sobota, 20 Październik 2018

2014 Marzec

Panowie życia i śmierci, część 11

W roku 1967 na lekcji religii, w salce katechetycznej Ks. Proboszcz przygotowywał nas do przyjęcia I Komunii Świętej. Pamiętam, jak powiedział: „Pamiętajcie na całe życie, Bóg jest wszędzie i wszystko widzi”. Codziennie wieczorem uczyłem się na pamięć katechizmu, gdy mnie pytano i czegoś nie wiedziałem, ojciec bił mnie jednym ze skórzanych pasów, który wisiał obok drzwi.

Któregoś dnia wieczorem zapytałem ojca o to, co powiedział Ksiądz Joachimczak, że Bóg jest wszędzie i wszystko widzi. Ojciec odpowiedział: „Na całe życie to ty zapamiętaj jedno, Bóg być może jest w dymie kadzidła, być może w złotych szatach księży i w złotych ołtarzach, ale na pewno nie było go w obozie w Żabikowie”.

W poprzednich felietonach ujawniłem nazwiska sędziów i prokuratorów katów, morderców niemieckich, którzy skazywali ludzi na karę śmierci za kradzież kromki chleba, nie wahali się nawet skazać na śmierć kobiety w siódmym miesiącu ciąży. Teraz chcę przekazać nazwiska i fotografie komendantów i strażników obozu w Żabikowie. Nie wolno nam zapomnieć o tych rzeźnikach.

Boże, z jakiego nasienia powstały te potwory, jak matka mogła urodzić i wychować coś takiego. Skąd przypełzły na ziemię te człeko-podobne postaci. Jak to było możliwe, aby kilkadziesiąt tysięcy ludzi rozpętało straszną tragedię dziejową na całym świecie, który przez prawie sześć lat był bezsilny. Tutaj nasuwa się pytanie, kto wyłożył Niemcom kilkaset ton złota na rozpoczęcie II wojny światowej?

Chcę, aby rodziny ze Stęszewa, ale nie tylko mogły poznać nazwiska i popatrzeć na fotografie katów i morderców ich drogich osób. Nasi najbliżsi byli torturowani i mordowani na ulicy Młyńskiej, w forcie VII i obozie w Żabikowie oraz na gestapo, w domu żołnierza w Poznaniu.

W kolejnych numerach zamieszczę relacje o okrucieństwach wielu naocznych świadków.

Zbigniew Tomaszewski

 

Panowie życia i śmierci, część 10

Pokazywaliśmy ostatnio przez wiele numerów Kuriera lokalnego zdarzenia związane ze zbrodniami niemieckimi, czynionymi w okresie trwania II wojny światowej. Przedstawiliśmy akta sprawy w Okręgowej Komisji Badań Zbrodni Hitlerowskich w Poznaniu na Alejach Marcinkowskiego 32. Kilku naocznych świadków relacjonowało te zdarzenia. Zamieszczane akta okrucieństwa miały numerację OKP.III.DS.31/68 i były na czternastu stronach A4. Spisał je w powojennych latach wiceprokurator Wojewódzki Marian Świtoński, prowadzący czynności śledcze w sprawach zbrodni hitlerowskich dokonanych w latach 1939-1944 w lasach leśnictwa Wypalanki, powiatu poznańskiego. Akta zostały przypomniane i upublicznione w naszej gazecie. Dzisiaj pokazujemy wycinki z poznańskiej powojennej prasy. Pisała ona, co po wojnie dalej działo się z ludźmi dokonującymi zbrodni i, że pamięć o tamtym czasie nie została zatarta.

Kończąc relacje prezentuję wiersz Mojego autorstwa jego tytuł: „Tylko z sopli Pokapią Łzy”

Tylko ziemia sąsiadem moim będzie, liście złote szatą.

Kwiaty wiatry składać będzie z maków, stokrotek i modraków.

Kłaniać będą się na wieczne konary, świece zastąpią gwiazdy.

Kto nad mym grobem, nad mym grobem zapłaczę?

Ja tego nie zobaczę….

Od Redakcji:

Wiele nas nauczyły relacje autora tych felietonów. Wiemy, że wiele ludzi czyta je, wiele też zbiera. Taką osobą jest pani Elżbieta Śmiglak z Konarzewa w gminie Dopiewo, która zadzwoniła z informacją, że nie ma wszystkich egzemplarzy Kl z „Panami życia i śmierci”. Zwróciła się do redakcji o możliwość uzupełnienia zestawu brakujących gazet.

Panowie życia i śmierci część 9

Po 15 stycznia 1945 roku niespodziewany ,,zugang” przyniósł wiadomość, że od Wisły ruszyła wielka ofensywa wojsk radzieckich i szybko posuwa się naprzód. Przestano zabierać na sąd do gestapo w Poznaniu.

Nagle w nocy z 20 na 21 stycznia 1945 roku otwarły się drzwi baraku:

– Wszyscy z całym ekwipunkiem natychmiast wychodzić – wrzeszczeli esesmani,

Zaprowadzono nas w górę obozu. Nie wierzyliśmy własnym oczom, paliły się stosy akt. Był to początek likwidacji obozu. Sprawdzano naszą obecność. Ktoś szepnął, że z bunkra wynoszą pomordowanych. Byli to ci, co zostali skazani na śmierć.

Zostaliśmy otoczeni przez esesmanów z psami Między godziną 4, a 5 nastąpił wymarsz w kierunku Lubonia. Był wielki mróz. W czasie marszu słychać było strzały. Widocznie ktoś z więźniów chciał uciekać. Po przyjściu na dworzec zostaliśmy załadowani do dużego, bydlęcego wagonu. Było nas przeszło 150. Straszny ścisk. Nie można się było ruszyć. Jeden stał obok drugiego, jak śledzie w beczce. Drzwi zamknięto na kłódkę. Na otworach, w górnych częściach ściany wagonu, założono zasuwy żelazne.

Brudkiewicz i ja ulokowaliśmy się przy drzwiach. Rano 21 stycznia 1945 roku (niedziela) ruszyliśmy w kierunku Kościana. Między drzwiami, a ścianą wagonu była wąska szpara, przez którą obserwowaliśmy, co się dzieje na trasie. W czasie jazdy drzwi coraz bardziej się zamykały. Aby ratować ten minimalny widok, włożyliśmy w szparę dwie łyżki.

Dojeżdżając do Kościana zauważyłem na szosie do Kurzej Góry pełno wozów z cywilami. Znaczyło to, że sytuacja na froncie wschodnim jest tragiczna dla Niemców.

„Wojska radzieckie muszą już być niedaleko. Naród panów uciekał w popłochu” – z tą różnicą, że we wrześniu 1939 roku było bardzo ciepło, a obecnie był silny mróz. Na dworcu w Kościanie pociąg się zatrzymał. Serce krajało się na widok rodzinnego miasta. Wyzwolenie tuż, a my zamknięci w wagonie i nie znamy naszego dalszego losu. Na zegarze była godzina 7.55. Na peronie zauważyłem Polaka, przypuszczalnie pracownika kolejowego. Poza nim nikogo nie było. Stał niedaleko naszego wagonu. Mówiłem do niego, że wiozą. nas z Żabikowa. Nie wiem, czy mnie zrozumiał. Zaraz oddalił się. Widocznie esesmani kazali mu odejść od wagonu. Po kilku minutach ruszyliśmy dalej w kierunku na Leszno, Głogów. Mimo że na zewnątrz był silny mróz, to w wagowe zaczęło się robić duszno. Straszny zaduch. Własne· potrzeby załatwialiśmy tam, gdzie staliśmy. Po południu głośno krzyczeliśmy o wodę i zaczęliśmy bić pięściami w ścianę wagonu.

W nocy z 21. na 22 stycznia 1945 roku zaczęło brakować powietrza. W ciągu następnego dnia było coraz gorzej w wagonie. Nie było czym oddychać. Męczyło nas straszne pragnienie. Para skraplała się z poddasza wagonu. Piliśmy to nadstawiając miski. Niektórzy pili własny mocz. Kilku dostało chwilowego obłędu. Nie wiedzieli, co robią. Krzyczeli, bili się między sobą, rozbierali do naga. Jeden krzyczał „Teraz was wszystkim wystrzelam” i naśladował warkot karabinu maszynowego. Prawdziwe „piekło dantejskie”.

Nocą z 22 na 23 stycznia staliśmy na torze. Mimo że dosłownie trzymałem nos w szparze, nie dochodziło żadne powietrze z zewnątrz. Co tej nocy działo się w wagonie nie wiem. Byłem, jak wszyscy półprzytomny. W częściowej świadomości, jak przez mgłę docierały do mnie nieludzkie krzyki. Słychać było wzajemną szarpaninę i tratowanie.

Nad ranem 23 stycznia, przy otwarciu wagonów rozległy się wściekłe wrzaski esesmanów. Byliśmy na bocznicy kolejowej obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. Wyskoczyliśmy i rzuciliśmy się na śnieg, aby ugasić pragnienie. Długo nie trwało, a śniegu wokół wagonów nie było. Ta piekielna noc sprawiła, że w wagonie pozostało około 30 trupów. Wyciągaliśmy je z wagonu i kładliśmy na wózki. W czasie przewożenia do obozu podobno dwóch ożyło. W obozie pytano nas o Żabikowo i sytuację na froncie wschodnim. W naszym transporcie było także dwóch księży: Bolesław Jordan  i Marian Samoliński, aresztowany 29 kwietnia 1944 roku w Siekówku w powiecie kościańskim.

Po dwóch tygodniach dotarli do Sachsenhausen więźniowie z górnej części obozu w Żabikowie. Wyprowadzono ich 21 stycznia i pędzono pieszo. Mówili, że barak z chorymi został spalony.

W Sachsenhausen przebywałem do 8 lutego. W zbiorowym transporcie zostałem wysłany do obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen, 7 marca do Lauingen-kommando Dachau, 6 kwietnia do Dachau, gdzie 29 kwietnia 1945 roku zostałem wyswobodzony przez armię amerykańską.