środa, 12 Grudzień 2018

2014

Zapalmy świeczkę za tych, którzy nie usiądą już z nami przy stole

Zapalmy świeczkę za tych, którzy nie usiądą już z nami przy stole. Pamięć o nich w naszych sercach nigdy nie zgaśnie – to słowa, które napisała jedna ze znajomych 27-letniej Darii Witczak z Drożdżyc w gminie Stęszew.
W poprzednim numerze KL pisaliśmy o wypadku, w jakim zginęła 23 grudnia, tuż przed wigilią.
Dziś migawki z jej pogrzebu, który odbył się na cmentarzu w Modrzu dnia 7 stycznia w samo południe, o dwunastej. W ostatniej drodze towarzyszyli jej bliscy i bardzo wielu znajomych.(maz)
Na fotografii moment usypywania grobu. Robią to bracia z miejscowości Smętówko – Arkadiusz i Michał

Zaginione utracone część 5

Przed II wojną światową w Stęszewie znajdowały się dwie lodownie.  Jedna znajdowała się w majątku Chmielniki w miejscu gdzie dokładnie dziś znajduje się bar „PARK”.  W 1969 roku została ona zrównana z ziemią. Był to ogromny dół o wymiarach około 6 metrów na 4 metry. Ściany wyłożone były dębowymi Blochami o grubości około 10 centymetrów. Głębokość lodowni wynosiła około 3 metry. Zimą, gdy był silny mróz, kilku ludzi wozami konnymi z wiertarką i piłą jeździli nad jezioro Lipno, wozem wjeżdżali na tafle lodu, wiercili wiertarką ręczną dziurę o średnicy około 10 centymetrów. Następnie piłę wkładano do okrągłego otworu i wycinano bloki lodu 20 na 50 centymetrów. Ich grubość tak jak tafla lodu wynosiła około 20 centymetrów. Bloki lodu ładowano na wóz konny, przewożono do lodowni i układano kostka w kostkę, aż do wierzchu. Na szczycie robiono kopiec. Ocieplenie było wykonane z mchu, liści trocin oraz wiór drzewnych i wynosiło około półtora metra grubości. Przez całe lato wyjmowano w określone dni kostki lodu i sprzedawano właścicielom sklepów i restauracji. Okoliczne majątki posiadały własne lodownie. Co bogatsi ludzie mieli w mieście drewniane lodówki i także kupowali bryły lodu w majątku Chmielniki, ale było ich tylko kilku. Przeważnie ludzie w Stęszewie mieli lodówki – chłodnie w studniach. Masło, smalec i kiełbasy wkładano do wiadra i spuszczano na linie do studni, zanurzając wiadro w wodzie. Panowała tam temperatura około 6 stopni powyżej zera. Druga lodownia znajdowała się w Stęszewie na terenie dworca kolejowego PKP. Została ona zbudowana w 1908 roku. Miała więc ponad 100 lat. Była unikatowym zabytkiem. Niestety w 2013 roku kilkoma podpisami bezdusznych urzędników została skazana na śmierć. Ze łzami w oczach wpisywałem ją na listę zaginione – utracone. Boli to tym bardziej, iż nie zrobili by tego ani Szwedzi, ani Niemcy, ani Rosjanie, ani inni zaborcy, niestety – zrobili to Polacy. Lodownia jak na tamte czasy była bardzo nowoczesna. Mury wykonane były z cegły, grube ocieplenia nie były wykonane z liści i mchu, lecz ze szlaki. Między wejściem do magazynu, a wejściem do lodowni znajdował się mur oporowy o grubości około metra. Najpierw otwierano drzwi  do magazynu przejściowego, gdzie gromadzono bryły lodu, następnie zamykano drzwi i otwierano drzwi do lodowni i przenoszono bryły lodu z magazynu do lodowni. Wychodząc najpierw otwierało się drzwi od lodowni, a następnie zamykano i dopiero potem można było opuścić budynek. Gdy lodownia była zapełniona bryłami lodu, drzwi zostawały szczelnie zamykane. Od środka były one uszczelnione słomą na grubość około 20 centymetrów. Na dworcu potrzebne były duże ilości lodu na lato, ponieważ w stęszewskim dworcu, po otwarciu znajdowały się dwie restauracje kategorii I i II. W piwnicach dworca i stęszewskich hoteli i restauracji. Do sufitów przymocowane były specjalne haki – kotwice, na których wisiały całe zabite zwierzęta – kozy, świnie, owieczki i inne. Do dzisiaj w Stęszewie nie używa się nazwy chłodziarka tylko lodówka. To właśnie od tych drewnianych skrzynek – szafek, w które wkładano bryłę lodu, nazywając je lodówką.  Wróćmy do lodowni – ziemianki, w majątku Chmielniki. W styczniu 1945 roku w lodowni zrobiono magazyn broni z okolic Stęszewa. Dookoła miasta na polach leżały karabiny, granaty, moździerze i inna broń. To wszystko ludzie znosili do miasta i składowane było to w owej ziemiance. Saperzy twierdzili, iż w razie wybuchu, jego siła nie pójdzie na boki, tylko do góry. W późniejszym terminie tę zawartość przewieziono do Poznania, a co się z tym później stało, niewiadomo. Nie raz, gdy obserwuję co się dzieje w tym kraju, nie dziwię się iż już około trzy miliony młodych ludzi wyjechało za granicę i nie mają zamiaru wracać. Wcale im się nie dziwie. Chciałbym mieć dzisiaj dwadzieścia lat, myślę że też wyjechałbym stąd na zawsze. Badając historię Polski dostrzegam iż ten kraj od 966 roku nigdy nie był wolny, zawsze o losach Rzeczpospolitej decydowali inni.

„Zaginione – utracone część 4”

„600 lat miasta Stęszewa i okolicznościowy stempel”

W moim archiwum znalazłem kilkadziesiąt pocztówek i kopert z naklejonymi znaczkami i okolicznościowo podbitym stemplem w kształcie prostokąta o wymiarach 3cm x 5cm. U góry stempla znajduje się napis 600-lecie miasta, a na dole Stęszew oraz data 20.09.1970r. Po środku herb miasta Stęszew. Przez lata stempel gdzieś zaginął. Znalazłem w moim archiwum wycinek z gazety express poznański z 1969 roku, gdzie jest wyraźnie napisane, iź poczta otrzyma okolicznościowy datownik. W swoich zbiorach posiadam około 18 tysięcy znaczków pocztowych oraz około setki pocztówek i kopert z okolicznościowymi datownikami. Bardzo chciałbym mieć w posiadaniu wyżej wspomniany datownik okolicznościowy na 600 lecie miasta Stęszewa, jednak wiem, iż miejsce tego datownika jest w Muzeum Regionalnym. Za przekazanie wspomnianego datownika wyznaczam nagrodę 200 złotych dla ofiarodawcy. Może ktoś jeszcze z mieszkańców Stęszewa się dołoży, kwota wzrośnie i zwiększy się szansa odzyskania zaginionego, utraconego datownika. Osoby zainteresowane sprawą proszę o kontakt pod numerem telefonu 602-537-326. Może także nowa rada miasta ze swoich diet dołoży kilka złotych do nagrody. Mieszkańcy Stęszewa są wspaniałymi i kochanymi ludźmi. To nie prawda, iż jest to zapyziałe miastom, jak mówią niektórzy mieszkańcy. Przez ostatnie trzy lata zorganizowałem w Stęszewie trzy wystawy. Na wystawy „Od kijanki do automatu” oraz „Używane klucze nie rdzewieją” przyszło ponad 2,5 tysiąca ludzi. Pan Burmistrz stwierdził, iż przez ostatnie 42 lata w Muzeum nie było 2,5 tysiąca ludzi. Dwa tygodnie temu wraz z Muzeum w Stęszewie zorganizowaliśmy kiszenie kapusty. Na rynku zgromadziło się około 250 uczniów pobliskich szkół. Przed muzeum wystawione były maszyny i stare heble do cięcia kapusty oraz beczki i inne przedmioty. Samochody i autobusy przejeżdżające przez rynek hamowały i ludzie mogli zobaczyć, że jednak coś się dzieje. Po 44 latach z mojej inicjatywy i pod przychylnością Pana Burmistrza powstała książka „Stęszew i okolice zarys dziejów do roku 1945”. Do dnia wydania wyżej wspomnianej książki, uczniowie z okolicznych szkół oraz studenci z poznańskich uczelni  chcący uzyskać informacji na temat Stęszewa mogli korzystać tylko i wyłącznie ze zbiorów Pana Jana Szurka oraz z moich. Teraz się to zmienia. Pan Burmistrz zapowiedział wydanie kolejnych publikacji. W naszym mieście można zorganizować bardzo wiele, trzeba w tym celu rozmawiać, współpracować ale przede wszystkim trzeba chcieć. W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować mieszkańcom Stęszewa i okolic za miłe telefony, listy, fotografie oraz pamiątki przekazywane na moje ręce, wiedząc iż są w dobrych rękach. Obok zamieszczam kilka zabytkowych datowników, które mają dużą wartość, jednak dla mnie największą wartość ma datownik z roku 1969 ze Stęszewa, pod warunkiem, że zostanie on przekazany do muzeum w Stęszewie. Bardzo nie lubię używać słowa „ja”, jednak pisząc na tematy historyczne oraz pamiętniki, nie raz jestem zmuszony go użyć, za co przepraszam. Mogłem zostać w życiu kimś, zostałem tylko człowiekiem. Chciałbym wspomnieć, iż ktoś w Warszawie w  Ministerstwie Kultury zauważył takiego malutkiego człowieka jak ja i uhonorował mnie srebrnym medalem opiekuna Pamięci Narodowej. Żałuję, że Ci, którzy mnie nim obdarzyli nie wiedzą, że czasami nie mam 20 złotych na zakup farby aby zabezpieczyć jeden z kilku tysięcy zabytkowych przedmiotów, które za chwilę mogą być wpisane na listę „zaginione – utracone”. Przedmioty, które zgromadziłem powinny być wpisane na listę „UNESCO”. Są to bezcenne unikaty. Gdyby zgromadzić to w muzeum, było by to jedyne na świecie muzeum prania. Córka i syn szukają w internecie podobnych tematów i nic takiego nie mogą znaleźć. Jeszcze raz dziękuję mieszkańcom Stęszewa i okolic za listy, fotografie, pamiątki i dobre słowo do mego dalszego działania w celu promocji miasta, a w szczególności dziękuję Panu Burmistrzowi za słowa wsparcia i zachętę do dalszej działalności na rzecz promocji miasta. Chciałem tylko dodać, iż ani dobrym słowem, ani medalami z ministerstwa kultury nie da się pomalować, ani zabezpieczyć przed deszczem kilku tysięcy zabytkowych przedmiotów. Są one moją opoką, miłością, nie chcę aby Bóg pozwolił mi umierać razem z nimi.

Zaginione-utracone część 3

Tor regatowy Poznań – Witobel

W okresie międzywojennym, decyzją Poznańskiego Komitetu Towarzystw Wioślarskich, pod Stęszewem, na Jeziorze Witobelskim powstał tor regatowy. Długość toru dla mężczyzn wynosiła 2,000 metrów, natomiast dla kobiet 1,200 metrów. Pierwsze regaty odbyły się w roku 1930. Brali w nich udział wioślarze z Torunia, Kalisza, Bydgoszczy i Poznania. W latach trzydziestych, przed decydującymi, międzynarodowymi regatami z hoteli poznańskich codziennie dowożono zawodników na treningi. Na Jeziorze Witobelskim odbyły się między innymi opisywane w prasie europejskiej przedolimpijskie regaty eliminacyjne w 1932 roku. W dniach 12 i 13 sierpnia 1939 roku na Jeziorze Witobelskim odbyły się 20-ste ogólnopolskie regaty związkowe o Mistrzostwo Polski pod patronatem Marszałka Polski Edwarda Śmigłego-Rydza. Zachował się szczegółowy program owych regat. W komitecie honorowym zasiadał między innymi Minister Spraw Zagranicznych Józef Beck, Wojewoda Poznański Ludwik Bociński oraz Tadeusz Ruge – Prezydent Poznania.

Regaty były dobrze przygotowane organizacyjnie. Dyżury pełnili lekarze, a także przedstawiciele prasy. Wszyscy mieli opaski na rękach w wyznaczonych kolorach. Prasa lokalna, krajowa i zagraniczna donosiła o bardzo dużym zainteresowaniu regatami. Z Poznania do Stęszewa zostały uruchomione specjalne pociągi i autobusy. Niestety po II wojnie światowej, przez dziesiątki lat Stęszew słynął tylko z nieznośnego smrodu roszarni (fabryki płótna lnianego). Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Stęszew zasłynął z produkcji plandek. Pamiętam jak w tamtych właśnie czasach mieszkaniec urodzony w Stęszewie osobiście z kilkoma ludźmi, w  małych pomieszczeniach szył z płótna lnianego plandeki do tirów. Pojazdy podjeżdżały na rynek wzdłuż ulicy Kosickiego (dawnej ulicy Strzeleckiej). Właściciel firmy oraz pracownicy dźwigali na ramionach bardzo ciężką, ogromną plandekę. Szli ulicą Szkolną, następnie Kuśnierską i potem przez cały rynek, aby zamontować plandekę na tirze. Pracę taką wykonywali codziennie. Później firma została przeniesiona do Zamysłowa. Jakiś czas temu mieszkaniec Stęszewa opowiadał mi o swojej wizycie w Ameryce. W porcie stał olbrzymi kontenerowiec, a na kilku plandekach przykrywających kontenery widniał napis POL-PLAN Stęszew-Zamysłowo. Powiedział do mnie: Zbyszek, nie wstydzę się, powiem Ci, rozpłakałem się jak dziecko. Proszę, aby mieszkańcy miasta i gminy Stęszew pamiętali, iż Stęszew w obecnej chwili słynie na całym świecie z produkcji plandek i namiotów dzięki jednemu człowiekowi. Pionierem i ojcem owej produkcji był i jest właściciel firmy POL-PLAN, Beniu Bródka. Także dzięki niemu Stęszew nie słynie już w kraju i Europie z przykrych zapachów wydobywających się z roszarni. Wracając do tematu regat w Witoblu słynnych przed wojną w całej Europie nie pozostało nic. Jeszcze w roku 1985 znalazłem w trawie pozostałości  ceglanych fundamentów. Z żalem wkładam fotografie i dokumenty dotyczące tego tematu do jednej z setek teczek w moim archiwum, na której widnieje napis „zaginione-utracone”.

* * *

Tor regatowy w Stęszewie na jeziorze Witobelskim został zorganizowany i wybudowany dzięki Władysławowi Kontrowiczowi. Urodził się on w Stęszewie w 1878 roku na ulicy Poznańskiej nad apteką. Następnie do 1895 roku mieszkał z rodzicami i dwiema siostrami na ulicy Szkolnej. W roku 1904 związał się z pierwszym klubem poznańskim „POSENER”. Była to placówka nie tylko sportowa, ale także podtrzymująca ducha narodowego w okresie zaboru niemieckiego. Następnie w tym samym roku objął funkcję sekretarza klubu wioślarskiego Poznań. W 1919 roku został współzałożycielem związku Towarzystw Wioślarskich w Warszawie.

Zmarł w Śremie w wieku 97 lat. Został pochowany w rodzinnym grobowcu w Stęszewie przy kościele farnym, na prawo od dzwonnicy. Regaty międzynarodowe w Witoblu powstały tylko dzięki Władysławowi Kontrowiczowi, który został wybrany przewodniczącym zarządu klubu Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich.

Proszę, aby mieszkańcy Stęszewa i okolic pamiętali, iż to właśnie dzięki niemu Stęszew, a właściwie Witobel był znany w całej Europie. Wspomnę także, że Władysław Kontrowicz był także dyrektorem hotelu „BAZAR”. Był bardzo cenionym kupcem i bankowcem.

Zbigniew Tomaszewski

Zaginione – utracone, część 2

Krzyże (tolerancja)

W poprzednim numerze KL rozpoczęliśmy owy cykl nazwany „Zaginione-utracone”. Do artykułów daliśmy motto zawarte w podtytule nowego cyklu. Przypomniałem w poprzednim numerze słowa Artura Hazeliousa, że poznanie i umiłowanie przeszłości są zasadniczym fundamentem dla wszelakiej nowej produkcji – drzewo jest mocniejsze, gdy głębokie korzenie zapuszcza.

Chciałem zasygnalizować, że warto z większą, niż dotąd troskliwością zbierać pamiątki historii, a nade wszystko zachowywać budynki historyczne. Przekonalibyśmy się, że każdy gmach starożytny, każde miasteczko, każda niemal najlichsza wioska, ma pewną ważność historyczną, a na szperaniach takowych, dzieje narodu i literatura zyskałaby nieskończenie. To są z kolei słowa Józefa Łukaszewicza wypowiedziane w roku 1936.

Wróćmy zatem do obecnego materiału. W czerwcu 2012 roku przyjechał do mnie na skup złomu Henryk Szymyślnik z Dębna w gminie Stęszew. Był bardzo smutny i miał łzy w oczach. Zapytał mnie, czy nikt nie przywiózł na mój skup krzyża, bo ktoś dźwigiem zabrał go przez płot i wywiózł, a on chciałby go odkupić i ustawić z powrotem przed domem.

Pomysł powstania krzyża powstał w stanie wojennym w 1982 roku. Słup żeliwny został podarowany przez księdza Stanisława Zemułę, z remontu domu Chrystusowców w Murkowie. Umieszczony na drewnianym krzyżu żeliwny odlew pasyjki Chrystusa został znaleziony w krypcie Kościoła Chrystusowców w Potulicach. Zniszczony, został odnowiony w „Wiepofamie” w Poznaniu przez Franciszka Skrzydlewskiego ze Stęszewa. Montażu całości dokonał w sierpniu 1985 roku Pan Henryk Szymyślnik. Krzyż ważył około 400 kilogramów. Na żeliwnej kolumnie odlana była data 1896 rok. Na stopie znajdował się odlew dat oraz napis po niemiecku. Pasyjka z grobu pochodziła z 1910 roku. Kultura i tradycja poniosła ogromną stratę, a Pan Henryk został bardzo zraniony. Nawet gdyby człowiek, który to uczynił przeprosił Pana Henryka, na jego sercu pozostała by rana do końca życia. W ludziach brak jest tolerancji. Należy szanować wiarę i poglądy drugiego człowieka. To jest tak, jakby któryś z moich znajomych u mnie w domu, wbił gwóźdź młotkiem w stół. Zadałbym mu wtedy pytanie, co uczynił, a on wziąłby obcęgi, wyciągnął gwóźdź ze stołu i powiedział przepraszam, nie gniewaj się. Nie gniewałbym się na niego, aczkolwiek dziura w moim stole pozostałaby już na zawsze. Inny przypadek braku tolerancji ukazał się ze strony Księdza Proboszcza, który do niedawna czynił swoją posługę w Stęszewie, wówczas gdy urodziła się moja córka i wraz z żoną chcieliśmy ją ochrzcić. Ksiądz jednak by to zrobić postawił warunek. Powiedział, iż ochrzci dziecko po mszy, ale oboje rodziców oraz rodzice chrzestni muszą być na mszy w kościele. Żona powiedziała księdzu, iż mąż nie przyjdzie na msze, wtedy ksiądz odmówił udzielenia chrztu. Żona wówczas pojechała do Kościana, do księdza Bartoszewskiego. Po mszy i chrzcie ksiądz Bartoszewski z uśmiechem podszedł do mnie, podał mi rękę i zapytał: Zbyszek i co, przyszedłeś do kościoła. Odpowiedziałem że tak, ponieważ nikt mnie do tego nie zmusił i nie stawiał mi warunków. Kolejny przypadek braku tolerancji w moim życiu nastąpił wówczas, gdy babcia mojej żony powiedziała  mi, że jej wnuczka niedługo będzie rodzić dziecko bez ślubu kościelnego. Od razu powiedziałem, że się tym zajmę. Następnego dnia pojechałem do księdza proboszcza. Zgodził się, ale wtedy także postawił warunek, mianowicie musiałem udać się do spowiedzi. Powiedziałem, że nie pójdę, jednak on odpowiedział, że muszę. Babcia płakała, żona też. Wystąpił tutaj kolejny przykład tolerancji. Powiedziałem sam sobie, że pójdę do spowiedzi. Pojechałem do Poznania, do kościoła. Kolejki nie było. Starszy ksiądz siedział w konfesjonale. Podszedłem, uklęknąłem i zaczęła się chwila prawdy. Powiedziałem, iż u spowiedzi nie byłem przez ponad 20 lat, a także że regularnie chodzę do świątyni, do lasu do świętego gaju na Boruji koło Stęszewa. Tam spowiadam się przed Bogiem i uważam,  że to jest prawdziwa spowiedź, ponieważ księdza można okłamać, Boga nie. To tam rosną święte dęby, bo to drzewa dają nam ogień i owoce. Płynie tam, przez święty gaj rzeka, w której można obmyć ręce i twarz. Kiedyś był tam także święty ogień, jednak dzisiaj go tam nie ma, bo okupanci z Watykanu i Germanii zgasili go toporami i krwią. Ogień, drzewa i woda są darami Boga, który je stworzył i dał ludziom. Bez wody, ognia i drzew człowiek umiera. Kościół ludzie ukeili z gliny, cegieł, drewna oraz betonu. Wodę święconą stworzył ksiądz, czyli człowiek. Nie wyobrażam sobie, abym był w świętym gaju, modlił się do świętych dębów, spowiadał się przed nimi, obmywał bym ręce i twarz wodą z rzeki, a ktoś z boku obserwował by mnię i zapytał czy nie mam w domu łazienki. Rozmawiasz z gałęziami, twój kościół jest w Kościanie w zakładzie psychiatrycznym. Powiedziałbym jeszcze wiele innych grzechów, ale nie mogę o nich pisać, bo ludzie by mnie zamordowali, tak jak niegdyś uczynili z żydem o imieniu Jezus. Po około czterdziestu minutach spowiedzi ksiądz zadał mi tylko dwa pytania, mianowicie czy dzieci też będę woził do spowiedzi do świętego gaju, odpowiedziałem, że nie. Niech one same wybiorą, co jest dla nich najlepsze. Kolejne pytanie dotyczyło tego, czy mam na ścianach w domu krzyże i święte obrazy. Odpowiedziałem że tak. Żona je powiesiła i ja to toleruję i szanuję. Ksiądz wyszedł z konfesjonału i powiedział, że mam wstać. Myślałem, że chce mnie wyrzucić z kościoła, jednak on wyciągnął rękę, uścisnął mi rękę, a drugą położył na ramieniu. Powiedział, że ma niecałe siedemdziesiąt lat i w swoim życiu wysłuchał dziesiątki tysięcy spowiedzi, jednak tak szczerej nie słyszał nigdy. Dał mi rozgrzeszenie oraz zaświadczenie, że byłem u spowiedzi. To był dla mnie wspaniały przykład tolerancji, którego tak bardzo brakuje na świecie. Wspomnę jeszcze o jednym, wspaniałym przykładzie tolerancji. Mianowice, od 10 lat opiekuję się grobem księdza proboszcza jednej z parafii w Wiedniu, w Austrii. Był jedynakiem, urodził się w Krakowie, a swoich rodziców pochował w grobowcu w jednej z urokliwych wsi pod Stęszewem. Co jakiś czas przyjeżdża do mnie, aby się rozliczyć. Najpierw jedzie z Austrii do Krakowa, następnie do Stęszewa. Będąc w trasie dzwoni do mnie z prośbą, aby moja żona ugotowała obojętnie jaką, polską zupę oraz by na stole znajdował się chleb. Kiedyś podczas takiej wizyty zadał mi trudne pytanie, mianowicie: Panie Zbyszku, jak to jest, że zawsze mnie pan tak uczciwie traktuje? Rozliczenia, paragony, faktury, wszystko z dokładnością co do grosza. Myślałem, że takich ludzi już nie ma.” Moja żona, wiedząc, że odpowiedź na pytanie będzie dla mnie trudna, włączyła się do rozmowy: „Proszę Księdza, mąż spowiada się przed Bogiem w lesie, w świętym gaju. Twierdzi, że księdza można okłamać, ale Boga nie. Gdy ksiądz odjechał zapytałem się żony dlaczego to zrobiła. Nie było mi żal pieniędzy, lecz wartościowego człowieka, którego ceniłem i szanowałem. Byłem pewny, że tego dnia widziałem go po raz ostatni. Byłem bardzo zadowolony, gdy po dwóch dniach zadzwonił do mnie z Wiednia. Jest to przykład tolerancji, której tak bardzo brakuje w obecnym, rozpędzonym życiu. Jednakże człowiek, który ukradł Panu Henrykowi Szymyślnikowi krzyż na pewno nie jest dobrym, ani tolerancyjnym człowiekiem. Szkoda, że obecnie tolerancja, dobroć oraz inne wartości są w tak niskiej cenie. Pan Henryk dzwonił do mnie i powiedział mi, że krzyż, który zaginął ukradł ktoś z jego najbliższego otoczenia. Zabrał mu coś, co kochał, zranił jego uczucia, naruszył sferę miłości do jego relikwii. Jest to rana na sercu, która nigdy się nie zagoi.

Zbigniew Tomaszewski

 

Motto do podtytułu”

„Tak długo trwa jakiś naród, póty przeszłość jego nie ustanie. Poprzez teraźniejszość styka się z przyszłością” – Adam Mickiewicz.

 

MOTTA do nowego cyklu

„Tak długo trwa jakiś naród, póty przeszłość jego nie ustanie. Poprzez teraźniejszość styka się z przyszłością” – Adam Mickiewicz.

Poznanie i umiłowanie przeszłości są zasadniczym fundamentem dla wszelakiej nowej produkcji – drzewo jest mocniejsze, gdy głębokie korzenie zapuszcza” – Artur Hazelious.

„Gdybyśmy z większą, niż dotąd troskliwością zbierali pomniki historyczne, przekonalibyśmy się, że każdy gmach starożytny, każde miasteczko, każda niemal najlichsza wioska, ma pewną ważność historyczną, a na szperaniach takowych, dzieje narodu i literatura zyskałaby nieskończenie” – Józef Łukaszewicz rok 1936.

Zaginione – utracone część 1

Postanowiłem zrobić trochę przerwy między felietonami z cyklu „Panowie życia i śmierci”. Napisałem ich już 21, a jest to bardzo trudny temat. Badaczem historii, który zainteresował mnie tą właśnie tematyką był Józef Łukaszewicz, mieszkaniec Stęszewa, urodzony w Krąplewie. Aby zostać kimś takim, jak on, trzeba najpierw przeczytać około tysiąca książek, zaznaczając w nich ołówkiem lub małymi fiszkami (karteczkami) najbardziej interesujące tematy. Następnie trzeba przeczytać kolejny tysiąc książek, aby dowiedzieć się więcej na temat informacji, które zainteresowały nas we wcześniejszych książkach. Niektóre badania zajęły mi ponad 30 lat, jednak było warto. Radość, którą czujemy znajdując w archiwum po kilkunastu latach dokumenty, które nas interesowały, nie da się wyrazić w słowach. Podczas wizyty w klasztorze w Lubiążu, o czym wspomniałem w poprzednim felietonie, po kościele w klasztorze oprowadzała nas pani przewodnik. Mogliśmy tam obejrzeć puste mury, ponieważ Niemcy ukryli całe wyposażenie kościoła przed Rosjanami.

Po zakończeniu oprowadzania przewodniczka zapytała, czy ktoś z nas ma jakieś pytania. Ja zadałem następujące: „Czy wie pani o tym, że w kościołach, na wysokości 6-8 metrów od posadzki, przeciągano lniane nitki, aby głos odbity od sufitu nie wracał na dół?”

Pani przewodnik odpowiedziała, że nic jej na ten temat nie wiadomo. Po chwili któryś z wycieczkowiczów krzyknął, że jest taka nitka! Znajdowała się na wysokości około 8 metrów. Niedługo potem znaleźliśmy jeszcze trzy kolejne. Pani przewodnik dziękowała dodając, że będzie miała kolejną rzecz, którą pokazując i mówiąc o zabytkach, będzie mogła zaciekawić turystów.

Gdyby nie książki, nigdy nie dowiedziałbym się o owych nitkach. Są to oczywiście bardzo stare książki, mają około dwieście lat. Bibliofile, czyli kolekcjonerzy bardzo starych, zakurzonych, często pleśniejących książek nazywają je „białymi krukami”. Dla bibliofilów takie „starocie” są piękne i unikatowe.

Józef Łukaszewicz w archiwach odkrył na przykład, że budowniczym Ratusza w Poznaniu był Jan Baptysta Cuardo. Gdyby nie Łukaszewicz, nic byśmy o tym nie wiedzieli.

Ja także dokonałem ważnego odkrycia w księdze napisanej przez księdza Antoniego Nowowiejskiego, który był profesorem Seminarium Diecezjalnego w Płocku w roku 1893. Na podstawie jego książki ustaliłem, iż chrzcielnica znajdująca się obecnie w kościele farnym w Stęszewie nie pochodzi, jak czytamy w przewodnikach z 1771 roku, ale przeniesiona została tam z kościoła Świętego Ducha, a później ze Świętej Anny. Pierwszy z kościołów istniał do roku 1512. Według tej książki ustaliłem także, gdzie w wymienionym wyżej kościele znajdował się główny ołtarz. W księdze tej napisane jest według synodu, iż w razie likwidacji kościoła wszystkie cenne przedmioty należy przenieść do znajdującego się w pobliżu kościoła, a w miejscu głównego ołtarza ustawić krzyż. Właśnie w 1512 roku krzyż ustawiono w miejscu głównego ołtarza.

Do 1939 roku krzyż znajdował się z lewej strony od stęszewskiego ratusza. Warto przypomnieć, że został on po wojnie rozbudowany i dziś znajduje się w tym budynku biblioteka i dom kultury. Można go zobaczyć na starych fotografiach.

Po zwycięskim Powstaniu Wielkopolskim, pod tym krzyżem zakopano w szklanej, zalakowanej butli nazwiska i adresy Powstańców Wielkopolskich ze Stęszewa i całej gminy. Gdyby butla ta dostała się w ręce Niemców, w przeciągu kilku dni wszyscy zostaliby zamordowani. Po opanowaniu Stęszewa przez Niemców znalazło się jednak kilku śmiałków. Byli to Pan Wosiewicz, pseudonim „Juku”, drugi to Pan Andrzej Waselczyk, pseudonim „Kościelny” i trzeci Czesław Alejski. Jak powiedział mi Jan Alejski, syn Czesława, nazywali ich w Stęszewie „Świętą Trójcą” To właśnie oni mieli tyle odwagi, żeby narażając się na śmierć wykopali butlę i zniszczyli ją. To właśnie dzięki nim bardzo wiele osób uniknęło śmierci. Wkrótce po ich szlachetnym czynie, jako że krzyż wykonany był z żeliwa, Niemcy wykorzystując Polaków zmuszonych do pracy, wykopali krzyż i przekazali go na złom. Polacy przemycili tylko pasyjkę i umieścili ją na krzyżu, który stoi na skrzyżowaniu ulic Kościańskiej i Lipowej. W miejscu, gdzie do 1939 roku stał krzyż, ktoś posadził drzewo. Jest nędzne, rośnie między murami. Istnieje prawdopodobieństwo, że zostało ono posadzone przez wspomnianą Trójcę Świętą. Dalszy ciąg w kolejnych numerach KL.

„Po co światło człowiekowi, który nie wie dokąd iść?, Człowiek, który nie szanuje przeszłości, zniża się do poziomu zwierząt, Czy ktoś kiedyś widział, aby krowa w oborze miała portret swojego dziadka?”

Zbigniew Tomaszewski, 2014r

Ksiądz – Powstaniec z Bonikowa część 2

1 sierpnia 2014 roku, w 16-tym numerze Kuriera Lokalnego przedstawiłem pierwszą część życiorysu księdza proboszcza Kazimierza Stachowiaka. Dzisiaj chcę przedstawić kolejną część historii jego życiorysu.

Ksiądz Kazimierz Stachowiak, po zdaniu egzaminu proboszczowskiego został z dniem 1 kwietnia 1917 roku mianowany administratorem parafii budzyńskiej. Dokumenty z teczki personalnej zachowały ślady konfliktu księdza proboszcza Kazimierza Stachowiaka z Towarzystwem Gimnazjalnym „Sokół”. Chodziło o wiceprezesa, pierwszego komisarycznego burmistrza Budzynia, aptekarza Fraciszka Kiersteina, żyjącego w konkubinacie.

Ksiądz Stachowiak przy pomocy policji wymógł na Towarzystwie opuszczenie świątyni. To wydarzenie z roku 1927 spowodowało lawinę korespondencji „za” i „przeciw”. Poszły pisma do władz świeckich i do kardynała prymasa Augusta Hlonda, dziś Sługi Bożego. Nie ma żadnego śladu w reakcji Prymasa Polski. Wydaje się, że wysoki autorytet drugiej osoby w Państwie usprawiedliwia milczenie. W końcu burmistrz Budzynia Witold Pituła w piśmie do władz kościelnych opowiedział się przeciwko proboszczowi, a przy tym zarzucił mu „mieszanie się do samorządu miejskiego”.

Łaska Boża płynie nieznanymi nurtami. Aptekarz Franciszek Kierstein był zawsze wzorowym Polakiem i człowiekiem religijnym. Szczęśliwie się stało, że po śmierci jego pierwszej żony mógł uporządkować swoje życie małżeńskie i odnowić przymierze z Kościołem. Jego druga żona przeszła na wiarę katolicką. Cały proces konwersacji przeprowadził ksiądz infułat Jany, proboszcz parafii farnej w Poznaniu, doskonale władający językiem niemieckim. Był kapłanem o dużym autorytecie.

Na tle opisanego konfliktu widać jasno dwie drogi: drogę prawa kanonicznego, którą szedł budzyński proboszcz i drogę łaski, którą wyznacza Duch Święty. Tą drogą w nadziei szli Kiersteinowie, którzy stali się wzorem chrześcijańskiego życia. Prymas Polski kardynał August Hlond zlecił księdzu Kazimierzowi Stachowiakowi z dniem 1 września 1929 roku, do odwołania, urząd Inspektora Duchownego „Nauki religii w szkołach typu powszechnej na powiat chodzieski”

Dnia 14 marca 1930 roku ks. Kazimierz Stachowiak wniósł do Prymasa podanie o przydzielenie parafii w Stęszewie. Prymas Polski, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański zamianował go z dniem 1 października 1930 roku administratorem parafii w Stęszewie, w której pracował do chwili aresztowania i osadzenia w obozie koncentracyjnym w Dachau.

Okoliczności aresztowania księdza Stachowiaka opowiedziała księdzu kanonikowi Janowi Małecie, byłemu proboszczowi w Stęszewie, Bronisława Nowicka, urodzona w 1929 roku w Stęszewie, gdzie mieszka do dnia dzisiejszego. Bronisława Nowicka stwierdziła, że „ksiądz proboszcz Kazimierz Stachowiak, po przyjściu do Stęszewa w 1930 roku, mieszkał na plebanii, która znajdowała się wtedy przy kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Znajdujące się tam gospodarstwo rolne i probostwo prowadziły dwie rodzone siostry. We wrześniu tego samego roku ks. Stachowiak musiał opuścić probostwo i zamieszkał w budynku obecnego wikariatu przy kościele parafialnym. We wrześniu 1940 roku komendant miejscowej policji, życzliwy dla Polaków, uprzedził proboszcza o dniu i godzinie mającego nastąpić aresztowania przez Niemców. Radził, by wyjechał zawczasu ze Stęszewa. Ksiądz oświadczył, że swojej parafii nie opuści. Bronisława Nowicka zaznaczyła, że zapamiętała moment aresztowania, bo brama jej domu rodzinnego wychodziła na ul. Kościelną, prawie naprzeciw wikariatu. Przed wejście na wikariat zajechało czarne auto, z którego wysiadło dwóch oficerów tajnej policji politycznej. Proboszcz wyszedł do nich ubrany w sutannę. Jego siostry podały mu płaszcz, kapelusz i teczkę. Został wywieziony ze Stęszewa”. Aresztowany 7 października 1941 roku. Zmarł na skutek zagazowania 7 września 1942 roku.

Badacz i znawca życiorysów kapłanów z powiatu chodzieskiego Waldemar Janiszewski z Margonina napisał o ks. Stachowiaku artykuł pt. „Zapomniany kapłan”. Autor artykułu przypomina, że ks. Kazimierz w 1918 roku został wybrany prezesem Rady Ludowej w Budzyniu, gdzie 15 grudnia zwołał wielki wiec z udziałem mieszkańców Budzynia i okolicznych wiosek. Wyróżniał się nieprawdopodobną odwagą. Był bowiem w styczniu 1919 roku wśród powstańców Chodzieży, a w Budzyniu organizował obronę miasta. Uczynił z Budzynia garnizon powstającego batalionu wojsk powstańczych i był ich kapłanem. Po rozejmie w Trewirze, 26 kwietnia 1919 roku wprowadził do ratusza pierwszą radę miejską. Dnia 6 stycznia 1925 roku przyjechał do Budzynia generał Józef Dowbor-Muśnicki i w otoczeniu wszystkich powstańców wręczył mu pamiątkową Odznakę Wojsk Wielkopolskich. Wydaje się (piszę, jako laik-nie historyk), że ksiądz Kazimierz Stachowiak nie został należycie uhonorowany.

W dniu 21 września 2014 roku pojechałem z wycieczką autobusem, jak co roku do Lubiąża, aby na bieżąco śledzić postępy remontu klasztoru cystersów. Jest to największa w Europie budowla, trzykrotnie większa od Wawelu. Ściana frontowa ma długość 224 metrów. Od roku 1991, w którym rozpoczął się remont, jeżdżę tam co roku. Znam bardzo wielu Polaków, którzy byli we Włoszech, Grecji, Turcji, czy w Egipcie. Na moje pytanie, czy byli w Lubiążu, albo czy widzieli Kanał Elbląski, pytali ze zdziwieniem, co to jest. Żal mi tych ludzi. Idealnie wpasuje się tu powiedzenie „Cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Obok mnie w autobusie siedział starszy, osiemdzisięciojednoletni pan. Powiedział, że jest historykiem. Po ukończeniu szkoły zrobił doktorat. Obecnie jest w trakcie pisania kilku książek. Zaczęliśmy rozmawiać o księdzu Czesławie Coftcie, który udzielał mu pierwszej komunii świętej. Wtedy ja, ze szczegółami zacząłem opowiadać o księdzu Coftcie. O tym, że jego pseudonim był „tutejszy”. Wymieniałem daty i nazwiska. Opowiadałem o tym, jak z więzienia z Piły został przewieziony do obozu w Żabikowie, i że tam komendant Hans Walter zamęczył go. Dnia 4 października 1944 roku, na wpół żywego kazał wrzucić do trupiarni, Pan doktor zapytał wtedy skąd to wszystko wiem, i że nawet on nie posiada takiej wiedzy. Odpowiedziałem, że także jestem w trakcie pisania książki. Pan doktor zaczął opowieść, że w Lubaszu koło Trzcianki, gdzie się urodził, co roku 4 października, w rocznicę śmierci księdza Czesława Cofty odprawiana jest msza święta. W tym roku, w 70 rocznicę odprawiona została uroczysta msza z udziałem biskupa Gądeckiego. Było kilka osób, których ksiądz Cofta przygotowywał i udzielał im pierwszej komunii, a także starsza pani, bliska rodziny księdza.

Po mszy odbyło się spotkanie przy kawie. Ktoś zaproponował, aby starszej pani odśpiewać „sto lat”. Po odśpiewaniu pieśni ona wstała i zapytała: Komu śpiewaliście te 100 lat, bo ja w marcu skończyłam 101″. Jedni zbledli, inni się roześmiali, babcia machnęła ręką i usiadła.

Może by tak w Stęszewie, co roku odprawiać w rocznicę śmierci księdza Kazimierza Stachowiaka msze świętą? Może by w muzeum stworzyć choćby niewielki kącik z pamiątkami po księdzu Stachowiaku? Może by tak ustawić skarbonę w kościele na nową, piękną, odlaną z brązu tablicę upamiętniającą męczeńską śmierć księdza Kazimierza?

Zbigniew Tomaszewski

PANOWIE ŻYCIA I ŚMIERCI

W kolejnym felietonie z cyklu „Panowie życia i śmierci” chcę przedstawić postać księdza Kazimierza Stachowiaka. Od 1930 roku był proboszczem w Stęszewie. Został zamordowany w obozie w Dachau. Na podstawie relacji świadków, mówiących o znęcaniu się i katowaniu przez Hansa Waltera, księdza Czesława Cofty, który niegdyś był wikarym w Konarzewie, możemy przypuszczać, jak ten sam kat traktował w forcie VII księdza Stachowiaka.

Według relacji świadków, w obozie w Dachau Niemcy bili go drewnianymi pałkami po piętach. Zamordowali go, a raczej zamęczyli, dnia 7 sierpnia 1942 roku. Kilka dni przed aresztowaniem dzwonili z Poznania, z Gestapo do komendanta niemieckiej policji w Stęszewie i pytali o dr Stanisława Górzyńskiego, Władysława Antkowiaka oraz proboszcza Stachowiaka i innych członków organizacji podziemnej „Ojczyzna”.

Komendant policji niemieckiej w Stęszewie był prawym i sprawiedliwym człowiekiem. Nigdy nie słyszałem złego słowa o tym Niemcu, można powiedzieć, że był aniołem. Poszedł pieszo do księdza Stachowiaka, prosił go, aby się ukrył, albo uciekł. Jednak ks Stachowiak odmówił. Stwierdził, że nikomu nie zrobił krzywdy i nie ma się czego obawiać. Jednakże się mylił. Po kilku dniach został aresztowany i osadzony w forcie VII.

Chcąc przybliżyć mieszkańcom Stęszewa, co wycierpiał przedstawiam zeznania świadków, jak Hans Walter zamęczył na śmierć księdza Coftę.

Nie mogłem nigdy ustalić nazwiska Niemca, komendanta w Stęszewie. Nikt ze starszych ludzi, którzy go pamiętali, nie znali jego nazwiska. W czasie wojny wszyscy mieszkańcy Stęszewa mówili na niego „Polizei Maister”. Gdy został odwołany ze stanowiska komendanta, odjeżdżał z posterunku przez Rynek, w kierunku na Buk, na pięknym, czyściutkim koniu, który nawet kopyta miał wypolerowane i wypastowane. Był bardzo ładnie ubrany, a jego buty lśniły z daleka. Na trasie od posterunku w kierunku na Buk, setki ludzi go żegnało. Z głośnym okrzykiem życzyli mu szczęśliwej drogi i tego, by prowadził go Bóg. Z uśmiechem dziękował i kiwał ręką.

Jego następcą został folksdojcz (Polak niemieckiego pochodzenia). Pochodził z Rosnówka, nazywał się Kohl. Był bardzo złym człowiekiem,. Słyszałem też relację świadków, że w czasie rewizji w jednym z domów przy ulicy Wojska Polskiego, zimą na strychu, na haku wisiała zabita świnia. Dokładnie sprawdził cały dom, łącznie ze strychem, lecz świni „nie zauważył”. Albo był to cud, albo po prostu nie chciał jej widzieć. Za nielegalny ubój groził obóz w Żabikowie, a potem Oświęcim.

Wracając do Polizei Maistra, to w roku 1991 Józef Dalc ze Stęszewa opowiadał mi, jak w czasie wojny był na Rynku. Spotkał go tam komendant i powiedział, że ma iść z nim na posterunek. Pan Józef nie bał się, bo wiedział, że komendant jest dobrym człowiekiem. Weszli do budynku. Na środku stał piec typu koza. Rura była podłączona do komina. „Polizei Maister” ustawił krzesło obok pieca i kazał mu usiąść. Ze swojego biurka wysunął szufladę, w której znajdowały się dziesiątki donosów. Położył szufladę na kolanach pana Dalca. Wyjął fajerki, kółka z pieca haczykiem i kazał wszystkie koperty wrzucać do ogania. Nie pozwolił panu Dalcowi ich czytać, ponieważ twierdził, że Polacy lubią się między sobą mścić. „Polizei Maister” był tak dobrym człowiekiem, że jak dostał donos na kogoś ze Stęszewa lub okolic, to pieszo szedł do ludzi i mówił, że danego dnia, o danej godzinie będzie rewizja i aby było czysto i ładnie. Może dlatego władze odwołały go ze stanowiska komendanta w Stęszewie.

Relacja świadka Janiny Jadwisiak -Kabacińskiej

– W beczce z drutu kolczastego stał ksiądz, po tygodniu, gdy wracaliśmy z pola z komandem, on już leżał przewrócony z koszem.

Po wojnie ustalono według akt U.S.C. Poznań akt zgonu Nnr P3572/44, był to ksiądz Czesław Cofta, proboszcz parafii w Lubaszu, w powiecie czarnkowskim. Urodzony 26 czerwca1910 roku w Rogoźnie. Zamordowany w obozie w Żabikowie 4.10.1944 roku.

„Czarne chmury”

Wezwijcie wszystkie psy głodne,

Te z roku 966 i te z 999, i z 1410 i 1939.

I te z Warszawy z 1944 i 1989.

Ziemio polska, karmicielko, matko kochana,

Obudź na świadka Tadeusza dobrego polskiego prusaka Rejtana.

Obudź Niemena, nie zawadzi.

Niech ludzi dobrej woli przyprowadzi.

Obudź Wyspiańskiego, niech zagra na rogu nie z kości,

Lecz ze złota dla ojczyzny świetności.

Obudź ojca, niech nie chodzi zapłakany,

Niech wali w tarabany.

Będziesz wolny tułaczu kochany.

Obudźcie na świadków Kochanowskiego

i córkę jego,

Kopernika, niech głosi swe badania.

Już go nie spalą na stosie z rana.

I Korczaka, niech dzieci z komory gazowej na świadków przyprowadzi.

Wezwijcie dwa orły białe, niech przylecą z góry.

Po drodze niech naostrzą pazury o krakowskie mury.

Niech ich pilnują na trasie nawet diabli,

byleby korony im znowu nie ukradli.

Rozerwijcie orły pierś moją.

Wyjmijcie serce skrwawione, serce Polaka.

Oj uczta będzie nie byle jaka.

Nie masz na świecie lepszej leguminy.

Już widzę, jak szujom pociekną śliny.

Widzę przez mgłę. Umieram, ale dusza moja się raduje.

Wreszcie do syta nażarły się wszystkie szuje.

Patrzę! Niebo jaśnieje! Anioły, famfary!

Boże więc jednak jesteś, a mówili…

Patrzę na ziemię po małej chwili. Panie dziękuję!

Jutrzenka rozkwita.

Wreszcie będzie wolna Rzeczypospolita.

Dzięki panie za dar śmiechu i milczenia,

bo płakać i mówić nauczyłem się sam.

Zabierz ludzi skorych do kłótni,

aby więcej garnków nie tłukli.

Bacz, aby wszyscy w zgodzie je lepić poczęli.

Tylko pilnuj, aby nie przy niedzieli.

Minęłaby jeszcze niejedna piękna chwila,

ale łza szczęścia na policzku mnie zbudziła.

Patrzę w dół, jutrzenki nie ma.

Patrzę do góry, za oknem pozostały jeno czarne chmury.

Byłoby fajnie! Byłoby miło!

Szkoda, że to wszystko mi się śniło.

Morał z tego atoli, iż Polaków tylko w snach za wolnością serce nie boli.

Panowie życia i śmierci cz 20

Niemcy pierwsi umierali w obozach koncentracyjnych.

Na końcu sierpnia przedstawiłem historię Grand Hotelu w Sopocie, jego świetność, jako ekskluzywnego kurortu, także jego smutną kartę, mianowicie w 1939 roku Adolf Hitler w tym właśnie hotelu urządził główną kwaterę. Pod koniec tego samego roku, w hotelu w Sopocie podpisał wyrok śmierci na dziesiątki, a może nawet setki tysięcy pacjentów szpitali dla nerwowo chorych. Następnego dnia ruszyła machina potwornej niemieckiej zbrodni i tu właśnie nasuwa się pytanie, czy tylko niemieckiej?

Przecież w roku 1933 trzy państwa podpisały szatańską umowę o przywróceniu w Europie imperium rzymskiego. Mottem ich przyzwolenia do mordowania ludzi było motto SS-manów, że „najpiękniejsze kwiaty wyrastają na gnoju oraz cel uświęca środki”. Tutaj nasuwa się kolejne pytanie, a mianowicie czy Hitler miał kontakt z Bogiem, czy z diabłem?

Jak to możliwe, iż 42 skrupulatnie przygotowane zamachy na Hitlera się nie udały? W Gierłoży, w Wilczyn Szańcu, na kilka sekund przed wybuchem, przestawiono torbę z bombą z drugiej strony grubej, dębowej nogi. Gdyby nie to, Hitler by zginął. I tu, po raz pierwszy, dopiero w dwudziestej części felietonów „Panowie życia i śmierci” stanę w obronie narodu niemieckiego.

Cały świat musi pamiętać o tym, że w tych 42 zamachach uczestniczyli Niemcy. Musimy pamiętać, że po roku 1933, pierwsze obozy koncentracyjne powstały w Niemczech. Niemcy, jako pierwsi byli więzieni i mordowani w okrutnych warunkach.

Przecież to Hitler rozkazał podpalić Reistag, aby mieć pretekst do wymordowania wszystkich przeciwników (Noc długich noży).

Musimy pamiętać, że dziesiątki tysięcy Niemców było więzionych, katowanych i mordowanych w obozach koncentracyjnych za odmowę pójścia do wojska niemieckiego.

Znałem osobiście człowieka, który po wojnie zamieszkał w Stęszewie. Godzinami opowiadał mi, jak w obozie był bity i katowany. Traktowano go gorzej, niż Polaków. Był szlachetnym człowiekiem. Miał dwie drogi do wyboru – albo iść zabijać, albo iść do obozu. Wybrał drogę honoru – obóz, a może nawet i śmierć. Jego córka do dzisiaj przechowuje zaświadczenie, że jej ojciec za odmowę pójścia do niemieckiego wojska przebywał w obozie koncentracyjnym.

Dzisiaj załączam kolejne karty z imionami i nazwiskami pacjentów szpitala w Kościanie. Jest ich ponad 500, dosyć sporo jest ze Stęszewa, Kościana, Śmigla, Krzywinia i dalszych okolic. Chciałbym, aby rodziny odnalazły na tej liście swoich bliskich i zachowały tę gazetę dla potomnych.

Zbigniew Tomaszewski