środa, 17 Styczeń 2018

2014 Styczeń

Panowie życia i śmierci, część 6.

Wspomnienia mojego ojca Ludwika Tomaszewskiego z obozu w Żabikowie.

Ojciec mój został skierowany do przymusowej pracy u Niemca Baldoka w Tomiczkach w gminie Stęszew. Uciekł rowerem z pracy i ukrywał się nad Źródełkiem w Żarnowcu. Ktoś na niego doniósł. Niemcy zrobili na niego polowanie i osadzili go w obozie karnym w Żabikowie. Ojciec opowiadał, że w obozie było kilka baraków z więźniami politycznymi, którzy mieli wyroki w obozie o zaostrzonym rygorze. Na ulicy Młyńskiej w Poznaniu, gdy więzienie było pełne i nie nadążano ścinać skazańców na gilotynie, to sędziowie Andritschke i Pollok skazywali na więzienie karne o zaostrzonym rygorze. Więźniowie przeżywali w nim od trzech do góra trzydziestu dni. Wieczorem Niemcy tych z obozu o zaostrzonym rygorze i wpędzali z baraków więźniów, zazwyczaj było ich około 10 osób. Zmuszali do wejścia do betonowego basenu wypełnionego wodą. Następnie wypuszczali z kojców ostre wilczury. Rano, po apelu więźniowie wyciągali z wody ich martwe ciała.

Ojciec opowiadał, że nie wiadomo, jak długo pływali, ale nigdy nie zdarzyło się, aby rano jeszcze ktoś pływał. Niemcy więźniów osadzonych za małe przewinienia, tak jak ojca za porzucenie pracy u Niemca – wozili codziennie samochodami ciężarowymi pod brezentem na ławkach, do pracy do Cegielskiego. Pilnowało ich dwóch z karabinami maszynowymi. Kiedyś u kolegi ojca, gdy wrócił z pracy przeprowadzono rewizję. Niemcy znaleźli małe wiertło, którego zapomniał wyjąć z kieszeni. Został skazany za sabotaż na studnię śmierci. Był to ogromny, drewniany słup, wysoki około 10 metrów. Był na nim zamontowany zbiornik z wodą. Na dnie była wywiercona mała dziurka. Skazańca przywiązywali do słupa, głowę także i woda kapała na ogoloną głowę. Człowiek umierał po kilku dniach w strasznych cierpieniach. Być może dlatego, po wojnie podczas ekshumacji grobów w Dębienku, trudno było znaleźć na zmarłych ślady po kulach. Dużo ofiar było gazowanych spalinami, topionych w basenach i umierali od studni śmierci – powoli i długo – w strasznych cierpieniach. W dniu, gdy ojcu kończył się wyrok, niemiecki gospodarz Baldok z Tomiczek przyjechał po ojca do obozu w Żabikowie. Miał wóz zaprzężony w jednego konia. Po drodze Niemiec obrócił się do ojca i powiedział: „Pamiętaj na całe życie, choćbyś miał racje, to musisz być posłuszny i pysk musisz trzymać”.

Ojciec też opowiadał, jak Alianci zbombardowali zakłady Cegielskiego. Kilka bomb spadło obok poczty przy dworcu zachodnim. Tego dnia po bombardowaniu, ojca oraz innych załadowali na „cytryny” (tak nazywali samochody ciężarowe, widocznie były to jakieś modele Citroenów) i zawieźli do sprzątania po bombardowaniu. Zbierali z płotów ręce, nogi, jelita, włosy z kawałkiem czaszki i okiem.

Matka później mówiła, że ojciec, gdy wrócił z obozu, to był sino-granatowy. Podczas rewizji znaleźli u ojca w pasiaku zwinięte w kostkę zdjęcie matki. Bili go i katowali tak długo, aby powiedział, kto to jest. Mało brakowało, aby przepłacił życiem za to, że nie chce wyjawić informacji.

 

Panowie życia i śmierci cz 5

Dziś prezentujemy wspomnienia naocznego świadka, a dokładniej kobiety, która po wojnie odmówiła zeznań. Zostały one przeze mnie spisane dopiero w 1980 roku.

Pani Cecylia Fetler z domu Hein, w czasie drugiej wojny pracowała, jako kucharka w restauracji u Picherta, w Dębienku. Codziennie z koszar, z lasu w Dębienku, do lokalu przychodzili Niemcy. Pani Cecylia opowiadała mi, że Niemcy nieraz przynosili ze sobą glapy(wrony). Musieliśmy je skubać i smażyć.

Opowiadała także, jak niosła kiełbasę do leśniczówki na Wypalanki, aby załatwić drewno na zimę. W pewnym momencie usłyszała głosy. Podeszła bliżej i zobaczyła ciężarówkę obudowaną blachą. Miała ona otwarte z tyłu, blaszanymi drzwi. Wewnątrz leżały ciała ludzi. Dwóch Niemców zrzucało je wprost, do dość sporego dołu. Zrzucani wyglądali, jak żywi. Dziś już wiemy, że owych ciężarówek Niemcy używali do gazowania ludzi. Rura wydechowa wprowadzana była do kontenera z żywymi ludźmi, którzy byli w nim szczelnie zamknięci. Gdy taki pojazd pokonywał trasę na przykład z Fortu VII, obozu koncentracyjnego w Żabikowie lub ze szpitala w Kościanie do lasu, w Dębienku, to ludzie zazwyczaj byli już martwi. Gdy pani Celina przyglądała się owej sytuacji, nagle zza krzaków wyskoczył Niemiec z karabinem. Nie krzyczał, tylko pokazał jej ręką, że ma uciekać. Wiedziała, że to, co widziała wystarczy, aby za chwilę skończyła w tym grobie. Nie potrafiła powiedzieć, jak długo biegła, zatrzymała się dopiero wtedy, gdy opadła z sił. Biegnąc nie obróciła się, ani razu. Cały czas czekała, aż usłyszy serię z karabinu maszynowego. Jednak nie padły. Po wojnie odmówiła zeznawania u prokuratora. Bała się zemsty Niemców, gdyż po wojnie wszyscy mówili, iż Niemcy i tak tu wrócą. Uciekając ze Stęszewa Niemcy mówili, iż Hitler ma cudowną broń i w kwietniu będą tu z powrotem. Niemiec, który pilnował w lesie i wskazał Pani Celinie drogę do ucieczki, najprawdopodobniej był z koszar niemieckich, które znajdowały się obok miejsca dzisiejszych grobów w Dębienku. Prawdopodobnie poznał panią Celinę z restauracji, która znajdowała się w Dębienku i w której ona pracowała. Może dlatego nic jej nie zrobił?

77 lat temu mieszkańcami Stęszewa, a także całej Polski wstrząsnęła sensacyjna wiadomość o zbrodni dokonanej podczas dziecięcej mszy w niedziele o godzinie 10 w kościele Jana Bosco w Luboniu.

Niedziela, 27 lutego 1938 roku. Msza o godzinie 10 była przeznaczona dla dzieci. Odbywała się ona w nawie bocznej, południowej, ponieważ pozostała część kościoła była w budowie od 1935 roku. W nawie znajdowała się bardzo duża grupa dziewcząt i chłopców. Starszych mieszkańców zdziwiła obecność bezrobotnego murarza o przekonaniach komunistycznych Wawrzyńca Nowaka. Miał on wówczas 48 lat i znany był z wrogości wobec księży. Około godziny 10.45 proboszcz Streich zdjął ornat i poszedł w kierunku ambony, aby wygłosić kazanie. Ambona znajdowała się z przodu pomieszczenia więc stojące blisko dzieci przesunęły się aby proboszcz mógł swobonie przejść. Nowak siedzący w pobliżu ambony wstał i wyciągnął ukryty pod płaszczem rewolwer i zaczął strzelać. Pierwszy pocisk ugodził księdza w prawą skroń, proboszcz cofnął się o dwa kroki i przewrócił na bok, a wtedy Nowak strzelił jeszcze dwa razy trafiając księdza w plecy. Dzieci ogarnięte paniką krzyczały i tłoczyły się przy wyjściu wzajemnie się tratując. Morderca wszedł na ambonę, machał kapeluszem krzycząć „niech żyje komunizm i wynoście się z kościoła to za waszą wolność”. Po chwili interweniował kościelny Franciszek Krawczyński, który w tym czasie składał ornat przy ołtarzu. Próbował wyrwać mordercy broń. W czasie szamotaniny padły dwa strzały. Pierwsza kula przestrzeliła kościelnemu prawe ramię, druga drasnęła skroń. Kościelny zasłabł i puścił zamachowca. Ranni zostali także dwunastoletni dzieciak – Ignacy Pacyński i Kasia Ciesielska. W lufie był jeszcze jeden nabój, jednak rewolwer się zaciął. Morderca widząc to zaczął uciekać przez kościół, jednak został ujęty przez kolejarza Józefa Mańczaka i organiste Franciszka Szulca, którzy wyprowadzili go na zewnątrz. Wtedy wzburzony tłum zgromadzony przed kościołem próbował dokonać samosądu. Nowaka dotkliwie pobito i tylko interwencja światlejszych parafian uchroniła mordercę przed samosądem. Zabójcę odprowadzono na stację kolejową w Luboniu. Po kilkunastu minutach specjalnym pociągiem Nowaka odwieziono do aresztu policyjnego w Poznaniu. Wieść o zabójstwie szybko rozeszła się po Luboniu i okolicy. W Stęszewie ludzie  byli w szoku, nie wierzyli w to co się stało. Ksiądz proboszcz Kazimierz Stachowiak wieczorem w niedzielę, w dniu morderstwa zorganizował specjalną mszę świętą na której potwierdził informację o strasznej zbrodni. W kościele panowała absolutna cisza, a ksiądz powoli i w pełnej powadze opowiadał o wydarzeniach, które miały miejsce tego dnia w kościele w Luboniu. W rękach wielu mieszkańców Stęszewa pojawiły się chusteczki do ocierania łez. Pamiętam jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku dużo mówiło się o tej zbrodni. Po dokonaniu potwornej zbrodni we wnętrzu w kościele w Luboniu przebywali tylko organista i wikariusz ks. dr Wiktor Koperski, który udzielił proboszczowi ostatniego namaszczenia. O godzinie 14.30 ciało proboszcza przewieziono do zakładu medycyny sądowej w Poznaniu. Ksiądz wikariusz w dniu zbrodni był chory i przebywał w mieszkaniu. Może kula, która się zacięła była przeznaczona dla niego? Morderca Nowak mieszkał w Luboniu u kuzyna Jakuba Sobczaka. W czasie procesu analizowano czy Nowak działał sam czy w większej grupie. W wyniku śledztwa ustalono, że działał sam. Wyrok ogłoszono 21 marca 1938 roku, skazując Nowaka na karę śmierci przez powieszenie. Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej nie skorzystał z prawa łaski, powiedział „nie”. Egzekucję wykonano 28 marca na dziedzińcu więzienia na ulicy Młyńskiej w Poznaniu. Mordercę przebrano z więziennego drelichu w osobiste rzeczy i po kilku godzinach zaprowadzono pod szubienicę. Kapelan więzienny Spachacz do końca prosił Nowaka o nawócenie i spowiedź, jednak nieustannie słyszał stanowcze „NIE”. Jednak, gdy morderca poczuł na szyi pętle, ucałował krzyż. Chwilę później już nie żył. Ciało wydano rodzinie. Morderca z więzienia napisał list do matki zabitego księdza proboszcza z prośbą o przebaczenie. Kobieta odpisała, co do mnie wybaczam, Pan Jezus na krzyżu za swoich katów modlił się więc i ja będę się modliła. Ksiądz Proboszcz w dniu śmierci miał 33 lata. Stanisław Streich był bardzo lubiany przez starszych parafian i młodzież. Jednak jak wykazało śledztwo nie powienien wykorzystywać świątyni do głoszenia swoich antykomunistycznych przekonań, a bezrobony murarz Wawrzyniec Nowak nie powinien go za to zabijać.