środa, 26 Czerwiec 2019

Felietony Seweryna Kaczmarka

Poświąteczne wspomnienia Mariana i Hipolita
Wielki tydzień przed Świętami Wielkanocnymi u Lichych i Mizerków nie zmieniał się „od zawsze”. Mycie okien, upinanie firan, czyszczenie lamp, trzepanie dywanów i znoszenie zakupów, było na pierwszym planie. W przewadzie prace na wysokościach, taszczenie ciężkich toreb i grzmocenie dywanów przypadały Marianowi i Hipolitowi. Co roku obiecywali sobie, że nie pozwolą się wykorzystywać. Skoro się poddamy – mówili do siebie – to będą nam kazały prać, zmieniać pościele, piec, gotować i szykować święconkę.
Na nic zdały się ich wysiłki, aby się z roboty wykręcić. Próbowali różnych sztuczek – w tym zatrucie żołądkowe, niemoc fizyczną, a nawet ogromny ból głowy – gdy „domowe gestapo” wkraczało do akcji z rozkazami, to potrzeba symulowania szybko ich opuszczała. Kobiety posuwały się też do szantażu mówiąc o „szklanym zajączku”, czyli koszyczku, w którym znalazłby się ich obiecany napój. Ciągle mieli nadzieję, że nadejdzie czas, że i dla nich świąteczne słoneczko zaświeci.
Tegoroczne święta kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka mieli spędzić w domu. Mieli, ale nie spędzili, bo szyki – jak to już w przeszłości bywało – pokrzyżowały im żoneczki. Wszystko mieli zapięte na ostatni guzik. W piwnicy każdy miał flaszkę gorzałki, a do tego krążek suchej kiełbasy i słój kiszonych ogórków.
– Diabli lub jak wolisz, baby nam radość zabrały. Zołzy jedne obiecały, że tym razem będziemy w domu – nie zważając na kumpla w liczbie mnogiej biadolił Hipolit.
– Tak, tak przyjacielu nie po raz pierwszy, ale i jestem tego pewny, że nie ostatni postanowiły zepsuć nam Wielkanoc – wtórował Marian.
To spotkanie kumple odbyli w Wielką środę. Od razu też umówili się na wtorek po świętach. Mocno wnerwieni postanowili, że każdy przygotuje swoim połowicom jakąś niezbyt miłą niespodziankę. „Ma być taka, żeby im w pięty poszło” – przegadywali się nawzajem.
Po wewnętrznej walce Marian Lichy postanowił, że w Wielki Piątek da swojej Gabrysi „za boże rany”. Z kolei Hipolit wykombinował, że swojej żoneczce zrobi „zajączka” niespodziankę. Jak postanowili, tak zrobili. Rano we wtorek po świętach, spotkali się w umówionym miejscu. Przy ławce w parku pierwszy dreptał Hipolit. Gdy zobaczył kumpla w oddali, to podbiegł do niego i dopytywał, jak było.
– I co i co? Dupa sina! – dumnie rzekł Marian.
– Tak bez kłopotu, a co za tym idzie bez konsekwencji dałeś jej „za boże rany”? – z niedowierzaniem dopytywał Hipolit.
– Tak znowu bez problemu się nie obyło, ale od czego jest głowa – tłumaczył Marian. Ostatnie dwa dni przed świętami spisywałem się bez zarzutu. Pomagałem, w czym tylko mogłem. Moja i jej mamuśka podejrzanie na mnie spoglądały. Nawet teść z początku nie kumał, co kombinuję. Dorwałem go na podwórzu i powiedziałem, co zamierzam. „Dobre, dobre” rzekł teść. „Ale pamiętaj, że już kilka lat temu daliśmy matce i córce łomot po rzyci. Mam nadzieje, że tego nie pamiętają. Ryzyk fizyk. Wchodzę w to i jestem z tobą. Wiesz, co zrobimy zamianę. Ja dam wycisk Gabrysi, czyli moje pyskatej córuchnie, a ty mojej połowicy, czyli twojej teściowej. Pamiętaj, że w tej tradycji nie ma litości” – rzekł teść i ścisnął mi rękę.
W czwartek po skromnej kolacji teść rzekł, że dwa tysiące lat temu nie znano, ani kawy, ani herbaty. Do wszystkiego podawano wino. Napitek ten o nazwie „cud natury” był dobry na trawienie, a co za tym idzie szczupłą sylwetkę. Wszystkie babki wtedy były „szlankowne”. Przypadkowo byłem w markecie i udało mi się kupić, za spore pieniądze flaszkę takiego wina, według receptury sprzed wieków. Teść kłamał, jak z nut. Nie sądziłem, że ten numer przejdzie. „Tej, stary” – wtrąciła mamuśka, to daj no ten nektar na trawinie. Skosztujemy z córką po lampeczce. Ja patrzę, a teść taszczy flachę dwulitrową bez banderoli. Wiedziałem, że starszy coś wywinął. Otwarł butelkę i nalał kobietom po pół szklanicy. Dziobnęły i tak im to zasmakowało, że wytrąbiły całą butlę. Dym miały taki, że musieliśmy je zaprowadzić do łóżka. Rozebraliśmy je, a szczególnie odsłoniliśmy te miejsca, gdzie miały oberwać. Zapadły w kamienny sen. Nawet nie czekaliśmy do północy tylko z teściem, zaopatrzeni w wierzbowe rózgi, stanęliśmy na ofiarami. Zgodnie z ustaleniami, ja lałem mamuśkę, a tato córkę. Wolałbym mojej natłuc, bo zawsze to młoda skóra, ale umowa, to umowa. Odstąpiliśmy mocno wypompowani, gdy dupska naszych ofiar zaczęły się robić czerwone.
– Mów, co było rano, jak się kobitki obudziły –dopytywał Hipolit.
– Powiem ci – tłumaczył Marian – że obie miały drogę przez mękę. Na zmianę latały do kibla popijając zimną wodę. Dopiero, jak im lekko przeszło zaczęły zastanawiać się, dlaczego bolą je dupska. Zaczęły coś podejrzewać i dopytywać, co to może być i skąd te dolegliwości. Pewnie pod wpływem coś się wam przydarzyło – łgaliśmy jak z nut.
– Jesteście mistrzami. Dwa razy na przestrzeni kilku lat wyszedł wam ten sam numer. Brawo – z uznaniem rzekł Hipolit.
– A co tam u ciebie? Czy w ogóle coś udało ci się zrobić twojej połowicy? – zapytał Marian.
– Powiem ci tak – odparł Hipolit. Niezły numer wywinąłem mojej Kudzi. Przy kolacji powiedziałem u teściów, że przed laty fajny był zwyczaj koszyczków, do których zając wkładał różne prezenty. Teściowa podchwyciła to i rzekła, że czasu jest mało, ale na próbę wrócimy do tego zwyczaju. Ja już mam coś dla mojej żoneczki – dodałem tajemniczo.
– Nie mogę się doczekać, co wykombinowałeś – zapytał Marian.
– Powiem ci, że przez mój pomysł o mało nie doszło do rodzinnego nieszczęścia. Zrobiłem duże gniazdo, które wymościłem siankiem. Z papieru wyciąłem duże serce, na którym napisałem – „mojej kochanej Kundzi wszystko, co na dzień dzisiejszy mam” .
– Ale przecież nic jej nie dałeś – nie wytrzymał Marian.
– Tak też przyjęła moja i jej mamuśka. Obydwie zgodnie nawtykały mi od gołodupca i skończonego dziada. Ja miałem ubaw, bo tak naprawdę, to przewidziałem ich zachowanie – śmiejąc się mówił Hipolit.
– A co one przygotowały dla ciebie i teścia – zapytał Marian.
– Chciały być dowcipne i do gniazdka włożyły nam po sporej pyrze z napisem wódka „Wyborowa” 0,5 litra – odparł Hipolit.
– To wiedzmy te babsztyle – nie wytrzymał Marian.
– Z początku też tak pomyślałem, ale odstąpiłem od walki, której i tak bym nie wygrał. Miałem dużą frajdę, że im bez bicia nieźle dowaliłem. Powiem ci, że człowiek powinien dawać to, co ma najlepszego. Ja dałem Kundzi symboliczne serce, ale szczere bez cienia złośliwości. Widocznie inni myślą inaczej, ale to ich problem – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Wiecznie niezadowoleni
– Znasz powiedzenie – jak dają to bierz, a jak leją to uciekaj – mówiący te słowa Marian Lichy spoglądał na Hipolita Mizerkę.
Ten drugi bez namysły odparł:
– Pewnie że znam. Mało tego odnośnie prezentów, bo zapewne masz je na myśli, to powiem, ci, że z tym to są dopiero jaja.
– Hola, hola! Za kilka dni Wielkanoc i nie wyskakuj mi tu, jak Filip z konopi, ze symbolami – zastopował kumpla Marian.
– Do świąt jeszcze powrócimy – niezrażony mówił Hipolit. Posłuchaj! Mój brat Wawrzyn, wiele lat temu, na prezent ślubny dostał od kuzyna Feliksa Buły maszynkę do mięsa, wartą pięć złotych. Jakby tego było mało, to łącznie od gości i delegacji dostał ich sześć. O ironio, u rzeźników towaru nie było, a tu urządzeń od rozdrabniania mięsiwa pół tuzina.
– Co zrobił z takim urodzajem? – ze śmiechem zapytał Marian.
– Co, co? Nadwyżkę puszczał do ludzi dając je na prezenty ślubne i różne lecia . Karuzela byle jakich darów się kręciła – spokojni wyjaśniał Hipolit.
– Nie będziemy ględzić o tym, co było przed pól wiekiem, ale o aktualnej sytuacji społecznej – przerwał Marian. Taka zmiana tematu lekko wnerwiła Hipolit i już chciał się odezwać, ale spojrzał na srogą minę kumpla i się powstrzymał.
– Zobacz, jak to jest! – zaczął Marian. Ktoś może otrzymać wcale niemałe pieniądze i ciągle coś mu nie pasuje. Tak przynajmniej przed innymi udaje. Pożal się Boże osobnik z gołą dupą, a do tego z licznymi kredytami, ale kręci nosem i smęci, że powinno być inaczej i jeszcze więcej.
– Ale przecież każdy w tym kraju bierze, obojętnie ile by tego grosza nie było! – nie wytrzymał Hipolit.
– Niby tak, ale każdy ma swoja filozofię. Mam na myśli, od kogo, za co, ile tej „kasy” ma otrzymać i czy jest to zgodne ze jego orientacją polityczną – tłumaczył Marian.
– Co ma do tego jakieś tam zapatrywanie? – dopytywał Hipolit.
– Ma, ma! I o tym cię zaraz przekonam – lekko wnerwiony tłumaczył Marian. Moja znajoma Mela Kapucha przed laty, w czasach „komuny” wygrała w totka dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Tyle wtedy płacili lub jak wolisz dawali za „piętkę”. Zamiast się cieszyć, że grosz spadł jej z nieba, ta dawaj narzekać, na ironię losu. Klęła, że tydzień wcześniej płacili osiemdziesiąt tysięcy za tyle samo trafień.
– Przybliż mi, jaką wtedy te bejmy miały siłę nabywczą? – wznosząc się na wyżyny swojej wiedzy zapytał Hipolit.
– Kobieta za wygraną mogła kupić kolorowy telewizor i pralkę wirnikową – wyjaśnił Marian.
– No to szału nie było, ale darowanemu koniowi w pysk się nie zagląda i nie bruździ – poważnie rzekł Hipolit.
– Ty to wiesz, ja to wiem i wielu normalnych ludzi też. Są jednak malkontenci, którzy z niczego i nikogo nie będą zadowoleni. Będą kręcić nosem – spokojni mówił Marian.
– Co masz na myśli, bo wiem, że ten temat mocno ci leży na wątrobie – ponownie z pytaniem zwrócił się Hipolit.
– Mam zabitego klina, ale też na samą o tym myśl cieszę się ogromnie. Powiedz, ale tak szczerze, czy coś słyszałeś, że w maju od tej władzy dostaniemy „trzynastą” emeryturę. Co o tym sądzisz? – pytaniem na pytanie odpowiedział Marian.
– Coś o tej dodatkowej kasie do mnie dotarło. Specjalnie jednak nie mam powodów do radości. Tylko tyle, trochę mało, mogliby więcej dać – stękał Hipolit.
– Nic tylko twoja Kundzia za tym stoi! – nie wytrzymał Marian. Powiedz mi, szczerze bez względu na plany żoneczki, czy cieszysz się, że dostaniesz jedną ręką dziewięć stówek.
– Masz rację – zaczął się tłumaczyć Hipolit. Moja Kundzia maczała w tym swoje grube paluchy. Gdy się o tym dowiedziała, to jednoosobowo zadecydowała, że dodatkową emeryturę już przeznaczyła na konkretny cel. Na moje pytanie, na co odparła na to, abym nie przepił jej z tym ochlapusem Marianem. Wiem jednak, że plany zakupowe miałaby Kundzia ogromne. Gderała, że trzeba by wymienić pralkę, lodówkę, robota kuchennego i wyjechać na zagraniczny urlop. Pytałeś mnie, czy się cieszę, to odpowiadam, że tak, choć wiem, że nic dla mnie nie kapnie.
– Stop stój! Bo padnę na glebę – wtrącił Marian. Wybaczam twojej połowicy tego ochlapusa. Przyjdzie pora, to coś specjalnego dla niej przygotuję. Co do jej inwestycyjnych planów, to potrzebowałaby kilka, a nie jednej dodatkowej emerytury.
– Ja też chciałem jej to powiedzieć, ale spojrzała tak na mnie, że ochota na dalszą dyskusję uważałem za zbyteczną – niemalże z płaczem mówił Hipolit.
Chwilę trwała przerwa w rozmowie pomiędzy kumplami.
– Powiedz mi przyjacielu, co ty zamierzasz zrobić z dodatkową kasą – ponownie zdał pytanie Hipolit.
Twarz Marian z lekko czerwonej zmieniła się w pulpową. Chwilę sapał zanim złapał właściwy oddech.
– Jakby ci to powiedzieć – rzekł Marian. Moja Gabrysia po szerokiej konsultacji ze mną zadecydowała, że wymienia okna w chacie. Będą wysokiej klasy plastikowe takie, co to nie przepuszczają zimna. Będą same oszczędności, a do tego nie będzie innych pokus.
– Mój przyjacielu, z całej siły Cię pocieszę. Niestety tak jak ja, z dodatkowej kasy nie będziesz miał, ani grosza dla siebie. No, ale dobra już dobra, bo za kilka dni Wielkanoc, ani na zajączka, ani na święta nic nie mamy – ironicznie biadolił Hipolit.
– „Ty nie masz nic i ja nie mam nic, to razem mamy wiele”. Tak powiedzieli kumple w jakimś filmie i po czasie zbudowali fabrykę. Mamy głowy na karku, to coś wymyślimy. Kilka dni temu w tajemnicy przed Gabrysią sprzedałem Jachowi Żabie długie buty wędkarskie. Mam drugą parę, to nawet się nie kapnie. W bucie już flaszeczka jest schowana – z radosnym błyskiem rzekł Marian.
– A ja! A ja! – wyrwał się Hipolit – też mam kilka złociszy. W kącie piwnicy zawalony stał rowerek po moje córuni Balbinie. Po cichu „klopnąłem” go gościowi, który lubuje się w takich starociach. Już też zrobiłem zaopatrzenie.
– Przed chwilą stękaliśmy, że nie mamy nic. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w jednej chwili sytuacja diametralnie się odmieniła. Mamy już na swoje „szklane” świąteczne potrzeby – rzekli kumple i z radością rozeszli się do domów.
Seweryn Kaczmarek

Precz z łapami

Mam dla ciebie kolejną petardę – rzekł Marian Lichy do Hipolita Mizerki.

Już ja ją znam – natychmiast zareagował ten drugi. Ma być jak grom z jasnego nieba a jest zaledwie huczkiem po wystrzale małego kapiszona, lub jak wolisz koperetki.  

Teraz zapewniam cię, że będzie inaczej i na to daję słowo honoru. Posłuchaj to się przekonasz – zaczął Marian.

W pewnej firmie pracownica techniczna Hiacynta Mokra za namową swojej siostry Ksantypy także Mokrej wniosła do sadu sprawę o naruszenie nietykalności cielesnej to jest o gwałt.

No, no nieźle się zaczęło. Dlaczego sama nie poszła do „temidy” tylko nakłoniła  ją do tego siostra?. Gdzie się to stało i kto się tego dopuścił – seryjnie zadawał pytania Hipolit.

Nie uwierzysz, ale doszło do tego w pracy na korytarzu w firmie „Tu i teraz”, a uczynił to sam dyrektor Pankracy Posuwaj – jednym tchem rzekł Marian.

Poczekaj przyjacielu, bo lekko się pogubiłem. Wiem, o co chodzi, ale jaki udział miała w tym Ksantypa Mokra i jakie były okoliczności gwałtu – dociekał Hipolit.

Już ci mówię – rzekł Marian. Ksantypa, która na siebie kazała mówić Ksenia krótko była sekretarką u Pankracego Posuwaja. Nie była krzykliwej urody, ale mniemanie o sobie miała ogromne. Wstawiała się szefowi w ślepia. Ubierała się tak, że pół dupska i cycki były nieomalże na wierzchu. Prowokacyjnie proponowała pozostanie po godzinach.  Robiła wszystko, aby „szefa uwieść”. Na swoje nieszczęście poprosiła go o przyjęcie do pracy swojej siostry Hiacynty. Szef bez entuzjazmu zgodził się zatrudnić ją, jako sprzątaczkę. Gdy ją zobaczył od razu wpadła mu w oko. W odróżnieniu od Ksantypy była bardzo ładna i do tego super zgrabna. Kilka razy przelotnie wymienili ciepłe spojrzenia. Było widać, ze ona także ma słabość do szefa. W letnie gorące popołudnie, gdy wszyscy poszli do domu Hiacynta skąpo ubrana na mokro wycierała korytarz. Kręciła przy tym zmysłowo tyłeczkiem. Z gabinetu wyszedł Pankracy Posuwaj i przez chwilę na nią spoglądał. Na ugiętych nogach zaszedł ją od tyłu i stało się.

No, co, no, co się stało – nie wytrzymał Hipolit.

Ty to jesteś jak dziecko. Doszło do bzyk, bzyk, czyli zbliżenia – wyjaśnił Marian.

A kobieta, co na to, nie krzyczała, nie broniła się – natrętnie dopytywał się Hipolit.

A gdzie tam wszystko odbyło się jak trzeba, czyli czule i spontanicznie – spokojnie nawijał Marian.

Co więc poszło nie tak, że sprawa trafiła do sądu – ponownie zadał pytanie Hipolit.

Rozanielona Hiacynta opowiedziała o zajściu Ksantypie, a ta narobiła rabanu. Nakrzyczała na siostrę a na dodatek naskarżyła rodzicom. Zmusili lekko zastraszoną, aby wzniosła sprawę o gwałt – wyjaśnił Marian.

I teraz słuchaj – kontynuował. Odbyła się wokanda. Siostra Hiacynty Ksantypa od początku tak pyskowała i wtrącała swoje „trzy grosze”, że sędzia wywalił ją ze sali rozpraw. Doszło do zabawnego momentu, po którym prowadzący rozprawę sędzia Anatol Paragraf nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

A co to takiego się stało – dopytywał Hipolit.

Sędzia zapytał powódkę, dlaczego nie uciekła, gdy widziała szefa, który się do niej przysposabiał. A gdzie panie Sędzio na świeżo wymyte, przecież tak nie można. Ponadto „szef” był taki miły, delikatny i szeptał mi piękne słowa. Nie mam do niego żalu i proszę o oddalenie pozwu – wyjaśniła.

Sędzia ciągle ubawiony przychylił się do prośby kobiety dodał jednak kierując się do Pankracego Posuwaja, aby trzymał łapy i nie tylko z daleka od wszystkich swoich pracownic.

Ułaskawiony przez Temidę na korytarzu poprosił Hiacyntę o rękę. Oświadczyny zostały przyjęte. Stojąca z boku Ksantypa pękała z wściekłości.

Super, ale fajowa historiaentuzjastycznie komentował Hipolit.

Pa propos precz z łapami nie dopuszczając do głosu Mariana mówił Hipolit. Nie tak dawno byłem w Grochowie. Mój kuzyn Jachu Lufa zaprosił mnie na piwo. Była kiepska deszczowa pogoda i dlatego poszliśmy do pobliskiej knajpki. Zamówiliśmy po browarze i usiedliśmy przy bufecie. W tym czasie jedna z pracownic wycierała „mopem” podłogę w sali konsumpcyjnej. Siedźcie tam „piwo żłopy” tak długo aż posadzka wyschnie rzuciła w naszą stronę. Teraz słuchaj, bo z moje strony będzie bomba.

Już to widzę tę twoją sensację jak przy zbieraniu pyrów – nie wytrzymał Marian.

Zostaw te swoje uwagi i słuchaj – rzekł Hipolit. My siedzimy a do lokalu wchodzi kobieta z dużym kudłatym psem zmokniętym jak kura. Zwierzę jak to zwierze nie przejmując się nikim i niczym lazło po sali. „Kejter” pozostawił mnóstwo brzydkich śladów łap na wytartej posadzce. Pracownica jak zobaczyła, że jej wysiłek poszedł na marne wkurzyła się na maksa. Niemalże wykrzyczała właścicielce, że zwierząt do lokalu nie można wprowadzać, a skoro już weszli to niech krótko trzyma i pilnuje swojego „pupila”.

W innych miastach można wchodzić do lokali z psem i nikt z tego nie robi problemu. Nie wiem, dlaczego u was nie można i po co ten hałas – niezrażona odparła właścicielka czworonoga.

Tak pokrótce wyglądała  przykra wymiana zdań  pomiędzy kobietami.

Widzisz przyjacielu w życiu tak już jest, że musisz odpowiedzialnie i z kulturą postępować. Gdzie cię nie proszą tam cię kijem wynoszą. Powiem tak, że „precz z łapami”, jakie by one nie było to jest często najlepsze hasło dla niepokornych – dyskusją zakończył Marian.

Seweryn Kaczmarek     

 

Naiwność nie zna granic
Serdeczni kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka,gdy tylko temperatura przekroczyła dziesięć stopni powyżej zera natychmiast udali się do małego parku na swoją ławkę. Zlustrowali oparcie i siedzisko. Stwierdzili, że nikt na nią nie napaskudził i spokojnie usiedli.
– Jest klawo, jak cholera – zwrócił się Hipolit do przyjaciela.
– Te nie bądź taki duński Olsen, bo poza wzrostem, niczym go nie przypominasz. Tamten to miał głowę na karku, a nie tak jak ty, koński łeb – odpalił Marian.
– Nie odpowiadam na twoje zaczepki i nie wdaję się w bezsensowną pyskówkę – niezrażony odparł Hipolit.
– No i dobrze, bo jeszcze nie zacząłeś mówić, a już wieje nudą – zdecydowanie rzekł Marian. Pozwól zatem, że ja pociągnę interesujący temat. Sądziłem, ba byłem pewny, że nic już i nikt mnie zaskoczy. Tymczasem kilka dni temu usłyszałem taką petardę, że o mało z fotela nie spadłem.
– Sąsiadka ta, co ma krzywe nogi, a do tego kiepski wzrok, na ciebie leci – nie wytrzymał Hipolit.
– Bo jak cię palnę w ten poniemiecki łeb, to z ławki spadniesz – natychmiast zareagował Marian. Znasz moje sąsiadki i wiesz, że ciągle są niezłe laseczki i to do użycia. Wiedź też, że i owszem kilka na mniej leci, ale nie o tym chcę ci powiedzieć.
– Jedna to nawet o lasce chodzi –przeciągał strunę Hipolit i szybko dodał -A o jaką to petardę ci chodzi?
Zdegustowany postawą kumpla Marian rzekł:
– Niechętnie ci powiem, bo widzę, że trochę starszych wynalazków z dziedziny farmakologii cię nie ciągnie.
– Rumianek, szałwia, czarcie żebro, lipa są powszechnie znane pod różną postacią i nie musisz się popisywać – wyrwał się Hipolit.
– Wrzuć na luz, bo mnie wnerwiasz. Mówi ci coś komarze sadło i maść maciczna? – zapytał Marian.
– Nie ma co, walnąłeś jak zając na zakręcie, przyrodzeniem o sosnę. To, jakie duże te komary i skąd pochodzą, że można z nich otrzymywać tłuszcz na lekarstwo? A ta maść, to chyba od małży, bo jakoś nie umiem sobie wyobrazić, aby od kobiet. A na co to, to ma być pomocne? – zanosząc się śmiechem mówił Hipolit.
– Na głupotę, czyli na wszytko – bez emocjo odparł Marian.
– Nie rozumem kolego. Drwisz ze mnie w żywe oczy, czy mówisz serio? – niepewnie zapytał Hipolit.
– Od razu ci odpowiem – rzekł Marian. Jedno i drugie. Uzbrój się w cierpliwość i nie wtrącaj tych twoich trzech groszy, to ci wyjaśnię, o co w tym chodzi. W życiu można wszystko sprzedać i kupić. Kwestią jest odpowiednie podejście do kupującego. Taki dla natychmiastowej poprawy zdrowia, urody, sprawności, samopoczucia, nabycia siły zwykłej i witalnej wyda każdą kasę. W Warszawie przed wojną był aptekarz bardzo znany o nazwisku Różycki. Człowiek bardzo bogaty, spokojny i zarazem obrotny. Miał w firmie oddanego pracownika Baltazara Cwancygera. Ten to dopiero był agregat. Smykałkę do interesu miał nieziemską, a do tego dar przekonywania ogromy. On to wymyślił sadło komarze i maść maciczną. Wmawiał klientowi w zależności od jego potrzeb, że są to pewne specyfiki na porost włosów, wydłużanie narządów a szczególnie jednego, na zajście w ciążę, na zapobiegnie ciąży. Jak złapał „jelenia” to już go nie wypuścił. Zanim ten się zorientował, już miał towar w ręce i mocno odchudzony portfel.
– Ale to jakaś niedorzeczność, aby nie rzec bzdura. I na takie numery nabierał i naciągał ludzi? – nie wytrzymał Hipolit.
– Dobry bajer, to połowa sukcesu. Znasz to powiedzenie? – spokojnie zapytał Marian.
– Może tak niekiedy jest, ale ja bym się nie dał tak nabrać – wstawiał się Hipolit.
– Po wysłuchaniu mojej historii twierdzisz, że nikt by cię nie wyrolował. Przypomnę ci, że ktoś zupełnie niedawno zrobił cię w trąbę – z nutą złośliwości rzekł Marian.
Po słowach kumpla twarz Hipolit zrobiła się purpurowa. W jednej chwili przypomniał sobie zdarzenie, o którym sądził, że Marian już zapomniał. Próbował jeszcze lawirować. Po chwili zadał pytanie:
– Co masz na myśli przyjacielu?
– Nie zgrywaj głupka. Przecież wiesz, jak było z farbą do konserwacji twojego samochodu. Odświeżę ci pamięć, że sporo zapłaciłeś za ten wysokiej klasy środek do konserwacji karoserii – dogryzał Marian.
– Dałem się nabrać, ale tylko, dlatego, ze facet, który przyniósł farbę rzekomo z polecenia mojej żoneczki powiedział, że pani Kundzia kazała mi zapłacić. Trochę byłem zdziwiony, że konserwant jest w butelce po oleju. Gdy gościu odszedł tknięty złym przeczuciem odkręciłem korek. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że we flaszce jest woda. Nawet o tej przygodzie nie powiedziałem mojej żoneczce, bo miałbym przerąbane – tłumaczył się Hipolit.
– Czy nadal sądzisz, że nie ma cwaniaka, który gdy trafi na naiwniaka potrafi wszystko mu sprzedać? – dopytywał Marian.
– Zgadzam się z tobą, przyjacielu – odparł Hipolit. Zastanawiam się, dlaczego ludzie dają się tak łatwo nabierać?
– Naiwniaków nie sieją, ale się rodzą. Ekstra towarowa okazja bez względu na czasy – o ile zdrowy rozsądek śpi – może być kosztowna i wstydliwa – poważnie rzekł Marian i przybił kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Krzyżówki, czyli co, z czym się „je”
– Mam dla ciebie zagadkę, a potem podejmę z tobą konstrukcyjną rozmowę na bardzo poważniejszy temat – tak zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Oho, mój przyjaciel wstał lewą nogą lub co gorsza, nie mógł w nocy spać. Nie wiem, co jest gorsze. Sądzę, że jedno i drugie nieźle walnęło cię w dekiel – zaczepnie rzekł Hipolit.
– Koleżko tak sobie ze mną nie pogrywaj, bo źle na tym możesz wyjść. Pamiętaj, kto jest mózgiem w naszej grupie i organizuje wszelkie spotkania i rozrywkę. To właśnie, to dzisiaj jest przedmiotem naszej rozmowy. Temat jest niezwykle istotny w naszym życiu –groził i pouczał Marian.
– O Boże, ale suchary! – jęknął Hipolit. Powiedz wreszcie tę zagadkę, bo już mnie skręca z ciekawości.
– Co to są krzyżówki?– natychmiast odezwał się Marian.
– No, nie ma co, wymyśliłeś proch. To nic innego, jak kratki skomponowane w jakąś figurę, w które wpisuje się odgadnięte wyrazy i z tego powstaje hasło. Najczęściej występują w gazetach lub w książeczkach – jak nakręcony odpowiedział Hipolit.
– Pierwszy sprawdzian z twojej wiedzy zaliczyłeś – odparł Marian. Teraz przyszła kolej na drugą, znacznie trudniejszą część. Powiedź mi, jak nazywa się krzyżówka osła i konia.
– To jest muł – radośnie odpowiedział Hipolit.
– Jedziemy dalej – spokojnie rzekł Marian. A jak się mówi na krzyżówkę krowy i żubra.
Tym razem chwilę trwało zanim Hipolit odparł:
– Żubroń! – zawołał.
– No, no! Może jeszcze będą z ciebie ludzie – pochwalił kumpla Marian. Warunek jest jeden, musisz mi powiedzieć, co to jest okapi.
Kumple na chwilę zaniemówił. Było widać, że stara się zyskać na czasie. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Postanowił tak odpowiedzieć, aby przyjaciel oniemiał z wrażenia. Ni z gruchy ni z pietruchy wypalił:
– To taki daszek nad drzwiami lub oknami, który ochrania drewno przed deszczem, a nawet słońcem – spokojnie odparł Hipolit.
Po tej odpowiedzi o mało nie doszło do nieszczęścia. Marian tak się śmiał, że aż się krztusił. Po chwil, gdy lekko ochłonął rzekł:
– Różne głupoty od ciebie słyszałem, ale ta bije wszystkie na łeb na szyję. Nie chcę cię, ani prowokować, ani dłużej trzymać w niewiedzy. Okapi, to nic innego, jak zwierzę afrykańskie, w połowie przypominające żyrafę, a w połowie zebrę.
– To one, no te dwa gatunki, ze sobą tak cyk, cyk i z tego to, to powstało – nieśmiało wtrącił Hipolit.
– Niewykluczone, że mogło dojść do takiego pomieszania krwi w efekcie, którego urodziło się to dziwne zwierzę ze średnią szyją i zadkiem w pasy o nazwie okapi – poważnie tłumaczył Marian.
– Skąd ty to wiesz i do czego ci to jest potrzebne? – zadał pytanie Hipolit.
– Spróbuję ci to wyjaśnić – rzekł Marian. W szkole podstawowej bardzo interesowałem się zoologią. Nie starczał mi materiał programowy o znanych gatunkach. Nowych, nieznanych egzemplarzy szukałem w książkach, atlasach, a nawet encyklopedii. Pasjonującą formą poznawania świata była literatura. Moim ulubionym autorem był Alfred Szklarski. On to fantastycznie opisywał przygody Tomka Wilmowskiego na różnych kontynentach m.in. w Afryce. U niego właśnie w książce pt. „Przygody Tomka na Czarnym Lądzie” natknąłem się na okapi.
– Stop stój, mój zacny kolego. Chyba nie zamierzasz mi opowiadać o antylopach, nosorożcach, słoniach, małpach i twoich czytelniczych doznaniach. Czy to już koniec w temacie pt. „krzyżówki”? – poirytowany przerwał Hipolit.
– Powiem ci, że niezupełnie. Mam w zanadrzu taki gatunek, o którym nawet słyszałeś. Jestem jednak pewny, że nie dasz rady mi cokolwiek na jego temat powiedzieć – rzekł po chwili Marian.
– W twoich szelmowskich ślepiach widzę, że coś wykombinowałeś, ale nie wiem co, dlatego wal prosto z mostu – prowokował Hipolit.
– Skoro tur z krową, to turoń, zechciej zatem wytłumacz mi, co to takiego jest biedroń –dociekał Marian.
– To proste krzyżówka biedronki i konia lub biedy z nędzą – wypalił Hipolit i wybuchnął śmiechem.
– A połączenie słonia i mrówki? – dopytywał rozbawiony Marian.
– Oczywiście, że słonina – bez sensu odparł Hipolit.
Po tym obaj zaczęli się śmiać tak, jakby im szajba odbiła.
– Czy ty wiesz jak kombinują jeże? – próbował podtrzymać temat Marian.
– Ostrożnie lub z wykorzystaniem miski na grzbiet – odparł Hipolit i dalej zanosił się śmiechem.
– A ślimaki, jak ślimaki – drążył Marian.
– Nawzajem – odpowiedział Hipolit i spoważniał.
– Mam wrażenie przyjacielu, że osiągnęliśmy szczyt głupoty. Jesteśmy o krok od krzyżówki kota z psem i psa z kotem. Wrzućmy natychmiast na luz i chodźmy na chmielowy zastrzyk. On nam dobrze zrobi, a przede wszystkim oczyści zmącone umysły – rzekł Marian i popchnął kumpla w stronę piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Uliczny rekonesans
– Powoli zima odpuści i zaatakuje wiosna. Tylko patrzeć, jak będzie więcej słońca i temperatura wyraźnie podskoczy powyżej zera. Watowane kurtki i ocieplane buty wpakujemy do szafy – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Ten drugi uśmiechnął się i rzekł:
– Już nie mogę się tego doczekać. Gdy tak się stanie, to weźmiemy, co nie co, do kieszeni i udamy się na obchód miasta.
– Jak cię znam, to groszem nie śmierdzisz, a do kabzdy, co najwyżej weźmiesz powietrze lub podartą poszewkę – zaczepnie zwrócił się do kumpla Marian.
– A od czego się ma przyjaciele. On zawsze, albo coś ma, albo choć wykarze się dobrym pomysłem – przymilał się Hipolit.
– Tym razem nie o alkohol chodzi, a o trzeźwy rekonesans bliższego i dalszego terenu, a przede wszystkim o stan jezdni i nazwy ulic – spokojnie mówił Marian.
– Pamiętam, jak niemal w centrum miasta, przed domami był ogródki, ogrodzone ładnymi płotkami. Wiosną zaczynały się tam zielenić krzewy i rozkwitać kwiaty – marzył Hipolit próbując dołożyć coś do słów kumpla.
– Bo nie wytrzymam – przerwał mu Marian. Gdy ty przywędrowałeś do miasta, że nie wspomnę, to ogródki były już zlikwidowane!
– Ale kilka było – upierał się Hipolit. Przyjaciel spojrzała na niego z politowaniem i rzekł:
– Dziaś mi nie chodzi o ogródki, ale o obejście miasta i przypomnienie sobie starych ulic i zapoznanie się z nowymi nazwami.
– Nie widzę w tym nic interesującego – poirytowany rzekł Hipolit.
– Tu cię zaskoczę na przykładzie tych już od lata istniejących – natychmiast przerwał Marian. Posłuchaj: Klonowa, Akacjowa, Brzozowa, Jesionowa, Bukowa, Wiśniowa, Czereśniowa, Morelowa itd.
– No i co z tego? – nie dawał się Hipolit. Przecież na tych ulicach nie ma, ani jednego drzewa z tego gatunku, które powinni tam być, jako znak rozpoznawczy, gdzie się znajdujemy.
– Czepiasz się, jak pijany płotu – napierał Marian. Na ulicach o nazwie Kajakowa, Żeglarska, Łanowa, Piaskowa, nie ma, ani jednego kajaka, żaglówki, zamiast łanów są parkany, a po piasku na Piaskowej nie ma śladu.
– To prawda, ale powiedz mi, do czego zmierzasz – zadał pytanie Hipolit.
– Już ci mówię, kolego! – odparł Marian. W Stanach Zjednoczonych nie ma nazw ulic, ale za to jest numeracja. Taką przyjęli zasadę i od niej nie odstępują. U nas ulice otrzymywały nazwy ludzi zasłużonych, wybitnych, ze świata kultury, sztuki, świętych, polityków, przywódców itd.
– No były i co z tego? Komu to przeszkadzało? – jątrzył Hipolit.
– Ty to jesteś ciężki przypadek – naskoczył na kumpla Marian. Sądzę, że jak dobrze potrząśniesz mózgownicą, to przypomnisz sobie, jak z tym było w przeszłości. Przecież różni osobnicy spod ciemnej gwiazdy mieli swoje ulice, ba nawet miasta. Byli to sprawujący władzę, pseudo-bohaterowie, artyści wspierający jakiś system. O dziwo, swoje tabliczki mieli też ci z ościennych krajów. Niechętnie sobie przypominam, że był to jakiś Józef, Feliks, Helmut. Jak patrzyłem na te tabliczki, to aż mnie skręcało. Ale nich tam, to już było i sądzę, że nie wróci.
Po tych słowach Marian na chwilę zamilkł.
– Jakoś zrobiło się smutno. Nie sądzisz, że nazwy ulic mogą być wesołe, pogodne, a nawet zabawne – odezwał się Hipolit.
– Zgadzam się i mam nawet na to pomysł – szybko wszedł w zdanie kumplowi Marian.
– Jak zwykle tylko ty!? Może byś najpierw wysłuchał moich propozycji – nie wytrzymał Hipolit.
– To mów skoro musisz – łaskawie zezwolił kumplowi Marian.
– Proszę bardzo: Misia Uszatka, Pszczółki Mai, Reksia, Bolka i Lolka, Calineczki – sypał jak z rękawa Hipolit.
– Nie, ma co, to żeś wymyślił. Z tego, co się orientuję, to już są takie ulice dedykowane dzieciom. Mnie chodzi o takie dla dorosłych – tłumaczył Marian.
– Jak jesteś taki mądry, to powiedz, jakie masz propozycje – dopytywał Hipolit.
– Mogłyby być to np. Pelagii Mokrej, Hiacynta Fiflaka, Ksymeny Chętnej, Baltazara Posuwały, Melpomeny Ciutciut, Ignaca Ogoniaka, Zefiryny Szparki – wyliczał skrywając śmiech Marian.
– Wiedziałem, że ty wszystko sprowadzisz do jaj i twojego ulubionego świntuszenia – zły rzekł Hipolit.
– No, już się nie gniewaj – rzekł pojednawczo Marian. Powiem ci, że lepiej już, gdy byłby to nazwy śmieszne, trochę zabawne, niż znienawidzonych polityków. Zdajesz sobie sprawę, że swoich miejscowych też nie możemy dawać na tabliczki, bo jedni chcą, a drudzy nie. Za i przeciw jest tyle argumentów, że „czacha dymi’.
– Skoro nie ma innych możliwości, to jak z tego wybrnąć? – po raz kolejny pytał Hipolit.
– Niech zatem w nazwach będą drzewa i rośliny – odparł Marian.
– Przecież przed chwilą robiłeś sobie z nich żarty – wtrącił Hipolit.
– Widzisz przyjacielu to, że nie ma tam, ani jednego drzewa, krzewu, czy kwiatu, to żaden problem. Posadzi się i będzie ok. Nikt do nikogo nie będzie miał żalu i uwag, dlaczego ten, a nie tamten ma swoją ulicę. Nie sądzisz, że sama przyroda daje spokój i poczucie ciepła na duszy? – spokojnie mówił Marian.
Kumpel popatrzył na niego i rzekł:
– Chyab się z toba zgodze. Pewnie, że masz rację, przyjacielu!
Przybili sobie „piątkę” i ruszyli przed siebie.
Seweryn Kaczmarek

Spóźniony biznes Marycha i Hipolita
Kilka dni mroźnej pogody sprawiły, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka szukali miejsca, gdzie mogliby spokojnie, w przyzwoitych warunkach spędzić czas. Wreszcie po kilku „adresach”, pod które zajrzeli, wybrali dwa. Pierwszy w piwiarni pod „Jeleniem” u Jacha Rogacza, a drugi w korytarzu bloku koło szkoły. Na parterze mieszkała w nim Rozalia Kogut. Szybko wkradli się w jej łaski. Mówili do niej Róża, a ona to bardzo lubiła. Doszło do tego, że proponowała im cieplą herbatę, a nawet szklaneczkę winka własnej roboty.
Zdarzyło się, że zaprosiła ich do mieszkania i wypiła z nim trochę trunku. Przyjaciele myśleli, że złapali Pan Boga za nogi. „Życie, jak w Madrycie” – mówili do siebie zacierając ręce.
Nic nie może wiecznie trwać. Tak było w ich przypadku. Nagle, niespodzianie wrócił z rejsu jej małżonek Narcyz Kogut. Był marynarzem i przez trzy miesiące nie było go w domu. Ogromnie był zazdrosny o swoją połowicę, a do tego jej nie ufał.
Jak grom wpadł do mieszkania. Zobaczył Mariana i Hipolita przy stole z jego małżonką. Do tego była flaszka wina i osobnicy, których nie lubił. Wtedy wpadł w furię. Zrobił karczemną awanturę. Wywalił ich ze słowami, że jak jeszcze raz ich zobaczy w pobliżu jego domu, to im coś tam powyrywa, a może jeszcze gorzej.
Gościu był potężnej postury i silny jak tur, dlatego kumple bez zbędnej dyskusji opuścili mieszkanie Kogutów. Pani domu nic nie robiła sobie z humoru małżonka i bezczelnie powiedziała, aby się nie kompromitował i zamilkł.
Marian i Hipolit wzięli sobie do serca groźby Narcyza i omijali jego chatę dużym łukiem. W akcie przyszłej, słodkiej zemsty obiecali sobie, że gdy porąbany Kogut wypłynie w kolejny rejs, to oni zajmą się jego żoneczką. Na samą myśl o tym zrobiło im się ciepło na sercu.
Przez kolejne dwa dni korzystali z ciepłego wnętrza piwiarni u Jacha. Udawało im się wyskrobać parę „zeciaków” i mogli golnąć po browarku. Właściciel niespecjalnie łaskawym okiem na nich spoglądał. Mruczał pod nosem, że zajmują mu przestrzeń barową siedząc po kilka godzin przy małym piwku. Za te niewybredne uwagi pod ich adresem, postanowili go „olać”.
W głowie Marian zrodziła się myśl. Bez ceregieli zwrócił się do Hipolita.
– Jest zima i mróz, bo taka jest kolej rzeczy w naszej strefie klimatycznej. Nie możemy korzystać ani z twojego, ani mojego mieszkania. Nasze żoneczki ogromnie nie lubią, gdy przebywamy razem, a jeszcze bardziej nie lubią naszych genialnych pomysłów. Mam pomysł, jak zdobyć finanse, które rozwiążą nasze kłopoty zimą.
Hipolit odezwał się niepewnie:
– Było usługowe trzepanie dywanów, mycie okien, wnoszenie węgla do piwnicy. Już się boję, co teraz wpadło ci do głowy. Do tej pory wszystkie pomysły twoje nie były warte funta kłaków, Zysku tyle, co pies ma w pysku, czyli nic.
– Tym razem na naszym osiedlu i przyległych ulicach, podczas mrozów, będziemy pomagali właścicielom odpalać samochody. Mówię ci, ba jestem pewny, że będzie to złoty interes. Bejmów, jak lodu, siana pełna górka – nakręcał się Marian.
– Hola, hola przyjacielu. Jak ty to sobie wyobrażasz. Trzeba będzie wstawać rychło rano i wziąć się do roboty. Jeżeli ma to być dochodowe, to musimy zaoferować skrobanie szyb i w razie opadów, odgarnianie śniegu. Zapychamy, a w razie ciężkiego zapalania, musimy mieć rezerwowy akumulator i przy użyciu dodatkowych kabli uruchamiać pojazd – konkretnie zwrócił się do kumpla Hipolit.
– Mam opracowaną strategię na ten czas – rzekł Marian. Każdego dnia wieczorem poszukam potencjalnych klientów i umówię się z nimi na usługę. Ty, skoro świat wstaniesz i pójdziesz pod wskazane przez ze mnie miejsce. Jak sam nie dasz rady, to zadzwonisz komórką, a ja możliwie szybko do ciebie dołączę. Odpalimy oporną „brykę”, skasujemy kasę i walimy na piwo.
– Już widzę, że to ty jesteś w tym przedsięwzięciu kierownikiem, a ja robotnikiem. Ty sobie leżysz do południa w ciepłym wyrku, a ja walczę z gruchotami na mrozie. Jakoś nie przekonujesz mnie do tego pomysłu – wyraźnie stawiał się Hipolit.
– Oj tam, oj tam! Szukasz pretekstu, aby nie wejść w biznes. Masz lenia i dwie lewe ręce. Ponadto sam nie masz lepszego pomysłu. Chyba, że masz? – po ataku na kumpla zadał pytanie Marian.
– Może mam, a może nie mam! – spokojnie odparł Hipolit. Wiedz jednak, że nie o moje chęci, nazywane przez ciebie nygustwem, ale czas chodzi.
– Wiedziałem, że nie będzie ci się chciało rychło rano wstawać – zaatakował Marian.
– Pozwól sobie coś powiedzieć – przerwał kumplowi Hipolit. Nie o ten czas chodzi, ale to, że już kończy się styczeń. Raptem było kilka dni mrozu i to nawet niezbyt siarczystego. Nie widziałem chociażby jednego przypadku, aby posiadacz pojazdu nie dał rady rano odpalić auta. W telewizji i radiu mówili, że będzie ocieplenie i temperatura skoczy powyżej zera. Twój pomysł – nie powiem – jest dobry, ale mocno spóźniony. Trzeba będzie do niego powrócić, ale na początku przyszłej zimy i wtedy modlić się o śnieg i mróz.
– Dobra, już dobra! Wrzuć na luz – rzekł Marian. Powiem tak, że częściowo, ale tylko częściowo masz rację. Zimy zapewne już nie będzie. Zleceń na usługi też nie uda się zdobyć. Musisz jednak przyznać, że genialny miałem pomysł. W takim razie, co robimy, zwrócił się do kumpla.
– To, co potrafimy najlepiej, czyli nic! – bez wahania odparł Hipolit.
– Rozumem – odparł Marian. Tymczasem idziemy na piwo, a biznesowe plany przekładamy na bliżej nieokreślony termin. Prawopodobnie na listopad.
W jednej chwili kumple wypracowali wspólne stanowisko, przybili „piątkę” i równym krokiem pomaszerowali do najbliższej piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Rodo do zaorania
– Bo mnie sczyści, bo mnie skekla, bo mnie potyra! – wyrzucał z siebie seryjnie Marian Lichy.
– Co to za język przyjacielu? Mocno mnie zaskoczyłeś. Już dawno nie byłeś taki wkurzony i zarazem nakręcony. Możesz mi przybliżyć, co jest tego powodem – dopytywał Hipolit.
– Czy możesz mi powiedzieć? Choć, jak patrzę na ciebie, to mam wątpliwości – co to takiego jest rodo? – ironią swoje pytanie podparł Marian.
– Jak to, co jest to narzędzie do orania pola – spokojnie odparł Hipolit.
– Bo nie wytrzymam, bo się spulam. Przecież jedno do drugiego ma się jak pięść do nosa. Wiedz „ćwieku”, że rodo to ochrona danych osobowych – każde słowo akcentując tłumaczył Marian.
– Przecież wiem, co to jest, tylko tak się wygłupiałem udając niekumatego – rzekł Hipolit.
– Masz szczęście, że jarzysz, bo już myślałem, że cofasz się do etapu wczesnego „wieśniaka” – kpił Marian.
– Nie wymądrzaj się! Nie filozofuj! Nie popisuj się, tylko właź do szafy i mów do rzeczy. Powiedz, co i kto zabił ci ćwieka w kwestii rodo – próbował odgryzać się Hipolit.
– Przytoczę ci dwa przykłady – rzekł Marian. Pierwszy dotyczy moich odwiedzin u kupla na osiedlu koło wodociągu. Celek mieszka w bloku, czyli jak wolisz budynku wielorodzinnym. Powiedział mi, który to jest „klocek” i dodatkowo podał numer mieszkania. Trochę zamyślony najpierw wlazłem do innej klatki. Zamknięte drzwi zmusiły mnie do sprawdzenia, na który przycisk domofonu muszę przycinać, aby poprosić kumpla, by mi otworzył. Patrzę na spis lokatorów, a tu nie ma, ani jednego nazwiska. W zamian były tylko numery mieszkań. Niezrażony tym dusze na „9”, pod którym powinien mieszkać. Cisnę, a po chwili odzywa się niewieści głos i woła „Kto tam”. Na to ja walę – Marych Lichy do Celka. Babka w domowione odrzekła, abym sobie nie robił jaj. Tu taki nie mieszaka – rzekła i dodała, abym się odwalił, bo ona mnie tak urządzi, że nie celka, ale celę mi załatwi. Nawtykała mi od pijusów i takich ostatnich i zamilkła. Trzymając nerwy na wodzy przeprosiłem i zapytałem o godność, bo może pomyliłem klatki. O dziwo kobitka lekko odpuściła i przedstawiła się – Hiacynta Tęga.
– Lichy i Tęga – nie wytrzymał wybuchając śmiechem Hipolit Mizerka. Nie ma, co dobrana para. Powiedz mi, co dalej zrobiłeś.
– Wyszedłem przed blok i połapałem się, że wlazłem do niewłaściwej klatki. Po chwili już dzwoniłem do odpowiedniego mieszkania. Muszę ci powiedzieć, że kumpel też nie miał na domofonie nazwiska tylko numerek – wyjaśnił Marian.
– Poczekaj, bo coś mi tu nie pasuje – przerwał Hipolit. Co takiego jest z nim, że także usunął kartkę z imieniem i nazwiskiem.
Przez chwilę Marian udawał, że nie dosłyszał pytania. Patrzył w niebo i milczał.
– Zadałem ci pytanie – ponaglał go Hipolit.
– Wiem i już ci mówię, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiał – wyraźnie ubawiony mówił Marian.
– Już, już! Nie ociągaj się – ponaglał go Hipolit.
– Ten mój kumpel nazywał się Cyprian Wdepnął – wyrzucił z siebie Marian.
Pomimo danego słowa kumpel rżał jak koń zanosząc się śmiechem. Przez chwilę obydwaj rechotali.
– Skoro ludzie noszą nazwiska: Wozignój, Cygan, Bąkacz, Stękała, Popuść, Smaruj, Półdupek, Członek, Paniaczyk, Czubek, to pewne jest, że dla nich rodo jest taki parawanem, za którym się schowali likwidując tabliczki na domofonie – poważnie tłumaczył Marian.
– Sądzę, że swojego rodowego nazwiska nie należy się wstydzić. Przecież ja jestem Mizerka, a ty Lichy i jest nam z tym dobrze – rzekł Hipolit.
Już Maran chciał licytować się o wyższości swojego nazwiska nad nazwiskiem kupla, ale się powstrzymał. W zamian rzekł:
– Jeszcze ci powiem o drugim przykładzie tego tworu o nazwie rodo. Mój krewniak Teodor Miętus ma małą firmę. Sądził, że ta nowa ustawa o ochronie danych osobowych daje mu gwarancję tajemnicy. Chciał się o tym przekonać. Usiadł przy komputerze i w Google wbił swoje dane.
– I co Maryś? Mów! – dopytywał Hipolit.
– Po chwili o mało nie spadł z krzesła – mówił Marian. Na ekranie wyświetliły się jego, imię, nazwisko, nazwa jego firmy, profil działalności, adres, nip, regon i co tylko chcesz.
– Brakowało tylko nazwiska panieńskiego jego żoneczki, stanu majątkowego i liczby babek na boku – wtrącił Hipolit.
Na chwilę znów kumple zamilkli.
– Po głębokich przemyśleniach zgadzam się z tobą, co do dziwacznego porównania rodo z radłem – spokojnie mówił Marian.
– A widzisz! A nie mówiłem, choć się wygłupiałem, że coś zbieżnego w tym tkwi – wykrzyknął Hipolit.
– Skoro rodo nie pomaga, a mocno utrudnia życie, to należałoby je wycofać, a mówiąc dosadniej – głęboko je zaorać.
Po tych słowach Marian roześmiał się poklepał kumpla po plecach i na odchodne rzekł:
– Do jutra!
Seweryn Kaczmarek

Ostrożnie z „bronią”

Z wielkim zainteresowaniem Marian Lichy i Hipolit Mizerka oglądali żołnierzy, podczas uroczystości patriotycznej. Szczególnie lustrowali stare mundury pamiętające Powstanie Wielkopolskie, karabiny oraz inne wyposażenie.

– Powiedz mi Maryś, jakie masz doświadczenie z bronią? – nagle zdał pytanie Hipolit.

– Oj liczne, bogate, a do tego przyjemne – odparł Marian. Jakby ci to powiedzieć, żebyś zrozumiał, w moich rękach każda wykorzystana była wielokrotnie i maksymalnie.

– Przyjacielu przypominam ci, że przecież ty nie byłeś w wojsku. Oświeć mnie łaskawie, gdzie to miałeś możliwość poznania różnych typów broni. Przypominam sobie, że dawno, dawno temu, popisywałeś się strzelaniem z wiatrówki na karuzeli, jak przyjechała do miasta, ale więcej pudłowałeś, niż trafiałeś do celu! – wyraźnie szukał zaczepki Hipolit.

– Tak sobie myślę, czy ja przypadkowo nie tracę czasu na życiową edukację dla ciebie – nie zrażony prowokacją kumpla mówił Marian. Najpierw jednak odświeżę twoją pamięć, że w tych wiatrówkach, które były do dyspozycji na strzelnicach na karuzeli, byłem niekwestionowanym mistrzem. Pomimo przestawionych celowników i podbitych luf, tak miałem całkiem dobre wyniki, a co za tym idzie, nagród.

– Z tym częściowo się zgadzam. Miałeś mi mówić o broni, a nie o  wiatrówkach na bolce lub śrut – naciskał na kumpla Hipolit.

– Już zaspokajam twoją ciekawość – powstrzymując śmiech odparł Marian. Pierwsza, to była Bronia Gorąca. Druga Bronia Smaruj, a trzecia Cichodajska, że nie wspomnę o Broni Szparce. Jak sięgnę pamięcią, to były jeszcze dwie, bo miałem szczęście do kobiet o tym imieniu, ale specjalnie nie ma, co o nich mówić.

Na tak niespodziewaną wypowiedź kumpla, twarz Hipolita zmieniał barwę z bladej, jak kreda na burczano-czerwoną.

– O czym ty mówisz? Co tym mi tu wciskasz? Ja o broni do strzelania, a ty o babach – wnerwiony nieomalże krzyczał Hipolit.

– Czy ty sądziłeś, że ja będę ci mówił o Mauserach, pepeszach, „cekaemach”, czyli o różnego typu karabinach. Przecież to mnie wcale, ale to wcale nie interesuje. Na filmach, pokazach, jakiś rekonstrukcjach to tak, ale w życiu są przyjemniejsze sprawy. Jestem pewnie, że ciebie także babki bardziej interesują, niż najbardziej nowoczesne uzbrojenie.

W myślach Hipolit zgadzał się w pełni z kumplem. Nie był w wojsku i poza kilkoma razami, karabinu w ręce nie miał. Niewiele, więc miałby do powiedzenia w tym temacie. Nie zamierzał ciągną tego wątku, dlatego też rzekł

– Z tą żywą bronią, a raczej kilkoma na dwóch nogach, to mnie nieźle wpuściłeś w maliny. Powiem ci szczerze, że zimnej stali, ani huku nie lubię, a nawet się boję.

– A to wiem. Ba, widziałem to dokładnie–bez twego mówinia! – przerwał Marian.

– Niby, kiedy i gdzie? – niepewnie zapytał Hipolit.

– Chcesz to już ci mówię – odrzekł Marian. Masz bardzo, ale to bardzo krótką pamięć. Sądzę, że specjalnie taką chcesz mieć. W Sylwestra, po sporej dawce trunków, o północy zaczęła się istna kanonada. W niebo leciały różnokolorowe race, rakiety. Co chwilę, z ogromnym hukiem waliły petardy. Byłem rozanielony. Było jak w bajce.

– Nie widziałem w tym niczego pięknego! – nadrabiając miną rzekł Hipolit.

– Nie widziałeś przyjacielu, bo schowałeś się w sieni u Waldka Cudaka. Jak cię znalazłem, to siedziałeś w kącie z zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami – kpił Marian.

– Miałem w czubie i chciałem trochę ochłonąć, stąd chwilowa moja nieobecność, podczas Sylwestrowej strzelaniny – próbował tłumaczyć się Hipolit.

– Nie ściemniej – zaatakował go Marian. A co to tak nieładnie pachniało koło ciebie? Jak nic, popuściłeś trochę!

– Przyznam się, jak na spowiedzi, jak było naprawdę – natychmiast zaczął się tłumaczyć Hipolit. To prawda, że boję się huku. Chciałem, więc niezauważony przyczaić się i kanonadę przeczekać w sieni u Waldka. Trochę jednak słyszałem a zjedzona wieczorem golonka z kapustą robiły swoje. Ze strachu puszczałem „bąki” i brzydko pachniało około mnie. Ale nie nawaliłem w galoty jak ty sugerujesz. Może znasz jeszcze jakoś Bronię, ale taką z dużymi walorami, co to ma, czym oddychać – próbował zmienić temat.

Mam taką jedną awaryjną i byłaby w sam raz dla ciebie. Nie wiem tylko, czy dałbyś  jej radę, gdyby się do ciebie dobrała  – kusił Marian.

W oczach kumpla pokazał się błysk zainteresowania, ale szybko zgasł. Było widać, że ma wątpliwość a nawet obawy.

Stękając zaczął się tłumaczyć – przecież ja mam żonę Kundzię. Gdyby nie daj Boże się czegoś dowiedziała lub by mnie przyłapała to rozerwałby mnie na strzępy.

Sam, więc widzisz, że bez względu na bronie te zimne stalowe jak i te żywe gorące zawsze istnieje niebezpieczeństwo. Wymagana jest mega ostrożność, aby kontakt z nimi nie przypłacić życiem. W twoich trzęsących rękach eksplozja była by murowana. Daj, więc sobie spokój z jednym i drugim. Skup się na tym, co najlepiej potrafisz – spokojnie mówił Marian.

Wiem i z tego zdaję sobie sprawę. Broni pod żadną postacią nie tolerują i chcę  – zakończył Hipolit.

Seweryn Kaczmarek

Nie mów hop
– Już był w ogródku, już witał się z gąską i jak nie dostanie sztachętą w łeb to zobaczył Twardowskiego na księżycu, wszystkie gwiazdy i w ułamku sekundy odechciało mu się drobiu.
Mówiący te słowa Hipolit Lichy został zastopowany przez Mariana Lichego:
– Co ty chrzanisz. Co ty pieprzysz. Cytujesz mieszając fragmenty wiersza zapewne nieznanego ci autora. Czy ci palma odbiła, czy może coś zatrutego zjadłeś – seryjnie dopytywał kumpel.
– Nic z tych rzeczy – spokojnie odparł Hipolit. Wyobraź sobie, że jeden taki Binek Skibała bardzo lubił obcować z przyrodą. Mówiąc precyzyjniej zbierał plony z pół, działek a nawet ogródków.
– I co w tym dziwnego? Wielu lubi – przerwał kumplowi Marian.
– Tak tylko, że w zdecydowanej przewadze ze swoich – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Mów od razu, że facet chodził na charendę, skibę lub jak wolisz kraść innym – rzekł Marian.
– Sądziłem, że taki znawca życia od razu zrozumie istotę sprawy – prowokował kumpla Hipolit. Nie musiał czekać, bo ten od razy wypalił:
– Te istota! Bo zapomnę, że mam przed sobą tak lichą istotę i dam jej w ucho. Mów, co było, o co chodzi z tym amatorem cudzej własności.
– Już ci mówię, bo widzę, że jesteś bardzo nerwowy – uspakajająco rzekł Hipolit. Binek, jak tylko pojawiły się warzywa i owce zaczął robić zapasy na jesień i zimę. Pojawiły się jabłka już robił rozeznanie terenu i późnym wieczorem, bądź w nocy ruszał z worem, tam gdzie były najładniejsze. Gruszki, ogórki, pora, pietruszka, brał jak swoje. Szczególną słabość miał do kapusty. Bardzo lubił surówki, a najbardziej kiszoną. Wypatrzył na polu sąsiada Wacława Gęgały dużą ilość dorodnych głów kapusty. „Już są moje” – pomyślał. W jednej chwili zapomniał, że Wacek na kapuście sporo „kapuchy” zarabiał i dlatego też dawał na nią pilne baczenie. Już ja tak dopasuję miejsce i czas, że zanim się Wacek połapie, że ktoś mu koło „głąba” robi, to ja już ze dwa wory do chaty odniosę. Zdawało się Binkowi, że szczęście mu dopisało. Późnym wieczorem nagle nadciągnęła burza. Mrok, co pewien czas rozjaśniały błyskawice, a po nich grzmoty. Bardzo bał się burzy, ale stwierdził, że to jest idealna pogoda dla niego. Odziany w ciemny, nieprzemakalny płaszcz i gumowe buty oraz wory ruszył na akcję. Po chwili już ciął kapustę. Dorodna głowy trafiała do przepastnego wora. Za każdym razem wykorzystywał moment, gdy błyskawica rozjaśniała pole. Widział wtedy, gdzie są najładniejsze głowy. Jak to w życiu bywa zachłanność może być zgubna. Pomyślał, że jeszcze jedną, dorodną głowę dołoży. Wzniósł oczy w górę i pomyślał „Panie Boże mignij”, a ja wytnę tę największą. W chwili, gdy błyskawice rozbłysła, a w oddali uderzył piorun Binek niespodzianie dostał czymś twardym w łepetynę. W jednej chwili zrozumiał, że to sąsiad przyłapał go na kradzieży kapusty i od tłu przylał mu dębowym kołkiem. Zaskoczony i oszołomiony natychmiast rzucił się do ucieczki. Usłyszał za sobą, jak Gęgała wrzeszczy „te zając kapusty zapomniałeś zabrać”.
– Wiesz, że przyszło mi nas myśl powiedzenie – „nie mów hop póki nie przeskoczysz” – wtrącił Marian.
– Sądzę, że nie bez powodu, to mówisz – dociekał Hipolit.
– Już ci wyjaśniam, co mam na myśli – odparł Marian. Taki jeden -Zygfryd Dykciak w okresie, gdy nie było towaru na Rynku otworzył swój interes. Z drewna robił takie różne pierdoły, od wiatraczków na zapałki poprzez karmniki dla ptaków do psich bud włącznie. Te jego pożal się Boże rękodzieła znajdowały nabywców i sporo kasy zarabiał. Zmieniał auta, jak rękawiczki. Po kilku miesiącach sprzedawał jego zdaniem stare auto i kupował „markowe” ze sporą dopłatą. Fury kosztowały, a w kieszeni miał coraz mniej kasy. Z początku udawał, że wszystko jest pod kontrolą. Jeździł BMW lub Mercedesem i udawał panisko całą gębą. Jeżeli ktoś akurat z nim jechał w samochodzie, to popisywał się wyzywając właścicieli Syrenek i Fiatów, że pospycha ich z drogi do rowu. Uważał, ba był pewny, że nikt mi nie podskoczy, bo kto bogatemu cokolwiek zabroni – chełpił się wypinając wątłą klatę.
– I co spełnił swoje groźby porąbany bufon – poirytowany wszedł w zdanie kumpla Hipolit.
– I tu znów użyję powiedzenie, że nie dała Bozia świni rogów –kontynuował Marian. Interes zaczął mu iść coraz gorzej i po pewnym czasie splajtował. Za długi zabrali mu wszystko. Pod komorniczy młotek poszły maszyny i urządzenia. Nie wystarczyło to na pokrycie wszystkich zaległości, w tym na zaległe wypłaty dla pracowników i za energię. Po tym czyszczeniu nie miał nawet Fiacika. Pozostał mu po dziadku tylko ruski rower. Tym jednośladem zaczął się poruszać po mieście. Któregoś dnia dojrzał go jeden ze znajomych Henas Szneka, jak przemykał boczną uliczką. Spojrzał na Zygfryda i wrzasnął „Te mądrala, to jest ten spychacz, którym będziesz usuwał do rowu Syrenki i Fiaty”. Ten widział, że jajczy sobie z niego, ale udawał, że nie słyszy. Mocno nacisnął na pedały i trach zerwał mu się łańcuch. Dopadł go Henas, jak Zygfryd próbował szybko naprawić rower i dał mu do wiwatu od określeń na h, k i jeszcze wielu innych. Po chwili udało mu się i bez słowa zniknął za zakrętem ulicy.
– Tak to, już jest w życiu, że gdy ty nie szanujesz ludzi, gdy chwilowo jesteś bogaty nie licz, na to, że oni będą cię szanować i doceniać, gdy zostaniesz bez grosza przy dupsku – wtrącił Hipolit.
– Zgadzam się z tobą przyjacielu – rzekł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek