środa, 24 Kwiecień 2019

Felietony Seweryna Kaczmarka

Krzyżówki, czyli co, z czym się „je”
– Mam dla ciebie zagadkę, a potem podejmę z tobą konstrukcyjną rozmowę na bardzo poważniejszy temat – tak zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Oho, mój przyjaciel wstał lewą nogą lub co gorsza, nie mógł w nocy spać. Nie wiem, co jest gorsze. Sądzę, że jedno i drugie nieźle walnęło cię w dekiel – zaczepnie rzekł Hipolit.
– Koleżko tak sobie ze mną nie pogrywaj, bo źle na tym możesz wyjść. Pamiętaj, kto jest mózgiem w naszej grupie i organizuje wszelkie spotkania i rozrywkę. To właśnie, to dzisiaj jest przedmiotem naszej rozmowy. Temat jest niezwykle istotny w naszym życiu –groził i pouczał Marian.
– O Boże, ale suchary! – jęknął Hipolit. Powiedz wreszcie tę zagadkę, bo już mnie skręca z ciekawości.
– Co to są krzyżówki?– natychmiast odezwał się Marian.
– No, nie ma co, wymyśliłeś proch. To nic innego, jak kratki skomponowane w jakąś figurę, w które wpisuje się odgadnięte wyrazy i z tego powstaje hasło. Najczęściej występują w gazetach lub w książeczkach – jak nakręcony odpowiedział Hipolit.
– Pierwszy sprawdzian z twojej wiedzy zaliczyłeś – odparł Marian. Teraz przyszła kolej na drugą, znacznie trudniejszą część. Powiedź mi, jak nazywa się krzyżówka osła i konia.
– To jest muł – radośnie odpowiedział Hipolit.
– Jedziemy dalej – spokojnie rzekł Marian. A jak się mówi na krzyżówkę krowy i żubra.
Tym razem chwilę trwało zanim Hipolit odparł:
– Żubroń! – zawołał.
– No, no! Może jeszcze będą z ciebie ludzie – pochwalił kumpla Marian. Warunek jest jeden, musisz mi powiedzieć, co to jest okapi.
Kumple na chwilę zaniemówił. Było widać, że stara się zyskać na czasie. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Postanowił tak odpowiedzieć, aby przyjaciel oniemiał z wrażenia. Ni z gruchy ni z pietruchy wypalił:
– To taki daszek nad drzwiami lub oknami, który ochrania drewno przed deszczem, a nawet słońcem – spokojnie odparł Hipolit.
Po tej odpowiedzi o mało nie doszło do nieszczęścia. Marian tak się śmiał, że aż się krztusił. Po chwil, gdy lekko ochłonął rzekł:
– Różne głupoty od ciebie słyszałem, ale ta bije wszystkie na łeb na szyję. Nie chcę cię, ani prowokować, ani dłużej trzymać w niewiedzy. Okapi, to nic innego, jak zwierzę afrykańskie, w połowie przypominające żyrafę, a w połowie zebrę.
– To one, no te dwa gatunki, ze sobą tak cyk, cyk i z tego to, to powstało – nieśmiało wtrącił Hipolit.
– Niewykluczone, że mogło dojść do takiego pomieszania krwi w efekcie, którego urodziło się to dziwne zwierzę ze średnią szyją i zadkiem w pasy o nazwie okapi – poważnie tłumaczył Marian.
– Skąd ty to wiesz i do czego ci to jest potrzebne? – zadał pytanie Hipolit.
– Spróbuję ci to wyjaśnić – rzekł Marian. W szkole podstawowej bardzo interesowałem się zoologią. Nie starczał mi materiał programowy o znanych gatunkach. Nowych, nieznanych egzemplarzy szukałem w książkach, atlasach, a nawet encyklopedii. Pasjonującą formą poznawania świata była literatura. Moim ulubionym autorem był Alfred Szklarski. On to fantastycznie opisywał przygody Tomka Wilmowskiego na różnych kontynentach m.in. w Afryce. U niego właśnie w książce pt. „Przygody Tomka na Czarnym Lądzie” natknąłem się na okapi.
– Stop stój, mój zacny kolego. Chyba nie zamierzasz mi opowiadać o antylopach, nosorożcach, słoniach, małpach i twoich czytelniczych doznaniach. Czy to już koniec w temacie pt. „krzyżówki”? – poirytowany przerwał Hipolit.
– Powiem ci, że niezupełnie. Mam w zanadrzu taki gatunek, o którym nawet słyszałeś. Jestem jednak pewny, że nie dasz rady mi cokolwiek na jego temat powiedzieć – rzekł po chwili Marian.
– W twoich szelmowskich ślepiach widzę, że coś wykombinowałeś, ale nie wiem co, dlatego wal prosto z mostu – prowokował Hipolit.
– Skoro tur z krową, to turoń, zechciej zatem wytłumacz mi, co to takiego jest biedroń –dociekał Marian.
– To proste krzyżówka biedronki i konia lub biedy z nędzą – wypalił Hipolit i wybuchnął śmiechem.
– A połączenie słonia i mrówki? – dopytywał rozbawiony Marian.
– Oczywiście, że słonina – bez sensu odparł Hipolit.
Po tym obaj zaczęli się śmiać tak, jakby im szajba odbiła.
– Czy ty wiesz jak kombinują jeże? – próbował podtrzymać temat Marian.
– Ostrożnie lub z wykorzystaniem miski na grzbiet – odparł Hipolit i dalej zanosił się śmiechem.
– A ślimaki, jak ślimaki – drążył Marian.
– Nawzajem – odpowiedział Hipolit i spoważniał.
– Mam wrażenie przyjacielu, że osiągnęliśmy szczyt głupoty. Jesteśmy o krok od krzyżówki kota z psem i psa z kotem. Wrzućmy natychmiast na luz i chodźmy na chmielowy zastrzyk. On nam dobrze zrobi, a przede wszystkim oczyści zmącone umysły – rzekł Marian i popchnął kumpla w stronę piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Uliczny rekonesans
– Powoli zima odpuści i zaatakuje wiosna. Tylko patrzeć, jak będzie więcej słońca i temperatura wyraźnie podskoczy powyżej zera. Watowane kurtki i ocieplane buty wpakujemy do szafy – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Ten drugi uśmiechnął się i rzekł:
– Już nie mogę się tego doczekać. Gdy tak się stanie, to weźmiemy, co nie co, do kieszeni i udamy się na obchód miasta.
– Jak cię znam, to groszem nie śmierdzisz, a do kabzdy, co najwyżej weźmiesz powietrze lub podartą poszewkę – zaczepnie zwrócił się do kumpla Marian.
– A od czego się ma przyjaciele. On zawsze, albo coś ma, albo choć wykarze się dobrym pomysłem – przymilał się Hipolit.
– Tym razem nie o alkohol chodzi, a o trzeźwy rekonesans bliższego i dalszego terenu, a przede wszystkim o stan jezdni i nazwy ulic – spokojnie mówił Marian.
– Pamiętam, jak niemal w centrum miasta, przed domami był ogródki, ogrodzone ładnymi płotkami. Wiosną zaczynały się tam zielenić krzewy i rozkwitać kwiaty – marzył Hipolit próbując dołożyć coś do słów kumpla.
– Bo nie wytrzymam – przerwał mu Marian. Gdy ty przywędrowałeś do miasta, że nie wspomnę, to ogródki były już zlikwidowane!
– Ale kilka było – upierał się Hipolit. Przyjaciel spojrzała na niego z politowaniem i rzekł:
– Dziaś mi nie chodzi o ogródki, ale o obejście miasta i przypomnienie sobie starych ulic i zapoznanie się z nowymi nazwami.
– Nie widzę w tym nic interesującego – poirytowany rzekł Hipolit.
– Tu cię zaskoczę na przykładzie tych już od lata istniejących – natychmiast przerwał Marian. Posłuchaj: Klonowa, Akacjowa, Brzozowa, Jesionowa, Bukowa, Wiśniowa, Czereśniowa, Morelowa itd.
– No i co z tego? – nie dawał się Hipolit. Przecież na tych ulicach nie ma, ani jednego drzewa z tego gatunku, które powinni tam być, jako znak rozpoznawczy, gdzie się znajdujemy.
– Czepiasz się, jak pijany płotu – napierał Marian. Na ulicach o nazwie Kajakowa, Żeglarska, Łanowa, Piaskowa, nie ma, ani jednego kajaka, żaglówki, zamiast łanów są parkany, a po piasku na Piaskowej nie ma śladu.
– To prawda, ale powiedz mi, do czego zmierzasz – zadał pytanie Hipolit.
– Już ci mówię, kolego! – odparł Marian. W Stanach Zjednoczonych nie ma nazw ulic, ale za to jest numeracja. Taką przyjęli zasadę i od niej nie odstępują. U nas ulice otrzymywały nazwy ludzi zasłużonych, wybitnych, ze świata kultury, sztuki, świętych, polityków, przywódców itd.
– No były i co z tego? Komu to przeszkadzało? – jątrzył Hipolit.
– Ty to jesteś ciężki przypadek – naskoczył na kumpla Marian. Sądzę, że jak dobrze potrząśniesz mózgownicą, to przypomnisz sobie, jak z tym było w przeszłości. Przecież różni osobnicy spod ciemnej gwiazdy mieli swoje ulice, ba nawet miasta. Byli to sprawujący władzę, pseudo-bohaterowie, artyści wspierający jakiś system. O dziwo, swoje tabliczki mieli też ci z ościennych krajów. Niechętnie sobie przypominam, że był to jakiś Józef, Feliks, Helmut. Jak patrzyłem na te tabliczki, to aż mnie skręcało. Ale nich tam, to już było i sądzę, że nie wróci.
Po tych słowach Marian na chwilę zamilkł.
– Jakoś zrobiło się smutno. Nie sądzisz, że nazwy ulic mogą być wesołe, pogodne, a nawet zabawne – odezwał się Hipolit.
– Zgadzam się i mam nawet na to pomysł – szybko wszedł w zdanie kumplowi Marian.
– Jak zwykle tylko ty!? Może byś najpierw wysłuchał moich propozycji – nie wytrzymał Hipolit.
– To mów skoro musisz – łaskawie zezwolił kumplowi Marian.
– Proszę bardzo: Misia Uszatka, Pszczółki Mai, Reksia, Bolka i Lolka, Calineczki – sypał jak z rękawa Hipolit.
– Nie, ma co, to żeś wymyślił. Z tego, co się orientuję, to już są takie ulice dedykowane dzieciom. Mnie chodzi o takie dla dorosłych – tłumaczył Marian.
– Jak jesteś taki mądry, to powiedz, jakie masz propozycje – dopytywał Hipolit.
– Mogłyby być to np. Pelagii Mokrej, Hiacynta Fiflaka, Ksymeny Chętnej, Baltazara Posuwały, Melpomeny Ciutciut, Ignaca Ogoniaka, Zefiryny Szparki – wyliczał skrywając śmiech Marian.
– Wiedziałem, że ty wszystko sprowadzisz do jaj i twojego ulubionego świntuszenia – zły rzekł Hipolit.
– No, już się nie gniewaj – rzekł pojednawczo Marian. Powiem ci, że lepiej już, gdy byłby to nazwy śmieszne, trochę zabawne, niż znienawidzonych polityków. Zdajesz sobie sprawę, że swoich miejscowych też nie możemy dawać na tabliczki, bo jedni chcą, a drudzy nie. Za i przeciw jest tyle argumentów, że „czacha dymi’.
– Skoro nie ma innych możliwości, to jak z tego wybrnąć? – po raz kolejny pytał Hipolit.
– Niech zatem w nazwach będą drzewa i rośliny – odparł Marian.
– Przecież przed chwilą robiłeś sobie z nich żarty – wtrącił Hipolit.
– Widzisz przyjacielu to, że nie ma tam, ani jednego drzewa, krzewu, czy kwiatu, to żaden problem. Posadzi się i będzie ok. Nikt do nikogo nie będzie miał żalu i uwag, dlaczego ten, a nie tamten ma swoją ulicę. Nie sądzisz, że sama przyroda daje spokój i poczucie ciepła na duszy? – spokojnie mówił Marian.
Kumpel popatrzył na niego i rzekł:
– Chyab się z toba zgodze. Pewnie, że masz rację, przyjacielu!
Przybili sobie „piątkę” i ruszyli przed siebie.
Seweryn Kaczmarek

Spóźniony biznes Marycha i Hipolita
Kilka dni mroźnej pogody sprawiły, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka szukali miejsca, gdzie mogliby spokojnie, w przyzwoitych warunkach spędzić czas. Wreszcie po kilku „adresach”, pod które zajrzeli, wybrali dwa. Pierwszy w piwiarni pod „Jeleniem” u Jacha Rogacza, a drugi w korytarzu bloku koło szkoły. Na parterze mieszkała w nim Rozalia Kogut. Szybko wkradli się w jej łaski. Mówili do niej Róża, a ona to bardzo lubiła. Doszło do tego, że proponowała im cieplą herbatę, a nawet szklaneczkę winka własnej roboty.
Zdarzyło się, że zaprosiła ich do mieszkania i wypiła z nim trochę trunku. Przyjaciele myśleli, że złapali Pan Boga za nogi. „Życie, jak w Madrycie” – mówili do siebie zacierając ręce.
Nic nie może wiecznie trwać. Tak było w ich przypadku. Nagle, niespodzianie wrócił z rejsu jej małżonek Narcyz Kogut. Był marynarzem i przez trzy miesiące nie było go w domu. Ogromnie był zazdrosny o swoją połowicę, a do tego jej nie ufał.
Jak grom wpadł do mieszkania. Zobaczył Mariana i Hipolita przy stole z jego małżonką. Do tego była flaszka wina i osobnicy, których nie lubił. Wtedy wpadł w furię. Zrobił karczemną awanturę. Wywalił ich ze słowami, że jak jeszcze raz ich zobaczy w pobliżu jego domu, to im coś tam powyrywa, a może jeszcze gorzej.
Gościu był potężnej postury i silny jak tur, dlatego kumple bez zbędnej dyskusji opuścili mieszkanie Kogutów. Pani domu nic nie robiła sobie z humoru małżonka i bezczelnie powiedziała, aby się nie kompromitował i zamilkł.
Marian i Hipolit wzięli sobie do serca groźby Narcyza i omijali jego chatę dużym łukiem. W akcie przyszłej, słodkiej zemsty obiecali sobie, że gdy porąbany Kogut wypłynie w kolejny rejs, to oni zajmą się jego żoneczką. Na samą myśl o tym zrobiło im się ciepło na sercu.
Przez kolejne dwa dni korzystali z ciepłego wnętrza piwiarni u Jacha. Udawało im się wyskrobać parę „zeciaków” i mogli golnąć po browarku. Właściciel niespecjalnie łaskawym okiem na nich spoglądał. Mruczał pod nosem, że zajmują mu przestrzeń barową siedząc po kilka godzin przy małym piwku. Za te niewybredne uwagi pod ich adresem, postanowili go „olać”.
W głowie Marian zrodziła się myśl. Bez ceregieli zwrócił się do Hipolita.
– Jest zima i mróz, bo taka jest kolej rzeczy w naszej strefie klimatycznej. Nie możemy korzystać ani z twojego, ani mojego mieszkania. Nasze żoneczki ogromnie nie lubią, gdy przebywamy razem, a jeszcze bardziej nie lubią naszych genialnych pomysłów. Mam pomysł, jak zdobyć finanse, które rozwiążą nasze kłopoty zimą.
Hipolit odezwał się niepewnie:
– Było usługowe trzepanie dywanów, mycie okien, wnoszenie węgla do piwnicy. Już się boję, co teraz wpadło ci do głowy. Do tej pory wszystkie pomysły twoje nie były warte funta kłaków, Zysku tyle, co pies ma w pysku, czyli nic.
– Tym razem na naszym osiedlu i przyległych ulicach, podczas mrozów, będziemy pomagali właścicielom odpalać samochody. Mówię ci, ba jestem pewny, że będzie to złoty interes. Bejmów, jak lodu, siana pełna górka – nakręcał się Marian.
– Hola, hola przyjacielu. Jak ty to sobie wyobrażasz. Trzeba będzie wstawać rychło rano i wziąć się do roboty. Jeżeli ma to być dochodowe, to musimy zaoferować skrobanie szyb i w razie opadów, odgarnianie śniegu. Zapychamy, a w razie ciężkiego zapalania, musimy mieć rezerwowy akumulator i przy użyciu dodatkowych kabli uruchamiać pojazd – konkretnie zwrócił się do kumpla Hipolit.
– Mam opracowaną strategię na ten czas – rzekł Marian. Każdego dnia wieczorem poszukam potencjalnych klientów i umówię się z nimi na usługę. Ty, skoro świat wstaniesz i pójdziesz pod wskazane przez ze mnie miejsce. Jak sam nie dasz rady, to zadzwonisz komórką, a ja możliwie szybko do ciebie dołączę. Odpalimy oporną „brykę”, skasujemy kasę i walimy na piwo.
– Już widzę, że to ty jesteś w tym przedsięwzięciu kierownikiem, a ja robotnikiem. Ty sobie leżysz do południa w ciepłym wyrku, a ja walczę z gruchotami na mrozie. Jakoś nie przekonujesz mnie do tego pomysłu – wyraźnie stawiał się Hipolit.
– Oj tam, oj tam! Szukasz pretekstu, aby nie wejść w biznes. Masz lenia i dwie lewe ręce. Ponadto sam nie masz lepszego pomysłu. Chyba, że masz? – po ataku na kumpla zadał pytanie Marian.
– Może mam, a może nie mam! – spokojnie odparł Hipolit. Wiedz jednak, że nie o moje chęci, nazywane przez ciebie nygustwem, ale czas chodzi.
– Wiedziałem, że nie będzie ci się chciało rychło rano wstawać – zaatakował Marian.
– Pozwól sobie coś powiedzieć – przerwał kumplowi Hipolit. Nie o ten czas chodzi, ale to, że już kończy się styczeń. Raptem było kilka dni mrozu i to nawet niezbyt siarczystego. Nie widziałem chociażby jednego przypadku, aby posiadacz pojazdu nie dał rady rano odpalić auta. W telewizji i radiu mówili, że będzie ocieplenie i temperatura skoczy powyżej zera. Twój pomysł – nie powiem – jest dobry, ale mocno spóźniony. Trzeba będzie do niego powrócić, ale na początku przyszłej zimy i wtedy modlić się o śnieg i mróz.
– Dobra, już dobra! Wrzuć na luz – rzekł Marian. Powiem tak, że częściowo, ale tylko częściowo masz rację. Zimy zapewne już nie będzie. Zleceń na usługi też nie uda się zdobyć. Musisz jednak przyznać, że genialny miałem pomysł. W takim razie, co robimy, zwrócił się do kumpla.
– To, co potrafimy najlepiej, czyli nic! – bez wahania odparł Hipolit.
– Rozumem – odparł Marian. Tymczasem idziemy na piwo, a biznesowe plany przekładamy na bliżej nieokreślony termin. Prawopodobnie na listopad.
W jednej chwili kumple wypracowali wspólne stanowisko, przybili „piątkę” i równym krokiem pomaszerowali do najbliższej piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Rodo do zaorania
– Bo mnie sczyści, bo mnie skekla, bo mnie potyra! – wyrzucał z siebie seryjnie Marian Lichy.
– Co to za język przyjacielu? Mocno mnie zaskoczyłeś. Już dawno nie byłeś taki wkurzony i zarazem nakręcony. Możesz mi przybliżyć, co jest tego powodem – dopytywał Hipolit.
– Czy możesz mi powiedzieć? Choć, jak patrzę na ciebie, to mam wątpliwości – co to takiego jest rodo? – ironią swoje pytanie podparł Marian.
– Jak to, co jest to narzędzie do orania pola – spokojnie odparł Hipolit.
– Bo nie wytrzymam, bo się spulam. Przecież jedno do drugiego ma się jak pięść do nosa. Wiedz „ćwieku”, że rodo to ochrona danych osobowych – każde słowo akcentując tłumaczył Marian.
– Przecież wiem, co to jest, tylko tak się wygłupiałem udając niekumatego – rzekł Hipolit.
– Masz szczęście, że jarzysz, bo już myślałem, że cofasz się do etapu wczesnego „wieśniaka” – kpił Marian.
– Nie wymądrzaj się! Nie filozofuj! Nie popisuj się, tylko właź do szafy i mów do rzeczy. Powiedz, co i kto zabił ci ćwieka w kwestii rodo – próbował odgryzać się Hipolit.
– Przytoczę ci dwa przykłady – rzekł Marian. Pierwszy dotyczy moich odwiedzin u kupla na osiedlu koło wodociągu. Celek mieszka w bloku, czyli jak wolisz budynku wielorodzinnym. Powiedział mi, który to jest „klocek” i dodatkowo podał numer mieszkania. Trochę zamyślony najpierw wlazłem do innej klatki. Zamknięte drzwi zmusiły mnie do sprawdzenia, na który przycisk domofonu muszę przycinać, aby poprosić kumpla, by mi otworzył. Patrzę na spis lokatorów, a tu nie ma, ani jednego nazwiska. W zamian były tylko numery mieszkań. Niezrażony tym dusze na „9”, pod którym powinien mieszkać. Cisnę, a po chwili odzywa się niewieści głos i woła „Kto tam”. Na to ja walę – Marych Lichy do Celka. Babka w domowione odrzekła, abym sobie nie robił jaj. Tu taki nie mieszaka – rzekła i dodała, abym się odwalił, bo ona mnie tak urządzi, że nie celka, ale celę mi załatwi. Nawtykała mi od pijusów i takich ostatnich i zamilkła. Trzymając nerwy na wodzy przeprosiłem i zapytałem o godność, bo może pomyliłem klatki. O dziwo kobitka lekko odpuściła i przedstawiła się – Hiacynta Tęga.
– Lichy i Tęga – nie wytrzymał wybuchając śmiechem Hipolit Mizerka. Nie ma, co dobrana para. Powiedz mi, co dalej zrobiłeś.
– Wyszedłem przed blok i połapałem się, że wlazłem do niewłaściwej klatki. Po chwili już dzwoniłem do odpowiedniego mieszkania. Muszę ci powiedzieć, że kumpel też nie miał na domofonie nazwiska tylko numerek – wyjaśnił Marian.
– Poczekaj, bo coś mi tu nie pasuje – przerwał Hipolit. Co takiego jest z nim, że także usunął kartkę z imieniem i nazwiskiem.
Przez chwilę Marian udawał, że nie dosłyszał pytania. Patrzył w niebo i milczał.
– Zadałem ci pytanie – ponaglał go Hipolit.
– Wiem i już ci mówię, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiał – wyraźnie ubawiony mówił Marian.
– Już, już! Nie ociągaj się – ponaglał go Hipolit.
– Ten mój kumpel nazywał się Cyprian Wdepnął – wyrzucił z siebie Marian.
Pomimo danego słowa kumpel rżał jak koń zanosząc się śmiechem. Przez chwilę obydwaj rechotali.
– Skoro ludzie noszą nazwiska: Wozignój, Cygan, Bąkacz, Stękała, Popuść, Smaruj, Półdupek, Członek, Paniaczyk, Czubek, to pewne jest, że dla nich rodo jest taki parawanem, za którym się schowali likwidując tabliczki na domofonie – poważnie tłumaczył Marian.
– Sądzę, że swojego rodowego nazwiska nie należy się wstydzić. Przecież ja jestem Mizerka, a ty Lichy i jest nam z tym dobrze – rzekł Hipolit.
Już Maran chciał licytować się o wyższości swojego nazwiska nad nazwiskiem kupla, ale się powstrzymał. W zamian rzekł:
– Jeszcze ci powiem o drugim przykładzie tego tworu o nazwie rodo. Mój krewniak Teodor Miętus ma małą firmę. Sądził, że ta nowa ustawa o ochronie danych osobowych daje mu gwarancję tajemnicy. Chciał się o tym przekonać. Usiadł przy komputerze i w Google wbił swoje dane.
– I co Maryś? Mów! – dopytywał Hipolit.
– Po chwili o mało nie spadł z krzesła – mówił Marian. Na ekranie wyświetliły się jego, imię, nazwisko, nazwa jego firmy, profil działalności, adres, nip, regon i co tylko chcesz.
– Brakowało tylko nazwiska panieńskiego jego żoneczki, stanu majątkowego i liczby babek na boku – wtrącił Hipolit.
Na chwilę znów kumple zamilkli.
– Po głębokich przemyśleniach zgadzam się z tobą, co do dziwacznego porównania rodo z radłem – spokojnie mówił Marian.
– A widzisz! A nie mówiłem, choć się wygłupiałem, że coś zbieżnego w tym tkwi – wykrzyknął Hipolit.
– Skoro rodo nie pomaga, a mocno utrudnia życie, to należałoby je wycofać, a mówiąc dosadniej – głęboko je zaorać.
Po tych słowach Marian roześmiał się poklepał kumpla po plecach i na odchodne rzekł:
– Do jutra!
Seweryn Kaczmarek

Ostrożnie z „bronią”

Z wielkim zainteresowaniem Marian Lichy i Hipolit Mizerka oglądali żołnierzy, podczas uroczystości patriotycznej. Szczególnie lustrowali stare mundury pamiętające Powstanie Wielkopolskie, karabiny oraz inne wyposażenie.

– Powiedz mi Maryś, jakie masz doświadczenie z bronią? – nagle zdał pytanie Hipolit.

– Oj liczne, bogate, a do tego przyjemne – odparł Marian. Jakby ci to powiedzieć, żebyś zrozumiał, w moich rękach każda wykorzystana była wielokrotnie i maksymalnie.

– Przyjacielu przypominam ci, że przecież ty nie byłeś w wojsku. Oświeć mnie łaskawie, gdzie to miałeś możliwość poznania różnych typów broni. Przypominam sobie, że dawno, dawno temu, popisywałeś się strzelaniem z wiatrówki na karuzeli, jak przyjechała do miasta, ale więcej pudłowałeś, niż trafiałeś do celu! – wyraźnie szukał zaczepki Hipolit.

– Tak sobie myślę, czy ja przypadkowo nie tracę czasu na życiową edukację dla ciebie – nie zrażony prowokacją kumpla mówił Marian. Najpierw jednak odświeżę twoją pamięć, że w tych wiatrówkach, które były do dyspozycji na strzelnicach na karuzeli, byłem niekwestionowanym mistrzem. Pomimo przestawionych celowników i podbitych luf, tak miałem całkiem dobre wyniki, a co za tym idzie, nagród.

– Z tym częściowo się zgadzam. Miałeś mi mówić o broni, a nie o  wiatrówkach na bolce lub śrut – naciskał na kumpla Hipolit.

– Już zaspokajam twoją ciekawość – powstrzymując śmiech odparł Marian. Pierwsza, to była Bronia Gorąca. Druga Bronia Smaruj, a trzecia Cichodajska, że nie wspomnę o Broni Szparce. Jak sięgnę pamięcią, to były jeszcze dwie, bo miałem szczęście do kobiet o tym imieniu, ale specjalnie nie ma, co o nich mówić.

Na tak niespodziewaną wypowiedź kumpla, twarz Hipolita zmieniał barwę z bladej, jak kreda na burczano-czerwoną.

– O czym ty mówisz? Co tym mi tu wciskasz? Ja o broni do strzelania, a ty o babach – wnerwiony nieomalże krzyczał Hipolit.

– Czy ty sądziłeś, że ja będę ci mówił o Mauserach, pepeszach, „cekaemach”, czyli o różnego typu karabinach. Przecież to mnie wcale, ale to wcale nie interesuje. Na filmach, pokazach, jakiś rekonstrukcjach to tak, ale w życiu są przyjemniejsze sprawy. Jestem pewnie, że ciebie także babki bardziej interesują, niż najbardziej nowoczesne uzbrojenie.

W myślach Hipolit zgadzał się w pełni z kumplem. Nie był w wojsku i poza kilkoma razami, karabinu w ręce nie miał. Niewiele, więc miałby do powiedzenia w tym temacie. Nie zamierzał ciągną tego wątku, dlatego też rzekł

– Z tą żywą bronią, a raczej kilkoma na dwóch nogach, to mnie nieźle wpuściłeś w maliny. Powiem ci szczerze, że zimnej stali, ani huku nie lubię, a nawet się boję.

– A to wiem. Ba, widziałem to dokładnie–bez twego mówinia! – przerwał Marian.

– Niby, kiedy i gdzie? – niepewnie zapytał Hipolit.

– Chcesz to już ci mówię – odrzekł Marian. Masz bardzo, ale to bardzo krótką pamięć. Sądzę, że specjalnie taką chcesz mieć. W Sylwestra, po sporej dawce trunków, o północy zaczęła się istna kanonada. W niebo leciały różnokolorowe race, rakiety. Co chwilę, z ogromnym hukiem waliły petardy. Byłem rozanielony. Było jak w bajce.

– Nie widziałem w tym niczego pięknego! – nadrabiając miną rzekł Hipolit.

– Nie widziałeś przyjacielu, bo schowałeś się w sieni u Waldka Cudaka. Jak cię znalazłem, to siedziałeś w kącie z zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami – kpił Marian.

– Miałem w czubie i chciałem trochę ochłonąć, stąd chwilowa moja nieobecność, podczas Sylwestrowej strzelaniny – próbował tłumaczyć się Hipolit.

– Nie ściemniej – zaatakował go Marian. A co to tak nieładnie pachniało koło ciebie? Jak nic, popuściłeś trochę!

– Przyznam się, jak na spowiedzi, jak było naprawdę – natychmiast zaczął się tłumaczyć Hipolit. To prawda, że boję się huku. Chciałem, więc niezauważony przyczaić się i kanonadę przeczekać w sieni u Waldka. Trochę jednak słyszałem a zjedzona wieczorem golonka z kapustą robiły swoje. Ze strachu puszczałem „bąki” i brzydko pachniało około mnie. Ale nie nawaliłem w galoty jak ty sugerujesz. Może znasz jeszcze jakoś Bronię, ale taką z dużymi walorami, co to ma, czym oddychać – próbował zmienić temat.

Mam taką jedną awaryjną i byłaby w sam raz dla ciebie. Nie wiem tylko, czy dałbyś  jej radę, gdyby się do ciebie dobrała  – kusił Marian.

W oczach kumpla pokazał się błysk zainteresowania, ale szybko zgasł. Było widać, że ma wątpliwość a nawet obawy.

Stękając zaczął się tłumaczyć – przecież ja mam żonę Kundzię. Gdyby nie daj Boże się czegoś dowiedziała lub by mnie przyłapała to rozerwałby mnie na strzępy.

Sam, więc widzisz, że bez względu na bronie te zimne stalowe jak i te żywe gorące zawsze istnieje niebezpieczeństwo. Wymagana jest mega ostrożność, aby kontakt z nimi nie przypłacić życiem. W twoich trzęsących rękach eksplozja była by murowana. Daj, więc sobie spokój z jednym i drugim. Skup się na tym, co najlepiej potrafisz – spokojnie mówił Marian.

Wiem i z tego zdaję sobie sprawę. Broni pod żadną postacią nie tolerują i chcę  – zakończył Hipolit.

Seweryn Kaczmarek

Nie mów hop
– Już był w ogródku, już witał się z gąską i jak nie dostanie sztachętą w łeb to zobaczył Twardowskiego na księżycu, wszystkie gwiazdy i w ułamku sekundy odechciało mu się drobiu.
Mówiący te słowa Hipolit Lichy został zastopowany przez Mariana Lichego:
– Co ty chrzanisz. Co ty pieprzysz. Cytujesz mieszając fragmenty wiersza zapewne nieznanego ci autora. Czy ci palma odbiła, czy może coś zatrutego zjadłeś – seryjnie dopytywał kumpel.
– Nic z tych rzeczy – spokojnie odparł Hipolit. Wyobraź sobie, że jeden taki Binek Skibała bardzo lubił obcować z przyrodą. Mówiąc precyzyjniej zbierał plony z pół, działek a nawet ogródków.
– I co w tym dziwnego? Wielu lubi – przerwał kumplowi Marian.
– Tak tylko, że w zdecydowanej przewadze ze swoich – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Mów od razu, że facet chodził na charendę, skibę lub jak wolisz kraść innym – rzekł Marian.
– Sądziłem, że taki znawca życia od razu zrozumie istotę sprawy – prowokował kumpla Hipolit. Nie musiał czekać, bo ten od razy wypalił:
– Te istota! Bo zapomnę, że mam przed sobą tak lichą istotę i dam jej w ucho. Mów, co było, o co chodzi z tym amatorem cudzej własności.
– Już ci mówię, bo widzę, że jesteś bardzo nerwowy – uspakajająco rzekł Hipolit. Binek, jak tylko pojawiły się warzywa i owce zaczął robić zapasy na jesień i zimę. Pojawiły się jabłka już robił rozeznanie terenu i późnym wieczorem, bądź w nocy ruszał z worem, tam gdzie były najładniejsze. Gruszki, ogórki, pora, pietruszka, brał jak swoje. Szczególną słabość miał do kapusty. Bardzo lubił surówki, a najbardziej kiszoną. Wypatrzył na polu sąsiada Wacława Gęgały dużą ilość dorodnych głów kapusty. „Już są moje” – pomyślał. W jednej chwili zapomniał, że Wacek na kapuście sporo „kapuchy” zarabiał i dlatego też dawał na nią pilne baczenie. Już ja tak dopasuję miejsce i czas, że zanim się Wacek połapie, że ktoś mu koło „głąba” robi, to ja już ze dwa wory do chaty odniosę. Zdawało się Binkowi, że szczęście mu dopisało. Późnym wieczorem nagle nadciągnęła burza. Mrok, co pewien czas rozjaśniały błyskawice, a po nich grzmoty. Bardzo bał się burzy, ale stwierdził, że to jest idealna pogoda dla niego. Odziany w ciemny, nieprzemakalny płaszcz i gumowe buty oraz wory ruszył na akcję. Po chwili już ciął kapustę. Dorodna głowy trafiała do przepastnego wora. Za każdym razem wykorzystywał moment, gdy błyskawica rozjaśniała pole. Widział wtedy, gdzie są najładniejsze głowy. Jak to w życiu bywa zachłanność może być zgubna. Pomyślał, że jeszcze jedną, dorodną głowę dołoży. Wzniósł oczy w górę i pomyślał „Panie Boże mignij”, a ja wytnę tę największą. W chwili, gdy błyskawice rozbłysła, a w oddali uderzył piorun Binek niespodzianie dostał czymś twardym w łepetynę. W jednej chwili zrozumiał, że to sąsiad przyłapał go na kradzieży kapusty i od tłu przylał mu dębowym kołkiem. Zaskoczony i oszołomiony natychmiast rzucił się do ucieczki. Usłyszał za sobą, jak Gęgała wrzeszczy „te zając kapusty zapomniałeś zabrać”.
– Wiesz, że przyszło mi nas myśl powiedzenie – „nie mów hop póki nie przeskoczysz” – wtrącił Marian.
– Sądzę, że nie bez powodu, to mówisz – dociekał Hipolit.
– Już ci wyjaśniam, co mam na myśli – odparł Marian. Taki jeden -Zygfryd Dykciak w okresie, gdy nie było towaru na Rynku otworzył swój interes. Z drewna robił takie różne pierdoły, od wiatraczków na zapałki poprzez karmniki dla ptaków do psich bud włącznie. Te jego pożal się Boże rękodzieła znajdowały nabywców i sporo kasy zarabiał. Zmieniał auta, jak rękawiczki. Po kilku miesiącach sprzedawał jego zdaniem stare auto i kupował „markowe” ze sporą dopłatą. Fury kosztowały, a w kieszeni miał coraz mniej kasy. Z początku udawał, że wszystko jest pod kontrolą. Jeździł BMW lub Mercedesem i udawał panisko całą gębą. Jeżeli ktoś akurat z nim jechał w samochodzie, to popisywał się wyzywając właścicieli Syrenek i Fiatów, że pospycha ich z drogi do rowu. Uważał, ba był pewny, że nikt mi nie podskoczy, bo kto bogatemu cokolwiek zabroni – chełpił się wypinając wątłą klatę.
– I co spełnił swoje groźby porąbany bufon – poirytowany wszedł w zdanie kumpla Hipolit.
– I tu znów użyję powiedzenie, że nie dała Bozia świni rogów –kontynuował Marian. Interes zaczął mu iść coraz gorzej i po pewnym czasie splajtował. Za długi zabrali mu wszystko. Pod komorniczy młotek poszły maszyny i urządzenia. Nie wystarczyło to na pokrycie wszystkich zaległości, w tym na zaległe wypłaty dla pracowników i za energię. Po tym czyszczeniu nie miał nawet Fiacika. Pozostał mu po dziadku tylko ruski rower. Tym jednośladem zaczął się poruszać po mieście. Któregoś dnia dojrzał go jeden ze znajomych Henas Szneka, jak przemykał boczną uliczką. Spojrzał na Zygfryda i wrzasnął „Te mądrala, to jest ten spychacz, którym będziesz usuwał do rowu Syrenki i Fiaty”. Ten widział, że jajczy sobie z niego, ale udawał, że nie słyszy. Mocno nacisnął na pedały i trach zerwał mu się łańcuch. Dopadł go Henas, jak Zygfryd próbował szybko naprawić rower i dał mu do wiwatu od określeń na h, k i jeszcze wielu innych. Po chwili udało mu się i bez słowa zniknął za zakrętem ulicy.
– Tak to, już jest w życiu, że gdy ty nie szanujesz ludzi, gdy chwilowo jesteś bogaty nie licz, na to, że oni będą cię szanować i doceniać, gdy zostaniesz bez grosza przy dupsku – wtrącił Hipolit.
– Zgadzam się z tobą przyjacielu – rzekł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Żółta bielizna, czyli gacie, majtki, reformy, a nawet kalesony
– Ty wiesz – z podejrzanie poważną miną zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki – że w ostatnim czasie pralnie w miastach pracowały pełną parą. Robota paliła się w rękach. Pralki chodziły na trzy zmiany. Bejmy strumieniami spływały do kieszeni właścicieli. Złoty interes i jeszcze raz złoty interes.
Na chwilę zamilkł licząc na reakcję kumpla. Nie pomylił się, bo Hipolit natychmiast zapytał:
– Był nalot kominiarzy, czy stało się coś, o czym nie wiem, a powinienem.
– Zapewniam cię, że wiesz tylko, że jak zwykle słabo kojarzysz. A co to takiego ważnego się działo w całym kraju? – oddał pytanie Marian.
– Jak to co? Po opadach deszczu był wysyp grzybów i wszyscy ruszyli z koszykami do lasu – wyrwał się Hipolit.
– Ty jak z czymś wyskoczysz, to nic tylko się pochlastać. Powiedz mi, o ile dobrze słuchałeś, o czy ja na początku mówiłem? – jeszcze spokojnie zwrócił się do kumpla Marian.
– Jak to o czym? O pralniach, które pracowały na okrągło i złotym interesie oraz z czym mam to kojarzyć! – tłumaczył się Hipolit.
– Tempa makówko, zatem co ci przychodzi do głowy? – drążył i prowokował Marian.
Hipolit wiedział, że za chwilę kumpel da mu do wiwatu wyzywając go od wieśniaka, ciemnej masy, buraka, zakutego łba, szybko więc rzekł:
– Jeżeli nie grzyby, to wybory. Ale co one mają wspólnego z praniem?
– Już ci mówię, ale spróbuj się skoncentrować, abyś nadążał za moim tokiem myślenia – mówił Marian patrząc przyjaciela. Nie czekając na reakcję czerwieniejącego ze złości Hipolita mówił. Oczywiście, że mam na myśli wybory. W okresie kampanii do pralni trafiały duże ilości bielizny Żeby cię naprowadzić chodzi o jedną jej część. Były tego ogromne ilości.
– Już wiem! Już wiem! Chodzi ci o białe koszule – wyrwał się Hipolit.
– O gacie, majtki, reformy, strugi a nawet kalesony – wyraźnie wkurzony pokrzykiwał Marian.
– Nie wiem, o co ci chodzi, o co ci biega. Przecież nawet, o ile ktoś ma brudne gacie, to tego nie widać. Po kiego grzyba latali zaraz do pralni? – odcinał się Hipolit.
– Jaki wolałbyś być – głupi, czy łysy? – dziwne pytanie skierował do kumpla Marian.
– Głupi, bo tego na pierwszy rzut oka nie widać – nie zwlekając odparł Hipolit. Zdenerwowany Marian tym, że kumpel nie kuma postanowił mu przybliżyć, o co mu chodzi:
– Brudnych gaci też na pierwszy rzut oka nie widać, ale są i trzeba je zmieniać. Jeżeli, ktoś na przykład się denerwuje lub żyje w stresie, to musi je zmieniać nawet kilka razy na dzień. Szybko uzbiera mu się kupa brudów. Sam nie daje rady, więc musi zanieść je do pralni.
– A kto niby się tak denerwował? – zdziwiony zapytał Hipolit
– Nie jest to szczyt twojej bystrości, ale chociaż pytanie ma sens. Powiem ci, że chodziło o tych, co wystartowali we wyborach. Wielu już widziało się z mandatami rajców. Liczyli kasę, jaką to w dietach będą dostawać. Jednemu wyszło, że jak się dobrze postara, to i może babę wymieni, a na pewno samochód, a może i portfel na dodatkową gotówkę. Ci mieli jednak największe obawy. Jeżeli przegrają wybory, w które utopili sporo grosza, to w domu mają przerąbane. Baba takiego zabije, a w najlepszym przypadku oberwie ścierą po kalafie. Z tych nerwów popuszczali w bieliznę. Często ją zmieniali i walili z nią do pralni – ubawiony mówił Marian.
– Przecież nie jestem głupi. Od razu wiedziałem, o co ci chodzi – także śmiejąc się odparł Hipolit.
– Ty mały podstępny knypku. To ja racjonalnie chcę ci przybliżyć, jak i co działo się przed i w czasie wyborów, a ty sobie jaja robisz!? – żartobliwie ofuknął go Marian.
– Trochę odejdę od brudów wyborczych. Ja z tego czasu mam kilka haseł, ale szczególnie jedno, oryginalne mocno wpadające w ucho – rzekł Hipolit.
– Już ja cie znam i wiem, że niczego mądrego nie zapamiętałeś. Próbuj – zachęcał kumpla Marian.
– Po kolei, o ile dobrze je spamiętałem – zaczął Hipolit – Pierwsze: „Bliżej, że bliżej już nie można”, „Ja dam więcej niż tamci”, „Jak na mnie zagłosujesz nie pożałujesz”, „Wprowadzę, takie zmiany, że nie będziesz wycyckany”. Jeszcze jedno,bardzo mi bliskie i zapewniam cię, że Ciebie też ubawi „Natura dziś, jutro, przez całą kadencje i jeden dzień dłużej”.
– Stop stój – wyrwał się Marian. Mów szybko, kto je lansował i czy wygrał wybory?
– Niestety przyjacielu „Gruszki na wierzbie”, bo tak się nazywali, przerznęli i to z kretesem. Nikt im nie uwierzył, że mogą coś dać poza obietnicami – mówił Hipolit.
– „Na tura” to mi się najbardziej spodobało. Dostawać za darmochę, codziennie browara, do końca kadencji i jeden dzień dłużej, było niekiepską wyborczą ściemą. Wiem jednak, że wiele z tak szczodrze rzucanych obietnic nigdy i tak nie było i nie będzie spełnionych. Wiesz co, Hipciu mam kilka „zeciaków” chodźmy do „Stacha” na „tura”.
– Tak sobie myślę, że najlepiej, to liczyć na siebie – cicho rzekł Hipolit.
Po tych słowach kumple zgodnie ruszyli w stronę piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Sen Mariana
Ciepły październikowy dzień sprawił, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka wygodnie rozsiedli się na ławce w miejskim parku.
– Miałem sen i to z kilkoma wątkami w tym sensacyjno-erotycznym – zwrócił się Marian do przyjaciela.
– No, no zacząłeś całkiem interesująco. Bez straty czasu nawijaj, a ja zamieniam się w słuch – ponaglał przyjaciela Hipolit.
– Spoko wodza – zaczął Marian. Znam cię, ty mały lubieżniku i wiem, co jak ci to przekazać, aby z podniecenia coś ci się nie stało. Niezwłocznie przystępuję do omawiania mojego snu, który jest pokłosiem autentycznej historii.
– Proszę cię zaczynaj, bo mnie „szczyści” i będę musiał lecieć do kibelka – atakował Hipolit.
– Skoncentruj się – zaczął Marian. Kiepsko przyłożyłem głowę do poduszki zacząłem śnić. Byłem na stadionie, na którym było mnóstwo ludzi. Nagle podszedł do mnie Leon Ścichapęk. Przecierałem oczy i uszy, bo ten zaczął coś pieprzyć bez ładu i składu. Nic tylko gościu urwał się z choinki, albo nawiał z chaty, a do tego „nawalony”. Zwróciłem się do niego, aby się uspokoił, a najlepiej wlazł do szafy i mówił do rzeczy. Był tak zakręcony, że nic do niego nie docierało. Nie wytrzymałem i mówię do niego nich wreszcie wywali to, co mu leży na wątrobie. A ten do mnie leci z tekstem: „ Słuchaj Maryś ja chcę, ja muszę. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Tak tego pragnę, że nie mogę spać, nie mogę jeść.” Wszedłem mu w zdanie i pytam, o którą babkę ci chodzi. Czy może o tę, co sprzedaje bilety w kasie z „wieczną ondulacją” i dużymi balonami. Specjalnie ją wskazałem, bo od razu wpadła mi w oko. Nie powiem, bo miała, czym oddychać. Bluzka ledwie mieściła to, co pod nią było. Myślałem, że za chwilę pęknie jej odzież i wszystko wyskoczy na wierzch.
– Stop stój, bo teraz przeginasz. Wracaj do kolesia, który ci dupsko zawracał na imprezie – przerwał mu Hipolit.
– Oki druhu, już wracam na właściwe tory – uspokajająco rzekł Marian. Nie skończyłem jeszcze gatki o babce, a Leon do mnie mówi: „Ja chcę władzy. Dobra – mówię – do niego zaraz ci ją załatwię. Akurat przechodził znajomy policjant Teodor Pała i już chciałem go zawołać. Leon zorientował się, co chce zrobić i mnie powstrzymał słowami, że nie o tak władzę mu chodzi. Chyba nie chcesz abym podskoczył do twojej chaty i przywiózł ci połowicę Anzelmę. Z tego, co wiem to ona ma absolutną władzę w domu. O ile ją znam, na pewno jej nie odda, a nawet kawałka nie odpali. Sam widzisz, że mija się to z celem.
– O co mu chodziło, Jakiś dziwny ten twój znajomy. Pewnie prostota z prostatą mu się pomyliła – nie wytrzymał Hipolit.
– Sądzę, że tak – kontynuował Marian. Teraz słuchaj Leon do mnie mówi, że chciałby mieć taką władzę, aby panować nad swoimi emocjami, żądzami i pragnieniami. A tak dokładnie, co masz na myśli – ciągnąłem go za język. „Chciałbym mieć taką władzę nad swoim nerwami, aby skoczyć z dużej wysokości”. Mówiąc to wskazał mi na kilkunasto metrowy dźwig ze zwisającą liną. Akurat jeden ze śmiałków przypięty za nogi skoczył. Chwilę leciał głową w dół. Po kilku metrach lina zamortyzowała i zatrzymała skoczka. Ja, ja bym też tak chciał – z lękiem w głosie rzekł Leon. Postanowiłem ironicznie go od tego odwieść. Chodź skoczysz ze samolotu mówię do niego. Podprowadziłem go pod karuzelę, na których były różne rekwizyty. Wśród nich był też samolot. Mówię do niego, aby wszedł na skrzydło i skoczył. Myślałem, że się rozbeczy. Nie o to mi chodzi jęczał – chcę władzy, ja chcę emocji ja chcę innym udowodnić, że mam jaja i nie pękam. Nie wiem, co mnie napadło, ale mówię – to chodź idziemy na tę linę, ale pamiętaj musisz skoczyć. Ścichapęk na przemian bladł i robił się czerwony. Dobra, rzekł niepewnie, ale pójdziemy najpierw na piwo. Nie uwierzysz, ale skubany przy niewielkie posturze musiał mieć żołądek jak koń, bo wytrąbił trzy duże browary. Ja oczywiście przy nim się też nieźle uraczyłem. Im bliżej dźwigu mój „skoczek” szedł coraz wolniej. Wreszcie doszliśmy do kasy gdzie za jego bejmy kupiłem mu bilet. Obsługa szybko go uwiązała i wciągnęła do góry. Co ci będę długo mówił Ścichapęk wrzeszcząc w niebo głosy skoczył. Nawet tego nie widziałem, bo zajęty byłem kasjerką Lodzią tą z dużymi walorami. Umówiłem się z nią na wieczór. Ty wiesz, że przyszła w szortach i bluzeczce z głębokim dekoltem. Oj działo się, działo.
– Wiem, wiem, ale to na razie mnie nie interesuje. Mów, co z Leon, co się z nim stało – dopytywał Hipolit.
– Gdy się odwróciłem wypinali go z uprzęży. Niepewnie wstał z trawy i szerokim krokiem szedł w moją stronę. Tak jakoś dziwnie zalatywało w powietrzu. Jeszcze nie doszedł a już nakręcał – widziałeś skoczyłem. Co o moim wyczynie sądzisz? Skoczyłeś, skoczyłeś, chociaż popuściłeś w gacie nie patrząc na niego mruknąłem pod nosem. Nagle coś mokrego walnęło mnie w kalafę. Otworzyłem oczy a nade mną stała moja żoneczka Gabrysia i seryjnie zadawała pytania. Co ci się śniło? Z kim we śnie rozmawiałeś. A co tak zalatuje spod kołdry – dopytywała. To, to przez Leona – nieopatrznie szybko odparłem. To, co on ci narąbał w łóżko – trajkotała. Co miałem zrobić, aby wyjaśnić istotę sprawy musiałem jej pokrótce sen opowiedzieć. Pominąłem watek cycatej Lodzi, aby nie jeszcze raz nie dostać mokrym ręcznikiem po łbie. Moja przez chwilę trawiła to, co usłyszała.
Powiem, ci tak – rzekła po chwili – znam tego osobnika i dobrze, że zaistniał on tylko w twoim śnie. Gościu nie jest z twojej bajki. Ty nie jesteś bez wad, ale potrafisz odróżnić iluzję od rzeczywistości. Zapewniam cię, że wielu tego nie potrafi. A co do władzy każdy ma taką, na jaką zasługuje i sobie zapracuje.
– Święte słowa, święte słowa – wyrwał się Hipolit i przybił kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Pierwsi do koryta
– Dawaj, dawaj zagęszczaj ruchy, bo się pali – wolał Marian Lichy w stronę idącego z nogi na nogę Hipolita Mizerki. Ten drugi ruszył z kopyta i po chwili mocno zdyszany seryjnie dopytywał:
– Co się stało przyjacielu, że cię tak przypiliło? Czyżby seksowana babka sprowadziła się na nasze osiedle lub nie daj Boże znów pęcherz ci wysiadł?
– Nie wysilaj się na głupie teksty tylko się skoncentruj i wytęż słuch. Wiedz, że pospiech w moim przypadku jest więcej, niż pożądany, co ci zaraz udowodnię – naskoczył na kumpla Marian.
– Znalazłeś portfel z większą gotówką, otrzymałeś dostawę darmowych mocnych trunków, wygrałeś wyjazd na RODOS lub piątkę w totka, teściowa kupuje ci nowe auto? – wyliczał Hipolit spoglądając na kumpla i nie przyjmując się jego poirytowaniem. Po tych słowach na chwilę krew mocno uderzyła do głowy Mariana. Nabrał głęboko powierza i w miarę spokojny rzekł:
– Jeżeli myślisz, że mnie wyprowadzisz z równowagi, to jesteś w błędzie. Jednocześnie ostrzegam cię i informuję, że skoro przeciągniesz strunę, to poznasz smak mojego prawego sierpowego. Zrobiłbym to już teraz, ale będziesz mi w całości potrzebny.
Sytuacja dla Hipolita była z jednej strony niebezpieczna, ale z drugiej dopadła go ciekawość. Postanowił wybadać kumpla:
– Posłuchaj przyjacielu – rzekł – w takim razie, co masz mi do przekazania i jaki ja mam mieć udział w tym całym interesie?
Było widać, że Marian już dłużej nie może wytrzymać. Natychmiast wypalił, jak z armaty:
– Wytartuję w wyborach.
– Nie i jeszcze raz nie – wyrwał się Hipolit. Może mi wyjaśnić, w jakich? Chyba nie do zarządu hodowców kur futerkowych, albo na członka koła uprawiających rapie.
– Wybaczam ci kury futerkowe i te rapie, chociaż o nich jeszcze pogadamy. Wracam do walki o mandat – siląc się na spokój mówił Marian. Mój znajomy Antek Cwancygier zgłosił ekipę do wyborów. Miał kłopot z kandydatami i nazwą, dlatego zwrócił się do mnie o pomoc. Wymyśliłem mu dwie. Jedna to CeBeA a druga Pstryk. Co do hasła, to podrzuciłem mu „Krętymi ścieżkami pieszo lub rowerem, na gazie lub bez, z nami będzie ci lepiej”.
– O mandat nie musisz walczyć, bo możesz go mieć jeszcze dzisiaj – wtrącił Hipolit. Złapią cię jak nie będziesz przełaził po pasch, albo chlał piwsko w miejscu publicznym, najlepiej koło szkoły. Ale, ale skąd przyszły ci do głowy takie nazwy i dziwne hasło?
– Już ci wyjaśniam – tłumaczył Marian. Nazwy, jak nazwy, takie przyszły mi do głowy i każdy zrozumie je po swojemu. „Cebea” czy „abece” jednemu kojarzyć się będzie ze służbami, a drugim z alfabetem. Pstryk natomiast ze strzelaniem placami, lub błyskiem flesza. Ma to obrazować, że wystarczy pstryknąć, a wszytko zrobi się szybko, łatwo i samo. Nic, tylko żyć, nie umierać.
– Ale to wierutna bzdura. Przecież ja się na to nie nabiorę i sorki, ale na ciebie nie zagłosuję – nie wytrzymał Hipolit.
– Przecież jestem elokwentny, życiowy, dobrze ubrany, rozumiem ludzkie potrzeby, dbam o rodzinę bliższą i dalszą, Chcę, by ludziom żyło się spokojnie i dostatnio. Walczył będę, aby w sklepach było tanio, a częściowo za darmo. Dużą część mojej diety oddam na tych, co nie mają nawet na piwo – nakręcony wymieniał Marian.
– Hola, hola przyjacielu – zastopował go Hipolit. Co to jest za demagogia? Co to są za obietnice? Przecież ty nawet jeszcze nie zdeklarowałeś się, co do kandydowania, a już obiecujesz? Jestem pewny, że gdybyś, w co wątpię otrzymał mandat, to nic lub bardzo niewiele byś z tego zrobił. Są to słowa bez pokrycia i nic więcej.
– Ale przecież wszyscy tak robią, a najbardziej ci, co po raz pierwszy chcą zaistnieć i dorwać się do koryta – wyraźnie zbity z tropu tłumaczył się Marian.
– Władza tak, jak upał lub narkotyki, dla nieprzygotowanego może posłać go do piachu lub pizgnąć mu w dekiel. Znaczy to, że kto nie jest odporny, niech się za to nie bierze. O ile sam sobie zrobi krzywdę to pal licho, ale jak unieszczęśliwi ludzi, to już jest masakra – poważnie mówił Hipolit.
Coś musiało się dziać w głowie Mariana, bo spoglądał wysoko i nad czymś dumał. Bardzo poważnie zwrócił się do kumpla:
– Wiesz, że jak cię słucham, to nawet przyznaję ci rację. Więcej ci powiem, nie wystartuję w wyborach. Na potwierdzenie tego, przy tobie zadzwonię do Antka i powiem mu o swojej decyzji.
Sięgnął po komórkę i po chwili oświadczył, że ma na niego nie liczyć. Nazwę i hasło może sobie wykorzystać. Znajomy chciał jeszcze go przekonywać na różne sposoby, ale ten był nieugięty.
– Powiedz mi, co ostatecznie cię przekonało o zmianie decyzji? – cicho zapytał Hipolit.
– Od dobrego rządzenia są autentyczni, sprawdzeni fachowcy. Oni wiedzą, co i jak trzeba robić, aby było dobrze. Wielu jest w tym kraju przypadkowych pseudo fachowców i oni powinni sobie dać raz na zawsze spokój. Ja do nich byłbym należał. Nie chciałbym być postrzegany, jako ten, co się nie znał, ale wymądrzał i nie spełniał przedwyborczych obietnic – wyjaśnił Marian.
– To co? Będzie, jak dawniej? Będziemy robić dobrze to, co najlepiej potrafimy? – uradowany zapytał Hipolit.
– Tak! Póki co idziemy na piwo – uciął rozmowę Marian i lekko popchał kumpla w stronę baru „Pod pianką”.
Seweryn Kaczmarek

Niech się „unii” odwalą od nas
– Są takie rzeczy, że fizjologom się nie śniły – zwrócił się Marian Lichy do kumpla Hipolita Mizerki.
– Filozofom chyba chciałeś powiedzieć – poprawił go kumpel.
– Patrzcie go, znawca języka polskiego się znalazł. Wiedz, że specjalnie użyłem określenia fizjologom, aby sprawdzić, czy jeszcze jesteś czujny i rozumiesz, co do ciebie mówię – natarł na kumpla Marian.
– Nie wiem, co ci się stało, że znów dopadło cię wisielcze poczucie humoru i próbujesz mnie atakować? – spokojnie odparł Hipolit.
Tym razem Marian nie zwracał uwagi na wyjaśnienia kumpla. Dalej konsekwentnie zmierzał do celu.
– Ty tam, w tej twojej zabitej dziurami wiosce, niewiele styczności miałeś ze światem. Coś tam może docierało do ciebie przez dziurawe okiennice i strzechę w dachu, ale to był pryszcz wobec tego, co się działo – rzekł Marian.
– Tak nie będziemy rozmawiać. Wypraszam sobie ten ton i insynuacje pod moim adresem – ostro zareagował Hipolit.
Przyjaciel nadal prowadził swoją gierkę:
– Co ci mówi „unia” – zadał pytanie. Twarz Hipolita się rozpogodziła i od razu zaczął mówić:
– Nie mogłeś kolego tak od razu? Unia to jest gigant i co do tego nikt nie ma wątpliwości. Z nią muszą się liczyć wszyscy. Każdego potrafi pokonać, a nawet rozgromić u siebie.
– Gdzie? – wyskoczył z pytaniem Marian.
– Jak to gdzie? W Lesznie! – z błyskiem w oczach odparł Hipolit.
– O czym ty mówisz? – ponownie zapytał Marian.
– Jak to o czym? O klubie żużlowym Unia – odparł Hipolit. Widząc, że oczy kumplowi wyszły na wierch ze zdziwienia dodał:
– To taki zespół z bykiem w herbie.
– Przecież wiem – natychmiast naskoczył na kumpla Marian. Wyobraź sobie, że jak ja jeździłem na zawody, to ty nie wiedziałeś, że gdzieś tam ścigają się na motorach. Ty, ze swoim tokiem rozumowania, potrafisz człowieka wprowadzić w osłupienie. Ja mam na uwadze, co innego i do tego zmierzam. Skup się, bo mam na myśli sprawy poważne, które są bardzo istotne dla naszej, dalszej historii. Zadam ci pytanie i o oczekuję szczerej odpowiedzi: „Czy ty byłeś za wejściem naszego kraju do Unii Europejskiej”?
– Tak, ale miałem wątpliwości – szybko odparł Hipolit.
– Sądzę, że kłamiesz. Śmiem przypuszczać, że wcale nie poszedłeś głosować – ironicznie rzekł Marian.
Kumpel na przemian robił się czerwony i blady. Po chwili wyrzucił z siebie:
– Byłem przeciw, ale na referendum nie poszedłem. Szkoda było mi czasu na coś, do czego nie byłem przekonany. Czułem, że jest to lipa. Zadam ci zwrotne pytanie: „A czy ty byłeś za wstąpieniem do tej Unii?”
Na chwilę zapadła cisza. Marian zrozumiał, że wpadł w sidła, które sam zastawił na kumpla.
– No, ten tego! – mruczał grając na zwłokę Marian.
– Przecież widzę i czuję przez skórę, że nie byłeś głosować – nabijał się Hipolit.
– Nie byłem – tłumaczył się Marian, bo mnie do tego nie niczym przekonali. Wiedz jednak, że zdecydowanie byłem przeciw.
– Wiem – spokojnie zwrócił się do kumpla Hipolit. Jak sobie przypomniałem mieliśmy zdrowo w czubie i zamiast glosować poszliśmy na piwo, a potem szlajaliśmy się po mieście.
– Tak teraz sobie też to przypomniałem – niepewnie mówił Marian.
– Powiedz mi, dlaczego dzisiaj dyskutujemy o Unii? – zapytał Hipolit.
– Już ci mówię – mówił Marian. Te brukselskie „leśne dziadki”, z przeciętną wieku plus 85 lat, do wszystkiego nam się wtrącają. Pouczają nas, czy możemy wycinać drzewa ze szkodnikami, czy nie. Dalej, czy „temida” ma mieć opaskę na obydwóch oczach, czy tylko na jednym. Instruują nas o przestrzeganiu prawa, a tym samym o praworządności. Póki, co nie wtrącają się do picia gorzały, bo sami za „kołnierz nie wlewają.
Marian chciał jeszcze przytaczać kolejne przykłady, ale Hipolit mu przerwał:
– Tak sobie myślę, że brukselska unia chciałaby ingerować w nasze osobiste sprawy. Tylko patrzeć, jak zaczną nam nakazywać, w jaki dzień tygodnia lub miesiąca możemy iść z babą do łóżka. Nie dopuścimy do tego – ostro zareagował Hipolit.
– Ale co robić, jak się przeciwstawić? – zapytał Marian.
– Wspomniałem ci, że leszczyńska unia ma w herbie byka. Tak sobie myślę, że trzeba będzie skierować to bojowe zwierzę na Brukselę.
– Trochę fantazjujesz, kolego! – przerwał Marian. Moim zdaniem ci, co perfidnie szkalują nasz kraj, zarówno obcy, jak i nasi, za każde obraźliwe słowo, gest powinni dostać z byka w mordę. O tym jestem głęboko przekonany. Rozkwaszona „kichawa” i ból, jakiego by doświadczył, raz na zawsze przypominałaby takiemu osobnikowi, że każdy ma prawo do rządzenia i stanowienia prawa w swoim kraju.
– Z tym się zgadzam w stu procentach. Nie chcę być złym prorokiem, ale leszczyńska unia trwać będzie, bo ma dobrych zawodników, oddanych działaczy i wiernych kibiców, a brukselska Unia jest tylko kwestią czasu, kiedy zniknie raz na zawsze z „mapy” świata – zakończył rozmowę Hipolit.
Seweryn Kaczmarek