niedziela, 16 Grudzień 2018

2014 Czerwiec

 

Panowie życia i śmierci część 18

     Zbrodnia narodu niemieckiego na rynku w Kościanie, według materiału powiatowego komitetu ekshumacyjnego w Kościanie w 1946 roku.

     W letni, niedzielny poranek roku 1966, rodzice przygotowywali się do wyjazdu do rodziny. Mieszkała ona w leśniczówce, gdzieś w okolicach Kościana. Ojciec założył na głowę skórzaną czapkę pilotkę oraz okulary i usiadł na motor WFM. Matka położyła na zbiornik paliwa poduszkę, posadziła mnie na niej, zabroniła otwierać usta podczas jazdy i kazała mi oddychać jedynie przez nos. Ojciec depnął nogą na kopyto, odpalił silnik i pojechaliśmy. Po niedługim czasie dojechaliśmy do leśniczówki w okolicach Kościana.

     Jako dziecku często słuchałem opowieści o rozstrzelaniu w Kościanie brata mojej babci, matki mojego ojca – Marii Tomaszewskiej, z domu Sroczyńskiej i Jana Sroczyńskiego. Niemcy rozstrzelali go na kościańskim Rynku. Wśród kilku tysięcy dokumentów, w moim archiwum znalazłem, że brat mojej babci pochodził z Ziemska (być może nazwa obecnie, oficjalnie już nie istnieje na mapach), gdzieś z okolic Kościana. Nie wiem, gdzie to dokładnie jest. Może ktoś dałby mi znać, chętnie odwiedziłbym po latach krewnych mojej babci Marii.

     Znalazłem opis zbrodni morderstwa niemieckiego na Rynku w Kościanie.

     Był październik, drzewa potraciły już prawie wszystkie liście. Złota, polska jesień dobiegała końca. Była piękna, jak te poprzednie, tylko zdawała się bardziej melancholijna. Ludzie starali się nie pokazywać na ulicach, by nie narażać się na szykany rozwydrzonych Niemców.

     – Może dadzą już spokój – ludzie szeptali między sobą.

     Poprzedzony dżdżystym wieczorem nadszedł 23 października. Już od wczesnego ranka krążyły po mieście mgliste pogłoski, że tego dnia coś się stanie. Domysły te zamieniły się w pewność, gdy zobaczono, jak na kościańskim Rynku, pod Ratuszem zaczęto ustawiać worki z piaskiem. Oddziały policji i zbrodniarzy w czarnych mundurach otaczały centrum. Wojsko zabezpieczało wyloty ulic. Na Rynek wprowadzono skazańców-bohaterów. Szli wolno, aczkolwiek dumnie. Było ich osiemnastu:

     Oto oni: Dubski Ludwik z Kobylnik gmina Kościan, Sworowski Eryk z Kościana, Hełczyński Zygmunt z Bonikowa gmina Kościan, Leśniak Franciszek z Bieżna gmina Krzywiń, Brzeski Edward z Oborzysk gmina Kościan, Ido Jan z Kościana, Irżabek Zygmunt z Kościana, Hoeffner Jan z Kościana, Tomaszewski Józef z Kościana, Chłapowski Mieczysław z Kopaszewa gmina Krzywiń, Szołdrski Jan z Gołębina Starego gmina Kościan, Szukalski Stanisław z Czempinia, Farulewski Bronisław z Czempinia, Michalak Franciszek z Wielichowa, Sowiński Edmund z Kościana, Wojciechowski Józef z Borowa gmina Czempiń i Sroczyński Jan z Ziemska (tak jest w starych dokumentach) – brat mojej babci.

     Tłumy zakołysały się, zabolały serca, zaczęto szlochać. A oni szli, bardzo powoli. Wiedzieli, co ich czeka. Nawet w obliczu śmierci byli pewni, że krew ich nie pójdzie na marne. Oczy ludzi ze grozą patrzyły na to zbiorowe morderstwo. Ustawiono ich pod zachodnią ścianą Ratusza w dwóch dziewiątkach. Naprzeciw znajdował się pluton egzekucyjny. Karabiny do oczu, chwila ciszy i słowa komendy, jak zgrzyt! Szepty patrzących i słowa „padli”. Druga dziewiątka stojąca dumnie, znowu salwa. Pojedynczy strzał z pistoletu dla każdego z zamordowanych. Mordercy! Mordercy! I znowu, tak jak poprzednio. Wóz więźniów, smugi rubinowej krwi, płacz, boleść i szepty modlitw „Boże sprawiedliwości i zemsty”.

     Tak wyglądała śmierć egzekucyjna brata mojej babci. W 1945 roku podczas ekshumacji Felicjan Sroczyński, młody leśniczy z Reńska gmina Wielichowo (kiedyś powiat kościański, obecnie grodziski), w zwłokach rozpoznał swego ojca, Jana Sroczyńskiego. Poznał bez trudu po ubraniu, którego kolor zachował się wyraźnie, a także po górnej i dolnej szczęce i znalezionych w kieszeni okularach.

Panowie życia i śmierci część 17

-Kaci także umierają

W poprzednich felietonach szczegółowo opisywałem, jak według zeznań świadków, komendant obozu w Żabikowie Hans Walter zamęczył w bestialski sposób Księdza Czesława Kofte. W moim archiwum znalazłem zbieg bardzo ważnych okoliczności, które świadczą o tym, że Bóg jednak był w obozie w Żabikowie.

Mianowicie dnia 4 października 1944 roku, w połowie żywy, wrzucony do trupiarni ksiądz Czesław Kofta zmarł i nie do wiary, że w tym samym dniu do obozu w Żabikowie przyjechało Gestapo z dość pokaźną obstawą, by aresztować cenionego, niesamowicie zasłużonego, niezastąpionego SS-mana Hansa Reinholda Waltera. Poznańskie gestapo oceniło Waltera, jako niezawodnego człowieka od „specjalnych zadań”.

Hans Walter został osadzony w celi więziennej w siedzibie poznańskiego gestapo, gdzie w nocy z 9 na 10 października 1944 roku popełnił samobójstwo. Gestapo przygotowało wszystkie dokumenty i Hans Walter 12 października 1944 roku, miał być pod strażą eskortowany pociągiem na sąd doraźny, wojskowy do Berlina. Tam prawdopodobnie zostałby skazany na obóz o zaostrzonym rygorze, na powolną śmierć. Niemcy nigdy nie mogli mu podarować tego, co zrobił. Przez zupełny przypadek bądź też z pomocą Boga udało mi się ustalić, co uczynił Hans Walter, że gestapo w Poznaniu skierowało go na sąd doraźny do Berlina, ale o tym w kolejnym felietonie.