sobota, 21 Lipiec 2018

2014 Kwiecień

PANOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI CZĘŚĆ 14

W kolejnym felietonie z cyklu „Panowie życia i śmierci” chcę przedstawić postać księdza Kazimierza Stachowiaka. Od 1930 roku był proboszczem w Stęszewie. Został zamordowany w obozie w Dachau. Na podstawie relacji świadków, mówiących o znęcaniu się i katowaniu przez Hansa Waltera, księdza Czesława Cofty, który niegdyś był wikarym w Konarzewie, możemy przypuszczać, jak ten sam kat traktował w forcie VII księdza Stachowiaka.

Według relacji świadków, w obozie w Dachau Niemcy bili go drewnianymi pałkami po piętach. Zamordowali go, a raczej zamęczyli, dnia 7 sierpnia 1942 roku. Kilka dni przed aresztowaniem dzwonili z Poznania, z Gestapo do komendanta niemieckiej policji w Stęszewie i pytali o dr Stanisława Górzyńskiego, Władysława Antkowiaka oraz proboszcza Stachowiaka i innych członków organizacji podziemnej „Ojczyzna”.

Komendant policji niemieckiej w Stęszewie był prawym i sprawiedliwym człowiekiem. Nigdy nie słyszałem złego słowa o tym Niemcu, można powiedzieć, że był aniołem. Poszedł pieszo do księdza Stachowiaka, prosił go, aby się ukrył, albo uciekł. Jednak ks Stachowiak odmówił. Stwierdził, że nikomu nie zrobił krzywdy i nie ma się czego obawiać. Jednakże się mylił. Po kilku dniach został aresztowany i osadzony w forcie VII.

Chcąc przybliżyć mieszkańcom Stęszewa, co wycierpiał przedstawiam zeznania świadków, jak Hans Walter zamęczył na śmierć księdza Coftę.

Nie mogłem nigdy ustalić nazwiska Niemca, komendanta w Stęszewie. Nikt ze starszych ludzi, którzy go pamiętali, nie znali jego nazwiska. W czasie wojny wszyscy mieszkańcy Stęszewa mówili na niego „Polizei Maister”. Gdy został odwołany ze stanowiska komendanta, odjeżdżał z posterunku przez Rynek, w kierunku na Buk, na pięknym, czyściutkim koniu, który nawet kopyta miał wypolerowane i wypastowane. Był bardzo ładnie ubrany, a jego buty lśniły z daleka. Na trasie od posterunku w kierunku na Buk, setki ludzi go żegnało. Z głośnym okrzykiem życzyli mu szczęśliwej drogi i tego, by prowadził go Bóg. Z uśmiechem dziękował i kiwał ręką.

Jego następcą został folksdojcz (Polak niemieckiego pochodzenia). Pochodził z Rosnówka, nazywał się Kohl. Był bardzo złym człowiekiem,. Słyszałem też relację świadków, że w czasie rewizji w jednym z domów przy ulicy Wojska Polskiego, zimą na strychu, na haku wisiała zabita świnia. Dokładnie sprawdził cały dom, łącznie ze strychem, lecz świni „nie zauważył”. Albo był to cud, albo po prostu nie chciał jej widzieć. Za nielegalny ubój groził obóz w Żabikowie, a potem Oświęcim.

Wracając do Polizei Maistra, to w roku 1991 Józef Dalc ze Stęszewa opowiadał mi, jak w czasie wojny był na Rynku. Spotkał go tam komendant i powiedział, że ma iść z nim na posterunek. Pan Józef nie bał się, bo wiedział, że komendant jest dobrym człowiekiem. Weszli do budynku. Na środku stał piec typu koza. Rura była podłączona do komina. „Polizei Maister” ustawił krzesło obok pieca i kazał mu usiąść. Ze swojego biurka wysunął szufladę, w której znajdowały się dziesiątki donosów. Położył szufladę na kolanach pana Dalca. Wyjął fajerki, kółka z pieca haczykiem i kazał wszystkie koperty wrzucać do ogania. Nie pozwolił panu Dalcowi ich czytać, ponieważ twierdził, że Polacy lubią się między sobą mścić. „Polizei Maister” był tak dobrym człowiekiem, że jak dostał donos na kogoś ze Stęszewa lub okolic, to pieszo szedł do ludzi i mówił, że danego dnia, o danej godzinie będzie rewizja i aby było czysto i ładnie. Może dlatego władze odwołały go ze stanowiska komendanta w Stęszewie.

Relacja świadka Janiny Jadwisiak -Kabacińskiej

– W beczce z drutu kolczastego stał ksiądz, po tygodniu, gdy wracaliśmy z pola z komandem, on już leżał przewrócony z koszem.

Po wojnie ustalono według akt U.S.C. Poznań akt zgonu Nnr P3572/44, był to ksiądz Czesław Cofta, proboszcz parafii w Lubaszu, w powiecie czarnkowskim. Urodzony 26 czerwca1910 roku w Rogoźnie. Zamordowany w obozie w Żabikowie 4.10.1944 roku.

Panowie życia i śmierci cz. 13

W kolejnym numerze zamieszczamy twarze i nazwiska katów, morderców niemieckich, którzy skazywali ludzi na karę śmierci za małe nawet przewinienia, którzy nie wahali się poddawać zagładzie polskiego narodu. Dziś następne wizerunki strażników obozu w Żabikowie. Do zdjęć dołączamy relacje kolejnych świadków tamtych zdarzeń.

*Jako pierwsza opowiada Leonarda Staniszewska.

– Komendant Walter z więźniarki, która przywiozła więźniów z siedziby gestapo, wywołał jednego więźnia i weszli nad basen przeciwpożarowy. W trakcie rozmowy zastrzelił go, a więzień wpadł do wody.

*„Beczka” relacja świadka Józefy Kaczmarek

– Kosz był okrągły, o średnicy niewiele ponad pół metra, wysokości dwóch. Stanie w nim było straszną udręką. Zewsząd wiało zimno, a poruszać się nie było można. Kosze te stały w rzędzie przed wartownią i stojący w nich byli ciągle obserwowani. Stałam tak przez całą noc, a rano razem z innymi musiałam iść do pracy.

*Relacja świadka Ireny Tarnowskiej

– Tuż pod naszym oknem skatowali bez litości księdza tak, że leżał bez znaku życia-jednak go nie zabili. Potem na pół dnia wrzucili go do wody (był to koniec marca, był mróz i padał śnieg). Na noc wsadzili go do beczki z drutu kolczastego, bez możliwości obrócenia się. Wytrzymał nieprawdopodobną mękę. Jak? Nie wiadomo… Potem znowu pół dnia nosił skrzynie z piaskiem.

*Relacja świadka Janiny Jadwisiak -Kabacińskiej

– W beczce z drutu kolczastego stał ksiądz, po tygodniu, gdy wracaliśmy z pola z komandem, on już leżał przewrócony z koszem.

Po wojnie ustalono według akt U.S.C. Poznań akt zgonu Nnr P3572/44, był to ksiądz Czesław Cofta, proboszcz parafii w Lubaszu w powiecie Czarnkowskim ur. 26.06.1910 roku w Rogoźnie, zamordowany w obozie w Żabikowie 4.10.1944 rok.

*Relacja świadka Franciszka Banasiewicza

– Pod jakimkolwiek pozorem dostawało się po głowie, po plecach sztachetami lub kijami. Oprócz tego puszczano na nas jeszcze psy, osobno w tym kierunku wytresowane.

*Relacja świadka Janiny Skrzypińskiej.

– Widziałam kiedyś z okna szwalni jak więzień klęcząc tłukł kamienie na chodniku. W pewnej chwil, gdy ktoś za nim stanął, więzień odwrócił się. Wówczas dopadł do niego komendant Walter i kopał go tak długo, dopóki nie powychodziły z niego wnętrzności.

Innym razem pewnego mężczyznę, dopiero co przyprowadzonego do obozu, esesmani obrzucali kamieniami pod moim oknem. Człowiek ten leżał przez cały czas, a esesmani zabawiali się konkurując między sobą, który celniej trafi kamieniem w jego głowę.

Pamiętajmy o tych zwyrodnialcach, aby nigdy nie powtórzyły się takie dni. Ciąg dalszy w kolejnym numerze.

Zbigniew Tomaszewski

Panowie życia i śmierci cz. 12

W poprzednim numerze zamieściliśmy twarze i nazwiska katów, morderców niemieckich, którzy skazywali ludzi na karę śmierci za małe nawet przewinienia, którzy nie wahali się poddawać zagładzie polskiego narodu. Dziś kolejne fotografie komendantów i strażników obozu w Żabikowie. Nie wolno nam zapomnieć o tych ludziach.

Do zdjęć dołączamy relacje trzech świadków. Jako pierwszy opowiada naoczny świadek Franciszek Banaszak.

– Tuż przy wejściu do obozu znajdował się „karcer”. Sadzano tam od razu większą ilość więźniów. Wszystkich skuwano ze sobą łańcuchami w pozycji leżącej. Powstanie jednego automatycznie pociągało za sobą wstanie wszystkich innych. Okien wcale nie było, także światło dzienne w ogóle tam nie dochodziło. Ponadto na wysokości głowy przeciągnięta była siatka z podłączonym prądem wysokiego napięcia. Było to pomieszczenie nazywane bunkier śmierci. Skuci łańcuchami byli kandydatami skazanymi na śmierć.

Relacja świadka Bolesława Kazimierza Dembińskiego.

Pewnego dnia skierowano mnie do noszenia jedzenia do bunkra śmierci, który stał po lewej stronie bramy wjazdowej. Nie miał okien i był bardzo nisko zadaszony. Po otwarciu drzwi przez esesmana zobaczyłem po obu stronach nagich ludzi z przykutymi od tyłu do ścian rękoma. Górą na wysokości  niecałych dwóch metrów przebiegały naelektryzowane druty na izolatorach. Na posadce kał, woda do kostek. Na środku bunkra położona była deska na cegłach dla strażników. Jedni wisieli na rękach, inni klęczeli, wszyscy byli bardzo wycieńczeni. Wielu nie mogło jeść, ani pić. Zauważyłem u niektórych sine ślady pręgów i otwarte rany. Wewnątrz panował okropny zaduch.

Relacja świadka Stefana Makne.

Wozili nas z obozu w Żabikowie do pracy na Ławice. W drodze powrotnej samochód z więźniami zatrzymywał się na przejeździe kolejowym na Górczynie. Wśród nas był więzień, który przyjmował grypsy od rodzin, które jakimś cudem dowiedziały się o naszej trasie i oczekiwały na bliskich, żeby chociaż z daleka ich zobaczyć, dać jakiś znak. Niemcy zauważyli, że do samochodu wrzucono gryps, zrobili rewizję i znaleźli go u więźnia. Na naszych oczach zaczęli go tłuc, potem po przyjeździe do Żabikowa wrzucili go do basenu przeciwpożarowego i nie pozwolili mu się wydostać. Po prostu go utopili.

Ciąg dalszy w kolejnym numerze.

Zbigniew Tomaszewski