poniedziałek, 25 Czerwiec 2018

Aktualności

Wcześnie, bo już w dniach 25 – 27 maja w grodzie nad Obrą odbyły się XXXII Dni Kościana. Program na tę cykliczną imprezę był zbliżony do lat minionych. Zmienili się tylko zatrudnieni na tę okoliczność artyści: kabareciarze, piosenkarze i zespoły. Do Kościana przybyli m.in. zespół Poparzeni kawą trzy, „Bercik” Krzysztof Hanke, Rudi Schuberth, Kabaret „Kałamasz”. Okazało się jednak, że to nie desant płatnych artystów nad Obrę, ale dzieci młodzież z miejscowych szkół i przedszkoli były atrakcją święta.

Dni Kościna zapoczątkowała uroczysta sesja Rady Miejskiej z okolicznościowym wykładem prof. Krzysztofa Pietkiewicza pt. „Ojcowie Niepodległości”.

Zgodnie z wieloletnią tradycją nagrodzono zasłużonych dla miasta nad Obrą. Kapituła zadekowała, że nagrody indywidualne „Kościan dziękuje” otrzymali: prof. Stefan Jurga, Jan Pawicki, dr Piotr Lehmann, Józef Abraszkiewicz. Zespołowymi nagrodami doceniono: Bank Spółdzielczy i Krąg Harcerzy Seniorów im. Jana III Sobieskiego.

Nagrodzeni zostali także wybijający się w różnych dziedzinach młodzi mieszkańcy Kościan. Nagrody i dyplomy otrzymali m.in. finaliści XV Konkursu „Dezyderego Chłapowskiego – życie i dzieło. Park Krajobrazowy im. Gen. Dezyderego Chłapowskiego”.

Dalsza część imprezy odbywała się na dużej scenie zainstalowanej na kościańskim Rynku.

Na Starówce prezentowały się grupy, zespoły i soliści. XXXII Kościana odbyły się. Zapewne jak to zwykle bywa są zasoleni i niezadowoleni. (k)

 

Foto dk 1a Laureaci konkursu Dezyderego Chłapowskiego – życie i dzieło „Park Krajobrazowy”: Martyna Szot, Alan Capała, Wiktoria Hamrol, Joanna Ostand, Jędrzej Wasiak, Maksym Kaczmarek

Dziennikarskie Koziołki

W ubiegłym roku redakcja „Kuriera lokalnego” po raz pierwszy została zaproszona do uczestniczenia w uroczystości corocznego przyznawania Dziennikarskich Koziołków. Jest to najwyższe wyróżnienie dawane przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Oddział Wielkopolski.

Wśród dotychczas nagradzonych znalazły się tak znane nazwiska, jak Zenon Laskowik i Lech Konopiński (poeta, tekściarz piosenek Anny Jantar), dziennikarze radiowy Piotr Frydryszek (dyrektor i założyciel Radia Merkury) – Jacek Hałasik i redaktor telewizyjny PVP Poznań – Ewa Siwicka.

W ubiegłym roku nagroda powędrowała do Jerzego Mianowskiego – prezesa Stowarzyszenia Prasy Lokalnej, jednocześnie redaktora naczelnego „Głosu Wągrowieckiego”. Otrzymał ją także red. Andrzej Niczyperowicz – wykładowca na wydziałach dziennikarskich kilku uczelni, wcześniej redaktor „Gazety poznańskiej”, i wiele innych osobowości.

Dziennikarskie Koziołki 2017 zostały także wręczone „Kurierowi loklanemu” w kategorii „Redakcja Roku 2017”.

W tym roku już po raz 22-gi, we wtorkowy wieczór, 22 maja na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM zjawili się przedstwiciele środowiska dziennikarskiego i ich goście.

Kapituła Stowarzyszenia w 2018 roku postanowiła – wśród innych – nagrodzić naszego redakcyjnego kolegę Mariana Antoniego Bartkowiaka. Promuje on gwarę wielkopolską pisząc w pięknym stylu, układając ładne frazy w dowcipny, często żartobliwy sposób.

Kapituła uznała, że wręczać ją będzie prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy red. Ryszard Bączkowski oraz redaktor naczelna „KL” – Ewa Noga-Mazurek.

Gospodarzem uroczystości od wielu lat jest dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu prof. Andrzej Stelmach, wespół ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy.

Istnienie lokalnych gazet na rynku wydawniczym jest niezmiernie ważne. Każda pismo, to swoista kronika zdarzeń z otaczającego nas świata. Niewiele wiedzielibyśmy o minionych wiekach, gdyby nie ówcześni kronikarze. Obecnie już tylko w środkach masowego przekazu możemy odnajdywać wydarzenia sprzed 27 lat, które zachodziły w naszym regonie.

To czyni także pan Marian Antoni dokumentując lokalne wydarzenia w odchodzącej w zapomnienie gwarze wielkopolskiej.

Marian Antoni Bartkowiak, to urodzony przed 70 laty kościaniak. Od dziecka słyszał rozmowy bliskich i znajomych w miejscewej gwarze. Pomyślał, że trzeba to zacząć dokumentować, bo na codzień tych słów i tych zwrotów już się nie słyszy.

Nauroczystości przyznawania Statuetek laudację (prezentację) – przed wręczeniem nagrody – dokonał redaktor Robert Rydlewski. Powiedział on tak:

– Ta nagroda, to szczególny honor. To dziennikarze przyznają ją dziennikarzom. I nie jest ważne, w jakiej redakcji, kto pracuje, w jakim jest stowarzyszeniu, czy ktoś go poleca. Liczy się osobowość, styl i charakter, który, który nadaje dziennikarstwu status zawodu zaufania publicznego, profesjonalizm i przestrzeganie etycznych kanonów.

Z kolei dziękują za Certyfikat i Statuetkę pan Marian powiedzial do mikrofonu:

– O tym, żeby pisać gwarą wielkopolską pomyślałem 17.lat temu, gdy choroba.Parkinsona wyrzuciła mnie poza nawias pracy zawodowej i posłała mnie na rentę  Pomysł pisania prozą zrodził się z nadmiaru wolnego czasu. N|a początku pisałem dla siebie w komputerze, kiedy mój syn Maciej zawodowo zajmujący się komputerami zapoznał się z moją twórczością założył mi własną stronę w internecie. Następstwem tego wpadłem na pomysł wydania książki, która ukazała się w 2009 roku. Do dziś nakład 500 sztuk prawie w całości rozszedł się i został zauważony przez prasę lokalną. Aktualnie ‘’Kurier Lokalny’’ w stałej rubryce drukuje moje opowiadania i zamieszcza moje wiersze,  rysunki oraz grafikę. Dzięki temu mogłem pokazać się szerszej grupie odbiorców. Dzięki temu także dostrzegli mnie dziennikarze poznańscy, a Kapituła Stowarzyszenia Dziennikarzy RP przyznałą mi Statuetkę. Serdecznie dziękuję.

Nagrody przyznawane są w kategoriach: nagroda główna. wyróżnienia, redakcja roku, senior zawodu oraz adept zawodu. Otrzymana nagroda „Dziennikarskie Koziołki”, to wielki zaszczyt. Uświadamia piszącym, jak ważna jest ta praca. Ponadto daje radość, że nasza praca została zauważona i doceniona. Jest dla redaktorów, jak „wiatr w żagle”. Po takiej nagrodzie wiemy, że nie można spocząć na laurach, że musimy jeszcze ciężej pracować.

Redakcja gratuluje Panu Marianowi i cieszy się z jego sukcesu.

Ewa Noga-Mazurek

Foto: Kalina Zioła Łęcka, Aldona Dzielicka i Ewa Noga-Maz

Jak to z Żydami w Polsce było część 7

Motta:
„Gdy stoisz w centrum miasta w korku, toaleta jest warta tyle co auto” – Zbigniew Tomaszewski
„Bogacze na ławach oskarżonych nie zasiadają, prędzej fikcyjny pogrzeb mają”
„Mężczyźni nawet we śnie wyznają miłość, jak się obudzą to już jest problem” –Zbigniew Tomaszewski
„Pierwsza miłość i truskawki są piękne i dobre, tyle że truskawki można kupić, miłości już nie” – Zbigniew Tomaszewski
„Publicznie skrytykujesz tysiąc ludzi, a tylko trzech się obrazi” – Zbigniew Tomaszewski
Przysłowia Europy:
„Małych złodziei wieszają, a wielkim się kłaniają.”
„Milczenie też bywa odpowiedzią”
„Na dobrego konia bata nie potrzeba”
„Najgłupszy chłop miewa największe ziemniaki”
„Niechaj głosi ten, kto otrzymał, niech milczy ten kto dał”
„Niech każdy pod swymi drzwiami zamiata”
„Nie masz nic tak mocnego, czego by złoto Watykanu nie zwojowało”
„Nie ma ziemi bez chwastów”
„Nie płot, tylko kwiaty ogród zdobią”
W części 7 i następnych spróbuję wyjaśnić motywy zbrodni przeciwko ludzkości, które nigdy nie ulegają przedawnieniu. Jak doszło do wymordowania 6 milionów Żydów, dzieci, starców i kobiet? W ciągu 300 lat w Europie Watykan spalił na stosie ponad pół miliona kobiet. Były to akuszerki, zielarki, znachorki (nazwa znachor pochodzi od słów znający choroby). Palono również wiedźmy, których nazwa pochodzi od słów wiedzący czym leczyć choroby. Najtragiczniejszym przykładem zbrodni Watykańskiej było we Francji w miejscowości Salem słynne polowanie na czarownice. Watykan polował na wiedźmy i wiedźminów, bo psuli interes watykańskim klasztorom, ponieważ były okresy w historii iż Watykan sprzedawał lecznicze zioła i przyprawy na wagę złota. Gdy zaczynam wertować w moim archiwum pożółkłe, stare szpargały i gazety opisujące zapomniane sprawy kryminalne, czytając te zapiski i artykuły, włos jeży się na głowie i do oczu cisną się łzy. Smutek nieomal w każdej chwili napotyka się jakąś tajemnicę wstydliwie pokrywaną, która wydobyta z zapomnienia poprzez łzy i smutek daje nam wierny i prawdziwy obraz przeszłości, niczym ciekawe i żywo pisane wspomnienia. Ponurych tych spraw było tyle, że można napisać dziesiątki tomów polskich książek, każda z dawnych dzielnic Polski może dostarczyć materiału do napisania kilku grubych ksiąg. W książce wydanej drukiem w Poznaniu w 1742 roku zacny odważny Bernardyn Serafin Gamalski tak pisze w swej książce: „Nie słychać po innych państwach i nacjach o tak gęstych ekscesach i nagłych, a raczej bezprawnych egzekucjach, nasza tylko w tym nieszczęśliwa Polska, której wkrótce borów i lasów na stosy nie stanie, a podobno tym prędzej po miastach, miasteczkach i wsiach ludzi nie będzie na podniecanie tych stosów. Tymi słowami zacny Bernardyn dał się ponieść szlachetnemu oburzeniu. W ościennych państwach tępienie przez Watykan czarów i czarownic liczniejsze niż w Polsce pociągało ofiary. W Polsce dopiero na początku XVI wieku rozwinęło się wytaczanie w sądach Bożych spraw o czary, podczas gdy na zachodzie już w XIV wieku stosy z płonącymi czarownicami i czarownikami były częstym widowiskiem. Obliczono, iż na przykład we Francji w latach 1320-1350 Watykan w niewielkiej Karkassonie zginęło w płomieniach stosów pod zarzutem czarów około czterysta osób, w Tuluzie w tym samym czasie nawet ponad sześćset. W Polsce sprawy o czary były na porządku dziennym. Tortury sądów Bożych były tak wyszukane i okrutne, że każdy przyznawał się do wszystkiego, aby jak najszybciej umrzeć na stosie. Latem roku 1775 niczym grom z jasnego nieba poruszył opinię publiczną straszny proces przeprowadzony w Doruchowie, wsi położonej pod Kępnem, w powiecie ostrzeszowskim. Oskarżono tu o czary aż czternaście prostych bab wiejskich, zasądzono je wszystkie po torturach na spalenie na stosie i rzeczywiście zostały spalone. Akta sprawy nie zachowały się, bo ich po prostu nie było lub były mało obszerne i niewiele wniosły by światła do tej ponurej tragedii, gdyż prześwietni sędziowie ferujący okropny wyrok byli przeważnie burmistrzami małych miasteczek oraz wójtowie małych wsi nie byli oni często zbyt biegli w sztuce czytania i pisania. Sprawę w Boruchowie znamy z tamtych gazet, które relacjonowały zeznania naocznego świadka, który w chwili procesu miał 8 lat. Odważył się mówić o tym dopiero na starość. Ogłosił swoje zeznania o przebiegu procesu w wydawanej w Lesznie gazecie „Przyjaciel ludu” z 1835 roku, lecz relacjom jego można dać spokojnie wiarę, gdyż straszne przeżycia zapadły głęboko w pamięci rozgarniętego chłopca. Wuj chłopca był w Doruchowie proboszczem, ojciec zaś zarządzał folwarkiem należącym do proboszcza. Straszny dramat rozpętała żona dziedzica Doruchowa, imć Pani z Rejczyńskich – Stokowska. Żaliła się od dawna na prześladowania ze strony czarownic i twierdziła, że różne jej dolegliwości pochodzą od uroków rzucanych przez wiedźmy. Jak przekazał wymieniony wyżej świadek owych zajść: Pani dziedziczka dostała wielkiego bólu w palcu, a włosy na głowie zaczęły jej się zwijać. Był wtedy brak doktorów; jedynie tylko felczerzy po miasteczkach, i to nie wszędzie. Tą sztuką najczęściej trudnili się Żydzi, którzy nie posiadając żadnych wiadomości i nauczywszy się u podobnych sobie mistrzów puszczania krwi i wyrywania zębów, byli jedynymi synami Eskulapa. Przypowieść autora ( kto to był Eskulap? Było to pierwsze dziecko na świecie urodzone za pomocą cesarskiego cięcia. Żona dawnego rzeźnika nie mogła urodzić dziecka, mąż z zawodu rzeźnik wprawnie rozciął brzuch, z którego mąż wyjął syna. Żona zmarła, a mąż nadał synu imię Eskulap). Wracamy do tematu – z Żydami leczącymi ludzi konkurowali tak zwani olejkarze z Węgier. Ci w tamtych czasach kupami włóczyli się po kraju, nosząc na plecach szkatułkę z lekarstwami i wyłudzali od chorego ciemnego ludu ostatni grosz, za który jeżeli nie szkodliwie, to przynajmniej nic nie znaczące sprzedawali olejki. Wróćmy do Pani dziedziczki, którą bolał palec u ręki, a następnie spuchła jej cała dłoń. Posłała Pofelczera do Kępna, lecz zamiast spodziewanego efektu ręka spuchła coraz bardziej. Następnie zaczęły drobne kosteczki z rany wychodzić, co wtedy nazywano postrzałem. Oddalono Felczera. W pobliskiej wsi mieszkała pewna kobieta, trudniąca się także leczeniem chorych, którą miano za opętaną od diabła. Zgadywał on przez nią wszystkie choroby i zwykle przypisywał winę ciotom ( tak lud czarownice nazywał). Do tej kobiety zewsząd zbiegano. Po nią posłał także dziedzic Doruchowa. Trzeba wiedzieć, że Doruchów miano wtedy za główne siedlisko czarownic. Na granicy pomiędzy Boruchową a Przytocznicą leżał wielki głaz nazywany „Łysą górą”. Tam to czarownice co wtorek i czwartek miały rzekomo nocne schadzki odbywać. Kobieta wezwała do leczenia dziedziczki, znającą dokładnie wieś całą i wszystkie domowe stosunki, wszedłszy do pokoju, zaczęła zaraz zżymać się i okropnie sapać, wymawiając przerywanym głosem: Cioty! Cioty!… zadały kołtuna. Dobra, najpierwsza i wymieniła jeszcze kilka kobiet. Blisko probostwa mieszkał gospodarz Kazimierz, człowiek pracowity, trzeźwy; żona jego, gospodyni rządna, oszczędna, dlatego mieli się dobrze. Za domem znajdował się niewielki sadek, a w nim gruszka rodząca owoc wyborny, po który także dziedziczka nie raz posyłała, nie mając we własnym sadzie tak smacznych gruszek. Ponieważ tej gospodyni na niczym nie zbywało, nazwano ją dobrą. Inne zaś kobiety zazdrosne wygadywały na nią iż dlatego ma się tak dobrze, bo oblubieniec diabeł wszystkiego jej dostarcza. Pewnego wieczora chłopiec 8 letni wraz z wujem mając się udać na spoczynek, bo w jednym pokoju sypiali, usłyszeli straszny krzyk blisko probostwa. Nie widząc ognia, tylko słysząc jak płacz i narzekaniem wyszli na dwór pytając co to znaczy. Na co podstarości (tak wtedy ekonomów nazywano) odezwał się „Z rozkazu Pana pojmujemy czarownice”. Pojmano ich siedem tej nocy, 5 żon gospodarskich, jedną wdowę, jedną służącą dziewczynę. Wróciliśmy do domu razem. Całą noc nie mogliśmy spać. Na drugi dzień wuja odprawił mszę świętą i poszedł do dziedzica.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski
Po słowie:
Opisując ostatnio zbrodnie przeciwko ludzkości w imię Boga i wiary, w głowie się nie mieści ile krzywdy, ile łez i krwi musiały zaznać miliony ludzi, aby przetrwały samozwańcze Bóstwa. Dla ludzi rozumnych piszę poniższe słowa.
„Wiara jest darem Bożym, Bóg wszystkich powołuje, lecz nikomu gwałtu nie czyni” – 12.03.1992r., Zbigniew Tomaszewski

Nim zapaleniem znicza zaczęła się w piątek 18 maja odbyła się Grodziska Olimpiada Przedszkolaków docierającym na imprezę gościom i widzon przygrywała Grodziska Orkiestra Dęta. Potem była prezentacja drużyn przedszkolaków i ich opiekunów-nauczycielek. Wszyscy zrobili rundę honorową wokół sali widowiskowo-sportowej i zaprezentowali się publiczności.

W pierwszej parze uczestnicy tego wydarzenia nieśli pochodnię, która później została przekazana Królowi Przemysławowi i jego królewskiej małżonce. Król w asyście Sekretarza Gminy i Radnej Rady Miejskiej dokonali odpalenia olimpijskiego znicza.

Cały ceremioniał przypominał prawdziwą, grecką olimpiadę z zapalaniem ognia włącznie. Tego dnia w Grodziskiej Hali Sportowej obowiązywały staropolskie stroje.

Organizatorami Olimpiady Przedszkolaków byli nauczyciele Przedszkola Gminnego im. Krasnala Hałabały w Grodzisku Wielkopolskm oraz Burmistrz Henryk Szymański.

Udział w zawodach wzięło osiem drużyn. Były to: prywatne, grodziskie przedszkola „Wiercipięta” i „Akademia Maluchów”, Oddziały Przedszkolne przy Szkołach nr nr 4 im. Kpt. Józefa Rejdycha, w Kąkolewie im. Andrzeja Grubby, w Ptaszkowie i w Grąblewie oraz dwie drupy gospodarzy, czyli Przedszkola Gminnego im. Krasnala Hałabały w Grodzisku

Olimpiada Przedszkolaków odbyła się w ramach obchodów 715-lecia Grodziska Wielkopolskiego.

Publiczność, gości i króla Przemysława II z żoną powitała pani dyrektor Przedszkola Hałabały – Alicja Andrys.

Następnie kapitanowie drużyn złożyli ślubowanie następującej tresci:

„Sport to zdrowie – ważna sprawa, także radość i zabawa. W zdrowym ciele zdrowy duch, śmiech, zabawa oraz ruch. Przyrzekamy trzymać fason, walczyć fair, to walczyć z klasą”.

Nad prawidłowym przebiegiem całości czuwało trzyosobowe jury w składzie: Halina Mikołajczak, Rajmund Majcherek oraz Justyna John.

Przedszkolaki brały udział w konkurencjach sportowych, które za sprawą historii przeniesione zostały w tamte czasy.

Pierwsza konkurencja „Studnia Bernarda” nawiązywała do Legendy „Cuda ojca Bernarda”. Wyglądało to tak:

Ociec Bernard jest troskilwym ojcem, który w każdej sytuacji niesie pomoc grodziszczanom. Za sprawą swej laski znajduje cudowną wodę, która uzdrawia potrzebujących. Kto napił się wody odchodził zdrowy i młody. Dziś także należy wierzyć w jej uzdrawiającą moc. Woda nadal wypływa z Pompy Oca Bernarad na Rynku w Grodzisku. Ta konkurencja polegała na zabraniu wiaderka, na dojściu do studni, wrzuceniu gniotki – na zasadzie przelewania wody do złotego pojemnika.

Druga z konkurencji, to „Kolorowe klomby”. Nawiązywała ona do legendy „Podbipieta spod Pięciu Wiatraków”. W XVIII wieku na obrzeżach miasta, na trasie Poznań-Zielona Góra stało pięć wiatraków. Przy nich witano ważnych gości przyjeżdżających do Grodziska. Wręczano im kwiaty. Tam też wielu bohaterów oddało swoje życie w obronie miasta. Ta konkurencja polegała na sadzeniu kwiatków na styropianowych podkładkach.

Trzecia konkurencja, to „Most na ul. Rakoniewickiej”. Nawiązywała do legendy o moście na ulicy Rakoniewickiej. W XVIII wieku były niespokojne, wojenne czasy. Pewna młoda dama po stracie ukochanego i z tęsknoty za nim, codziennie przyjeżdżała do Grodziska i na moście czekała na powrót ukochanego. Do dzisiaj tęskni za nim i go wypatruje. Ma nadzieję, że kiedyś w końcu się z nim spotka. Konkurencja polegała na bezpiecznym przejściu młodej osoby przez mostek na jego drugą stronę.

Czwarta konkurencja była sportowa. To „Dyskobolia”. Polegała na toczeniu piłki, między pachołkami.

Piąta konkurencja, to eko-konkurencja zwana „Ekologią” .Publiczność oraz dzieci odpowiadały na pytanie, jakie hasło widnieje na tablicach przy drogach prowadzących do miasta. Chodziło o tablice z napisami: „Czysta Zielona Gmina Grodzisk Wielkopolski”. Konkurencja polegała na pokazie, jak prawidłowo segregować plastikowe wszelkie odpady, w tym butelki.

W przerwach między konkurencjami, w układach tanecznych prezentowała się grupa „Sikorki”.

Po podliczeniu wynków okazło się, że pierwsze miejsce za trzydzieści siedem punktów zdobyła grupa Żuczki z Przedszkola Gminnego im. Krasnala Hałabały, Drugie były „Sowy” z tego samego Przedszkola z Grodziska. Jako trzeci ulasowały się maluszki z Oddziału Przedszkolnego przy SP w Grąblewie.

Takie były wyniki, ale nade wszystko najważniejsze były nie cyfry i miejsca, ale fakt, że przedszkola zmobilizowały swoich podopiecznych i ich wychowawców do uczestnictwa w Olipiadzie. To radosna zabawa, dobra rywalizacja, wiele ruchu, a do tego sposób na podejrzenie, czego jedna placówka może się nauczyć od drugiej.

Mirosława Kałek, Ewa Noga-Mazurek

Procesja na ulicach grodu nad Obrą

Piękna i słoneczna pogoda sprawiła, że tłumy wstawiły się na czwartkową procesję w Boże Ciało. Zgo dnie z wieloletnią tradycją ulice i frontony kościańskich domów, w tym okna, zostały pięknie przystrojone.

Na ponad pół godziny przed wyznaczoną godziną zbiórki, pod świątynie przyszły dzieci komunijne, ministranci, asysty do obrazów i feretronów, poczty sztandarowe, orkiestra, chór i duchowni, księża i zakonnice.

Kilka zdań wprowadzenie do tego święta.

Boże Ciało zwane też Świętem Ciała i Krwi Pańskiej jest uroczystością liturgiczną ku czci Najświętszego Sakramentu. Wierni wspominają Ostatnią Wieczerzę i przeistoczenie wina i chleba w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa.

W Polsce Boże Ciało przypada zawsze w czwartek, po oktawie Zesłania Ducha Świętego i jest to zawsze 60 dni po Wielkanocy.

Warto dodać, że w naszym kraju po raz pierwszy zostało ustanowione w 1320 roku w diecezji krakowskiej.

Wiadomo też, że od późnego średniowiecza największym sanktuarium kultu Bożego Ciała był poznański kościół Bożego Ciała.

Podczas tego, jednego z najważniejszych świąt w Kościele Katolickim, Przenajświętszy Sakrament wynoszony jest na ulice miasta. Wierni idą w uroczystej procesji kolejno do czterech ołtarzy.

W tym roku Boże Ciało wypadło 31 maja.

W Kościanie duża procesja podobnie, jak w latach minionych wyszła z kościoła Świętego Ducha na ulicy Piłsudskiego. Poprzedzały ją feretrony, figurki, sztandary i liczne grupy ministrantów, dzieci komunijnych i dziewczynki sypiące kwiatki.

Oprawę stanowiły grupy parafialne, rzemieślnicze i Bractwo Kurkowe. Muzycznie ubogacała procesję Młodzieżowa Orkiestra Dęta pod batutą Macieja Madanowskiego.

Przed każdym ołtarzem odbywało się krótka ceremonia. Okadzano ołtarz, czytano Pismo Święte i słowo Boże. Modlono się.

Na Rynku przy trzecim ołtarzu odbyła się uroczysta msza. Po modlitwie przy czwartym ołtarzu parafii Świętego Brata Alberta, nastąpiło błogosławieństwo wiernych na cztery strony świata.

Seweryn Kaczmarek

Komórki zamiast puszczanie bąków

– Kiedyś to umieli się bawić. Uliczki: Dębna, Dębienka, Witobla, Zamyslowa, Stęszewa, Kościana, Śmigla, Czempinia i innych osad, do późnych godzin wieczornych wypełnione były gwarem bawiących się dzieciaków. A teraz, to nawet latem pustka wyziera spod każdego domu. Tak na dobrą sprawę, to niewielu dziś pamięta o robieniu kaczek na wodzie, puszczaniu bąka, grę w nożyka, klipę, babę, dołka, kutego, gonitwę, chowanego i dwa ognie. Czy ty cokolwiek wiesz na ten temat? – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Hola, hola mój przyjacielu – zareagował Hipolit. Ty pewnie myślisz, że ja mieszkałem na biegunie i o niczym nie wiem. Doskonale pamiętam te wszystkie zabawy, choć trochę przerobione, czyli dopasowane do danej miejscowości.
– Pewnie puszczanie bąka ci przyszło do głowy. U was pewnie czyniono to zaraz po tłustej grochówie z kapustą – szydził Marian.
– Nie mam zamiaru z tobą się droczyć – spokojnie odparł Hipolit. Powiem ci też, że masz kosmiczną sklerozę. Nie dalej, jak w zeszłym roku opowiadałeś mi o pustych uliczkach, bez gwaru dzieci i ich zabaw.
– Wiem, wiem – niepewnie odpowiedział Marian udając, że coś sobie przypomina.
– O co więc chodzi tym razem? – dopytywał Hipolit.
– Tak naprawdę, to w tej rzeczywistości coraz częściej dopadają mnie wspomnienia. Ta sentymentalna podróż w przeszłość, w czasy dzieciństwa jest taka cudowna i wzruszająca – mówił Marian. Na chwilę w jego oczach pojawiły się łezki.
– Co z tobą, przyjacielu? Wrzuć na luz i zaczerpnij powietrza – uspakajająco zwrócił się Hipolit do Mariana.
– Wiesz, że jestem posiadaczem nowej komórki – zmienił temat Marian.
– To co tę, którą miałeś była za mała do chowania po kątach flaszek z napojami wysoko oktanowymi? Sądzę, że do nowego lokalu się nie przeprowadzasz, chyba że Gabysia wywaliła cię z chaty ? – kpił Hipolit.
– Ty to jesteś sam z siebie tak głupi, czy twoja Kundzia ci każe. Chcesz być dowcipny, a jest żałosny – sztorcował kumpla Marian.
– Jak ty nabijasz się ze mnie przeinaczając fakty i znaczenia, to jest dobrze. Gdy ja próbuję delikatnie z ciebie jajczyć, to ty od razu rzucasz się na mnie z gębą, a nawet pięściami – nie dawał się Hipolit.
– Twoim zdaniem jest to delikatnie, a moim – złośliwie. Ty mały łachudro, jak już wsadzisz szpilę, to idzie człowiekowi w pięty – atakował kumpla Marian.
– Przy twojej złośliwości i agresywności ja jestem malutki i milutki, jak baranek – łagodnie rzekł Hipolit.
– Jak ci wspomniałem zostałem właścicielem komórki, ale nie do węgla tylko telefonu – wrócił do tematu Marian. Nazywa się hua, hua, czy jakoś tam.
– Oho to jest maszyna z górnej półki – wyrwał się Hipolit.
– A ty skąd to wiesz? – odpalił Marian. Kumpel bez słowa wyjął z kieszeni właśnie taką samą.
– Mam ją od tygodnia i wiesz mi, że jest rewelacyjna – tłumaczył Hipolit.
– Co? I ty nic mi nie mówiłeś? –naskoczył na kumpla zły Marian.
– Nie mówiłem ci, bo niedawno zarzekałeś się, że nigdy nie będziesz miał tego gówna, co to życie zatruwa. To są twoje słowa – patrząc na kumpla mówił Hipolit. Powiem ci też, że „hua” wśród wielu możliwości w swoim menu ma mobilny Internet. Prze dwa dni nie mogłem sobie poradzić z komórką. Dopiero, jak moja córuchna Bercia mi pokazała, o co tak naprawdę w tym „ustrojstwie” chodzi, to zacząłem kumać iz każdym dniem robiłem postępy.
Już, już Marian chciał zaczepić kumpla o słowo internet, który chciał zamienić na internat, ale ugryzł się w język. Powziął pewien plan, który zamierzał wcielić w życie.
– Skoro już staliśmy się właścicielami komórek, to musimy je w stopniu podstawowym opanować – pojednawczo mówił Marian.
– Mów za siebie – odpalił Hipolit.
– Dobra, już dobra – spokojnie rzekł Marian. Czy jesteś skłonny mnie poinstruować, jak, co i z czym, to się je – specjalnie omijał słowa proszę i naucz mnie. Ten grzecznościowy zwrot postanowił wykorzystać Hipolit.
– Czy może znasz takie magiczne słowo – prowokacyjnie zapytał.
– Niech ci będzie – proszę niezadowolony odparł Marian. Sporo czasu przeznaczył Hipolit ucząc kumpla, jak obsługiwać komórkę. Ten na przemian klął i wykrzykiwał, gdy mu się coś udało. Pojął w miarę szybko, jak wybrać numer, zadzwonić i odebrać rozmowę. Z boku przechodzący mieli niezły ubaw, gdy patrzyli, jak dwaj osobnicy prowadzili ze sobą rozmowę z odległości niespełna metra. Po kilku godzinach nauki Marian rzekł:
– To już wystarczy. Sam resztę doszlifuję. Powiem ci, że od teraz będziemy wykorzystywać komórki tylko w bardzo ważnych, nie cierpiących zwłoki – sprawach. Mam na myśli pilne spotkanie, czy wyskok na piwo lub inne przyjemności. Telefon dzisiaj wypada mieć, by spełniać normy europejczyka.
– Ja nawet bez komórki też je spełniam – przerwał Hipolit.
– Niepotrzebnie czepiasz się, przyjacielu. Ja też, ale są rzeczy i przedmioty, które – czy chcemy czy nie – funkcjonują w naszym życiu. Jest to m.in. łączność bezprzewodowa i rewelacyjne sms-y.
– Rozwiń, co masz na myśli – zapytał Hipolit.
– Gdy „sms” będzie pusty, czyli bez tekstu znaczyć to będzie, że mamy szybkie spotkanie. Rzucasz wszystko i walisz do mnie, bo jest akcja browar – wyjaśniał Marian.
– Z tym się zgadzam bez dyskusji – rzekł Hipolit i przybył kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Nasi znowu w czołówce

W minioną niedzielę 27 maja w Borku Wlkp. odbył się turniej w2 kopa sportowego. W tej imprezie nie mogło zabraknąć zawodników z ziemi kościańskiej. Od razu trzeba zaakcentować, że nasi grace spisali się bardzo dobrze. W pierwszej dziesiątce było czterech naszych. Ponadto w parach Sępy z Kawczyna wygrały rywalizację a drużynowo ten sam zespół wywalczył drugą lokatę.

W rywalizacji o Super Puchar w Borku wzięło udział 112 zawodników. Zgodnie z regulaminem rozegrano pięć rund po 32 rozdania.

Ostatecznie zwycięzcą zawodów został gracz gospodarzy Stefan Nowicki z 19 dużymi i 107 małymi punktami. Kolejni byli Ryszard Woźniak 18/139  pkt., Rafał Wyzuj 18/103., Aleksander Majsnerowski 18/76., Zenon Andrzejewski 17/144., Zenon Kulczyński 17/43., Jakub Błaszczyk 16/86., Krzysztof Herman 16/68., Mirosław Konieczny 16/66., Adam Wysocki 16/45.

Super Puchar Polski w baśkę i kopa.

# Dzień wcześniej tj. w sobotę 26 maja br. w Hali Sportowej w Borku Wlkp. odbył się turniej o Super Puchar Polski w baśkę i kopa. Patronat nad imprezą objął Bank Spółdzielczy w Jarocinie.

Dwudziestu siedmiu śmiałków zmierzyło się w sportowej rywalizacji z czterema odmianami popularnej Wielkopolsce i na Kaszubach gry zwanej baśką lub kopem. Warto dodać, że jedną wspólną cechą tych zmagań jest to, że gra się szesnastoma kartami (asy, 10, damy i walety).  W poszczególnych odmianach hierarchia tych kart jest różna.

W sobotę rozegrano 4 rundy po 32 rozdania.  Każda tura to jakby inna gra. Stanowiło to pewne utrudnienie dla zawodników i wymagało pewnej elastyczności i zmiany sposobu myślenia.

W pierwszej rudzie grano w czerwoną baśkę, gdzie najsilniejszymi kartami są as i 10 kier(czerwień), tak jak u nas kiedyś się grało.

W drugiej rozgrywce zawodnicy zagrali w baśkę kaszubską, w której hierarchia kart jest taka sama jak przy baśce czerwonej, ale gra się z granami. To znaczy, że jest możliwość gry dodatkowych odzywek – gran i gran-du i wtedy najważniejsze są walety.

Trzecia batalia to czarna baśka. Gra się ją w okolicach Chełmży. W tym przypadku hierarchia kart jest następująca: as trefl, as pik, as kier i 10 kier potem kolejno są damy, walety i ryzyki (as i 10 karo). Obcymi są 10-tki  trefl i pik.

W naszego kopa zawodnicy grali w czwartej rundzie gdzie najsilniejszymi kartami są jak mówią kopiarze as i trzy dychy ( as kier, 10 trefl, 10 pik i 10 kier), następnie damy, walety, ryzyki i obce(asy trefl i pik).

Ostatecznie najwszechstronniejszym zawodnikiem okazał się Marian Jędryczka z Borku Wlkp. Zwyciężył w turnieju i zdobył Super Puchar Polski i główną nagrodę.

Drugie miejsce wywalczył (prezes KSKS) Grzegorz Ratajczak, a na trzecim Tadeusz Fabiś reprezentanci Kościańskiego Stowarzyszenia Kopa Sportowego.

Bardzo dobre czwarte miejsce zajęła Elżbieta Baraniak z Jaraczewa. Była jedyną kobietą biorącą udział w zawodach.

W klasyfikacji par zwyciężył duet TEAM Jagoda Kościan – Grzegorz Ratajczak i Mariusz Staroń.

Wyprzedzili parę Elżbietę Baraniak i Mirosława Koniecznego reprezentujących WLKS Borek Wlkp. oraz Tadeusza Fabisia i Stefana Nowickiego występujących w drużynie Czempiń.

Drużynową batalię wygrał Czempiń w składzie: Tadeusz Fabiś, Tadeusz Śmichurski, Ireneusz Kaźmierczak i Stefan Nowicki. Na drugim miejscu turniej zakończył zespół WLKS Borek Wlkp. – Hieronim Tacka, Stefaniak Kazimierz, Elżbieta Baraniak i Mirosław Konieczny. Trzecie miejsce przypadło drużynie CENTRUM Kościan występującej w składzie: Adam Wysocki, Mirosław Kędziora i Oskar Walenciak.

Tuż za podium, na czwartym miejscu uplasował się TEAM Jagoda Kościan: Grzegorz Ratajczak, Mariusz Staroń, Bronisław Stachowiak i Zdzisław Majorek. (k)

 

Biegu na „Piątkę

Jedenastu licealistów i dwóch nauczycieli z grodziskiego Ogólniaka im. Juliusza Słowackiego 19 maja uczestniczyło w III Powiatowym Biegu na „Piątkę”. Biegano w gminie Kamieniec. Start i meta były usytuowane na starej stacji kolejowej w Ujeździe.
W klasyfikacji open pierwsze miejsce zajął absolwent grodziskiego ,,Słowaka’’ Grzegorz Michalak, który pobił swój ubiegłoroczny rekord i osiągnął czas 16:42
Uczennica klasy II b Marta Murkowska także pobiegła nieźle i zajęła w klasyfikacji open 13 miejsce.
W klasyfikacji kobiet ta sama uczennica stanęła na podium zajmując drugie miejsce z czasem 19:57
Dla wielu był to pierwszy oficjalny start, w biegach. LO reprezentowali: Joanna Skrzypczak, Konstanty Kinecki, Bartosz Duczyński, Mikołaj Fórmaniak, Marta Murkowska, Nikodem Bąk, Katarzyna Drzymała, Tobiasz Waszkowiak, Karolina Zdych, Katarzyna Weiss, Anna Żychlińska oraz nauczyciele Jakub Krawiec i Marcin Lutomski.(opr.r)
k

Retrospekcyjna podróż

Otwarcie wystawy przez Muzeum Regionalne w Stęszewie zaraz po patriotycznej uroczystości na miejscowej Starówce w dniu 3 maja było przysłowiowym strzałem w „dziesiątkę”. Przybyło tak wielu chętnych, że duża sala Muzeum nie mogła wszystkich pomieścić. Wytrwali oczekiwali przed budynkiem na swoją kolej.
Na otwarcie przybyła grupa też Francuzów z zaprzyjaźnionej ze Stęszewem gminy Pleine – Fougeres.
Wpływ na wysoką frekwencję miał wernisaż fotograficzny pod hasłem „Stęszew w retrospekcji”. Autorkami zdjęć były uczennice stęszewskiego Gimnazjum: Sara Bednarczyk, Zuzanna Golec i Anna Grzelczak.
Dziewczyny – dyskretnie wspierane przez nauczycielkę Stellę Gołąb- Szlejf – na kanwie starych zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat, wykonały aktualne fotki tych samych obiektów. Porównanie jest niesamowite. Widać, jak wiele w mieście się zmieniło.
Dyrektor Muzeum Katarzyna Jóźwiak po powitaniu przybyłych przedstawiła młode fotografki. Pogratulowała pomysłu i zachęcała do dalszej przygody we fotograficznej pasji.
Każda z dziewczyn powiedziała, jakie miała motywacje do wykonania i wybrania właśnie tych zdjęć.
Ciepłe słowa padły też ze strony przybyłych na wernisaż.
Dalej ze zainteresowaniem oglądano zdjęcia. Na gorąco nie brakowało ciekawych komentarzy. Było widać, że wystawa bardzo się podoba.
Pracownicy Muzeum, zgodnie ze zwyczajem, jaki towarzyszy otwarciu wystawy – przygotowali placek i napoje. Amatorów na pieczywo było wielu.
Tych, co nie zdołali przybyć na otwarcie informujemy, że można będzie ją oglądać w Muzeum Regionalnym w Stęszewiee do 30 września br. (k)

„Jeden jeden dwa numer alarmowy każde dziecko zna”

STRAŻACY W PRZEDSZKOLU

 W ramach obchodów Światowego Dnia Zdrowia pod hasłem „zdrowie dla wszystkich  do Przedszkola Gminnego im. Krasnala Hałabały w Grodzisku Wielkopolskim  przybyli  przedstawiciele KP PSP w Grodzisku Wlkp.

Czteroosobowa drużyna w osobach st. aspirant Jakub Walkowiak, ogniomistrz Przemysław Kowalski, mł. Ogniomistrz Łukasz Krupa i st. sekcyjny Marcin Piechota uczyli  przedszkolaków jak udzielić pierwszej pomocy.

Przedszkolaków podzielono na dwie grupy jako pierwsi w pokazie udział brali  3-4 latkiwraz z nauczycielkami a w drugiej  5-6 latki wraz z nauczycielkami.

Druhowie uczyli najmłodszych jak wezwać pomoc,  jak udzielić pomocy osobie porażonej prądem, jak udzielić pomocy osobie, która się zakrztusiła  albo straciła przytomność.

Każdy przedszkolak biorący udział w pokazie otrzymał Medal  „Małego Ratownika.

Delegacja przedszkolaków odwiedziła również tego dnia instytucje oraz przychodnie. M