawić skarbonę w kościele na nową, piękną, odlaną z brązu tablicę upamiętniającą męczeńską śmierć księdza Kazimierza?

Zbigniew Tomaszewski

PANOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI

W kolejnym felietonie z cyklu „Panowie życia i śmierci” chcę przedstawić postać księdza Kazimierza Stachowiaka. Od 1930 roku był proboszczem w Stęszewie. Został zamordowany w obozie w Dachau. Na podstawie relacji świadków, mówiących o znęcaniu się i katowaniu przez Hansa Waltera, księdza Czesława Cofty, który niegdyś był wikarym w Konarzewie, możemy przypuszczać, jak ten sam kat traktował w forcie VII księdza Stachowiaka.

Według relacji świadków, w obozie w Dachau Niemcy bili go drewnianymi pałkami po piętach. Zamordowali go, a raczej zamęczyli, dnia 7 sierpnia 1942 roku. Kilka dni przed aresztowaniem dzwonili z Poznania, z Gestapo do komendanta niemieckiej policji w Stęszewie i pytali o dr Stanisława Górzyńskiego, Władysława Antkowiaka oraz proboszcza Stachowiaka i innych członków organizacji podziemnej „Ojczyzna”.

Komendant policji niemieckiej w Stęszewie był prawym i sprawiedliwym człowiekiem. Nigdy nie słyszałem złego słowa o tym Niemcu, można powiedzieć, że był aniołem. Poszedł pieszo do księdza Stachowiaka, prosił go, aby się ukrył, albo uciekł. Jednak ks Stachowiak odmówił. Stwierdził, że nikomu nie zrobił krzywdy i nie ma się czego obawiać. Jednakże się mylił. Po kilku dniach został aresztowany i osadzony w forcie VII.

Chcąc przybliżyć mieszkańcom Stęszewa, co wycierpiał przedstawiam zeznania świadków, jak Hans Walter zamęczył na śmierć księdza Coftę.

Nie mogłem nigdy ustalić nazwiska Niemca, komendanta w Stęszewie. Nikt ze starszych ludzi, którzy go pamiętali, nie znali jego nazwiska. W czasie wojny wszyscy mieszkańcy Stęszewa mówili na niego „Polizei Maister”. Gdy został odwołany ze stanowiska komendanta, odjeżdżał z posterunku przez Rynek, w kierunku na Buk, na pięknym, czyściutkim koniu, który nawet kopyta miał wypolerowane i wypastowane. Był bardzo ładnie ubrany, a jego buty lśniły z daleka. Na trasie od posterunku w kierunku na Buk, setki ludzi go żegnało. Z głośnym okrzykiem życzyli mu szczęśliwej drogi i tego, by prowadził go Bóg. Z uśmiechem dziękował i kiwał ręką.

Jego następcą został folksdojcz (Polak niemieckiego pochodzenia). Pochodził z Rosnówka, nazywał się Kohl. Był bardzo złym człowiekiem,. Słyszałem też relację świadków, że w czasie rewizji w jednym z domów przy ulicy Wojska Polskiego, zimą na strychu, na haku wisiała zabita świnia. Dokładnie sprawdził cały dom, łącznie ze strychem, lecz świni „nie zauważył”. Albo był to cud, albo po prostu nie chciał jej widzieć. Za nielegalny ubój groził obóz w Żabikowie, a potem Oświęcim.

Wracając do Polizei Maistra, to w roku 1991 Józef Dalc ze Stęszewa opowiadał mi, jak w czasie wojny był na Rynku. Spotkał go tam komendant i powiedział, że ma iść z nim na posterunek. Pan Józef nie bał się, bo wiedział, że komendant jest dobrym człowiekiem. Weszli do budynku. Na środku stał piec typu koza. Rura była podłączona do komina. „Polizei Maister” ustawił krzesło obok pieca i kazał mu usiąść. Ze swojego biurka wysunął szufladę, w której znajdowały się dziesiątki donosów. Położył szufladę na kolanach pana Dalca. Wyjął fajerki, kółka z pieca haczykiem i kazał wszystkie koperty wrzucać do ogania. Nie pozwolił panu Dalcowi ich czytać, ponieważ twierdził, że Polacy lubią się między sobą mścić. „Polizei Maister” był tak dobrym człowiekiem, że jak dostał donos na kogoś ze Stęszewa lub okolic, to pieszo szedł do ludzi i mówił, że danego dnia, o danej godzinie będzie rewizja i aby było czysto i ładnie. Może dlatego władze odwołały go ze stanowiska komendanta w Stęszewie.

Relacja świadka Janiny Jadwisiak -Kabacińskiej

– W beczce z drutu kolczastego stał ksiądz, po tygodniu, gdy wracaliśmy z pola z komandem, on już leżał przewrócony z koszem.

Po wojnie ustalono według akt U.S.C. Poznań akt zgonu Nnr P3572/44, był to ksiądz Czesław Cofta, proboszcz parafii w Lubaszu, w powiecie czarnkowskim. Urodzony 26 czerwca1910 roku w Rogoźnie. Zamordowany w obozie w Żabikowie 4.10.1944 roku.

„Czarne chmury”

Wezwijcie wszystkie psy głodne,

Te z roku 966 i te z 999, i z 1410 i 1939.

I te z Warszawy z 1944 i 1989.

Ziemio polska, karmicielko, matko kochana,

Obudź na świadka Tadeusza dobrego polskiego prusaka Rejtana.

Obudź Niemena, nie zawadzi.

Niech ludzi dobrej woli przyprowadzi.

Obudź Wyspiańskiego, niech zagra na rogu nie z kości,

Lecz ze złota dla ojczyzny świetności.

Obudź ojca, niech nie chodzi zapłakany,

Niech wali w tarabany.

Będziesz wolny tułaczu kochany.

Obudźcie na świadków Kochanowskiego

i córkę jego,

Kopernika, niech głosi swe badania.

Już go nie spalą na stosie z rana.

I Korczaka, niech dzieci z komory gazowej na świadków przyprowadzi.

Wezwijcie dwa orły białe, niech przylecą z góry.

Po drodze niech naostrzą pazury o krakowskie mury.

Niech ich pilnują na trasie nawet diabli,

byleby korony im znowu nie ukradli.

Rozerwijcie orły pierś moją.

Wyjmijcie serce skrwawione, serce Polaka.

Oj uczta będzie nie byle jaka.

Nie masz na świecie lepszej leguminy.

Już widzę, jak szujom pociekną śliny.

Widzę przez mgłę. Umieram, ale dusza moja się raduje.

Wreszcie do syta nażarły się wszystkie szuje.

Patrzę! Niebo jaśnieje! Anioły, famfary!

Boże więc jednak jesteś, a mówili…

Patrzę na ziemię po małej chwili. Panie dziękuję!

Jutrzenka rozkwita.

Wreszcie będzie wolna Rzeczypospolita.

Dzięki panie za dar śmiechu i milczenia,

bo płakać i mówić nauczyłem się sam.

Zabierz ludzi skorych do kłótni,

aby więcej garnków nie tłukli.

Bacz, aby wszyscy w zgodzie je lepić poczęli.

Tylko pilnuj, aby nie przy niedzieli.

Minęłaby jeszcze niejedna piękna chwila,

ale łza szczęścia na policzku mnie zbudziła.

Patrzę w dół, jutrzenki nie ma.

Patrzę do góry, za oknem pozostały jeno czarne chmury.

Byłoby fajnie! Byłoby miło!

Szkoda, że to wszystko mi się śniło.

Morał z tego atoli, iż Polaków tylko w snach za wolnością serce nie boli.