wtorek, 21 Sierpień 2018

Felietony Seweryna Kaczmarka

Za, a nawet przeciw

– Tak sobie myślę, że mój dziadek, którego niestety nie pamiętam, w wielu sprawach miał rację. Mawiał między innymi, że głupich nie sieją, ale sami się pchają na ten świat. Skoro już się na min pojawią, to w przewadze patrzą, jakby coś spieprzyć i przy tym jeszcze się obłowić. Nie grzeszący rozumem udają mądrych stroniąc od pracy. Łasi są – i to ogromnie – na władzę. Dziadek dodawał też, że jak nie ma wojny, co dwadzieścia lat, to się ludzie nie szanują i bez powodu atakują – mówiące te słowa Marian Lichy chciał jeszcze coś dołożyć, ale przerwał mu kumpel Hipolit Mizerka.

– Powiedz mi przyjacielu, bo czegoś nie rozumiem, jak możesz cytować dziadka, którego nie znałeś?

– To już sam powinieneś widzieć – odparł Marian, że ważne powiedzenia, przysłowia, ba prawdy, przekazują rodzice. W tym przypadku był to mój ojciec. Pewnie, że dziadka nie pamiętam, bo urodziłem się grubo po wojennej zawierusze. Zapewniam cię jednak, że jego przekaz jest ciągle żywy i aktualny.

– Trochę dzisiaj mnie zaskoczyłeś. Ty, stary jajcarz, tym razem mówisz z sensem, a do tego poważnie w tematach, które nie są, ani łatwe, ani proste. Co leży ci na wątrobie?- zapytał Hipolit.

– Już zaspokajam twoją ciekawość – szybko zaczął Marian. Jeden taki Kajetan Smolny z dobrego serca, za darmo dał swojemu bratu Ignacowi płytki ceramiczne do łazienki. Ten drugi był straszny chytrus i jak to mówią „gówno by spod siebie zżarł”. Swoją łazienkę miał zrobioną i tak naprawdę, to kafelków nie potrzebował. Skoro jednak spadły mu z nieba i to za „friko” wykombinował, że przekaże je najmłodszemu z braci Janowi, oczywiście nie za darmo. Chytrus do brata jeszcze powiedział, że nie chce, ale musi się płytek tanio pozbyć, bo mu zawadzają. Sądził w swojej głupocie, że to się nie wyda i w rodzinie nikt się nie dowie o jego szwindlu. Sprawa się rypła za sprawą ich siostry Hiacynty, która z zazdrości, że to nie ona kafelki dostała, wygadała wszystkim po kolei, włącznie z rodzicami. Smrodek rozszedł się po bliższych i dalszych krewnych. Ty wiesz, że Ignac to taki macher – więc jeszcze się obraził, że go szkalują. Tłumaczył, że owszem dostał kafelki, ale przez tydzień je pilnował. Wyszło mu na to, że nie mógł płytek przekazać dalej, ale sprzedać bratu, aby zwróciło mu się czuwanie nad tym, aby ich nikt nie ukradł.

– Przecież to jest normalne świństwo, aby nie rzec skurwesyństwo. To nie mógł być ich rodzony brat, ale jakaś hiena – wyrwał się Hipolit.

– Masz rację i podzielam twoją złość. Mogą bulwersować słowa Ignaca mówione podczas przekazywania płytek bratu – „nic chcę, ale muszę”– spokojnie komentowł Marian.

– Ty wiesz, że przypomniał mi się taki jeden elektryk z Wybrzeża, który jako pierwszy użył tego zwrotu. Było to w bardzo ważnych sytuacjach, które decydowały o istnych sprawach dla ludzi w kraju. Nie chcę ciągnąć wątku o nim, bo okazał się być, najdelikatniej mówiąc – niegodziwy. To ten, co obiecał mi „sto milionów”, a do dzisiaj nie dał, ani kasy, ani wędki, którą zaoferował zamiast ryby. To były jego słowa „nie chce, ale muszę” – z wyraźną złością w głosie mówił Hipolit.

– Wyobraź sobie, że wiem, o kim mówisz. Ten gościu ma wiele wspólnego z tym moim Ignacem – wtrącił Marian.

– A to niby, co takiego? – zapytał Hipolit.

– Sumiastego wąsa i zmysł do nieładnych zagrywek – śmiejąc się rzekł Marian.

– Poczekaj – zareagował Hipolit – bo mam też takiego jednego na oku. Przypomniał mi się też taki jeden Leon Pisiak. Ten nie ma wąsa, ale wiele cech, o których przed chwilą mówiliśmy. On nie wie nawet, że ktoś kiedyś powiedział „nie chcę, ale muszę”. Stosuje natomiast zasadę, że może być „za, a nawet przeciw”.

– Stop! Stój przyjacielu! Przecież to są słowa tego samego gościa z Wybrzeża – nie wytrzymał Marian.

– Dokładnie tak, kolego – odparł Hipolit – i już ci mówię, co mam na myśli. Lesio starł się być tam, gdzie jest zamieszanie i kogoś, kogo nie lubi, atakują. Był łasy na kasę i na funkcje. Jego sposób bycia był – mówiąc delikatnie – wkurzający. Chorobliwie nie cierpiał być w cieniu innych, znaczniejszych osób. Wynikało to z jego kompleksów. Przypominał chorągiewkę na wietrze. Z której strony zawieje tam Lesio się ustawiał. Wielu sądziło, że daje cwany popis. Miał też chore ambicje. Aby je realizować szukał wsparcia i niekiedy je znajdował. W swojej pokrętnej filozofii musiał nieźle lawirować, aby stworzyć wrażenie, że nic nie robi dla siebie, ale wyłącznie dla innych.

– Przecież to trzeba zawrzeć pakt z diabłem lub zmienić orientację – wyrwał się Marian.

– Ponownie przyznaję ci rację, ale wracam do zwrotu „jestem przeciw a nawet za „– spokojnie tłumaczył Hipolit. Psioczył Leoś na to, że idzie procesja ulicami i tamuje ruch, a tym samym utrudnia mu kierowanie przejazdem. W różnych gremiach knuł intrygi na wielebnego, że za dużo bierze dla siebie z kopert i tacy.

– Znałem takich fałszywych osobników. Jak przychodziło co do czego, to duchownego całował w rękę i dawał otwartą kopertę na ofiarę, aby ksiądz wiedział, ile daje – szybko rzekł Marian.

– Ten Leoś był przeciw procesjom, a uczestniczył w nich. Gdy procesja szła bezczelnie wmieszał się w tłum?. Ludzie go widzieli i pokazywali palcami – mówił Hipolit.

Ale przecież to hipokryzja, to nikczemność  – po raz kolejny nie wytrzymał Marian.

Trzeba by było dosadniej to nazwać. Tak długo jak tolerować się będzie takich osobników i popierać ich w chorych pomysłach to oni będą robić krecią robotę zafałszowując rzeczywistość. Na takich, co to mówią „nie chcę, ale muszę” i „jestem za a nawet przeciw” dostatnio żyją kawalarze i kabareciarze. Być sobą w pozytywnym tego słowa znaczeniu dla wielu jest bardzo trudne a wręcz nie osiągalne – zakończył Hipolit przybijając piątkę Marianowi.

Seweryn Kaczmarek

Kawalerzysta bez światła
– Już kiedyś ci wspominałem, że takie jaja z nazwiskami, jakie są w naszym kraju, to nie mają nawet Węgrzy. Madziarom, to nawet nie ma się, co dziwić, bo oni, jak budowana była „wieża Babel” to byli najwyżej. Bóg, gdy zaczęli zbliżać się do nieba wszystkim budującym pomieszał języki – na chwilę mówiący te słowa Marian Lichy umilkł. Natychmiast odezwał się jego kumpel Hipolit Mizerka.
– Coś ty znowu wymyślił i co kluczysz, jak Żyd po pustym sklepie.
– Jak ci wspomniałem, do mojej klasy chodzili Grzymała, Drzymała, Jurga i Jórga – nie zrażony mówił Marian.
– No i co w tym dziwnego? Nazwiska, jak nazwiska – przerwał Hipolit.
– Już ci mówię, o co mi chodzi – spokojnie rzekł Marian. Jeden Jurga pisał się przez „u” zwykłe, a drugi „ó” zamknięte. Jakby tego było mało, obaj mieli na imię Andrzej. Nauczyciele mieli z tym kłopot. Ciągle dopytywali, jak się piszą.
– Nazwiska, to oddzielny rozdział. Tak się piszą, bo tak zostały wprowadzone do rejestrów i dokumentów. Inne nazwy i określenia wynikają z ortografii – skonstatował Hipolit.
– Widzicie go, mądrala z kaczego kupra się znalazł. Nie widziałem, że ty jesteś taki językoznawca. Nic dodać, nic ująć, tylko kumpel Miodka – kpił Marian.
– A co w tym Grzymale i Drzymale jest tak dziwnego, że musimy o tym mówić? – niezrażony kumpla atakiem zapytał Hipolit.
– Mam w tym swój cel i o tym chciałem ci powiedzieć – powiedział Marian. Nie przerywaj, to opowiem ci o gościu, który mieszkał w wozie cygańskim.
– Każdy Rom kiedyś mieszkał w czymś takim i co z tego? – wypalił Hipolit. Szybko jednak pożałował niewyparzonego języka.
– Czy ty możesz wejść w temat, który chcę ci przybliżyć? Wysil mózgownicę, to liźniesz trochę wiedzy z barwnej historii naszego kraju – atakował Marian.
– Wiesz, że lubię cię prowokować, przyjacielu. Mów, co masz do powiedzenia. Zamieniam się w słuchu – pojednawczo rzekł Hipolit.
Udobruchany uległością kumpla Marian zaczął:
– Około dwudziestu kilometrów od naszego miasta mieszkał Michał Drzymała. Dodam ci, że akcja, o której ci mówię rozgrywała się podczas zaboru pruskiego.
– Dzieje się, jak sądzę, przed pierwszą wojną światową – wtrącił Hipolit.
– Dobrze miarkujesz – jeszcze spokojnie kontynuował Marian. Gościu nie specjalnie chciał pracować dla Prusaków. Nie lubił zaborców, a oni nie lubili Drzymały. Michoł, jak na niego mówiła rodzina, sąsiedzi i znajomi był nie lada gigantem. Kombinował, jakby zarobić, ale przede wszystkim, jak okpić szkopów.
– Zapomniałeś dodać, że lubił wypić i to sporo. Dokładnie tak, jak ty – ponownie wskoczył Hipolit.
– Prawda, że on i ja nie wylewaliśmy za kołnierz. Nie zaprzeczę, że nadal lubię sobie golnąć, ale za swoje – tłumaczył się Marian.
– Z tym bym polemizował, ale dzisiaj mi się nie chce z tobą sprzeczać – spokojnie odparł Hipolit. Wróć do tego Drzymały, bo rozwadniasz temat.
Nie czekając na dalsze ponaglanie Marian szybko zaczął mówić.
– Któregoś dnia późnym popołudniem wracał furmanką do chaty. Wypita gorzałka sprawiała, że był w dobrym nastroju. Nagle w oddali ujrzał pędzącego za nim policjanta pruskiego. Był to ten sam, z którym miał na pniu. Za każdym razem mundurowy czepiał się o brak światła. Wiedział, że i tym razem tak będzie. Szybko zeskoczył z wozu i wyprzągł konia. Zanim policjant dojechał dosiadł kobyłę. Prusak tak jak przypuszczał przyczepił się o to, że zaprzęg jest nieoświetlony. Na to Drzymała bezczelnie rzekł, że on nie jedzie wozem, ale podróżuje na koniu. Czy kawalerzysta musi być oświetlony – ironicznie zapytał. No nie – odparł policjant i mocno wkurzony. Nacisnął na pedał roweru i odjechał.
– Wiem, wiem i znam tę historię. Już wcześnie kilka razy mi ją opowiadałeś. Za każdym razem coś zmieniasz i chętnie jej słucham – wtrącił Hipolit. Przypomnij mi jeszcz,e jak to było z tą jego chatą na kółkach.
Marian poczuł się w swoim żywiole i zaczął opowiadać:
– Leciwa chata Drzymały się rozwalała. Chciał sklecić sobie nową. Poszedł do urzędu, a tam usłyszał, że nie wolno nic nowego stawiać. Nie to nic nie odrzekł i odszedł. Miał rodzinę i musieli, gdzieś mieszkać. Postanowił, więc kupić wóz cygański. I tak też zrobił. Gdy tylko postawił go na swojej działce przyjechał urzędnik i oznajmił, że nowy dom nie może tu stać. Na to Drzymała znalazł sposób. Codziennie przesuwał go o metr do przodu, Objeżdżał działkę i na jednam miejcu nie stał. Prusacy tak długo szukali na niego haka, że i znaleźli na to sposób. Wóz zgodnie z ich przepisami musiał mieć dwa i pół metra wysokości, a jego miał tylko dwa dwadzieścia. Nie było rady zmuszony został do opuszczenia chaty na kółkach. Wyjechał ostatecznie do innej miejscowości, w której od sympatyzującym z nim człowiekiem dostał mieszkanie.
– Ja myślę – przerwał kumplowi Hipolit – że tego Drzymałę nie lubili, za co najmniej dwie rzeczy. Pierwsza to kombinowanie, a druga to nazwisko. Już widzę tego urzędnika, który musiał zapisać Drzymała, którego nie mógł nawet wymówić.
– Jak tak mówisz, to przypomniał mi się film „Jak rozpętałem II wojnę światową?” Podczas przesłuchania Niemiec, gdy usłyszał nazwisko Brzęczyszczykiewicz, to gały wyszły mu na wierzch. Przy próbie powtórzenia połamał sobie język. Ulżyło mu dopiero, gdy okazało się, że zatrzymany blefuje – śmiejąc się mówił Marian.
– Zgadzam się z tobą, bo widziałem ten film. Wrócimy do niego przy innej okazji – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Komórki zamiast puszczanie bąków

– Kiedyś to umieli się bawić. Uliczki: Dębna, Dębienka, Witobla, Zamyslowa, Stęszewa, Kościana, Śmigla, Czempinia i innych osad, do późnych godzin wieczornych wypełnione były gwarem bawiących się dzieciaków. A teraz, to nawet latem pustka wyziera spod każdego domu. Tak na dobrą sprawę, to niewielu dziś pamięta o robieniu kaczek na wodzie, puszczaniu bąka, grę w nożyka, klipę, babę, dołka, kutego, gonitwę, chowanego i dwa ognie. Czy ty cokolwiek wiesz na ten temat? – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Hola, hola mój przyjacielu – zareagował Hipolit. Ty pewnie myślisz, że ja mieszkałem na biegunie i o niczym nie wiem. Doskonale pamiętam te wszystkie zabawy, choć trochę przerobione, czyli dopasowane do danej miejscowości.
– Pewnie puszczanie bąka ci przyszło do głowy. U was pewnie czyniono to zaraz po tłustej grochówie z kapustą – szydził Marian.
– Nie mam zamiaru z tobą się droczyć – spokojnie odparł Hipolit. Powiem ci też, że masz kosmiczną sklerozę. Nie dalej, jak w zeszłym roku opowiadałeś mi o pustych uliczkach, bez gwaru dzieci i ich zabaw.
– Wiem, wiem – niepewnie odpowiedział Marian udając, że coś sobie przypomina.
– O co więc chodzi tym razem? – dopytywał Hipolit.
– Tak naprawdę, to w tej rzeczywistości coraz częściej dopadają mnie wspomnienia. Ta sentymentalna podróż w przeszłość, w czasy dzieciństwa jest taka cudowna i wzruszająca – mówił Marian. Na chwilę w jego oczach pojawiły się łezki.
– Co z tobą, przyjacielu? Wrzuć na luz i zaczerpnij powietrza – uspakajająco zwrócił się Hipolit do Mariana.
– Wiesz, że jestem posiadaczem nowej komórki – zmienił temat Marian.
– To co tę, którą miałeś była za mała do chowania po kątach flaszek z napojami wysoko oktanowymi? Sądzę, że do nowego lokalu się nie przeprowadzasz, chyba że Gabysia wywaliła cię z chaty ? – kpił Hipolit.
– Ty to jesteś sam z siebie tak głupi, czy twoja Kundzia ci każe. Chcesz być dowcipny, a jest żałosny – sztorcował kumpla Marian.
– Jak ty nabijasz się ze mnie przeinaczając fakty i znaczenia, to jest dobrze. Gdy ja próbuję delikatnie z ciebie jajczyć, to ty od razu rzucasz się na mnie z gębą, a nawet pięściami – nie dawał się Hipolit.
– Twoim zdaniem jest to delikatnie, a moim – złośliwie. Ty mały łachudro, jak już wsadzisz szpilę, to idzie człowiekowi w pięty – atakował kumpla Marian.
– Przy twojej złośliwości i agresywności ja jestem malutki i milutki, jak baranek – łagodnie rzekł Hipolit.
– Jak ci wspomniałem zostałem właścicielem komórki, ale nie do węgla tylko telefonu – wrócił do tematu Marian. Nazywa się hua, hua, czy jakoś tam.
– Oho to jest maszyna z górnej półki – wyrwał się Hipolit.
– A ty skąd to wiesz? – odpalił Marian. Kumpel bez słowa wyjął z kieszeni właśnie taką samą.
– Mam ją od tygodnia i wiesz mi, że jest rewelacyjna – tłumaczył Hipolit.
– Co? I ty nic mi nie mówiłeś? –naskoczył na kumpla zły Marian.
– Nie mówiłem ci, bo niedawno zarzekałeś się, że nigdy nie będziesz miał tego gówna, co to życie zatruwa. To są twoje słowa – patrząc na kumpla mówił Hipolit. Powiem ci też, że „hua” wśród wielu możliwości w swoim menu ma mobilny Internet. Prze dwa dni nie mogłem sobie poradzić z komórką. Dopiero, jak moja córuchna Bercia mi pokazała, o co tak naprawdę w tym „ustrojstwie” chodzi, to zacząłem kumać iz każdym dniem robiłem postępy.
Już, już Marian chciał zaczepić kumpla o słowo internet, który chciał zamienić na internat, ale ugryzł się w język. Powziął pewien plan, który zamierzał wcielić w życie.
– Skoro już staliśmy się właścicielami komórek, to musimy je w stopniu podstawowym opanować – pojednawczo mówił Marian.
– Mów za siebie – odpalił Hipolit.
– Dobra, już dobra – spokojnie rzekł Marian. Czy jesteś skłonny mnie poinstruować, jak, co i z czym, to się je – specjalnie omijał słowa proszę i naucz mnie. Ten grzecznościowy zwrot postanowił wykorzystać Hipolit.
– Czy może znasz takie magiczne słowo – prowokacyjnie zapytał.
– Niech ci będzie – proszę niezadowolony odparł Marian. Sporo czasu przeznaczył Hipolit ucząc kumpla, jak obsługiwać komórkę. Ten na przemian klął i wykrzykiwał, gdy mu się coś udało. Pojął w miarę szybko, jak wybrać numer, zadzwonić i odebrać rozmowę. Z boku przechodzący mieli niezły ubaw, gdy patrzyli, jak dwaj osobnicy prowadzili ze sobą rozmowę z odległości niespełna metra. Po kilku godzinach nauki Marian rzekł:
– To już wystarczy. Sam resztę doszlifuję. Powiem ci, że od teraz będziemy wykorzystywać komórki tylko w bardzo ważnych, nie cierpiących zwłoki – sprawach. Mam na myśli pilne spotkanie, czy wyskok na piwo lub inne przyjemności. Telefon dzisiaj wypada mieć, by spełniać normy europejczyka.
– Ja nawet bez komórki też je spełniam – przerwał Hipolit.
– Niepotrzebnie czepiasz się, przyjacielu. Ja też, ale są rzeczy i przedmioty, które – czy chcemy czy nie – funkcjonują w naszym życiu. Jest to m.in. łączność bezprzewodowa i rewelacyjne sms-y.
– Rozwiń, co masz na myśli – zapytał Hipolit.
– Gdy „sms” będzie pusty, czyli bez tekstu znaczyć to będzie, że mamy szybkie spotkanie. Rzucasz wszystko i walisz do mnie, bo jest akcja browar – wyjaśniał Marian.
– Z tym się zgadzam bez dyskusji – rzekł Hipolit i przybył kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Chłop z wojska, krowa do wojska
– Z tego, co wiem o wojsku masz pojęcie tyle, co babcia o stringach. Nie wiem, czy w ogóle temat ten poruszać. Nie ukrywam, że zależałoby mi na tym zważywszy, że mam jedno odświeżone powiedzenie, którego ty i tobie podobni nie znają, że nie wspomnę o wyjaśnienie, czego dotyczy – mówiący te słowa Marian Lichy wyraźnie drwił i zarazem prowokował kumpla Hipolita Mizerkę. Ten spokojnie, ale zdecydowanie odparł:
– Skoro bardzo ci na tym zależy to mów, ale do rzeczy, bez tej twojej fanfaronady.
– Wracam na właściwe tory, a ty zamieniaj się w słuch i uruchom wyobraźnię – natychmiast zaczął Marian. Czasy są, jakie są. Na ulicach, po latach posuchy znów można zobaczyć żołnierskie mundury. Młodzi ludzie chętnie zgłaszają się do służby i wskakują w kamasze. Nie ma co ukrywać, że wojsko zawodowe, bo o nim mówię, daje im niezłą kasę. Ponadto młodzi mogą wykazać się sprawnością, wytrzymałością i pewnym okiem.
– Co ty mi tu chrzanisz – nie wytrzymał Hipolit. Zacząłeś w miarę obiecująco. Ale teraz zacząłeś smęcić.
– Czy coś mówi ci „chłop z wojska, krowa do wojska” – natychmiast zadał pytanie Marian.
– Tak sobie myślę, że to jest coś głupiego i na poczekaniu wymyślone przez ciebie – odciął się Hipolit. Krowa, wojsko nie trzyma się, ani kupy, ani dupy.
– Nie wymądrzaj się i nie próbuj mnie wyprowadzić z równowagi – lekko wnerwiony rzekł Marian. Wiedz, że to ma sens i zarazę ci udowodnię. W przeszłości niezbyt odległej, gdy była obowiązkowa służba wojskowa, co roku trwał pobór.
– Przecież to było za komuny. Lekko licząc było to z pól wieku temu. Jakie to niezbyt odległe czasy – wtrącił Hipolit.
– Oj tam! Oj tam! Czepiasz się, jak spity płotu – uspakajająco kontynuował Marian. Młodzi żołnierze nazywani „kotami” na początku mieli przerąbane, jak w ruskim czołgu. Zanim przekroczyli koszarową bramę zobaczyli plakat, na którym widniało „witany was”. Z drugiej strony o zgrozo odczytali już „mamy was”. Na ugiętych nogach szli do fryzjera, gdzie tracili ukochane, długie włosy. Dalej oddawali cywilne ciuchy i zakładali mundury. Z tym to były jaja. Wydający nie patrzył na posturę rekruta, tylko rzucał ciuchy, jak leci. Wysoki dostawał za krótkie portki. Niski bluzę z rękawami mocno za długimi. Natychmiast żołnierze dokonywali zamiany, a bystrzejsi poprawek. Po kilku godzinach byli, jako tako ubrani. Zabierali bieliznę i to, co im się należało i szli na swoje sale. Kolejna batalia trwała o najlepsze łóżka. To był jednak tylko wstęp do dalszej ich przygody. Od pierwszego dnia dostawali regularnie w dupsko. Zaprawa goniła zaprawę i do tego musztra kroku defiladowego.
– Litości, bo mi się chce rzygać – przerwał kolega. Skąd ty to wszystko wiesz, przecież w wojsku nie byłeś – przerwał Hipolit. Dużo ryzykował, bo Marian był uczulony na tym punkcie. Przed laty wciskał mu, że był w woju i na potwierdzenie tego pokazywał zdjęcie w mundurze czołgisty. Sprawa się rypła, jak jego żoneczka Gabrysia wypaplała się, że Marych dostał kategorię „D” i od woja się wymigał. Mundur do fotki pożyczył od kuzyna Teodora Skoczka. Zdawał sobie Marian sprawę, że nie ma, co dłużej udawać, więc rzekł:
– Mówił mi o tym właśnie kuzyn Teoś. On też wyjaśnił mi to powiedzenie „chłop z wojska krowa do wojska”. Jak ci mówiłem młody żołnierz dostawał pełen ekwipunek w tym rzeczy i odzież. Starzy żołnierze wcale nie dbali o ciuchy. Mieli duże braki w ekwipunku. Gdy zbliżał się czas odejścia do cywila uzupełniali ubytki. Gdy„koty” szły na ćwiczenia starzy zabierali to, czego im brakowało. W dniu zdawania sprzętu, „rezerwiści” jak się kazali nazywać, mieli wszytko w komplecie. Młodzi, gdy się zorientowali, że zostali „oskubani” szli do oficera. Ten jednak nie słuchał, co mu meldują tylko postawił ich do pionu. Zanim dał komendę odmaszerować, łagodnie dodał, że oni też kiedyś pójdą do cywila i będą musieli mieć stan. Zrozumieli, że zmuszeni będą iść tą samą ścieżką, aby skompletować ekwipunek. Jeden się odważył i kiedyś zapytał – a co będzie, jeżeli rąbnie mi wycior od lufy czołu. Usłyszał najpierw, że lepiej, aby się nie urodził i za chwilę pytanie skąd pochodzi. Usłyszał, że ze wsi. Dodał zatem, że sprzęt, o którym mówią kosztuje tyle, ile dobra krowa. „Synku – rzekł mu oficer – wyszedłbyś z wojska, gdyby twoi rodzice sprzedaliby krowę i wpłacili całość za wycior”.
– Myślę, że nigdy do czegoś takiego nie doszło – podenerwowany pytał Hipolit.
– Ty to jesteś kiep bez wyobraźni – skarcił go Marian. Przecież mówiłem ci, że w wojsku proceder uzupełniania braków trwał od zawsze. Młodzi dostawali pełny ekwipunek, z którego starzy uzupełniali swoje braki. Bilans zawsze wychodził na „zero”. Czy to tak trudno zrozumieć?
Przez chwilę Hipolit nad czymś rozmyślał. Nabrał powietrza i rzekł:
– Powiem ci szczerze, że mocno przeżyłem twoje opowiadanie. Zadaję sobie pytanie, co za wycior musiałby oddać żołnierz pochodzący z miasta. Wychodzi, że rodzice mieszczucha musieliby oddać do wojska „Syrenkę” lub Malucha. To powiedzenie mi się nie podoba.
– Z tego, co wiem nigdy takie rozlicznie nie miało miejsca. Po latach je odświeżyłem, tylko dlatego, że niedawno użyłem go w rozmowie z Balbiną Szprychą. Babeczka nigdy go nie słyszała, ale lubi zasłyszane terminy. Nie ukrywała, że ją pozywanie zaskoczyłem. Widzisz więc, że warto niekiedy poszperać w łepetynie – rzekł Marian i pożegnał kumpla.
Seweryn Kaczmarek

„Lipa” za darmo
– Kolego mam dla ciebie rower. Prawie „nówka” nieśmigany. Nie uwierzysz, ale dam ci go za darmo – z takimi słowami zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Ten drugi spojrzał na przyjaciela i rzekł:
– Czuję w twoim głosie szelmowską nutę. Jeszcze nie wiem, co kombinujesz, ale sądzę, że masz niecne zamiary. A tak naprawdę to ci powiem, że za darmo, to nawet po mordzie dzisiaj człowiek nie dostanie.
– Jeszcze raz ci mówię, że nie wezmę od ciebie za rower, ani złotówki – kusił kumpla Marian.
– Aha za jednoślad, ani zeta, a za dodatkowe wyposażenie zedrzesz ze mnie skórę! – nie dawał się Hipolit.
– Przecież mnie znasz – poważnie odparł Marian.
– I tu masz rację. Dlatego, że cię znam, to ci, ani nie wierzę, ani i nie chcę od ciebie nic. Powiem ci też, dlaczego – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– O co ci biega? Co masz na myśli? – próbował podejść kumpla Marian.
– Już ci mówię, co mam na myśli – odparł Hipolit. Może Ty masz krótką pamięć, ale ja doskonałą. Przypomnę ci, jak mnie przed laty wyrolowałeś z okazją za darmo.
– Ja, ja!? – wyrwał się Marian.
– Ty, ty!! – przerwał mu Hipolit i kontynuował. Po wprowadzeniu się do nowego mieszkania potrzebowałem kafelki do łazienki. Zwróciłem się wtedy do ciebie o pomoc.
– I co i co zawiodłem cię? – ponownie wyrwał się Marian.
– Oho przyjacielowi wraca pamięć – ironicznie rzekł Hipolit. Powiedziałeś mi, że masz kafelki, których starczy na łazienkę i jeszcze na kuchnię. Przez chwilę nie posiadałem się ze szczęścia. Lekko kopara opadła mi, jak powiedziałeś, że masz płytki, ale trzeba pojechać po nie do kuzyna Szczepana Klejberta kawałek za Wrocław.
– No i co? Były? – próbował wtrącić się Marian.
– Proszę nie przeszkadzaj, bo na samą myśl mógłbym ci udusić. Wynająłem samochód i pojechaliśmy, ale jak się okazało, aż do Wałbrzycha. Na miejscu, ze sterty mało atrakcyjnych płytek, jakoś udało się wybrać potrzebną ilość na łazienkę i kuchnię. Za „niby klej” już twojemu kuzynowi musiałem zapłacić tak samo, jak za zaprawę do fugowania. Transport i te dodatki kosztowały mnie sporo grosza. Ten twój krewniak ze Śląska zaoferował się założyć płytki. Tego też zapewne nie pamiętasz lub nie chcesz, że Szczepan siedział i zakładał pytki w moim mieszkaniu przez dwa tygodnie. Najgorzej nawet mu to nie wyszło, ale za robotę zdarł z nas skórę. Moja, jak przeliczyła wszystko, łącznie z wypitą gorzałą, chciała mnie wywalić z chaty. I to niby miało być twoim zdaniem za darmo? – zły nakręcał się Hipolit.
– Przepraszam kolego, ale płytki były gratis. Teraz proponuję ci rower także za darmochę – niezrażony mówił Marian.
– Proszę powiedz mi, gdzie po niego trzeba jechać i jakie czekają mnie niespodzianki? – dopytywał Hipolit.
– Zaraz jechać – łagodził Marian. Tu jest w naszym mieście w piwnicy, u szwagierki Heli Zasuwaj. Mówię ci damka, pierwszy właściciel, oryginalny lakier. Wprawdzie nie ma błotników, jednego pedała, światła, pompki i stoi bez powietrza, ale pozostałe części ma prima sort.
– Przecież, jak ja to wszystko dokupię i dam założyć mechanikowi, to stracę sporo kasy. Wyjdę na tym, jak „Zabłocki na mydle”. O nie, dziękuję przyjacielu. Jak chcesz, to weź go sobie sam. Ten temat uważam za zamknięty – rzekł Hipolit.
– Mam jeszcze coś dla ciebie za darmo – nie dawał za wygraną Marian. Na pewno cię zainteresuje, tym bardziej, że dotyczy zdrowia. Przecież ja wiem i ty wiesz, że masz je kiepskie.
– Od kiedy ty się przyjmujesz moim zdrowiem. Skoro tak jest, to powiedz, co masz dla mnie „czarcie żebro”, czy zdechłego kota pod poduszkę? – kpił Hipolit.
– Nie rób sobie jaj. Posłuchaj, dostałem telefoniczne zaproszenie na darmowe badanie serca i układu krążenia. Mogę przyprowadzić ze sobą jedną osobę i pomyślałem o tobie, może byśmy na to poszli razem, tym bardzie, że za darmo – zachęcał Marian.
– O nie i jeszcze raz nie, przyjacielu – natychmiast zareagował Hipolit.
– Taka okazja, dlaczego nie chcesz z niej skorzystać? – pytał Marian.
– Powodów jest kilka i już ci mówię, co mam na myśli – zapalił się Hipolit. Nie mówiłem ci, że moja teściowa kilka tygodni temu wraz z moją Kundzią skorzystały z takiego zaproszenia. W gabinecie na kółkach zostały przebadane, Dowiedziały się, że są poważnie chore i mają liczne wady. Ten fachowiec w białym kitlu zalecił im: spokój, bezsterowy styl życia i lekarstwa, w tym zastrzyki, tabletki, przepuszczającą powietrze pościel, olejki zapachowe pozwalające lekko oddychać, kremy otwierajże pory, a nawet bieliznę. Badanie było za darmo, a moje panie przytargały do chaty dwie duże torby za cztery stówy rewelacyjnych środków nasercowych.
– A garnków im nie wciskali? – wtrącił Marian.
Widzę przyjacielu, że wiesz, o co w tym wszystkim chodzi – oznajmił tryumfalnie Hipolit.
– Krótko i zwięźle, ty nie chcesz roweru, ani bezpłatnego badania. Ja to szanuję. Powiem ci więcej, solidaryzuję się z tobą – rzekł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Nieduży baran
– Ani się obejrzeliśmy i już po świętach. Szkoda tylko, że jest coraz mniej tradycji z nim związanych. Pamiętam, jak wiele było i jakie były ekstra – tymi słowami zwrócił się Hipolit Mizerka do Mariana Lichego.
– Jakie ty możesz pamiętać, ty mój „mizeraku” – przerwał mu ten drugi. Nazwisko masz więcej, niż kiepskie nie mówiąc o imieniu.
– A co ci się nie podoba w moim oryginalnym imieniu i szlacheckim nazwisku? – przerwał mu kumpel.
Marych pokładając się ze śmiechu mówił:
– Hipolit to pewnie pochodzi od Hipopotama, a Mizerka od ogórkowej mizerii. Ze szlachtą to ty na pewno nic, a nic nie miałeś wspólnego.
– Widzicie go Lichego, a nawet bardzo „lichego”, jak się puszy – pięknym za nadobne odpalił Hipolit. Masz szczęście, że meble nie mają nóżek, bo byś na stojąco pod nie wlazł.
Faktycznie Marych ze swoim metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu do wieżowców nie należał. Z tego powodu miał sporo docinków. Najbardziej jednak nie cierpiał przezwiska „nieduży baran”. W części wzięło to się z tego, że był krępy i miał też mocno kręcone włosy.
Nagle jak grom z jasnego nieba spadło pytanie kumpla:
– A dlaczego na ciebie tak nieładnie mówią?
Na samo wspomnienie Marychowi lekko „kopara” opadła. Po chwili jednak już uśmiechnięty walnął:
– To wszystko przez moją żoneczkę Gabrysię.
– Jak to przez twoją połowicę? – nie wytrzymał Hipolit. To ona tak cię nazwała, że niby masz twardy i zakuty łeb?
– Uważaj, bo moja cierpliwość się kończy – zły jak szerszeń wrzasnął Marych. Chcesz się dowiedzieć, dlaczego, to trzymaj pysk na kłódkę.
Od razu też zaczął opowiadać.
– Mojej Gabrieli zawsze było mało pieniędzy. Z tego powodu mi wygadywała i co rusz do czegoś mnie namawiała. Nieraz dałem się wciągnąć w jej podpowiedzi. Jak w interesach coś nie wypaliło, to winnym byłem zawsze ja. Faktem było, że klęska goniła klęskę. Już myślałem, że mam życiowego pecha.
– A cóż żeś takiego wymyślił i robił, aby zaspokoić swoją żoneczkę? –przerwał mu Hipolit.
– Było tego całkiem sporo i już ci mówię – odparł Marian. Łańcuszek do św. Antoniego, spółka hodowli jedwabników z jej matką, uprawa konopi. itd. Nic tylko w łeb sobie strzelić. Łańcuszek to klęska. Jedwabniki przemieniły się w motyle i poleciały w niebo. Za konopie niedługo poszedłbym do paki. Mamuśka, czyli teściowa wraz z moją, jak przyszła policja powiedziały, że nie wiedzą, co Marych, czyli ja tam grzebie w ziemi. I nie uwierzysz, ale przyszedł mi pomysł prosto z nieba. Dowiedziałem się od kuzola Rycha o hodowli owiec rasy wielkopolskiej. Te duże zwierzęta były opłacalne ze względu na wełnę i mięso. W tajemnicy przed moją i jej mamuśką zamówiłem z rodowodem jednego barana i sześć owiec. Pierwszego – tryka (samca) jesienią samochodem dostarczyli na moje podwórze. W tym czasie nie było mnie w domu. Moja wraz z teściową musiały pomóc go rozładować i pokwitować. Było by wszystko w porządku, ale „mamuśce” zwierzę się nie podobało. A to duży, a to źle patrzy, a to śmierdzi – zrzędziła. Zapewne także „trykowi” nie spodobała się paplająca istota. Jak tylko nadarzyła się okazja, to walnął ją rogami w „siedzenie”. Teściowa wrzeszczała, że to moja sprawka i że to ja zwierzę na nią napuściłem. Po tygodniu dojechał transport owiec samic. Te na biedę zostały w miarę spokojnie przyjęte przez moje panie. Po kilku dniach teściowa zaczęła awanturę, że zwierzęta ją denerwują. Ciągle beczą i beczą – jątrzyła. „Czy może kojarzy się manie to z ube, ube, ube?” – ironicznie zapytałem. „Dokładnie tak!” nieopatrznie odpowiedziała. Ja na to odparłem, że beczenie przypomina jej stare, dobre czasy milicji i „ubecji”. Przecież było tak niedawno, bo sześćdziesiąt lat temu. Teściowa przyjęła, to jak aluzję do jej wieku i znów z córeczką, czyli moją żoneczką postawiły mnie do pionu. I słuchaj teraz jest najważniejsze. Moja lubiła zaglądać do zwierząt, jak te miały ze sobą no wiesz „tryku, tryku, fiki, miki”. Tak jej się to spodobało, że wieczorem pod pierzynką zrobiła się bardzo uległa. No i stało się. Moja Gabrysia zaszła w ciąże. Jak się o tym dowidziała jej mamuśka, to obrażona wyjechała do swojego synusia Benka do Będlewa. Brzuszek żoneczki, jak i moje owce rosły, jak na drożdżach.
Nagle Marian zadał kumplowi pytanie:
– Czy wiesz, że lubię sobie trochę wypić?!
– Tak, tak! Trochę na dnie, ale w wiadrze – ironicznie wtrącił Hipolit.
Niezrażony tym Marych ciągnął.
– W marcu moja sądziła, że już przyszedł czas na poród. Zawiozłem ją do szpitala. Coś poszło nie tak i wszystko się przedłużało. Byłem sam w chacie i z tęsknicy chciało się czegoś mocniejszego. Grosza przy duszy nie miałem. Patrzę przez okno, a tam moje owieczki się do mnie uśmiechają. „Dobra nasza” pomyślałem sobie patrząc na ich dorodną wełnę. Zaopatrzony w nożyce poszedłem do chlewika i jedną ostrzygłem. Wełnę tego samego dnia sprzedałem. Nie masz pojęcia, jak mi się to spodobało. Zanim moja po dwóch tygodniach przyjechała do domu, to już cztery owce zdążyłem „ogolić”. Jakoś pieniądze też mi się rozeszły. Fortuna przestał mi sprzyjać. Okazało się, że mojej „kalendarz myszy zjadły” i czas rozwiązania chwilowo się opóźnił i lekarze odesłali ją do domu. Gabrysia zadowolona, że jest w chacie stanęła przy oknie od strony podwórza. Byłem cały w nerwach i modliłem się, żeby czasem owce się nie pokazały. Niestety pomyślałem to w złą godzinę. Nagle zza narożnika chlewu wybiegła jedna, a za nią kolejne. Moja patrzy i przeciera oczy. Z sześciu cztery były dokładnie ostrzyżone. Groźnie spojrzała w moją stronę i zapytała, co ja zrobiłem. Gdzie jest wełna, gdzie są pieniądze seriami pytała. Próbowałem nadrabiać miną i zażartowałem. Pieniądze w worach, a wory pod oczami. Nie zdążyłem się uchylić, jak dostałem ścierą w łeb. Po tym jeszcze i jeszcze raz. I pewnie przed śmiercią by mnie zabiła, gdyby jej wody nie odeszły i nie zaczęła rodzić. Zanim przyjechało pogotowie usłyszałem instruktaż. „Słuchaj ty „nieduży baranie” nie waż się ruszyć pozostałych owiec. Jak wrócę to pogadamy”. Moja z tych nerwów już w karetce urodziła synka. Po trzech dniach przywiozłem ją do domu. Nasz Jasiu, bo tak daliśmy imię synkowi był śliczny. Miał króciutkie, jasne, kręcone włoski i niebieskie oczęta. Gabrysia wybaczyła mi, ale w złości nadal nazywa mnie „niedużym baranem”.
– A co z tradycją? – po chwili zapytał Hipolit.
– Bez niej i barwnych akcentów nie byłoby żadnych świąt. Ale o tym przy innej okazji – zakończył spotkanie Marian Lichy.
Seweryn Kaczmarek

Lenistwo postawą filozoficzną
– Są takie osoby, które mają niechęć do pracy i starają się na różne sposoby to tłumaczyć. Jak ognia unikają określenia leń. Swój stosunek do roboty mają solidnie ugruntowany. W związku z poruszonym przeze mnie tematem mam kilka osób na myśli, ale nie chciałbym ich od razu pokazywać palcem – mówiący te słowa Marian Lichy uważnie przyglądał się kumplowi Hipolitowi Mizerce.
– Powiem ci – spokojnie włączył się do rozmowy Hipolit, że też nam takich, co żadnej pracy się nie boją. Oni tylko potrzebują do niej ludzi. Mało tego są też tacy, co to pracy się nie boją i mogą nawet koło niej leżeć „bykiem”. Koniecznie trzeba wspomnieć o nierobach bujających w obłokach. Ci uważają, że lenistwo jest postawą filozoficzną.
– Kogo masz na myśli. Mów i to natychmiast – nie wytrzymał Marian.
Rzeczywiście Hipolit pomyślał o Marianie. Reakcja kumpla była tak gwałtowna, że poczuł granie w kolankach. Czuł, że musi szybko coś wymyślić, aby nie sprowokować przyjaciela. Wiedział, że musi być wiarygodny, bo w przeciwnym razie ten sprawi mu słowne manto. W panice przyszła mu na myśl postać Ferdynanda z telewizyjnego serialu. Postanowił, że wykorzysta ją do wybrnięcia z przykrej dla niego sytuacji.
– Jak sam wiesz jest taka postać o nazwisku Ferdynand Kiepski – zaczął ostrożnie. Ten gościu króciutko pracował na saturatorze i sprzedawał wodę gazowaną. Gdy zwinął rzekomo nieopłacalny interes żadną robotą się nie z hańbił. Był na utrzymaniu połowicy o imieniu Halina. Na jej ataki, aby poszedł do pośredniaka i znalazł sobie robotę odpowiadał, że dla ludzi z jego wykształceniem nie ma pracy.
– Tak, tak pamiętam jak przy każdej okazji to wykorzystywał – wtrącił Marian.
– Tylko, że on nie miał żadnego wykształcenia, tak jak ty – wyrwało się Hipolitowi.
– Ty, ty kaczy zadzie. Wiedziałem, że cały czas pijesz do mnie używając tego patentowanego lenia Ferdka – naskoczył na niego Marian.
– Zgodzisz się, że on robił wszystko, aby nic nie robić. Jedno, co umiał, to chlać piwsko, wino, gorzałę i pierdzieć w fotel. Potrafił, też sprytnie wciskać ciemnotę swojej małżonkę. Imał się wszelkich sposobów w dramatycznej sytuacji, gdy Halina straszyła go spotkaniem u adwokata. Czyż tak nie było przyjacielu? – swoje tłumaczenie pytaniem zakończył Hipolit.
– No tak zgadzam się – przyznał Marian. Wytłumacz mi, ale dokładnie, co to ma wspólnego ze mną zadał pytanie.
– W każdym z nas tak naprawdę tkwi taki Ferdek. W tobie, we mnie i wielu jeszcze innych. Gdyby udało się żyć bez pracy, być na czyimś utrzymaniu to, kto by sobie zawracał głowę tyraniem za kiepskie wynagrodzenie. Wbrew temu, co sądzisz bezpośrednio mój wywód nie tyczy się ciebie, przyjacielu. Jak obaj wiemy, od pracy jest traktor, baba i koń – próbował łagodzić Hipolit.
– Czy Kundzia zna twoją filozofię w tej kwestii. Zresztą zaraz jej to powiesz, bo idzie w naszą stronę – ironicznie przerwał kumplowi Marian.
Ten na słowo Kundzia przygarbił się ze strachu. Panicznie rozejrzał się dookoła. Gdy zorientował się, ze kumpel blefuje i nic mu nie grozi odetchnął i naskoczył na przyjaciela słowami:
– Tak się nie robi, przyjacielu.
– Spoko kolego – uspakajająco rzekł Marian. Wiem, że masz cykora swojej połówki, ale nie sądziłem, że do tego stopnia. O mało nie wywinąłeś orła ze strachu, jak wywołałem jej imię. Przecież wiem, że ona ma dla ciebie dużo litości. W przeciwnym razie dawno już za twoje obijanie w pracach domowych, ba, unikanie wszelkich zajęć, dawno odesłałaby cię do rodzinnego Pierdziszewa.
– Wymawiała haka gracy, a oboje jedynacy. Ty, ale się rwiesz do roboty w domu. Gdyby nie to, że potrzebujesz wsparcia Gabrysi na piwsko i „fajki”, to z fotela byś się nie ruszał – odpalił Hipolit.
– Tak myślę, że my nie jesteśmy tytanami pracy. Jestem jednak przekonany, że ty jesteś większym nygusem – Marian próbował w polemice przełamać kumpla.
– Wiesz – nie dawał za wygraną Hipolit – że ten serialowy Ferdek musi być twoim krewniakiem. On nie tylko, że miga się od roboty, ale jest kłamczuchem, „sępem”, a do tego małym filozofem, dokładnie tak jak ty.
Na słowa kumpla ostre i dosadne, których się po nim nie spodziewał, aż zatkało Mariana. Po ochłonięciu, jak echo powtórzył:
– Sęp, filozof, migacz. Ty wiesz, że nawet się nie obrażę na ciebie. Jeżeli już chcesz mi dać ksywkę, to tylko „filozof”. Nie kryję, że w tej interesującej mnie dziedzinie mocno pracuję nad sobą. Przecież robię wszystko, aby nic nie robić. Pracuję z bólem tylko wtedy, kiedy muszę. Nie jestem kłamczuchem, tylko czasem mijam się z prawdą. Czy migam się od pracy? Na to, patrząc na mnie i na siebie, odpowiedz sobie sam – spokojnie mówił Marian. Teraz przez chwilę coś w głowie rozważał Hipolit.
– Nic dodać nic ująć. Jesteśmy siebie warci. Każdy na swój sposób jest filozofem. Gdy trzeba jest mądry i przebiegły. Wznosi się na wyżyny swojej wiedzy i inteligencji. Wszystko zależy, do czego i ile jej potrzebuje – trajkotał Hipolit.
– Hola, hola przyjacielu – zastopował go Marian. Jak patrzę na ciebie, to dochodzę do wniosku, że filozofia jest dla ciebie zbyt trudna. Pozostań przy swoim lenistwie, a ja ci w nim pomogę – rzekła Marian i na pożegnanie podał rękę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Skarb w srebrnym jeziorze
Wałbrzych miał mieć rzekomo zakopany przez Niemców pociąg wypełniony złotem. Jak widomo z przekazywanych w telewizji, radiu i Internecie informacji, wielu poszukiwaczy omamionych wizją bogactwa, wspieranych elektronicznym sprzętem sprawdziło, a nawet przekopało dziesiątki hektarów ziemi. Póki, co figa z makiem, choć fanatycy się nie poddają.
W przeszukiwaniu pewnych miejsc wskazanych przez miejscową ludność pomocne są zdjęcia satelitarne i samolotowe wykonane niezwykle czułymi aparatami cyfrowymi.
Niezaleznie od tamtej historii zdarzają się przypadkowe odkrycia. Tak było w przypadku jeziora Góreckiego w gminie Stęszew. Podczas sporządzania precyzyjnych map topograficznych, pilot Cezary Okoń, który wykonywał zdjęcia, dojrzał w toni ciemny kształt. Kilkakrotnie nadlatywał nad to miejsce i za każdym razem ogarniało go coraz większe zdziwienie. W czystych wodach, w odległości około trzydziestu metrów od brzegu, dojrzał zarys samolotu. Zaryzykował jeszcze bardziej i z bardzo niskiego pułapu dojrzał kadłub i skrzydła z namalowanymi czarnymi krzyżami. Zrozumiał, że jest to „szkopski”, transportowy „gigant”.
O swoim odkryciu powiadomił dyrekcję Parku Narodowego, który jest właścicielem jeziora. Niedowierzanie przeplatało się z euforią. Niezwłocznie o znaleziśku poinformowano odpowiednie ministerstwo. To z kolei skierowało w to miejsce znanego historyka i poszukiwacza Zygfryda Grzebielczyka. Ten zanim przyjechał poszperał w dokumentach z końca II wojny światowej. Szczególną uwagę zwrócił na katastrofy lotnicze w naszym terenie. Za którymś razem szperając w dokumentach, aż krzyknął z wrażenia. Doczytał, że pod koniec grudnia 1944 roku, kiedy już Niemcy byli w odwrocie, zarządzający jeziorami i okolicznymi ziemiami Hans Grajzer postanowił wywieść złoto, kosztowności i dzieła sztuki. Zgromadził, a w zasadzie nakradł tego spore ilości. Powiadomił Himlera, że ma skarby, które chce wywieść, a z którymi się podzieli. Szef lotnictwa Rzeszy, mocno pazerny na dobra materialne, postanowił wejść w interes z Grajzerem. Z Berlina dał sygnał, że w grudniowy poranek przyleci największy z transportowców Rzeszy nazywany „gigantem”. Zgodnie z umową maszyna dotarła i pilot posadził maszynę na łące niedaleko „grajzerówki”. Natychmiast zaczęto załadunek. Skrzynia po skrzyni trafiała do ładowni. Pilot, gdy zorientował się, że ładunku jest tak dużo, że nie zdoła go zabrać zaczął protestować. Doszło do tego, że Grajzer przystawił mu do głowy lufę pistoletu i kazał się pakować dalej. Załadowano wszystko, co było przygotowane. Samolot, pomimo ogromnych rozmiarów usiadł, na amortyzatorach. Zamknięto luki i pilot dostał rozkaz startu. Lotnik blady, jak ściana wlazł do kabiny i rozgrzał silnik. Zdawał sobie sprawę, że krótki pas wykonany na nieutwardzonej łące nie pozwoli rozpędzić się maszynie tak, aby pewnie wystartowała. Dał pełen gaz i poderwał „giganta”. Przeładowany samolot wzbił się na kilkaset metrów i po przeleceniu niewielkiego odcinka runął do góreckiego jeziora.
Krótko przed tym dało się słyszeć wstrzał z broni palnej. Jeden z miejscowych, a był to Szczepan Miętus, po latach twierdził, że był w lesie z gajowym Cyprianem Grzmotem, który wypalił do samolotu ze sztucera. Zaklinał się, że samolot dostał w silnik i to spowodowało, że wpadł do jeziora.
Wszystkie te fakty pozbierał Zygfryd Szperacz i po otrzymania stosowanych pozwoleń, zamierza podnieść samolot z dna. Na początku kwietnia pojawią się nad jeziorem płetwonurkowie, pontony i dźwigi. Przyjedzie też potężny samochód „sejf”, do którego załadują znalezione przedmioty.
Do czasu rozpoczęcia akcji miejsca tego pilnuje firma ochraniarska.
Ludzie z tego terenu zacierają ręce. Nasz znajomy Zenobiusz Smakosz wie, że wszystkiego ci mądrale od poszukiwań nie znajdą i coś dla innych zostanie. Jak tylko odjadą, to on z kumplami wejdzie na ten teren. Jest pewien, że w Wałbrzychu skarbu nie ma, ale u nas jest „na bank”. Ale póki, co o tym sza.
Seweryn Kaczmarek

Medal medalowi nierówny
– Wielkie mi halo. Zdobyliśmy na olimpiadzie po wielu dniach oczekiwania dwa medale i fala euforii zalała kraj. Ja przed laty zdobywałem po pięć złotych i nie robiłem wokół tego szumu – mwiący te słowa Marian Lichy spod przymrożonych powiek spoglądał na Hipolita Mizerkę. Kumplowi o mało nie wyszły oczy z orbit. Przełykając ślinę Hipolit rzekł:
– Jak, gdzie, kiedy, w czym. Z tej strony, to ja cię nie znałem.
– Gdzie, gdzie? W punkcie skupu butelek, kiedy to flaszki były po złotówce a ja zaniosłem ich pięć. Byłem jeszcze mały. Miałem może z dziesięć, no może dwanaście lat – rzekł Marian i ryknął śmiechem.
– Jak zwykle jaja sobie ze mnie robisz? Ja przeżywam starty naszych reprezentantów na olimpiadzie, nie mogę spać, a ty wylatujesz z farmazonami o flaszkach, skupie i jak cię znam o dupie Feli – poirytowany mówił Hipolit.
– A żebyś wiedział – odciął się Marian. Temat o rzyci i seksie jest ekstra, a do tego bezstresowy. Mogę o tym mówić godzinami, bo to i owo u kobitek się widziało.
– W to ci graj. To może, choć mi powiesz, o ile wiesz, jaki związek mają walory babek z olimpiadą? – zadał pytanie Hipolit.
Z ironicznym błyskiem w oku Marian na pytanie odparł pytaniem:
– A gdzie to medale się wiesza zwycięzcom w poszczególnych konkurencjach.
– Jak to gdzie? Nna piersi! – niepewnie odparł Hipolit.
– Wiesz, więc gdzie. Więcej ci powiem! Powinno być wyraźnie podawane w przypadku zawodniczek, że na piersiach – spokojnie mówił Marian.
– Coś sobie przypomniałem – nagle wyrwał się Hipolit.
– O Boże – jęknął Marian. Sądzę, że przypomniało ci się, jak na dożynkach w Pierdziszewie Górnym wygrałeś zawody w rzucie butem gumowym lub beretem z antenką.
– Pominę twoje ironiczne słowa i skupię się na tym, co cię kompletnie zaskoczy, a może zwali z nóg – rzekł Hipolit.
– Oho już to widzę, wal a ja zamienię się w słuch – drwił Marian.
Przyjaciel przełkną ślinię i zaczął:
– Przypomniałem sobie, że ja też dostałem medala.
– Coś z twoją polszczyzną jest nie tak. Kolego źle odmienisz – pouczał Marian.
– Nie będziemy się kłócić o nazewnictwo, czy chodzi o medal, czy medala – zareagował Hipolit.
– Czuję lipę, ale mów, co masz na myśli – jątrzył Marian.
– Powiem ci, był sporych rozmiarów w kolorze brązowym – tajemniczo rzekł Hipolit i spojrzał na kumpla.
Zaskoczony Marian na chwilę stracił glos. W głowie kotłowały mu się różne myśli. A jeżeli Hipolit jakimś sposobem coś wygrał i ma na to dowód w postaci „medala”. Postanowił delikatne wybadać kumpla:
– Powiedz mi, czy był duży i brązowy. Gdzie i za co go dostałeś? – dopytywał Marian.
Tym razem z szelmowskim uśmiechem zwrócił się do niego Hipolit.
– Był spory, dobrze wypieczony i miał ćwierć kilo. Zamówiłem go sobie w gospodzie, jak byliśmy na wycieczce w górach. Nie dostałem go za darmo. Zapłaciłem, co do zeta. A ponieważ był smaczny, kelner dostał napiwek.
Gdy Hipolit wypowiadał te słowa Marianowi oczy wyszły z orbit:
– Ty mała szelmo. Ty krowi ogonie. Zrobiłeś minie w konia. Zapomniałem, że rzeczywiście w lokalach serwowano danie o nazwie „medal” – wyrzucił z siebie Marian.
W polemikach pomiędzy kumplami od lat tak było, że Marian był tym, który miał ostatnie zdanie. Nie zamierzał z tego rezygnować.
– Wiesz Hipolit – odezwał się Marian, że olimpiadę też oglądam. Jak widać na szklanym ekranie specjalnie nam nie idzie. Gdyby nie skoki, to byłaby mizeria do potęgi. Narciarze, saneczkarze, łyżwiarze formę zostawili w domu a do Korei pojechali tylko ze sprzętem Wielu znawców sportu tłumaczy, że liczy się udział w tej imprezie. Pewnie, że po części jest to racja. Wiem jednak, w czym tkwi słaba postawa naszych. Tak sobie myślę, że nasi mają za grube i zbyt ciepłe dresy. Sądzę też, że są zbyt zdrowi.
– A to niby dlaczego? – przerwał Hipolit.
– Już ci tłumaczę – rzekł Marian – gdyby nasi mieli liche ubranie to, aby nie było im zimno, od startu rwaliby do przodu, że rywale oglądaliby im plecy. Na mecie braliby pierwsze miejsca. A co do tej drugiej sprawy, to gdyby nasi mieli astmę tak, jak Skandynawowie, to po dawce ich specjalnych leków na oddychanie, też nikt by im nie dał rady.
– Coś w tym jest – głośno myślał Hipolit.
Widząc zdziwienie w oczach Hipolita Marian mówił dalej:
– Nie wiem, czy już do ciebie dotarła sensacyjna wiadomość. Rzekomo Korańczycy swoje skocznie narciarskie chcą nazwać imieniem naszego złotego medalisty Kamila Stocha. Tak przypadła im do gustu jego postawa, technika, elegancja, inteligencja, że już ogłosili konkurs. Z całego świata już spływają propozycje. Może i my byśmy spróbowali w nim wziąć udział – zakończył pytaniem Marian.
– W to ci nie uwierzę. Bujasz jak z nut – nieomal krzyknął Hipolit.
– Ja też nie – spokojni mówił Marian – ale zobacz, jakie byłoby to fajne. Skocznie z polskimi nazwami w kraju ludzi o skośnych oczach, to byłby hit.
– Z tym się z tobą zgadzam – rzekł Hipolit i pożegnał się z kumplem.
Seweryn Kaczmarek

„Szkoda” kasy
Przyjaciele Marian Lichy i Hipolit Mizerka specjalnie nie martwili się zimowymi temperaturami, talimi ponad zero stopni Celsjusza. Dla nich każde osłonięte od wiatru miejsce było dobre do ucięcia sobie pogaduchy, a nawet pociągnięcia z buteleczki. Tym razem temat, który zalegał mu na żołądku poruszył Hipolit.
– Mój kuzyn Zygmunt Fryc zawsze miał hopla na punkcie samochodów. Zmieniał je, jak rękawiczki. W swojej filozofii, niepopartej znajomością marek i ich walorów lub wad, kupował pojazdy na chybił trafił. Najgorsze było to, że płacił coraz więcej za wątpliwej marki auto. Wkurzało to jego żoneczkę Petronelę z domu Hakata. Za każdym razem starał się, aby był samochód inny, niż mają wszyscy dokoła, a szczególnie w rodzinie.
– Dorzuć coś interesującego do „pieca” bo jeszcze nie zacząłeś, a już przynudzasz – naskoczył na niego Marian.
– Nie pozwalasz mi się rozwinąć – nabzdyczony biadolił Hipolit.
– Dobra wal, ale jak to mówią prosto z mostu – ośmielająco rzekł Marian. Zachęcony Hipolit zaczął:
– Ostatnio krewniak kupił „Szkodę”. Wcześniej zarzekał się, że będzie to benzyniak, a nagle przytrafił mu się „diesel”.
– Ile on ma lat, że na pysku wychodzi mu trądzik nazywany potocznie „dieslem” – przerwał śmiejąc się Marian.
– No, nie z tobą nie można poważnie porozmawiać. Wszystko obracasz w szyderstwo – zły gderał Hipolit. Pomimo tego kontynuował. Zdecydował się, na ropniaka, bo pilnie potrzebował auto ubezpieczone i z ważnym przeglądem technicznym.
– Rychłego wstawania i szybkiego ożenku podobno się nie żałuje – wtrącił Marian.
– Penie częściowo masz rację. Jeżeli jednak uwzględnić dodatkowo szybkie nabycie auta, to żałość i kłopoty mogą się szybko pojawić – tłumaczył Hipolit.
– Ja tam tego nie pojmuję, bo mam dobre skojarzenie o ropniakach – spokojnie wszedł kumplowi w zdanie Marian. Jak byłem mały, to miałem z nimi do czynienia i to bardzo często. Nieomalże codziennie chodziłem do ojca do firmy transportowej. Mieli tam sporo pojazdów na ropę. Któregoś dania ojca nie było na bazie, ale za to kręcił się znajomy kierowca Izydor Jakitaki. Zapytał mnie, czy już kierowałem pojazdem. Odpowiedziałem, że teoretycznie tak, ale praktycznie nie. Nie zważając na mój lekki opór wsadził mnie do kabiny i włączył pierwszy bieg i wyskoczył z kabiny. Maszyna jechała, a ja, czy chciałem, czy nie musiałem kierować. Po dłuższej chwili nawet zaczęło mi się to podobać i lekko zacząłem dodawać gazu. Po kilku rundach dokoła placu, Izydor wskoczył do kabiny i zatrzymał pojazd.
– Poczekaj, co ty mi tu nawijasz. Kiedy to było i jaki był to pojazd – dopytywał Hipolit.
– Jaki, jaki? Był to traktor Ursus, zwany też „Bombajem” ze względu na odgłos, jaki wydawał. Było to, jak sięgnę pamięcią, około lat sześćdziesiątych – z trudem utrzymując powagę mówił Marian.
– Jaja sobie robisz ze mnie? – nie wytrzymał Hipolit. Ja całkiem na serio nawijam ci o krewniaku i jego perypetiach, a ty wylatujesz z archaicznym traktorem marki Bombaj.
– Ale był na ropę i to jest wspólny mianownik do pojazdów, o których rozmawiamy – spokojnie mówił Marian. Dokończ wreszcie tę swoją historię, ale błagam cię, aby była z ogniem.
– Zapewniam cię, że będzie i sam się przekonasz – szybko zaczął Hipolit. Jak ci mówiłem Zygmunt kupił samochód na ropę. „Szkoda”, którą kupił z wyglądu była całkiem, całkiem. Kosztowała jednak sporo „kasy”. Pierwszy dzień, podczas próbnych jazd, minął spokojnie. Na drugi dzień, po półgodzinie pracy silnika, zapaliła się kontrolka od spalin, a potem druga, od płynu chłodniczego. Natychmiast pojechał do warsztatu. Mechanik coś przeczyścił i uzupełnił i niby wszystko miało być dobrze. O zgrozo, po dziesięciu kilometrach kontrolka od spalin ponownie się zaświeciła. Jakby tego było mało, na trasie do Poznania coś zgrzytnęło w przekładni. Musiał zjechać na pobocze i wezwać fachowca. Samochód na lawecie przewieziony został do warsztatu. Wymieniono łożysko w przekładni i wyjazd. Jazda była, ale krótka. Tym razem łożysko w kole tak buczało, że auto ponownie wylądowało w warsztacie. Kolejne dwie doby u mechanika i samochód miał być na bank sprawny. Po każdej awarii w domu Fryców, była wojna. Izydor wściekał się i myślał o oddaniu pojazdu. Auto, jakby coś czuło, bo zaczął sprawować się lepiej. Wystarczyło jednak sześć stopni mrozu, aby Skoda nie dała się uruchomić. Rozrusznik kilka razy zakręcił, ale za słabo, aby silnik zapalił. Akumulator siadł i koniec. Przyjechał ten sam mechanik, co zwykle i wraz z pomocnikiem popchnęli auto i o dziwo odpaliło. Krewniak musiał pilnie wyjechać w trasę i nie miał czasu słuchać zapewniania fachowca, że trzeba będzie wóz odstawić do elektryka. Na szczęści mróz zelżał i w kolejne dni pojazd chodził.
– Uh! To krewniak miał przeboje. Powiem ci, że pech pakował się za pechem. Ten samochód, to podwójna „Szkoda”. Na pierwszym miejscu marka, a na drugim „szkoda” było kasy na rzęcha – wyrzucił z siebie Marian.
– Korciło mnie, aby mu podpowiedzieć, że skoro nie odpala to trzeba grata podpalić, ale ugryzłem się w język – rzekł Hipolit.
– Wiesz, że ten traktor, o którym ci mówiłem, zanim odpalił musiał być podgrzany specjalną lamą. Było to niekiedy niebezpieczne. Podczas tej koniecznej czynności dochodziło do wypadków. Zamiast podgrzać głowicę traktora zapalił się kierowca. Tak też było w bazie, której pracował mój ojciec. Pal sęk z tym rozważaniem o awariach i ich usuwaniu. Powiedź, co o tych perypetiach, ba przygodach myśli twój kuzyn – zakończył pytaniem Marian.
– Jak to, co? Nie minęło jeszcze pół roku od feralnego zakupu, a już myśli o nowym, innym, oryginalnym pojeździe. Jaki tym razem będzie, tego nikt nie wie, nawet on. Pewne jest, że „Szkodę” będzie omijał, bo ta mocno dała mu popalić – odpowiedział Hipolit.
– Powiem ci, że lubię tego twojego, zwariowanego krewniaka. Może i nie miał farta w tym przypadku, ale nie zraża się, ani nie przyzwyczaja się do żadnego auta. Szuka, zmienia i kupuje. Taki już jest i inny nie będzie – rzekł Marian.
– A to prawda – odrzekł Hipolit i pożegnał kumpla.
Seweryn Kaczmarek