niedziela, 16 Grudzień 2018

Felietony Seweryna Kaczmarka

Nie mów hop
– Już był w ogródku, już witał się z gąską i jak nie dostanie sztachętą w łeb to zobaczył Twardowskiego na księżycu, wszystkie gwiazdy i w ułamku sekundy odechciało mu się drobiu.
Mówiący te słowa Hipolit Lichy został zastopowany przez Mariana Lichego:
– Co ty chrzanisz. Co ty pieprzysz. Cytujesz mieszając fragmenty wiersza zapewne nieznanego ci autora. Czy ci palma odbiła, czy może coś zatrutego zjadłeś – seryjnie dopytywał kumpel.
– Nic z tych rzeczy – spokojnie odparł Hipolit. Wyobraź sobie, że jeden taki Binek Skibała bardzo lubił obcować z przyrodą. Mówiąc precyzyjniej zbierał plony z pół, działek a nawet ogródków.
– I co w tym dziwnego? Wielu lubi – przerwał kumplowi Marian.
– Tak tylko, że w zdecydowanej przewadze ze swoich – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Mów od razu, że facet chodził na charendę, skibę lub jak wolisz kraść innym – rzekł Marian.
– Sądziłem, że taki znawca życia od razu zrozumie istotę sprawy – prowokował kumpla Hipolit. Nie musiał czekać, bo ten od razy wypalił:
– Te istota! Bo zapomnę, że mam przed sobą tak lichą istotę i dam jej w ucho. Mów, co było, o co chodzi z tym amatorem cudzej własności.
– Już ci mówię, bo widzę, że jesteś bardzo nerwowy – uspakajająco rzekł Hipolit. Binek, jak tylko pojawiły się warzywa i owce zaczął robić zapasy na jesień i zimę. Pojawiły się jabłka już robił rozeznanie terenu i późnym wieczorem, bądź w nocy ruszał z worem, tam gdzie były najładniejsze. Gruszki, ogórki, pora, pietruszka, brał jak swoje. Szczególną słabość miał do kapusty. Bardzo lubił surówki, a najbardziej kiszoną. Wypatrzył na polu sąsiada Wacława Gęgały dużą ilość dorodnych głów kapusty. „Już są moje” – pomyślał. W jednej chwili zapomniał, że Wacek na kapuście sporo „kapuchy” zarabiał i dlatego też dawał na nią pilne baczenie. Już ja tak dopasuję miejsce i czas, że zanim się Wacek połapie, że ktoś mu koło „głąba” robi, to ja już ze dwa wory do chaty odniosę. Zdawało się Binkowi, że szczęście mu dopisało. Późnym wieczorem nagle nadciągnęła burza. Mrok, co pewien czas rozjaśniały błyskawice, a po nich grzmoty. Bardzo bał się burzy, ale stwierdził, że to jest idealna pogoda dla niego. Odziany w ciemny, nieprzemakalny płaszcz i gumowe buty oraz wory ruszył na akcję. Po chwili już ciął kapustę. Dorodna głowy trafiała do przepastnego wora. Za każdym razem wykorzystywał moment, gdy błyskawica rozjaśniała pole. Widział wtedy, gdzie są najładniejsze głowy. Jak to w życiu bywa zachłanność może być zgubna. Pomyślał, że jeszcze jedną, dorodną głowę dołoży. Wzniósł oczy w górę i pomyślał „Panie Boże mignij”, a ja wytnę tę największą. W chwili, gdy błyskawice rozbłysła, a w oddali uderzył piorun Binek niespodzianie dostał czymś twardym w łepetynę. W jednej chwili zrozumiał, że to sąsiad przyłapał go na kradzieży kapusty i od tłu przylał mu dębowym kołkiem. Zaskoczony i oszołomiony natychmiast rzucił się do ucieczki. Usłyszał za sobą, jak Gęgała wrzeszczy „te zając kapusty zapomniałeś zabrać”.
– Wiesz, że przyszło mi nas myśl powiedzenie – „nie mów hop póki nie przeskoczysz” – wtrącił Marian.
– Sądzę, że nie bez powodu, to mówisz – dociekał Hipolit.
– Już ci wyjaśniam, co mam na myśli – odparł Marian. Taki jeden -Zygfryd Dykciak w okresie, gdy nie było towaru na Rynku otworzył swój interes. Z drewna robił takie różne pierdoły, od wiatraczków na zapałki poprzez karmniki dla ptaków do psich bud włącznie. Te jego pożal się Boże rękodzieła znajdowały nabywców i sporo kasy zarabiał. Zmieniał auta, jak rękawiczki. Po kilku miesiącach sprzedawał jego zdaniem stare auto i kupował „markowe” ze sporą dopłatą. Fury kosztowały, a w kieszeni miał coraz mniej kasy. Z początku udawał, że wszystko jest pod kontrolą. Jeździł BMW lub Mercedesem i udawał panisko całą gębą. Jeżeli ktoś akurat z nim jechał w samochodzie, to popisywał się wyzywając właścicieli Syrenek i Fiatów, że pospycha ich z drogi do rowu. Uważał, ba był pewny, że nikt mi nie podskoczy, bo kto bogatemu cokolwiek zabroni – chełpił się wypinając wątłą klatę.
– I co spełnił swoje groźby porąbany bufon – poirytowany wszedł w zdanie kumpla Hipolit.
– I tu znów użyję powiedzenie, że nie dała Bozia świni rogów –kontynuował Marian. Interes zaczął mu iść coraz gorzej i po pewnym czasie splajtował. Za długi zabrali mu wszystko. Pod komorniczy młotek poszły maszyny i urządzenia. Nie wystarczyło to na pokrycie wszystkich zaległości, w tym na zaległe wypłaty dla pracowników i za energię. Po tym czyszczeniu nie miał nawet Fiacika. Pozostał mu po dziadku tylko ruski rower. Tym jednośladem zaczął się poruszać po mieście. Któregoś dnia dojrzał go jeden ze znajomych Henas Szneka, jak przemykał boczną uliczką. Spojrzał na Zygfryda i wrzasnął „Te mądrala, to jest ten spychacz, którym będziesz usuwał do rowu Syrenki i Fiaty”. Ten widział, że jajczy sobie z niego, ale udawał, że nie słyszy. Mocno nacisnął na pedały i trach zerwał mu się łańcuch. Dopadł go Henas, jak Zygfryd próbował szybko naprawić rower i dał mu do wiwatu od określeń na h, k i jeszcze wielu innych. Po chwili udało mu się i bez słowa zniknął za zakrętem ulicy.
– Tak to, już jest w życiu, że gdy ty nie szanujesz ludzi, gdy chwilowo jesteś bogaty nie licz, na to, że oni będą cię szanować i doceniać, gdy zostaniesz bez grosza przy dupsku – wtrącił Hipolit.
– Zgadzam się z tobą przyjacielu – rzekł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Żółta bielizna, czyli gacie, majtki, reformy, a nawet kalesony
– Ty wiesz – z podejrzanie poważną miną zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki – że w ostatnim czasie pralnie w miastach pracowały pełną parą. Robota paliła się w rękach. Pralki chodziły na trzy zmiany. Bejmy strumieniami spływały do kieszeni właścicieli. Złoty interes i jeszcze raz złoty interes.
Na chwilę zamilkł licząc na reakcję kumpla. Nie pomylił się, bo Hipolit natychmiast zapytał:
– Był nalot kominiarzy, czy stało się coś, o czym nie wiem, a powinienem.
– Zapewniam cię, że wiesz tylko, że jak zwykle słabo kojarzysz. A co to takiego ważnego się działo w całym kraju? – oddał pytanie Marian.
– Jak to co? Po opadach deszczu był wysyp grzybów i wszyscy ruszyli z koszykami do lasu – wyrwał się Hipolit.
– Ty jak z czymś wyskoczysz, to nic tylko się pochlastać. Powiedz mi, o ile dobrze słuchałeś, o czy ja na początku mówiłem? – jeszcze spokojnie zwrócił się do kumpla Marian.
– Jak to o czym? O pralniach, które pracowały na okrągło i złotym interesie oraz z czym mam to kojarzyć! – tłumaczył się Hipolit.
– Tempa makówko, zatem co ci przychodzi do głowy? – drążył i prowokował Marian.
Hipolit wiedział, że za chwilę kumpel da mu do wiwatu wyzywając go od wieśniaka, ciemnej masy, buraka, zakutego łba, szybko więc rzekł:
– Jeżeli nie grzyby, to wybory. Ale co one mają wspólnego z praniem?
– Już ci mówię, ale spróbuj się skoncentrować, abyś nadążał za moim tokiem myślenia – mówił Marian patrząc przyjaciela. Nie czekając na reakcję czerwieniejącego ze złości Hipolita mówił. Oczywiście, że mam na myśli wybory. W okresie kampanii do pralni trafiały duże ilości bielizny Żeby cię naprowadzić chodzi o jedną jej część. Były tego ogromne ilości.
– Już wiem! Już wiem! Chodzi ci o białe koszule – wyrwał się Hipolit.
– O gacie, majtki, reformy, strugi a nawet kalesony – wyraźnie wkurzony pokrzykiwał Marian.
– Nie wiem, o co ci chodzi, o co ci biega. Przecież nawet, o ile ktoś ma brudne gacie, to tego nie widać. Po kiego grzyba latali zaraz do pralni? – odcinał się Hipolit.
– Jaki wolałbyś być – głupi, czy łysy? – dziwne pytanie skierował do kumpla Marian.
– Głupi, bo tego na pierwszy rzut oka nie widać – nie zwlekając odparł Hipolit. Zdenerwowany Marian tym, że kumpel nie kuma postanowił mu przybliżyć, o co mu chodzi:
– Brudnych gaci też na pierwszy rzut oka nie widać, ale są i trzeba je zmieniać. Jeżeli, ktoś na przykład się denerwuje lub żyje w stresie, to musi je zmieniać nawet kilka razy na dzień. Szybko uzbiera mu się kupa brudów. Sam nie daje rady, więc musi zanieść je do pralni.
– A kto niby się tak denerwował? – zdziwiony zapytał Hipolit
– Nie jest to szczyt twojej bystrości, ale chociaż pytanie ma sens. Powiem ci, że chodziło o tych, co wystartowali we wyborach. Wielu już widziało się z mandatami rajców. Liczyli kasę, jaką to w dietach będą dostawać. Jednemu wyszło, że jak się dobrze postara, to i może babę wymieni, a na pewno samochód, a może i portfel na dodatkową gotówkę. Ci mieli jednak największe obawy. Jeżeli przegrają wybory, w które utopili sporo grosza, to w domu mają przerąbane. Baba takiego zabije, a w najlepszym przypadku oberwie ścierą po kalafie. Z tych nerwów popuszczali w bieliznę. Często ją zmieniali i walili z nią do pralni – ubawiony mówił Marian.
– Przecież nie jestem głupi. Od razu wiedziałem, o co ci chodzi – także śmiejąc się odparł Hipolit.
– Ty mały podstępny knypku. To ja racjonalnie chcę ci przybliżyć, jak i co działo się przed i w czasie wyborów, a ty sobie jaja robisz!? – żartobliwie ofuknął go Marian.
– Trochę odejdę od brudów wyborczych. Ja z tego czasu mam kilka haseł, ale szczególnie jedno, oryginalne mocno wpadające w ucho – rzekł Hipolit.
– Już ja cie znam i wiem, że niczego mądrego nie zapamiętałeś. Próbuj – zachęcał kumpla Marian.
– Po kolei, o ile dobrze je spamiętałem – zaczął Hipolit – Pierwsze: „Bliżej, że bliżej już nie można”, „Ja dam więcej niż tamci”, „Jak na mnie zagłosujesz nie pożałujesz”, „Wprowadzę, takie zmiany, że nie będziesz wycyckany”. Jeszcze jedno,bardzo mi bliskie i zapewniam cię, że Ciebie też ubawi „Natura dziś, jutro, przez całą kadencje i jeden dzień dłużej”.
– Stop stój – wyrwał się Marian. Mów szybko, kto je lansował i czy wygrał wybory?
– Niestety przyjacielu „Gruszki na wierzbie”, bo tak się nazywali, przerznęli i to z kretesem. Nikt im nie uwierzył, że mogą coś dać poza obietnicami – mówił Hipolit.
– „Na tura” to mi się najbardziej spodobało. Dostawać za darmochę, codziennie browara, do końca kadencji i jeden dzień dłużej, było niekiepską wyborczą ściemą. Wiem jednak, że wiele z tak szczodrze rzucanych obietnic nigdy i tak nie było i nie będzie spełnionych. Wiesz co, Hipciu mam kilka „zeciaków” chodźmy do „Stacha” na „tura”.
– Tak sobie myślę, że najlepiej, to liczyć na siebie – cicho rzekł Hipolit.
Po tych słowach kumple zgodnie ruszyli w stronę piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Sen Mariana
Ciepły październikowy dzień sprawił, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka wygodnie rozsiedli się na ławce w miejskim parku.
– Miałem sen i to z kilkoma wątkami w tym sensacyjno-erotycznym – zwrócił się Marian do przyjaciela.
– No, no zacząłeś całkiem interesująco. Bez straty czasu nawijaj, a ja zamieniam się w słuch – ponaglał przyjaciela Hipolit.
– Spoko wodza – zaczął Marian. Znam cię, ty mały lubieżniku i wiem, co jak ci to przekazać, aby z podniecenia coś ci się nie stało. Niezwłocznie przystępuję do omawiania mojego snu, który jest pokłosiem autentycznej historii.
– Proszę cię zaczynaj, bo mnie „szczyści” i będę musiał lecieć do kibelka – atakował Hipolit.
– Skoncentruj się – zaczął Marian. Kiepsko przyłożyłem głowę do poduszki zacząłem śnić. Byłem na stadionie, na którym było mnóstwo ludzi. Nagle podszedł do mnie Leon Ścichapęk. Przecierałem oczy i uszy, bo ten zaczął coś pieprzyć bez ładu i składu. Nic tylko gościu urwał się z choinki, albo nawiał z chaty, a do tego „nawalony”. Zwróciłem się do niego, aby się uspokoił, a najlepiej wlazł do szafy i mówił do rzeczy. Był tak zakręcony, że nic do niego nie docierało. Nie wytrzymałem i mówię do niego nich wreszcie wywali to, co mu leży na wątrobie. A ten do mnie leci z tekstem: „ Słuchaj Maryś ja chcę, ja muszę. Nie wyobrażam sobie życia bez tego. Tak tego pragnę, że nie mogę spać, nie mogę jeść.” Wszedłem mu w zdanie i pytam, o którą babkę ci chodzi. Czy może o tę, co sprzedaje bilety w kasie z „wieczną ondulacją” i dużymi balonami. Specjalnie ją wskazałem, bo od razu wpadła mi w oko. Nie powiem, bo miała, czym oddychać. Bluzka ledwie mieściła to, co pod nią było. Myślałem, że za chwilę pęknie jej odzież i wszystko wyskoczy na wierzch.
– Stop stój, bo teraz przeginasz. Wracaj do kolesia, który ci dupsko zawracał na imprezie – przerwał mu Hipolit.
– Oki druhu, już wracam na właściwe tory – uspokajająco rzekł Marian. Nie skończyłem jeszcze gatki o babce, a Leon do mnie mówi: „Ja chcę władzy. Dobra – mówię – do niego zaraz ci ją załatwię. Akurat przechodził znajomy policjant Teodor Pała i już chciałem go zawołać. Leon zorientował się, co chce zrobić i mnie powstrzymał słowami, że nie o tak władzę mu chodzi. Chyba nie chcesz abym podskoczył do twojej chaty i przywiózł ci połowicę Anzelmę. Z tego, co wiem to ona ma absolutną władzę w domu. O ile ją znam, na pewno jej nie odda, a nawet kawałka nie odpali. Sam widzisz, że mija się to z celem.
– O co mu chodziło, Jakiś dziwny ten twój znajomy. Pewnie prostota z prostatą mu się pomyliła – nie wytrzymał Hipolit.
– Sądzę, że tak – kontynuował Marian. Teraz słuchaj Leon do mnie mówi, że chciałby mieć taką władzę, aby panować nad swoimi emocjami, żądzami i pragnieniami. A tak dokładnie, co masz na myśli – ciągnąłem go za język. „Chciałbym mieć taką władzę nad swoim nerwami, aby skoczyć z dużej wysokości”. Mówiąc to wskazał mi na kilkunasto metrowy dźwig ze zwisającą liną. Akurat jeden ze śmiałków przypięty za nogi skoczył. Chwilę leciał głową w dół. Po kilku metrach lina zamortyzowała i zatrzymała skoczka. Ja, ja bym też tak chciał – z lękiem w głosie rzekł Leon. Postanowiłem ironicznie go od tego odwieść. Chodź skoczysz ze samolotu mówię do niego. Podprowadziłem go pod karuzelę, na których były różne rekwizyty. Wśród nich był też samolot. Mówię do niego, aby wszedł na skrzydło i skoczył. Myślałem, że się rozbeczy. Nie o to mi chodzi jęczał – chcę władzy, ja chcę emocji ja chcę innym udowodnić, że mam jaja i nie pękam. Nie wiem, co mnie napadło, ale mówię – to chodź idziemy na tę linę, ale pamiętaj musisz skoczyć. Ścichapęk na przemian bladł i robił się czerwony. Dobra, rzekł niepewnie, ale pójdziemy najpierw na piwo. Nie uwierzysz, ale skubany przy niewielkie posturze musiał mieć żołądek jak koń, bo wytrąbił trzy duże browary. Ja oczywiście przy nim się też nieźle uraczyłem. Im bliżej dźwigu mój „skoczek” szedł coraz wolniej. Wreszcie doszliśmy do kasy gdzie za jego bejmy kupiłem mu bilet. Obsługa szybko go uwiązała i wciągnęła do góry. Co ci będę długo mówił Ścichapęk wrzeszcząc w niebo głosy skoczył. Nawet tego nie widziałem, bo zajęty byłem kasjerką Lodzią tą z dużymi walorami. Umówiłem się z nią na wieczór. Ty wiesz, że przyszła w szortach i bluzeczce z głębokim dekoltem. Oj działo się, działo.
– Wiem, wiem, ale to na razie mnie nie interesuje. Mów, co z Leon, co się z nim stało – dopytywał Hipolit.
– Gdy się odwróciłem wypinali go z uprzęży. Niepewnie wstał z trawy i szerokim krokiem szedł w moją stronę. Tak jakoś dziwnie zalatywało w powietrzu. Jeszcze nie doszedł a już nakręcał – widziałeś skoczyłem. Co o moim wyczynie sądzisz? Skoczyłeś, skoczyłeś, chociaż popuściłeś w gacie nie patrząc na niego mruknąłem pod nosem. Nagle coś mokrego walnęło mnie w kalafę. Otworzyłem oczy a nade mną stała moja żoneczka Gabrysia i seryjnie zadawała pytania. Co ci się śniło? Z kim we śnie rozmawiałeś. A co tak zalatuje spod kołdry – dopytywała. To, to przez Leona – nieopatrznie szybko odparłem. To, co on ci narąbał w łóżko – trajkotała. Co miałem zrobić, aby wyjaśnić istotę sprawy musiałem jej pokrótce sen opowiedzieć. Pominąłem watek cycatej Lodzi, aby nie jeszcze raz nie dostać mokrym ręcznikiem po łbie. Moja przez chwilę trawiła to, co usłyszała.
Powiem, ci tak – rzekła po chwili – znam tego osobnika i dobrze, że zaistniał on tylko w twoim śnie. Gościu nie jest z twojej bajki. Ty nie jesteś bez wad, ale potrafisz odróżnić iluzję od rzeczywistości. Zapewniam cię, że wielu tego nie potrafi. A co do władzy każdy ma taką, na jaką zasługuje i sobie zapracuje.
– Święte słowa, święte słowa – wyrwał się Hipolit i przybił kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Pierwsi do koryta
– Dawaj, dawaj zagęszczaj ruchy, bo się pali – wolał Marian Lichy w stronę idącego z nogi na nogę Hipolita Mizerki. Ten drugi ruszył z kopyta i po chwili mocno zdyszany seryjnie dopytywał:
– Co się stało przyjacielu, że cię tak przypiliło? Czyżby seksowana babka sprowadziła się na nasze osiedle lub nie daj Boże znów pęcherz ci wysiadł?
– Nie wysilaj się na głupie teksty tylko się skoncentruj i wytęż słuch. Wiedz, że pospiech w moim przypadku jest więcej, niż pożądany, co ci zaraz udowodnię – naskoczył na kumpla Marian.
– Znalazłeś portfel z większą gotówką, otrzymałeś dostawę darmowych mocnych trunków, wygrałeś wyjazd na RODOS lub piątkę w totka, teściowa kupuje ci nowe auto? – wyliczał Hipolit spoglądając na kumpla i nie przyjmując się jego poirytowaniem. Po tych słowach na chwilę krew mocno uderzyła do głowy Mariana. Nabrał głęboko powierza i w miarę spokojny rzekł:
– Jeżeli myślisz, że mnie wyprowadzisz z równowagi, to jesteś w błędzie. Jednocześnie ostrzegam cię i informuję, że skoro przeciągniesz strunę, to poznasz smak mojego prawego sierpowego. Zrobiłbym to już teraz, ale będziesz mi w całości potrzebny.
Sytuacja dla Hipolita była z jednej strony niebezpieczna, ale z drugiej dopadła go ciekawość. Postanowił wybadać kumpla:
– Posłuchaj przyjacielu – rzekł – w takim razie, co masz mi do przekazania i jaki ja mam mieć udział w tym całym interesie?
Było widać, że Marian już dłużej nie może wytrzymać. Natychmiast wypalił, jak z armaty:
– Wytartuję w wyborach.
– Nie i jeszcze raz nie – wyrwał się Hipolit. Może mi wyjaśnić, w jakich? Chyba nie do zarządu hodowców kur futerkowych, albo na członka koła uprawiających rapie.
– Wybaczam ci kury futerkowe i te rapie, chociaż o nich jeszcze pogadamy. Wracam do walki o mandat – siląc się na spokój mówił Marian. Mój znajomy Antek Cwancygier zgłosił ekipę do wyborów. Miał kłopot z kandydatami i nazwą, dlatego zwrócił się do mnie o pomoc. Wymyśliłem mu dwie. Jedna to CeBeA a druga Pstryk. Co do hasła, to podrzuciłem mu „Krętymi ścieżkami pieszo lub rowerem, na gazie lub bez, z nami będzie ci lepiej”.
– O mandat nie musisz walczyć, bo możesz go mieć jeszcze dzisiaj – wtrącił Hipolit. Złapią cię jak nie będziesz przełaził po pasch, albo chlał piwsko w miejscu publicznym, najlepiej koło szkoły. Ale, ale skąd przyszły ci do głowy takie nazwy i dziwne hasło?
– Już ci wyjaśniam – tłumaczył Marian. Nazwy, jak nazwy, takie przyszły mi do głowy i każdy zrozumie je po swojemu. „Cebea” czy „abece” jednemu kojarzyć się będzie ze służbami, a drugim z alfabetem. Pstryk natomiast ze strzelaniem placami, lub błyskiem flesza. Ma to obrazować, że wystarczy pstryknąć, a wszytko zrobi się szybko, łatwo i samo. Nic, tylko żyć, nie umierać.
– Ale to wierutna bzdura. Przecież ja się na to nie nabiorę i sorki, ale na ciebie nie zagłosuję – nie wytrzymał Hipolit.
– Przecież jestem elokwentny, życiowy, dobrze ubrany, rozumiem ludzkie potrzeby, dbam o rodzinę bliższą i dalszą, Chcę, by ludziom żyło się spokojnie i dostatnio. Walczył będę, aby w sklepach było tanio, a częściowo za darmo. Dużą część mojej diety oddam na tych, co nie mają nawet na piwo – nakręcony wymieniał Marian.
– Hola, hola przyjacielu – zastopował go Hipolit. Co to jest za demagogia? Co to są za obietnice? Przecież ty nawet jeszcze nie zdeklarowałeś się, co do kandydowania, a już obiecujesz? Jestem pewny, że gdybyś, w co wątpię otrzymał mandat, to nic lub bardzo niewiele byś z tego zrobił. Są to słowa bez pokrycia i nic więcej.
– Ale przecież wszyscy tak robią, a najbardziej ci, co po raz pierwszy chcą zaistnieć i dorwać się do koryta – wyraźnie zbity z tropu tłumaczył się Marian.
– Władza tak, jak upał lub narkotyki, dla nieprzygotowanego może posłać go do piachu lub pizgnąć mu w dekiel. Znaczy to, że kto nie jest odporny, niech się za to nie bierze. O ile sam sobie zrobi krzywdę to pal licho, ale jak unieszczęśliwi ludzi, to już jest masakra – poważnie mówił Hipolit.
Coś musiało się dziać w głowie Mariana, bo spoglądał wysoko i nad czymś dumał. Bardzo poważnie zwrócił się do kumpla:
– Wiesz, że jak cię słucham, to nawet przyznaję ci rację. Więcej ci powiem, nie wystartuję w wyborach. Na potwierdzenie tego, przy tobie zadzwonię do Antka i powiem mu o swojej decyzji.
Sięgnął po komórkę i po chwili oświadczył, że ma na niego nie liczyć. Nazwę i hasło może sobie wykorzystać. Znajomy chciał jeszcze go przekonywać na różne sposoby, ale ten był nieugięty.
– Powiedz mi, co ostatecznie cię przekonało o zmianie decyzji? – cicho zapytał Hipolit.
– Od dobrego rządzenia są autentyczni, sprawdzeni fachowcy. Oni wiedzą, co i jak trzeba robić, aby było dobrze. Wielu jest w tym kraju przypadkowych pseudo fachowców i oni powinni sobie dać raz na zawsze spokój. Ja do nich byłbym należał. Nie chciałbym być postrzegany, jako ten, co się nie znał, ale wymądrzał i nie spełniał przedwyborczych obietnic – wyjaśnił Marian.
– To co? Będzie, jak dawniej? Będziemy robić dobrze to, co najlepiej potrafimy? – uradowany zapytał Hipolit.
– Tak! Póki co idziemy na piwo – uciął rozmowę Marian i lekko popchał kumpla w stronę baru „Pod pianką”.
Seweryn Kaczmarek

Niech się „unii” odwalą od nas
– Są takie rzeczy, że fizjologom się nie śniły – zwrócił się Marian Lichy do kumpla Hipolita Mizerki.
– Filozofom chyba chciałeś powiedzieć – poprawił go kumpel.
– Patrzcie go, znawca języka polskiego się znalazł. Wiedz, że specjalnie użyłem określenia fizjologom, aby sprawdzić, czy jeszcze jesteś czujny i rozumiesz, co do ciebie mówię – natarł na kumpla Marian.
– Nie wiem, co ci się stało, że znów dopadło cię wisielcze poczucie humoru i próbujesz mnie atakować? – spokojnie odparł Hipolit.
Tym razem Marian nie zwracał uwagi na wyjaśnienia kumpla. Dalej konsekwentnie zmierzał do celu.
– Ty tam, w tej twojej zabitej dziurami wiosce, niewiele styczności miałeś ze światem. Coś tam może docierało do ciebie przez dziurawe okiennice i strzechę w dachu, ale to był pryszcz wobec tego, co się działo – rzekł Marian.
– Tak nie będziemy rozmawiać. Wypraszam sobie ten ton i insynuacje pod moim adresem – ostro zareagował Hipolit.
Przyjaciel nadal prowadził swoją gierkę:
– Co ci mówi „unia” – zadał pytanie. Twarz Hipolita się rozpogodziła i od razu zaczął mówić:
– Nie mogłeś kolego tak od razu? Unia to jest gigant i co do tego nikt nie ma wątpliwości. Z nią muszą się liczyć wszyscy. Każdego potrafi pokonać, a nawet rozgromić u siebie.
– Gdzie? – wyskoczył z pytaniem Marian.
– Jak to gdzie? W Lesznie! – z błyskiem w oczach odparł Hipolit.
– O czym ty mówisz? – ponownie zapytał Marian.
– Jak to o czym? O klubie żużlowym Unia – odparł Hipolit. Widząc, że oczy kumplowi wyszły na wierch ze zdziwienia dodał:
– To taki zespół z bykiem w herbie.
– Przecież wiem – natychmiast naskoczył na kumpla Marian. Wyobraź sobie, że jak ja jeździłem na zawody, to ty nie wiedziałeś, że gdzieś tam ścigają się na motorach. Ty, ze swoim tokiem rozumowania, potrafisz człowieka wprowadzić w osłupienie. Ja mam na uwadze, co innego i do tego zmierzam. Skup się, bo mam na myśli sprawy poważne, które są bardzo istotne dla naszej, dalszej historii. Zadam ci pytanie i o oczekuję szczerej odpowiedzi: „Czy ty byłeś za wejściem naszego kraju do Unii Europejskiej”?
– Tak, ale miałem wątpliwości – szybko odparł Hipolit.
– Sądzę, że kłamiesz. Śmiem przypuszczać, że wcale nie poszedłeś głosować – ironicznie rzekł Marian.
Kumpel na przemian robił się czerwony i blady. Po chwili wyrzucił z siebie:
– Byłem przeciw, ale na referendum nie poszedłem. Szkoda było mi czasu na coś, do czego nie byłem przekonany. Czułem, że jest to lipa. Zadam ci zwrotne pytanie: „A czy ty byłeś za wstąpieniem do tej Unii?”
Na chwilę zapadła cisza. Marian zrozumiał, że wpadł w sidła, które sam zastawił na kumpla.
– No, ten tego! – mruczał grając na zwłokę Marian.
– Przecież widzę i czuję przez skórę, że nie byłeś głosować – nabijał się Hipolit.
– Nie byłem – tłumaczył się Marian, bo mnie do tego nie niczym przekonali. Wiedz jednak, że zdecydowanie byłem przeciw.
– Wiem – spokojnie zwrócił się do kumpla Hipolit. Jak sobie przypomniałem mieliśmy zdrowo w czubie i zamiast glosować poszliśmy na piwo, a potem szlajaliśmy się po mieście.
– Tak teraz sobie też to przypomniałem – niepewnie mówił Marian.
– Powiedz mi, dlaczego dzisiaj dyskutujemy o Unii? – zapytał Hipolit.
– Już ci mówię – mówił Marian. Te brukselskie „leśne dziadki”, z przeciętną wieku plus 85 lat, do wszystkiego nam się wtrącają. Pouczają nas, czy możemy wycinać drzewa ze szkodnikami, czy nie. Dalej, czy „temida” ma mieć opaskę na obydwóch oczach, czy tylko na jednym. Instruują nas o przestrzeganiu prawa, a tym samym o praworządności. Póki, co nie wtrącają się do picia gorzały, bo sami za „kołnierz nie wlewają.
Marian chciał jeszcze przytaczać kolejne przykłady, ale Hipolit mu przerwał:
– Tak sobie myślę, że brukselska unia chciałaby ingerować w nasze osobiste sprawy. Tylko patrzeć, jak zaczną nam nakazywać, w jaki dzień tygodnia lub miesiąca możemy iść z babą do łóżka. Nie dopuścimy do tego – ostro zareagował Hipolit.
– Ale co robić, jak się przeciwstawić? – zapytał Marian.
– Wspomniałem ci, że leszczyńska unia ma w herbie byka. Tak sobie myślę, że trzeba będzie skierować to bojowe zwierzę na Brukselę.
– Trochę fantazjujesz, kolego! – przerwał Marian. Moim zdaniem ci, co perfidnie szkalują nasz kraj, zarówno obcy, jak i nasi, za każde obraźliwe słowo, gest powinni dostać z byka w mordę. O tym jestem głęboko przekonany. Rozkwaszona „kichawa” i ból, jakiego by doświadczył, raz na zawsze przypominałaby takiemu osobnikowi, że każdy ma prawo do rządzenia i stanowienia prawa w swoim kraju.
– Z tym się zgadzam w stu procentach. Nie chcę być złym prorokiem, ale leszczyńska unia trwać będzie, bo ma dobrych zawodników, oddanych działaczy i wiernych kibiców, a brukselska Unia jest tylko kwestią czasu, kiedy zniknie raz na zawsze z „mapy” świata – zakończył rozmowę Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Latające taczki
– Mam dzisiaj do ciebie przykłady z życia wzięte. Często, jak wiesz do nich wracam. Są one interesujące i pouczające – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Mój bratanek Antoni, od dzieciaka miał ciekawe spojrzenie na świat. Wszystkiego był ciekawy. Interesował się gołębiami, królikami, kotami. Szanował starszych członków rodziny. Niekiedy jednak zbyt dosłownie wykonywał ich polecenia. Kiedyś jego babcia mówi mu – „Antoś idź do sklepu po mąkę, ale tak na jednej nodze”. Mieszali w bloku, w którym punkt handlowy był na parterze. Chłopiec po chwili wraca potwornie zmęczony. „Co się stało, że tak dyszysz?” – pyta babunia. Na to chłopie, że babcia kazała na jednej nodze, to on cały czas skakał na jednej nodze. Śmiejąc się starsza rodu głaskała go po głowie i tłumaczyła, że to tylko się tak mówi, gdy trzeba szybko coś załatwić.
Na chwilę Marian zamilkł i spoglądał na reakcję kumpla. Zasłuchany w opowiadanie przyjaciela Hipolit dopiero po chwili się odezwał:
– Zgadzam się z tobą, że w życiu są sytuacje i absurdy, których nijak nie można do końca rozgryźć, ani pojąć. Faktem niezaprzeczalnym jest, że stoi za tym człowiek. Mam przykład i to świeży z budowy drogi. Jeżeli chcesz, to opowiem. Codziennie jeżdżę w kierunki Poznania. Od około dwóch lat robią tam nowy odcinek drogi. Z początku, to nawet nieźle tej firmie szło. Wyrówniarki, spychacze, koparki, wywrotki uwijały, się jak mrówki. Stawiali konstrukcje i lali beton pod wiadukty. Jednocześnie zabrali się też za nowe ronda.
– Nie ma co, sensacja i dreszczowiec, jak podczas zbieraniu grzybów w lesie. Czy ty chcesz mi teraz opowiadać historię budowy? To mnie kompletnie nie kręci – wyrzucił z siebie Marian.
– Dobra, już dobra przyjacielu, ja tylko wprowadzam cię w klimat tego, co tam widziałem i ci opowiem – spokojnie kontynuował Hipolit. Tempo robót na budowie siadało. Doszło do tego, że zaprzestano jakichkolwiek prac. Z placu zjechały maszyny, urządzenia i zniknęli ludzie.
– Strajk, nic tylko strajk. Chcieli podwyżki, bo gonili ich do roboty za psie bejmy. Zaczyna mnie ta historia wciągać – wyrwał się Marian.
– Po części masz rację – rzekł Hipolit. Wykonawca wszystkim w koło zalegał z płatnościami za materiały, za godziny pracy ich i sprzętu. Powiedzieli mu, aby cmoknął ich tam, gdzie słońce nie dochodzi i zwinęli żagle. Panika, że ho, ho. Ruchliwa trasa w części zablokowana. Jeden wyjazd zupełnie zamknięty. Ludziska, aby dojechać po zakupy, do lekarza, czy dowieść dzieci do szkoły nadkładali kilkanaście kilometrów drogi.
– To, to w głowie się nie mieści – ponownie wyrwał się Marian.
– Wyobraź sobie, że ludzie z miejscowości „Krukowo” drogę widzieli ze swoich podwórek, a nie mieli do niej dojazdu. Jeżdzili na około, robili po czterdzieści kilometrów dodatkowo dziennie i modlili się o zmiłowanie boskie, bo ludzkiego nie było widać – mówił Hipolit.
– I co? Nie było sposobu, aby tych pożal się boże wykonawców pogonić? – dopytywał Marian.
– Już ci wyjaśniam – pospiesznie zaczął mówić Hipolit. Przecież nie mogli czekać ze założonym rękoma, bo uciążliwości były nieziemskie, a do tego zbliżały się żniwa. Szum się zrobił, bo rolnicy zrobili raban i nagłośnili sprawę. Jaja były, jak berety. W geście rozpaczy, pokazania problemu i mordęgi zrobili blokadę drogi. Rolnicy razem z mieszkańcami miasta mądrze wykombinowali, że w święto, po południu ograniczą ruch na ruchliwej trasie, na kilka kilometrów przed nieszczęsną budowa.
– No, no robi się ciekawie – wtrącił Marian.
– Słuchaj, co było dalej – mówił Hipolit W jedną z niedziel protestujący chodzili po pasach w „Mysłowie” i tamowali ruch. Sznury pojazdów czekały, aż ich przepuszczą. Kierowcy, gdy zorientowali się, o co chodzi wspierali protestujących. Przyjechały telewizje, przybyli redaktorzy gazet. Każdy robił materiał pod siebie. Jedni byli za, inni przeciw. Taki jeden przyszedł, co to był za, a nawet przeciw. Dotarł na protest, chodził po drodze, a w telewizji mówił, że sięz nim nie zgadza.
– Nie powiesz mi, że gościu przyjechał z Gdańska – niepewnie zapytał Marian.
– Bez przesady przyjacielu – uspokajająco tłumaczył Hipolit. Protestujący całą tą batalię wygrali. Taki jeden szef od dróg obiecał, że roboty ruszą i droga w terminie zostanie oddana. W całość jego zapewnień nikt nie wierzył, ale liczno, że choć trochę poprawią trudną sytuację. Wyobraź sobie, że po tygodniu wykonawca, sprzęt i ludzie wrócili.
– Trochę jednak już mnie nudzi ta historią – wtrącił wyraźnie zniechęcony Marian. Czy były jakieś momenty, z których można było się pośmiać?
– No właśnie do tego zmierzam – uspokajał kumpla Hipolit.. W pewnym monecie na budowie drogi było ludzi, jak mrówek. Jedni nosili krawężniki, inni znaki, kostkę lub barierki. Łopaty i szypy wyrywali sobie z rąk. Najlepszy był numer z taczkami. Jeden z robotników zasuwał z pustą. Z boku przyglądał się na poczynania drogowców mieszkaniec gminy. Gdy „taczkowy” przejeżdżał koło niego zapytał, dlaczego lata z pustą. Ten ze zdziwieniem odparł, że jest taki zapieprz, że nawet nie zdążył jej załadować.
– Nie mów! Wozili powietrze taczkami zamiast piachu i zaprawy? – śmiejąc się pytał Marian.
– To jeszcze nie koniec jaj z tą inwestycją. Ona nadal nie jest ukończona i długo nie będzie. Kiedyś wrócę do tematu i jeszcze cię położę ze śmiechu. Obiecuję – zakończył opowiadanie Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Statki, czy okręty?
Przez kilka dni upalnego lata serdeczni kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka się nie widzieli. Pierwszy pojechał pomóc szwagrowi przy żniwach. Drugi udał się z małżonką do Mielna. Zgodnie z ustaleniami na drugi dzień po powrocie spotkali się na miejskich plantach. Pierwszy przybył Hipolit i z niecierpliwością oczekiwał na Mariana. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Wreszcie w perspektywie ulicy dojrzał przyjaciela. Ten w ślimaczym tempie, patrząc w bezchmurne niebo szedł z nogi na nogę. Widząc podekscytowanie kumpla postanowił go ostudzić.
– A ty Hipciu, co taka latasz, jak Żyd po pustym sklepie? Stało się coś szczególnego? Chyba nie potrącił się statek?
Hipolit pominął kąśliwe pytania i zaczął szybko mówić”
– Wiesz, że byłem kilka dni nad morzem. Powiem, ci, że takich przeżyć jeszcze nie miałem. Super pogoda, ciepła woda, nawet niedrogie jedzenie i te malownicze okręty.
Wypowiedź kumpla mocno wkurzyła Mariana. Gdy on ciężko tyrał na żniwach, to Hipolit smażył się na słońcu i dupą leżał w piasku. Postanowił, że musi zdecydowanie sprowadzić go na ziemie.
– Mówisz, że widziałeś okręty. Były to może pomalowane w barwy maskujące lotniskowce, krążowniki, kutry torpedowe uzbrojone z działami i wyrzutniami rakietowymi? – ironicznie dopytywał Marian,
– Coś ty oglądałem i podziwiałem takie duże pasażerskie, masowce, kontenerowce oraz inne – szybko tłumaczył Hipolit.
– To ty mój ty mój „mizeraku” widziałeś statki, a nie okręty – wytknął mu Marian. Może dla ciebie nie ma to różnicy, ale wiedz, że jest kolosalna. Statki, oprócz tych, co ci już mówiłem, mogą być kuchenne i też pływają, ale w zlewie. Okręty, to uzbrojone po zęby morskie potwory, które nie boją niczego i nikogo.
– Oj tam, oj tam! Czepiasz się – próbował łagodzić Hipolit. Dobra, już dobra! W takim razie widziałem statki. Powiem ci więcej, na jednym odbyłem rejs wycieczkowy. Zaledwie kilka mil w morze, ale zawsze.
– I nie dostałeś choroby morskiej lub nie popuściłeś w gacie? – drwił Marian.
– Ty jak zwykle wszystko sprowadzasz do kpiny. Wiem, że kryje się za tym zazdrość. Wiedz, że ani rzygania na morzu, ani pełnych gaci po przypłynięciu do portu nie miałem – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Dobra już dobra – przerwał Marian. Mówiłem ci, że byłem w marynarce, ale nigdy nie lubiłem tej służby.
– Chyba za podszewkę. Przecież ty w wojsku nie byłeś – nie wytrzymał Hipolit.
Kumpel miał rację, że munduru nigdy nie przywdział. Migał się od woja z wszystkich sił. Chodził od lekarza do lekarza i zbierał zaświadczenia, aby w końcu dostać kategorię „D”. Nie byłby jednak sobą, aby łatwo Hipolitowi odpuścić.
– Jak cię palnę to z papci wyskoczysz – wkurzony naskoczył na kumpla Marian. Nie byłem, bo jako jedyny żywiciel rodziny zostałem zwolniony z odbycia służby wojskowej i trochę chorowałem.
– Powiedz, że ze strachu przed wojem Gabrysi zrobiłeś brzuch i rzeczywiście musiałeś utrzymać rodzinę – drwił Hipolit.
– Ty mały skurczybyku trochę masz racji, ale wróćmy do statków – przerwał Marian.
– Kuchennych – wypalił Hipolit.
Niezrażony tym Marian rzekł:
– A pamiętasz grę w statki?
– Nie w statki, ale okręty – nie wytrzymał Hipolit. Przecież wielokrotonie w to graliśmy przed laty. Chyba pamiętasz, że nauczyłeś mnie zasad. To też sobie przypomnij, że tak długo w to graliśmy, aż przyłapałem cię, że oszukujesz.
– Nie pamiętam- udając głupiego odparł Marian. Powiedz mi, jak to się stało, że zaprzestaliśmy w to grać na plantach.
– A kto podczas gry dorysowywał okręty w zależności od tego, gdzie ja strzelałem. Gdy niechcący wypadła ci kartka, to po raz pierwszy dojrzałem przedziwny krążkownik. Był króciutki, za to mocno wysoki. Przypominał pływający wieżowiec. Mocno się wtedy na ciebie wkurzyłem. Powiedziałem, że ja już nigdy w to z tobą nie zagram – wytknął kumplowi Hipolit.
– No dobra było tak, ale ty też przeginałeś. Z tego, co ja sobie przypominam, też na bieżąco rysowałeś okręty. Możesz przysiąc, że tak nie było – odpalił Marian.
Twarz Hipolit nabrała czerwonej wstydliwej barwy.
– Niestety masz rację. Próbowałem różnych sztuczek, ale i tak przegrywałem z tobą. Uważam, że nie ma się, o co się sprzeczać. Jak świat światem statki i okręty zawsze się mieszały w głowie. Zostawmy więc to tym, co mają szajbę na punkcie poprawności określeń – spokojnie mówił Hipolit.
– Nie do końca się z tobą zgadzam, ale w taki upał nie mam, ani siły, ani ochoty dalej o tym dyskutować Proponuję ten temat raz na zawsze utopić w piwie – pojednawczo rzekł Marian.
Kumpel bez szemrania zaakceptował propozycję i po chwili obaj zgodnie maszerowali do piwiarni pod „Dużą pianką”.
Seweryn Kaczmarek

Jedni chcą i nie mogą, a drudzy mogą, ale na siłę nie chcą
Poplątanie z pomieszaniem
Kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka w upalny, lipcowy dzień schronili się w cieniu rozłożystej wierzby nad Samicą. Leżąc na trawie, z chłodnym piwkiem w ręku, znaleźli temat na pogaduchę. Tym razem pytaniem zaczął Hipolit:
– Powiedz mi przyjacielu, co o tym sądzisz. Jedni chcą, a nawet tego pragną i robią wszystko, aby jak naprędzej ją otrzymać, inni, gdy już się doczekali, to nie zamierzają z tego skorzystać.
– Jest to dla mnie bułka z masłem. Oczywiście, że chodzi o emerytów, a co za tym idzie o wiek, w którym mogą na emeryturę przechodzić – rzekł Marian. Pozwól jeszcze, że wyrzucę z siebie to, co w tej kwestii leży mi na wątrobie. Od dzieciaka czarna rozpacz ogarniała mnie, gdy pomyślałem, ile to jeszcze lat czeka mnie do zasłużonego odpoczynku. Każdy rok, począwszy od kilku szkół, aż do pracy zawodowej, ślimaczył mi się niemiłosiernie.
– Nie przesadzaj z tymi szkołami, bo z tego, co wiem i to od ciebie, że podstawówkę zaliczyłeś i nawet nie repetowałeś. W dalszej edukacji już szło ci, jak po grudzie i kilka razy zaliczałeś tę samą klasę – ironicznie wtrącił Hipolit.
Kumpel miał częściowo rację, dlatego też Marian musiał przełknąć jego przytyk. Postanowił definitywnie wyjaśnić, jak to rzeczywiście było.
– Chcę ci raz na zawsze wytłumaczyć – rzekł Marian, że ulali mnie w szkole ponadpodstawowej tylko raz i to dlatego, że chorowałem i dużo godzin opuściłem.
– Już ja znam tę twoją chorobę. Wcześnie zacząłeś chlać gorzałę i latać za dziewuchami. Z kacem i opuszczonymi do kolan portkami ciężko było chodzić do budy – drwił z kumpla Hipolit.
– Wiesz także ode mnie, że średnią szkołę robiłem wieczorowo. Równolegle pracowałem, bo chciałem mieć kasę. Było „siano”, były laski i zabawa. Nie było czasu na wbijanie do łepetyny bzdurnych regułek i całego tego materiału. Zawaliłem rok i tego nie da się ukryć – tłumaczył się Marian.
– Chciałem jednak powrócić do istoty sprawy – zdecydowanie rzekł Hipolit.
– Rozumiem, że temat niezmiennie dotyczy emerytów – ożywił się Marian.
Hipolit zaczął mówić:
– Siedziałem w szkolnej ławce i myślałem, ile to lat pozostało mi do emerytury. Kiedyś zwierzyłem się z tego mamie. Matula setnie się uśmiała i rzekła: „Ty chłopcze myślisz o tym, czego ja jeszcze nie mam. Dużo wody w rzekach upłynie zanim ja przejdę na emeryturę. Potem długo ty popracujesz i dopiero po około czterdziestu latach, takie świadczenie otrzymasz. Nie martw się, szybko to przeleci” – pocieszała mnie matula. Po takiej rozmowie z rodzicielką szczęka mi opadła i więcej do tego tematu nie wracałem. Rzeczywiście mama miała rację. Lata minęły, jak z bicza trzasnął. Rodzina, dzieci, praca i tak w kółko. Ani się obejrzałem, jak wszedłem w wiek emerytalny i zbliżyłem się do 65 lat. Już, już się cieszyłem, że zbliża się kres mojej pracy zawodowej. Moja radość była przedwczesna. ponieważ zdarzyło się coś, co zaskoczyło mnie, a jednocześnie ogromnie wkurzyło. Jak grom z jasnego nieba spadła widomość, że muszę popracować o jedenaście miesięcy dłużej. Tak ówcześnie rządzący, bez moje zgody zadecydowali. Kląłem ich na czym świat stoi. Tyle zakrętów po łacinie, co ja na nich wywaliłem tego nie zliczę. Nie chciałem, ale musiałem tyrać. Zacisnąłem zęby i dotrwałem.
– Hola kolego, hola – przerwał Hipolit. Przecież to wszyscy tak mieli od chwili podjęcia tej ustawy. Powiedz mi jednak, o co ci tak naprawdę chodzi?
– O to przyjacielu, że ja nie chciałem dłużej pracować, a mnie do tego zmusili. Byłem tak zmęczony, że miałem wszystkiego dość i chciałem odpocząć.
– Nadal nie kumam, o co ci chodzi! – zapytał Hipolit.
– O to, że nie pozwolono mi tak, jak to wcześniej było po ukończeniu 65 lat, przejść na emeryturę. Na siłę wciskali, że jest to konieczne, bo za dużo jest emerytów, za mały przyrost naturalny i na emerytury nie ma i w perspektywie nie będzie kasy. Wyobraź sobie jednak, że byli i nadal są tacy, którzy pomimo tego, że ukończyli lata na „emę” nie chcą przejeść. Ani siłą, ani przepisami nie idzie ich ruszyć. Mało tego, walczą wszędzie, gdzie się da, aby pracować do „osiemdziesiątki” – nabuzowany tłumaczył Marian.
– Chyba nie mówisz o lekarzach lub o kominiarzach? – ironicznie zapytał Hipolit.
– Ci, o których myślę i mówię, są od tych wspomnianych, nieporównywalnie więksi – nadawał Marian.
– Wiem, do kogo pijesz. Cicho bądź przyjacielu, ba jak oni usłyszą lub im ktoś na ciebie doniesie, to z „pierdla” nie wyjdziesz – ściszonym głosem rzekł Hipolit.
– Co cicho, co cicho? – zły wrzasnął Marian?. Czyli wiesz, że chodzi o tych, co w „szyldzie” mają babkę z opaską na oczach.
– Nie bądź taki okrutny, bo oni chcą kilka lat tylko dłużej pracować. Z tego, co wiem do 67 roku życia – uspokajająco mówił Hipolit.
– Mam to głęboko gdzieś! Co oni chcą lub kombinują. Gdyby w życiu rzeczywiście się narobili i mieli ręce do kolona, żylaki na nogach i roztrzaskane kręgosłupy, bolące głowy, to rwaliby na emeryturę tak, jak normalni ludzie – nabuzowany mówił Marian.
– Nie chcą, bo mają pozycję, duże pieniądze i inne przywileje – wyliczał Hipolit.
– Skończmy ten temat, bo za chwilę szlak mnie trafi! – przerwał Marian.
– Masz rację, wrzućmy na luz – pojednawczo rzekł Hipolit. Dodam tylko, że jest takie powiedzenie: Gdy ktoś w swojej idiotycznej filozofii pieprzy od rzeczy i ustawia coś pod siebie, to powinien zmienić lekarza.
– Po co? Dlaczego? – z pytaniem wyskoczył Marian.
– A to dlatego, że ten dotychczasowy go oszukuje – odpowiedział Hipolit.
– To jest dobre! To jest mocne! – śmiejąc się rzekł Marian.
Po tym kumple wstali, przybili sobie piątkę i udali się do domów.
Seweryn Kaczmarek

„Cykor” przed czarnym
– Człowiek całe życie czegoś się boi. A to czarnego kota, a to białego psa, rudej i zezowatej baby. Tak sobie myślę, że strach, jak cień idzie z nami krok w krok z tym, że ten drugi tylko w dni słoneczne lub nocą. Takie jest moje zdanie – rzekł Marian Lichy zwracając się do Hipolita Mizerki.
– Oho! Jest coś na rzeczy. Tylko nie wiem jeszcze co – odparł kumpel. W związku z tym zadam ci kilka pytań i to po kolei. Spróbuj się do nich od razu ustosunkować.
– Zaczynaj, choć wiem, że jesteś za cienki w uszach, aby rozszyfrować, o co mi chodzi – rzekł Marian.
– Co to znaczy lęk przed rudą, wielokolorową babą? – zadał pytanie Hipolit.
– Zapomniałeś sprecyzować zezowatą – wszedł w zdanie kumplowi Marian. Już ci mówię, gdy taką spotkasz i nie zdołasz przejść, a najlepiej uciec na drugą stronę ulicy, to miń ją i natychmiast spluń na cztery strony świata.
– A to niby dlaczego? – niepewni dopytywał Hipolit.
– Musisz wiedzieć, że jak ktoś jest „ryż i zyz tego się strzyż”. Jak takie coś krzywo na ciebie spojrzy, to masz murowanego pecha. W najlepszym razie urośnie ci kurzajka, a w najgorszym zbijesz flaszę gorzały, kupioną za ostatnie bejmy.
– Czy to dotyczy obojga płci? – odezwał się niepewnie Hipolit.
– W zasadzie tak! – szybko wyjaśniał Marian. Jestem pewny, że baby są zdecydowanie mocniejsze w tym działaniu. Krzywo spojrzy, mruknie coś pod nosem i nieszczęście jest gotowe.
– Nie strasz przyjacielu, bo ja mam sąsiadkę rudą, jak wiewióra, a do tego ma koszmarnego „strita”, czyli zeza. Nazywa się Melpomena Winkiel, ale jak do tej pory nic złego mi nie zrobiła – pocieszał się głośno Hipolit.
– Na wszelki wypadek noś przy sobie coś, co odstrasza czary. Najlepiej zakładaj gacie na lewą stronę, lub łapkę zdechłego szczura ewentualny ząbek czosnku pod lewym zębem – z ironicznym błyskiem w oku tłumaczył Marian.
– Zdecyduję się na noszenie bielizny na „ręby”. Może nie pomoże, ale też nie zaszkodzi. A co z tym białym psem? – szybko zadał pytanie Hipolit.
– Z tego, co ci powiem w tym temacie się nie śmiej, bo nie ręczę za siebie. Mówił mi o tym przed laty mój ojciec, a on na psach znał się jak nikt inny – z błyskiem w oczach tłumaczył Marian.
– Mów szybko, bo umieram z ciekawości – wtrącił Hipolit.
– Słuchaj i ucz się – wyjaśniał Marian. Białego psa bali się zarówno ludzie jak i zwierzęta. Uważali, że takiej maści zwierzę jest rozebrane do koszuli i ich błyskawicznie dopędzi – po tych słowach wybuchnął śmiechem.
Jakoś żart ten nie dotarł do Hipolita, dlatego sarkastycznie rzekł:
– Ale suchar. Nie ma co, bujda na resorach. Chociaż po głębokim namyśle muszę przyznać, że podczas wysiłku ludzie zrzucali kurtkę lub sweter i pracowali w samej koszuli. Taki jeden Felek Pompka, jak wypił kielicha na zabawie, to szukał zwady. Gdy trafił mu się potencjalny przeciwnik ściągał marynarkę i w koszuli rwał się do bójki.
– A więc widzisz, że białe niekiedy ciekawie się kojarzy – przerwał kumplowi Marian. A teraz powiem ci o czarnym kocie. Mój kuzyn Zygfryd Stękacz przekonał się, że to zwierzę przynosi pecha. Wyobraź sobie, że na zabawie wiejskiej w Cykowie poznał taką jedną Melę Zając. Miał w czubie i było ciemno, więc dziewczyna wydała mu się ładna. Kojarzył, jak przez mgłę, że były buziaki i „tango przytulango”. Na koniec zabawy umówił się z nią na następny dzień. Przypomniał sobie o randce dopiero około południa, gdy minął mu kac. Specjalnie mu się nie chciało jechać, ale obiecał, że wstawi się na pewno. Przygotował sobie rower i ruszył. Trochę czasu mu zajęło zanim pokonał osiem kilometrów, jakie dzieliło go od wioski dziewczyny. W połowie drogi przez jezdnię przeleciał mu czarny kot. Zły znak pomyślał, ale w takie przesądy specjalnie nie wierzył. Pruł dalej, ale kocisko nie dawało mu spokoju. Analizował to, co mu jego ciotka – lokalna guślarka mówiła, aby zwracał uwagę, z której, na którą stronę zwierzę przebiega. Nie mógł sobie przypomnieć, czy jak z prawej na lewą to szczęście, czy pech. Bijąc się z myślami wjechał na podwórze dziewczyny. Kot powrócił mu przed oczy, gdy spojrzał na Melę. Ale musiałem mieć w czubie pomyślał, bo dziewczyna wczoraj ładna, dzisiaj nie była krzykliwej urody. Skoro już przyjechał, to postanowił jakiś czas u dziewczyny spędzić. Nie przewidział, że najgorsze dopiero przed nim. Gdy rozmawiał z Melą na kanapie przyszli jej bracia Wicek i Wacek. Oni po śmierci ojca przyjęli opieką nad siostrą. Obiecali jej, że znajdą jej męża. Chłopy, jak dęby lubią sobie popić. Wtedy o wszystkim decydują. Gdy dowiedzieli się, że Mela spędziła wieczór i część nocy z Feliksem oznajmili, że na pewno ją wykorzystał i musi się z nią ożenić. Próbował się stawiać. Zmuszony do wypicia kilku kielichów topniał w ochach. Gdy miał w czubie oświadczył się Meli. Zanim dobrze wytrzeźwiał już było po ślubie. Sam teraz widzisz, że czarny kot, o ile przebiegnie ci ze złej strony przynosi pecha.
– Wiesz, że czarnego koloru wielu bardzo się boi – wszedł w zdanie kumplowi Hipolit.
– Co masz na myśli? – zapytał Marian.
– Już ci mówię – oznajmił Hipolit. Dla wielu kolor czarny, to żałoba, a dla innych moda. Syn mojego kumpla Szymek Lufa gra w nogę i jak przegrał zawody, to podawał rożne powody. Jednym z nich było to, że przeciwnicy grali w czarnych strojach. Była to obsesja, którą przejęli od niego kumple z zespołu.
– Powiedz mi, co by było, gdyby przyszło im grać z murzynami? – nagle zapytał Marian.
– Ty chytrusie! Ty cwaniaczku! Już wiem, do czego zmierzasz. Miarkuję, że nawiązujesz do meczu z Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, które odbywają się właśnie w Rosji. Nasi pokazali dobitnie, że z murzynami nie potrafili niczego ugrać – tłumaczył Hipolit.
– Tak! Dokładnie! I więcej ci powiem, że kot i gracz czarny, to dla niektórych los i wynik, więcej niż marny! – zakończył rozmowę Marian.
                            Seweryn Kaczmarek

Za, a nawet przeciw

– Tak sobie myślę, że mój dziadek, którego niestety nie pamiętam, w wielu sprawach miał rację. Mawiał między innymi, że głupich nie sieją, ale sami się pchają na ten świat. Skoro już się na min pojawią, to w przewadze patrzą, jakby coś spieprzyć i przy tym jeszcze się obłowić. Nie grzeszący rozumem udają mądrych stroniąc od pracy. Łasi są – i to ogromnie – na władzę. Dziadek dodawał też, że jak nie ma wojny, co dwadzieścia lat, to się ludzie nie szanują i bez powodu atakują – mówiące te słowa Marian Lichy chciał jeszcze coś dołożyć, ale przerwał mu kumpel Hipolit Mizerka.

– Powiedz mi przyjacielu, bo czegoś nie rozumiem, jak możesz cytować dziadka, którego nie znałeś?

– To już sam powinieneś widzieć – odparł Marian, że ważne powiedzenia, przysłowia, ba prawdy, przekazują rodzice. W tym przypadku był to mój ojciec. Pewnie, że dziadka nie pamiętam, bo urodziłem się grubo po wojennej zawierusze. Zapewniam cię jednak, że jego przekaz jest ciągle żywy i aktualny.

– Trochę dzisiaj mnie zaskoczyłeś. Ty, stary jajcarz, tym razem mówisz z sensem, a do tego poważnie w tematach, które nie są, ani łatwe, ani proste. Co leży ci na wątrobie?- zapytał Hipolit.

– Już zaspokajam twoją ciekawość – szybko zaczął Marian. Jeden taki Kajetan Smolny z dobrego serca, za darmo dał swojemu bratu Ignacowi płytki ceramiczne do łazienki. Ten drugi był straszny chytrus i jak to mówią „gówno by spod siebie zżarł”. Swoją łazienkę miał zrobioną i tak naprawdę, to kafelków nie potrzebował. Skoro jednak spadły mu z nieba i to za „friko” wykombinował, że przekaże je najmłodszemu z braci Janowi, oczywiście nie za darmo. Chytrus do brata jeszcze powiedział, że nie chce, ale musi się płytek tanio pozbyć, bo mu zawadzają. Sądził w swojej głupocie, że to się nie wyda i w rodzinie nikt się nie dowie o jego szwindlu. Sprawa się rypła za sprawą ich siostry Hiacynty, która z zazdrości, że to nie ona kafelki dostała, wygadała wszystkim po kolei, włącznie z rodzicami. Smrodek rozszedł się po bliższych i dalszych krewnych. Ty wiesz, że Ignac to taki macher – więc jeszcze się obraził, że go szkalują. Tłumaczył, że owszem dostał kafelki, ale przez tydzień je pilnował. Wyszło mu na to, że nie mógł płytek przekazać dalej, ale sprzedać bratu, aby zwróciło mu się czuwanie nad tym, aby ich nikt nie ukradł.

– Przecież to jest normalne świństwo, aby nie rzec skurwesyństwo. To nie mógł być ich rodzony brat, ale jakaś hiena – wyrwał się Hipolit.

– Masz rację i podzielam twoją złość. Mogą bulwersować słowa Ignaca mówione podczas przekazywania płytek bratu – „nic chcę, ale muszę”– spokojnie komentowł Marian.

– Ty wiesz, że przypomniał mi się taki jeden elektryk z Wybrzeża, który jako pierwszy użył tego zwrotu. Było to w bardzo ważnych sytuacjach, które decydowały o istnych sprawach dla ludzi w kraju. Nie chcę ciągnąć wątku o nim, bo okazał się być, najdelikatniej mówiąc – niegodziwy. To ten, co obiecał mi „sto milionów”, a do dzisiaj nie dał, ani kasy, ani wędki, którą zaoferował zamiast ryby. To były jego słowa „nie chce, ale muszę” – z wyraźną złością w głosie mówił Hipolit.

– Wyobraź sobie, że wiem, o kim mówisz. Ten gościu ma wiele wspólnego z tym moim Ignacem – wtrącił Marian.

– A to niby, co takiego? – zapytał Hipolit.

– Sumiastego wąsa i zmysł do nieładnych zagrywek – śmiejąc się rzekł Marian.

– Poczekaj – zareagował Hipolit – bo mam też takiego jednego na oku. Przypomniał mi się też taki jeden Leon Pisiak. Ten nie ma wąsa, ale wiele cech, o których przed chwilą mówiliśmy. On nie wie nawet, że ktoś kiedyś powiedział „nie chcę, ale muszę”. Stosuje natomiast zasadę, że może być „za, a nawet przeciw”.

– Stop! Stój przyjacielu! Przecież to są słowa tego samego gościa z Wybrzeża – nie wytrzymał Marian.

– Dokładnie tak, kolego – odparł Hipolit – i już ci mówię, co mam na myśli. Lesio starł się być tam, gdzie jest zamieszanie i kogoś, kogo nie lubi, atakują. Był łasy na kasę i na funkcje. Jego sposób bycia był – mówiąc delikatnie – wkurzający. Chorobliwie nie cierpiał być w cieniu innych, znaczniejszych osób. Wynikało to z jego kompleksów. Przypominał chorągiewkę na wietrze. Z której strony zawieje tam Lesio się ustawiał. Wielu sądziło, że daje cwany popis. Miał też chore ambicje. Aby je realizować szukał wsparcia i niekiedy je znajdował. W swojej pokrętnej filozofii musiał nieźle lawirować, aby stworzyć wrażenie, że nic nie robi dla siebie, ale wyłącznie dla innych.

– Przecież to trzeba zawrzeć pakt z diabłem lub zmienić orientację – wyrwał się Marian.

– Ponownie przyznaję ci rację, ale wracam do zwrotu „jestem przeciw a nawet za „– spokojnie tłumaczył Hipolit. Psioczył Leoś na to, że idzie procesja ulicami i tamuje ruch, a tym samym utrudnia mu kierowanie przejazdem. W różnych gremiach knuł intrygi na wielebnego, że za dużo bierze dla siebie z kopert i tacy.

– Znałem takich fałszywych osobników. Jak przychodziło co do czego, to duchownego całował w rękę i dawał otwartą kopertę na ofiarę, aby ksiądz wiedział, ile daje – szybko rzekł Marian.

– Ten Leoś był przeciw procesjom, a uczestniczył w nich. Gdy procesja szła bezczelnie wmieszał się w tłum?. Ludzie go widzieli i pokazywali palcami – mówił Hipolit.

Ale przecież to hipokryzja, to nikczemność  – po raz kolejny nie wytrzymał Marian.

Trzeba by było dosadniej to nazwać. Tak długo jak tolerować się będzie takich osobników i popierać ich w chorych pomysłach to oni będą robić krecią robotę zafałszowując rzeczywistość. Na takich, co to mówią „nie chcę, ale muszę” i „jestem za a nawet przeciw” dostatnio żyją kawalarze i kabareciarze. Być sobą w pozytywnym tego słowa znaczeniu dla wielu jest bardzo trudne a wręcz nie osiągalne – zakończył Hipolit przybijając piątkę Marianowi.

Seweryn Kaczmarek