wtorek, 21 Sierpień 2018

2014 Luty

Panowie życia i śmierci część 8

  1. wspomnienia ojca

Poprzedni odcinek zakończyliśmy na tym, jak Niemcy likwidowali obóz w Żabikowie. Dziś wrócimy do czasów, gdy ojciec żył już po wojnie i jakie pozostały w nim urazy z wojny.

Pamiętam, jako dziecko zdarzenie z 1969 roku. Byliśmy w Kołobrzegu na wczasach. Siedzieliśmy w jakiejś restauracji albo kawiarence i weszli Niemcy. Ojciec od razu wstawał od stołu i wyszedł do parku. Do śmierci nie mógł patrzeć na Niemców.

Wiosną ubiegłego roku jedno z podpoznańskich muzeów zorganizowało wystawę „Niemcy, historia i kultura”. Był to diabelski pomysł zorganizowania takiego festyn. Z ciekawości pojechałem na ową imprezę. Naliczyłem na niej około pięćdziesiąt osób. Można by powiedzieć: „Polacy nie kozy, pamięć swoją mają”.

Rolnicy ze Stęszewa od bardzo dawna wozili płody rolne do Poznania. Opowiadali mi, jak przed wojną umawiali się w kilku i załadowanymi wozami konnymi razem jechali z ziemniakami, kapustą, jajami i masłem. W lesie poznańskim grasowało wielu bezrobotnych. Jak rolnicy jechali w kolumnie trzy, pięć, a nawet i nieraz osiem wozów, to na ostatnim wozie kładli przykładowo dwa worki ziemniaków. Jak przejeżdżali przez las, tak zwany poznański, biedni ludzie wyskakiwali z lasu, zabierali z ostatniego wozu, tak zwany okup i uciekali. Woźnicy nawet się nie odwracali.

W czasie II wojny światowej każdy rolnik-woźnica, gdy jechał do Poznania sprzedać ziemniaki i inną żywność, brał ze sobą z domu kawałek tektury i ołówek. Jadąc do Poznania i z powrotem często mijał ciężarówki, wspomniane wcześniej „cytryny”. Na pace owych samochodów znajdowały się ławki, na których siedzieli więźniowie pilnowani przez dwóch żandarmów z karabinami. Ludzie mijając wóz konny krzyczeli na przykład: „Michał Boiński, Rawicz, Ignacy Pietrucha, Opalenica – powiadomcie rodzinę!”. Rolnik woźnica zapisywał nazwiska, miejscowości i rodzinę informował. Byli to więźniowie z Fortu VII lub później z obozu karnego w Żabikowie, których wozili do lasu w Dębienku na rozstrzelanie.

Jeszcze długo po wojnie do Poznania sprzedawać płody rolne jeździli wozem konnym Hein z Dębienka, Hamrol i Szałek ze Stęszewa. Innych nazwisk nie pamiętam. Gdy jeździli latem i rozeschły im się drewniane koła od wozu, to w Rosnówku wjeżdżali do jeziora, koła się namoczyły, spuchły i nie skrzypiały. Przy okazji koń się napił. Gdy jeździli zimą, na noc w kuchni do piekarnika kładli cegły szamotowe. Rano o 3 wyciągali gorące cegły, układali je na grubym kocu pod nogi i na ławkę. Przykrywali grubym kocem i siadali na nie. Cali byli poowijani w koce lub grube kożuchy. Po powrocie z Poznania cegły były jeszcze ciepłe. Jako ciekawostkę zamieszczę tutaj informację o tym, jak produkowało się oraz nadal produkuje cegły szamotowe. Cegły wypalone w piecu, które popękały w czasie wypalania lub załadunku były mielone na mały granulat. Dodawano do niego glinę i sól, aby nie pękała i to suszono w suszarniach. Następnie cegły kładziono do pieca, czyli były one dwuk

Panowie życia i śmierci, część 7

 

  1. wspomnienia ojca

Poprzedni odcinek zakończyliśmy w momencie, gdy ojciec wrócił z obozu w Żabikowie, a był sino-granatowy. Stało się tak podczas rewizji. Znaleziono u niego w pasiaku zawinięte zdjęcie matki. Bili go długo, by powiedział, kto jest na fotografii. Teraz wspomnieniami wrócimy do czasów, gdy ojciec był jeszcze w obozie.

Kiedyś rano do obozu przyjechał samochodem jakiś właściciel majątku. Na apelu Niemiec zapytał, kto umie budować cegłą klinkierową. Ojciec się zgłosił. Niemiec zabrał go do auta i zawiózł do majątku. Dał mu projekt, cegłę, cement i kazał wybudować dwa filary. Dał mu na to tydzień czasu i pomocnika. Ojciec był głodny, wziął się ostro do roboty. Liczył na to, że gdy szybko wykona pracę, dostanie jedzenie oraz będzie częściej zabierany do pracy przy majątku. Do wieczora wykonał całą pracę, przyszedł Niemiec i zaczął potwornie krzyczeć: Ty polska świnio, mówiłem tydzień, langsam, langsam gut perfekt (pomału, pomału, a dobrze). Zbił ojca strasznie kijem i kazał troychyndrowi (zarządcy) odwieźć ojca do obozu. I tyle było z jedzenia i pracy.

*Wróćmy do obozu w Żabikowie. Na początku stycznia 1945 roku jechała ulicą Głogowską kolumna samochodów ciężarowych tzw. „Cytryn”. Pod „plałami” siedzieli uzbrojeni Niemcy. Na Górczynie były zamknięte szlabanami przy torach kolejowych. Kolumna stanęła. Ludzie się cieszyli, ponieważ myśleli, że Niemcy uciekają przed Rosjanami. Jednak mylili się i to bardzo mocno. Po otwarciu barier, po przejechaniu krótkiego odcinka, samochody skręciły w lewo w kierunku Żabikowa. Po pewnym czasie ludzie ujrzeli ogromny, wzbijający się w niebo czarny dym. Wiedzieli już, że był to specjalny oddział do likwidacji obozu w Żabikowie. Chorych i rannych wpędzali do jednego baraku i żywcem podpalali.

Tysiąc dwieście sześćdziesiąt osób wywieźli do lasu w Dębienku i rozstrzelali, jeszcze w styczniu 1945 roku, tuż przed wyzwoleniem. Tylko w miarę zdrowe i mocne osoby, zdolne do marszu pozostawili przed wymarszem. Każdy miał koc, którym okrywał głowę i całe ciało. Szli przez Stęszew, na Buk, w stronę Niemiec.

Po wojnie, jeden z nich, Bogdan Majewicz ze Stęszewa opowiadał, że szli do Lubeki. Niemcy pozostawili ich przy życiu, ponieważ tam używali ich, jako żywe tarcze do ochrony łodzi podwodnych. Stali na starych zużytych statkach, w pasiakach. Alianci nie zwracali jednak na nich uwagi i zrzucali bomby. Pan Majewicz opowiadał, że kilka razy w czasie bombardowania pływał w wodzie, z której Niemcy go wyciągali. Następnie przebywał we Francji. Wrócił do Stęszewa, jednak był tak wyczerpany, że po roku zm