środa, 17 Styczeń 2018

Felietony Seweryna Kaczmarka

Migać się trzeba umieć
Przedświąteczne dni powinny być spokojniejsze, z mniejszą ilością przygotowywanych potraw i gruntownego sprzątania. Tak mówią niewiasty w grodach nie tylko nad Samicą, Obrą i Wartą. Gdy jednak w kalendarzu pokaże się grudzień karuzela zaczyna się kręcić. Z początku wolno, a im bliżej świąt, to coraz prędzej. Lista sporządzonych koniecznych zakupów wydłuża się z każdym dniem.
Nie inaczej bywa w domach Mariana Mizerki i Hipolita Lichego. Kumple nakręcają się wzajemnie, zaklinając się, że nie tkną palcem niczego w chacie i tylko będą leżeć „bykiem” oczekując na pierwszą gwiazdkę.
Wiele spraw mieli jednak do pilnego obgadania, dlatego postanowili w przedświątecznym tygodniu kilkakrotnie się spotkać. Wcale nie było to takie łatwe, ponieważ ich połowice wobec nich miały swoje plany. Gdy tylko się spotkali zaczęły się gorączkowe pytania.
– Co twoja ci wymyśliła? – zapytał kumpla Marian Lichy?.
– Łeb pęka – odparł Hipolit Mizerka. Gdybym wszystko musiał zrobić to, co mi nakazała, to święta musiałby być za miesiąc, a nie za kilka dni.
– Zapewne są wśród nich rzeczy zbędne, a nawet głupie. Powiedz coś o tym – dociekał Marian.
– Jak sobie życzysz przyjacielu – od razu zaczął tłumaczyć Hipolit. Rutynowe to: trzepanie dywanów, sprzątanie na szafach, przetarcie mebli specjalną pastą, gruntowne odkurzanie całego mieszkania włącznie z grzejnikami, futrynami drzwi i okien. To ostatnie z wypucowaniem szyb. To tylko wstęp. Do tego dołożyła ręczne utarcie maku, ubicie nad parą babki, zakup karpi, ich zabicie i pokrojenie. Przyniesienie z bazaru i oczyszczenie warzyw. Zakup i przytaszczenie choinki. A teraz – o głupoto ludzka – mam pomalować balkon na zielono, wnękę na jasny kolor, a balustradę na ciemny tak, aby widać było stojącą żywą i dużą choinkę.
– Stop, stój kolego, bo zaczyna mi się kręcić w głowie – Marian przerwał przyjacielowi. Mogę ci od razu powiedzieć, że nasze kobiety musiały się spotkać i obgadać plan pracy dla nas, bo specjalnie niczym one się nie różnią. Moja też oznajmiła, że na te święta choinka będzie na balkonie. Dłużej wytrzyma na dworze i nie będzie tak szybko oblatywała – nadawała, gdy spojrzała na moją wielce zdziwioną minę. O malowaniu już nie mówiła, bo po ostatnim moim malarskim wyczynie w kuchni, jest zaciek na ścianie i plama na podłodze. Coś jednak wspomniała o naturalnej wykładzinie na balkonie pod choinkę. Odstąpiła od poronionego pomysłu, gdy jej powiedziałem, że dobra, ale zakupimy wykładzinę z pieniędzy na jej prezent pod choinkę. Moja natychmiast odpaliła, że jeżeli to ma być jej kosztem, to ona rezygnuje. Na moje pytanie o to, jaka będzie choinka w mieszkaniu odparła, że mała bajecznie kolorowa, ale sztuczna.
– Dokładnie tak samo wciskała mi Kundzia – wyrwał się Hipolit. Od malowania balkonu też się jakoś wykręciłem. Nagadałem połowicy, że wszyscy dokoła pomyślą, że robiąc to zimą szajba nam odbiła.
– To jest nie do zaakceptowania – przerwał Marian. Musimy coś takiego wymyślić i wywinąć, że nasze zrezygnują z naszych usług.
– Ale, co, ale co – jąkając się pytał Hipolit.
– Jutro myję okna – rzekł Marian. Gdy tylko otworzy drzwi ja udam, że był przeciąg i zbiję szybę. Jak to nie wystarczy, to w kuchni popsują telewizor moje żoneczki, a do tego urwę antenę.
– A ja, a ja, co mam zrobić? – dopytywał Hipolit – aby moja powiedziała, że nie mam niczego tykać iżebym wyniósł się z chaty.
– Już ci mówię – pouczał kumpla Marian. Podczas kręceniu maku upuścisz donicę, która się rozbije. Za jednym zamachem zapaskudzisz podłogę i zmarnujesz mak. Przy trzepaniu dywanu tak go wygrzmocisz, że zrobi się dziura. Gdy będziesz go wnosił na korytarzu zbijesz lampę.
– Dobra nasza – wykrzyknął Hipolit. Ale co będzie, jak to nie wystarczy.
– Ryzyk fizyk – jak mówił mój ojciec. Jak znam życie wylecimy z chaty z hukiem – nadrabiając miną gadał Marian.
Na drugi dzień około południa kumple już byli razem.
– Jak ci poszło – zapytał Hipolita Marian.
– Dokładnie tak się stało jak przewidziałeś – wyrzucił z siebie Hipolit. Wieczorem w donicy kręciłem mak. Długo nie trwało, jak cisnąć zbyt mocno złamałem kałkę. Moja chyba przeczuwała, że coś wywinę, bo wyjęła z szuflady drugą i tryumfalnie mi ją wręczyła. Podczas tej czynności donica wysunęła mi się z pomiędzy kolan i gruchnęła na podłogę. Rozbiła się na kilka części. O Jezu stęknęła Kundzia i dawaj mnie sztorcować. Rano, gdy wychodziłem z dywanem do trzepania rzekła – mam nadzieję, że niczego złego już nie wywiniesz. Chyba w złą godzinę to powiedziała, bo po chwili solidnego walenia trzepaczką na środku dywanu zrobiła się spora dziura. Ty ofermo, ty łachudro, czego się tkniesz, to wszystko sknocisz – wrzeszczała na mnie, gdy wróciłem do chaty. Zła, jak szerszeń dała mi pieniądze i kazała iść kupić nowy. Nie ważne gdzie, byle był ładny, duży i tani. Jak widzisz idę i proszę cię o pomoc w zakupie – zwrócił się do kumpla.
Idąc do miasta Marian wyjaśnił Hipolitowi, jak on wykręcił się od roboty.
– Dokładnie tak, jak ci mówiłem. Podczas mycia okna w pokoju zbiłem szybę. Huk był taki, że Gabrysia o mało nie padła na podłogę. Przy zmywaniu szafek w kuchni, niby niechcący, rozlałem wodę na włączony telewizor mojej połowicy. Odbiornik, w którym z wypiekami na twarzy oglądała swoje seriale, tylko zaskwierczał, zrobił się czarny i zamilkł. Gdy zeskakiwałem z drabinki, niby przypadkiem wyrwałem ze ściany gniazdo od anteny. Na szczęście telewizor udało się uratować i moja odetchnęła z ulgą.
Przy okazji jak będziemy w mieście muszę kupić gniazdko i zamontować. Moja Gabrysia oznajmiła mi, że musze to zrobić, a dalej to już nie chce mnie widzieć na oczy.
– Czyli, że cel osiągnęliśmy. Jak dobrze pójdzie i dokonamy tanich zakupów, to jeszcze zostanie na jedną, a może i na dwie flaszki – rzekli jednogłośnie kumple i przybili sobie piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Z opery na zbity pysk

Tak się złożyło, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka musieli się na trzy dni rozstać. Pierwszy z żoną Gabrysią w piątek pojechał do jej kuzynki, do Bydgoszczy. Drugi ze swoją połowicą w ten sam dzień udał się na wesele do siostrzeńca do Jawora. Ustalili, że o ósmej w poniedziałek spotykają się, aby zdać sobie relacje. Coś niezwykłego musiało się obu dwom przytrafić, bo sporo przed czasem, w ustalony dzień, byli już w wyznaczonym miejscu.

– Jak ci powiem, gdzie byłem, co robiłem i co widziałem, padniesz na glebę – zaczął Hipolit.

– Nie podniecaj się, bo przecież wiem, że byłeś na weselu. Jak cię znam, ba – jestem pewny, że się uchlałeś i połowy imprezy nie pamiętasz – ironiczne rzekł Marian.

– Ciekawe, co ty byś zrobił na moim miejscu gdybyś widział, jak strony młodej i młodego siedziały oddzielnie i z byka na siebie patrzyły. Ja specjalnie tym się nie przejmowałem. Zaraz po obiedzie kiwnąłem na szwagra Benka Kurka i poszliśmy do barku. Mieścił się w piwnicy i w przewadze był zaopatrzony w „Rakije” z własnej produkcji. Jak wyszliśmy, a raczej, jak wytoczyliśmy się po trzech godzinach na salę, goście ryczeli ze śmiechu. Nie wiedzieliśmy, co jest grane. Spojrzeliśmy na siebie i także zrozumieliśmy, z czego mają ubaw. W piwnicy była lampa naftowa i okropnie kopciła. Klosz był osmolony i aby naleć kielicha musieliśmy się do nie zbliżać. Unosząca się sadza osiadła na naszych pyskach i wyglądaliśmy, jak diabły. Moja, jak mnie zobaczyła, to złapała mnie pod mankiet, zaholowała do pokoju i walnęła na łóżku. Obudziłem się, jak orkiestra grała „do widzenia, do widzenia”. Co będę więcej gadał specjalnie impreza weselna mi się nie udała. Na szczęście mojej się też nie podobała, więc w drodze powrotnej dała mi spokój.

– Znasz powiedzenie, „diabli go wzięli” – nagle zadał pytanie Marian.

– Znam, a bo co – szybko odparł Hipolit.

– To teraz uważaj, bo będzie „petarda” z czartem w tle i nie tylko – powoli mówił Marian. Skup się na tym, co ci opowiem, bo uszy ci oklapną, a zęby spocą z emocji i niedowierzania.

Nie chwal się, tylko do rzeczy przyjacielu – poganiał go Hipolit.

– Czy ty możesz sobie wyobrazić, że z kuzynki mężem Waldkiem, byliśmy w operze?

– Gdzie w operze? Nie bujaj. Jakoś w tym miejscu cię nie widzę. Może padało lub byliście pijani, że o chorobie nie wspomnę – dopytywałHipolit.

– Możesz chwilę nie kłapać dziobem – ofukną kumpla Marian. Już ci mówię, jak znaleźliśmy się w operze. Moja w sobotę z kuzynką napiły się wiśniówki, poprawiły koniakiem i w niedzielę miały kaca giganta. My wykorzystaliśmy ich niedyspozycje i po południu nawialiśmy z chaty. Po drodze kupiliśmy po flaszce i spacerowaliśmy po ulicach. Na dworze był ziąb i szukaliśmy miejsca do zrobieniu po łyku. Przechodziliśmy koło opery. Sporo ludzi kłębiło się na holu. Spojrzeliśmy na afisz. Szyby były zaparowane i kiepsko było widać, ale jakoś odczytaliśmy „Pogrążenie Fałsza”. Stwierdziłem, że może być niezłe. W środku ciepło, a tego było nam potrzeba. Nagle ktoś barwnie ubrany podszedł do nas i pyta, czy ja jestem Marian Lichy. Spojrzałem i poznałem go od razu. Mój kumpel z wojska –  Sebastian Żarówa. Zapytałem „Co ty tu robisz?” A on na to, że pracuje w operze przy kasowaniu biletów. Bez ceregieli, bocznym wejściem wpuścił nas na zaplecze. W małym pokoiku walnęliśmy po klika kielichów. Gdy flaszki były puste Seba rzekł, że ma dla nas miejsca w pierwszym rzędzie. Obejrzycie sztukę, a potem skoczymy jeszcze na piwo. Nie zdążyliśmy zapytać, co grają. Nagle światło zgasło i zaczęło się. Orkiestra dawała „czadu”, a my patrzyliśmy, kiedy pojawi się jakaś fajna sztuka. Zamiast niej, w smudze światła, stanął gościu w ciemnym stroju, bodajże „Fałścik” i zaczął śpiewać. Żeby to byłó coś melodyjnego, to byśmy mu pomogli, bo gorzała zaczęła nas rozbierać, ale ten tym swoim głosem zasuwał. Odwalił swoje i na scenie pojawiły się postaci: babki i faceci, przeważnie odkluftowani na szaro i buro. Taka jedna kobitka, to nawet była niezła, ale jak na mój gust, za chuda. Po pewnym czasie zaczęła mnie wkurzać, bo koło niej pojawił się łysy gościu w czerwonych papciach. Połapałem się, że odgrywa Diabła. Czart cwaniaczek zorientował się, że Fauścik ma kosmate myśli w stosunku do Margarity. Łysy łaził za nim i śpiewem kusił. Diabeł zorganizował parze schadzkę, na której młodzi pobaraszkowali i zrobili sobie dzieciaka. Nie było to jednak za darmochę. Za przysługę chłopisko podpisał cyrograf i stał się własnością łysego. Może byśmy dotrwali do końca sztuki, ale wywalili nas ze sali.

– Co się stało?,Co żeście nawywijali? – nie wytrzymałHipolit.

– Nie uwierzysz, ale za dobre serce – ciągnął Marian. Jak pojawiła się na scenie ta jego Margarita w białej sukni, to krzyknąłem, że to nie Margarita, ale Danusia z Krzyżaków. Jeden z ochraniarzy podszedł do nas i ostrzegł, że jeszcze jeden wybryk i na zbity ryj nas wywali. Szybko o tym zapomnieliśmy. Diabeł stanął za Fauścikiem, a ten go nie widział. Ponownie nie wytrzymałem i krzyknąłem „Uważaj z tyłu na łysola”. I to był koniec naszej przygody z operą. Wywalili nas za drzwi i postraszyli policją. Poczekaliśmy, aż spektakl się skończy. Wyszedł Seba. Już wiedział, że wyjechali z nami na dwór. Byłem ciekawy, jak się ten śpiewany cyrk skończył. Szybko mi wyjaśnił, że Fałścika diabli zabrali do piekła. Sama ta scena jego zdaniem była bardzo widowiskowa. Podobno fojer i dym spod sceny waliły, jak z wulkanu. Hipolit możesz być pewny, że moja noga już w operze nie postanie. Jeden raz wystarczy i to tylko dlatego, że było zimno, chciało nam się pić, a do tego spotkałem kumpla z woja.

– Koniec już? Koniec Maryś? – przerwał opowiadanie kumplowi Hipolit. Zacznijmy przygotowania do Bożego Narodzenia, bo o suchym pysku przyjdzie nam je spędzić.

– Czas, czas się tym zająć potwierdził – Marian. Juro rusza akcja święta i żaden diabeł w tym nam nie przeszkodzi.

Seweryn Kaczmarek

Uśmiech za „dwa lata”
– Jeżeli boisz się dentysty, to temat, który poruszę będzie dla ciebie bardzo przykry – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Kumpel pobladł i dostał wielkie oczy.
– Nie, czemu, dlaczego miałbym się bać lekarza od zębów – jąkając się tłumaczył Hipolit. Zachowanie przyjaciela bawiło Mariana. Dopiero po chwili rzekł:
– Nie bujaj kolego. Wiem, że masz cykora na dźwięk słowa dentysta. Nogawki od spodni ci się trzęsą i nieładnie od ciebie pachnie. Już pewnie nie pamiętasz, jak po raz pierwszy zciągnąłem cię do przychodni. Tak się zapierałeś na deptaku, przed wejściem, że płytki z chodnika zrywałeś. Nieźle się umordowałem, zanim udało mi się cię wepchnąć do gabinetu i posadzić na fotelu.
– Ty wiesz i ja wiem, że tylko częściowo tak było – tłumaczył Hipolit. Prawdą jest jednak to, że ogromnego „pietra” miałem. Pewnie nie uwierzysz, ale długo zęby miałem, jak murzyn – równe, mocne i białe. Zakładem się z kumplami o flaszkę, że w „kłach” podniosę, na wysokość metra, worek ze zbożem. I robiłem to bez problemu. Zębami otwierałem kapsle na butelkach. Ogromnie lubiłem chrupać landrynki. Tak je śrutowałem, że pościerałem szkliwo i zaczęły mi się zęby psuć. Zaczęły mnie boleć, ale bałem się iść do dentysty. Imałem się różnych środków, aby uśmierzyć ból. Znajomi podpowiadali mi, abym zadziałał lodami. Tyle ich „wtranżoliłem”, że aż zapalenia gardła dostałem. Inny znawca uśmierzania bólu zalecił kroplę kwasu siarkowego na nerw zęba. Kilka razy to zrobiłem. Nie tylko, że nie pomagało, ale zębiska zaczęły robić się czarne. Zastosowałem jeszcze leczenie spiritusem i gorzałką. Skutkowało tak długo, jak alkohol był w „czubie”. To ostatnie było kosztowne i żoneczka szybko wybiła mi tę metodę z głowy. Wtedy najadłem się poruty, bo moja wsadziła mnie do samochodu i przywiozła do miasta, do dentysty. Przed drzwiami chciałem nawiać, ale tak mocno mnie trzymała, że nie dałem rady się wyrwać. Powiem ci, że wtedy ten fachura w białym kitlu tak mnie obskoczył, że ani się obejrzałem, jak zęba mi usunął. Tak! Przyznaję się, że może teraz trochę mniej mam pietra, ale ciągle mam. Gdy trzeba idę, nie czekając, aż mnie rozboli i da mi popalić. Rzeczywiście kiedyś mnie zaprowadziłeś do dentysty i jestem ci za to wdzięczny. Powiedź mi, dlaczego poruszyłeś ten nieprzyjemny temat? – zakończył pytaniem Hipolit.
Przez chwilę Marian się nie odzywał. Kumpel nie zamierzał czekać w nieskończoność, dlatego lekko chrząknął, aby go zmusić do odpowiedzi.
– Powód jest oczywisty – zaczął Marian. Od roku okresowo dokucza mi ząb. Jak na ironię jest to jedynka. Kilka miesięcy temu z duszą na ramieniu, w tajemnicy przed tobą, poszedłem do znajomego dentysty. Oddałem się w jego ręce. Jest dobry w swoim fachu i niestety ma sporo klientów. To sprawia, że niekiedy przyjmuje do północy. Umówiłem się z im i późnym wieczorem pojechałem na wizytę. Popatrzył mi w gębę pomruczał i mówi, że albo wyrywamy i będę szczerbaty, albo podklei mi go do zdrowej jedynki. Przestanie się kiwać i na jakiś czas będzie dobrze. W perspektywie uroczystości rodzinnej, w której miałem uczestniczyć, zgodziłem się natychmiast. Potem byłem jeszcze trzy razy u niego i poplombował mi oraz usunął kamień z zębów. Latem stomatolog wyjechał na urlop na wyspy „Hula Gula”. Gdy wrócił na kolejną wizytę się nie wstawiłem. Nic mnie nie bolało, to uważałem, że szkoda bejmów. Nie mówiłem ci, że w ubiegłym tygodniu znów moja „jedynka” się odezwała, a do tego zaczęła się mocno chwiać. Ból się nasilał i równie szybko mijał. Miałem nadzieję, że się uspokoi. Tak się nie stało i zacząłem rozglądać się za specjalistą. W ubiegłym tygodniu rowerem objechałem pięć gabinetów stomatologicznych i włos mi się zjeżył na głowie. W jednym z nich w recepcji siedziała niekiepska pielęgniarka. „Siostrzyczka” z uśmiechem powiedziała, że na Narodowy Fundusz Zdrowia nie ma szans na leczenie. Pani doktor przyjmuje, ale tylko prywatnie i że może mnie zapisać. „Kopara” mi opadała, ale pytam – czy dotyczy to leczenia i usuwanie, czy też jest jakaś perspektywa na sztuczną szczękę. Z rozbrajającym uśmiechem powiedziała, że na „protezkę” trzeba czekać dwa lata. Ponownie moja osobista szczęka opadła. Widząc zbolałą minę dała mi reklamówkę gabinetu z adresem, zakresem usług i numerem telefonu – po tym wywodzie Marian złapał się za twarz.
– Boli cię ząb przyjacielu, przyznaj się. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić ciebie szczerbatego. Ty promieniejący i czarujący uśmiechem od ucha do ucha, musiałbyś zakrywać gębę ręką– śmiejąc się mówił Hipolit.
– Nie doczekanie twoje – groźnie odparł Marian. Wiedz, że od jutra ruszamy na poszukiwanie dentysty: dobrego, bezboleśnie leczącego i taniego.
– Obawiam się, że takiego, o którym ty nawijasz, to chyba w naszym mieście, ba kraju, nie znajdziemy. Od razu szukajmy fachowca od grabi. On ci zrobi od ręki szybko i wstawi drewniane zęby z twardej akcji – ironizował Hipolit.
– Gdyby mnie gęba nie bolała, to bym ci tak dołożył, że przestałbyś sobie jajczyć ze mnie – groźnie mówił Marian.
– Coś wspomniałeś, że jutro ruszamy? – zapytał Hipolit.
– Mój ból, twoim bólem. Twój wróg, moim wrogiem. Wiedz, że zgodnie z tymi powiedzeniami prawdziwi przyjaciele muszą się wspierać w każdej sytuacji. Czy zrozumiałeś i chcesz mi pomóc? – zapytał Marian.
– Oczywiście, że tak i pójdę z tobą – odparł Hipolit. Coś jeszcze wpadło mi do głowy – dodał. Dwa lata oczekiwania na sztuczną szczękę, pięć lat na biodro, siedem lat na oczy, to jest koszmar. Jutro zrobimy dokładną listę specjalistów i ruszamy ze zapisami.
– Masz racje przyjacielu, tak zrobimy! – zakończył rozmowę Marian.
Seweryn Kaczmarek

Obiecanki, cacanki?!
– Nie wiem, czy słyszałeś, że jeżeli ktoś obiecuje, że zrobi coś wielkiego wbrew zdrowej logice i finansom, kwituje się to powiedzeniem, „prędzej kaktus na ręce wyrośnie”, niż on tego dokona. Wobec takich osobników jestem nieufny. Niedowiarkiem jestem i nic na to nie poradzę. Jak nie zobaczę i nie dotknę to nie uwierzę – takim wstępem Marian Lichy rozpoczął spotkanie z Hipolitem Mizerką.
– Poczekaj, poczekaj! – rzekł kumpel – Kiedyś to już słyszałem i to od ciebie. Było to – jak dobrze pamiętam – przy okazji zamiaru budowy sali w mieście nad Obrą – dodał.
– No, no Hipciu, zaskoczyłeś mnie pamięcią – natychmiast zareagował Marian. Faktycznie jedna rządząca ekipa Jędrzeja Stękacza, przed laty w mieście obiecała, że wybuduje nową salę sportową. Pamiętam w „KL” napisali, że jak zrealizują tę inwestycję, to autorowi tego tekstu kaktus na ręce wyrośnie.
– I co i co – dopytywał Hipolit.
– Ekipa Stękacza słowa nie dotrzymała, bo nie zdobyła kasy na inwestycję. Ogromnie narazili się ludziom i przegrali wybory. Dopiero następny „gospodarz” Baltazar Turkuć sprężył się i salę wybudował. Sam kapujesz, że kaktus w redakcji nikomu nie urósł – tłumaczył Marian.
– Sam widzisz, że takie „gajdy obiecajdy” były, są i będą. Powiedz mi jednak, jaki ma związek twoje niedowiarstwo z wywołanym tematem? – zadał pytanie Hipolit.
– Ma i to wiele, o czym cię przekonam w kilku zdaniach – rzekł Marian. W naszym mieście jest kilka węzłów gordyjskich. Od lat z różnych względów nie potrafił ich nikt rozwiązać. Zmieniali się „włodarze”, a problemy zostawały.
– Możesz mówić przyjacielu jaśniej, bo nic nie kumam – przerwał Hipolit.
– Zapomniałem, że ty jesteś flancowanym kościaniakiem – ironicznie tłumaczył Marian. Niektóre tematy od początku cię nie dotyczyły. Wdepnąłeś w nie jakiś czas temu i tego musisz być świadom. Miałem na myśli wiadukty w mieście. Ty znasz jedynie ten koło Wesołego Miasteczka i krzywe rondo przy ulicy Poznańskiej. Tymczasem największa zmora dla pieszych i zmotoryzowanych, to przejazd koło „skarbówki”. Podczas przejazdu pociągu, gdy zamknięte są bariery tworzą się kilometrowe kolejki przejazdów. Stoją tam też piesi i klną na równi ze zmotoryzowanymi. Czterdzieści lat temu zakłady „chemiczne” podjęły temat pobudowania kładki nad torami. Chcieli ulżyć ludziom kwitnącym pod zaporami. Tak faktycznie przez zamknięte bariery pracownicy spóźniali się, do roboty. Pomysł upadł, bo kolejarze uparli się, aby wiadukt miał ponad sześć metrów wysokości. Koszty były tak duże, że „chemiczne” same nie udźwignęłyby finansowo tej inwestycji i się wycofały.
Przez kolejne lata tylko mówiło się o wiadukcie. Było tak zawsze przed wyborami. Kandydaci grali wiaduktami i przejściami, aby pozyskać głosy. Gdy wygrali o obietnicach zapominali. Nie zawracali sobie głowy tematami, które zmusiłoby ich do ogromnego wysiłku i użycia mózgu.
Nic, więc niewiele na przestrzeni lat nie zmieniło się na tej arterii. Rzekomo w międzyczasie nieśmiałe rozmowy trwały i były jakiś rzucane obietnice, ale bez pokrycia. Kiedyś to nawet chcieli budować kładkę przez teren wtedy jeszcze „cukrowni”, ale był to poroniony plan nazwany „mirażem”. Pomysł szybko upadł. Tak, więc tasiemcowe kolejki, jak stały, tak stoją z jednej strony do Śmigielskiej, a z drugiej do Gostyńskiej.
– Z tego, co się orientuję – przerwał kumplowi Hipolit, to całkiem niedawno zaświtał promyk nadziei. Wkrótce rozpocznie się kapitalny remont torów i przy tej okazji powstaną tunele, wiadukty i przyjścia. W czym więc tkwi powód twojego problemu?
– Pozwól, że ci przybliżę mój punkt widzenia w tej kwestii – zaczął Marian. W mieście od kilku kadencji rządzi Maikel Broda. Nie będę się silił na ocenę jego efektów. Niebawem kolejne wybory. Powiedziała mi moja sąsiadka Melania Jasnowidząca, że „broda” nie weźmie udziału w wyścigu do fotela burmistrza. Wybrany zostanie nowy „obiecajda”.
– Ale heca, ale numer. W takim razie, o ile nawet ten obecny rozpocznie budowę tuneli i kładek, to nie on będzie je kończył. Kłopoty z kasą, komunikacyjne zawirowania, klęcie mieszkańców spadną na innych. Niezły pasztet zostawi następcy – wyrwał się Hipolit.
– Bingo przyjacielu – wsparł go Marian. Wiesz, życzę mu i jego następcy, żeby się z tymi inwestycjami zmierzyli i wyszli zwycięsko. Ale powtarzam, że jestem niedowiarkiem i nie uwierzę, aż pierwsza łopata nie zostanie wbita w ziemię i ruszy budowa. Dalej, o ile tak się stanie, to na pierwsze namacalne efekty. Moje zdanie ulegnie zmianie, gdy po raz pierwszy pokonam dołem lub górą dotychczasowe zawalidrogi.
– A jeżeli im się to uda – zapytał Hipolit.
– Tak jak ci wcześniej mówiłem nie uwierzę, aż nie dotknę tuneli. Po tym, muszę usłyszeć słowa przecinających wstęgę, bo bez tej ceremonii się otwarcie nie obędzie, że przepraszają mieszkańców za lata udręki i że koniec wieńczy dzieło.
– Przyjacielu, ale oni mówią, że do lat dwudziestych tego wieku będzie koniec inwestycji – nieśmiało odezwał się Hipolit.
– Znasz powiedzenie – „między ustami, a brzegiem pucharu” – zapytał Marian.
– Znam i wiem, co znaczy. Pozornie łatwa czynność może stać się czymś bardzo trudnym lub nie do wykonania – na skróty tłumaczył Hipolit.
– Masz rację kolego. Pożyjemy, zobaczymy! – rzekł Marian i podał rękę na pożegnanie Hipolitowi.
Seweryn Kaczmarek

Osiemnaście pijackich dołków
– Wielu ludzi pasjonuje się elitarną, ich zdaniem, pewną dyscypliną sportu. Sądzę jednak, a nawet jestem pewien, że tak naprawdę nigdy taką grą nie była. Mało tego, grali w nią osobnicy ze skłonnościami, a nawet słabościami. Czy może wiesz, o czym ja do ciebie mówię? – na koniec swojej wypowiedzi Marian Lichy zdał pytanie Hipolitowi Mizerce. Przez chwilę przyjaciel myślał po czym oddał pytanie
– A gdzie grali i czy na bejmy ?
– Już kombinujesz, już krążysz, jak taki szczurek. Jeżeli nie wiesz, to główkuj – ironizował Marian.
– Zakładam, że może to być: brydż, poker, kanasta ewentualnie tenis. Powiem ci jednak, że ty o żadnej z tych gier nie masz zielonego pojęcia – prowokacyjnie odparł Hipolit.
Kumpel ze złości poczerwieniał na twarzy i odpalił:
-Ty małpi ogonie, ty kaczy zadzie, nie przeciągaj struny. Z tych, co wymieniłeś we wszystkie potrafię grać. Znam zasady, choć nie praktykuję.
– Oho, nie praktykuję! To brzmi, jak wyznanie pseudo ateisty – Hipolit próbował czepiać się słów Mariana. Ten jednak, ani myślał mu odpuścić.
– Nie obcyndalaj się i rusz zakutym łbem. Zapewniam cię, że dyscyplina ta jest ci dobrze znana – zachęcał Marian.
– Bądź kumplem i podrzuć mi kilka wskazówek. Z czym to się je – żartobliwie podpytywał Hipolit.
– Przestrzeń, dziura w ziemi i jeszcze coś – niechętnie podpowiadał Marian.
– To już wiem – wyrwał się Hipolit. To jest – jak amen w pacierzu – gra w dołka.
– Aleś wypalił! Aleś wykombinował! Nic, tylko się pochlastać. Powiem ci – tłumaczył Marian, że i owszem przed laty dołek był popularny. Grało się w niego dosłownie wszędzie i to na bejmy. Z upływem lat zniknął i mało już, kto go pamięta. Wiem, że nie zgadniesz, o jaką dyscyplinę cię pytam, dlatego od razu powiem ci, że miałem na myśli golfa.
– Samochód, czy taki sweter – wyrwał się Hipolit.
Dużo nie brakowało, aby pożałował swojego niewyparzonego jęzora.
– Nic tylko walnąć cię w ten twój pusty sagan. Przecież ty, z tymi swoimi skojarzeniami, myłbyś człowieka wpędzić w czarną rozpacz. Ja miałem na myśli taką grę o nazwie golf – irytował się Marian. Dodam ci, że rozgrywany jest na trawiastym podłożu, o różnicowanym położeniu do osiemnastu dołków. Używa się do tego specjalnych kijów.
– Wyobraź sobie, że ja od początku wiedziałem, o co ci chodzi – śmiejąc się mówił Hipolit. Nie lubię tej dyscypliny. Nic ciekawego w niej nie widzę. Niby uderzają piłeczkę i trafiają do dziury, ale emocji nie ma.
– Tu jesteśmy zgodni – wszedł w zdanie kumplowi Marian. Pozwól jednak, że przybliżę ci historię tej dyscypliny i jej zasady. Tak dokładnie nie wiadomo, kto golfa wymyślił, choć Anglicy i Szkoci przypisują ją sobie. Niektórzy twierdzą, że znana była już we wczesnym średniowieczu. Gra się w niego kijem uderzając piłeczkę. Wygrywa ten, kto w najkrótszym czasie pokona osiemnaście dołków.
– Skończ, bo niedobrze mi się robi. Miało być coś ciekawego, a tym nawijasz makaron na uszy – wtrącił Hipolit.
– Obiecałem, że będzie coś ekstra i słowa dotrzymam – nie dawał się Marian. Gra ta z początku niespecjalnie przypadła mężczyznom do gustu. Za wszelką cenę trzeba było ją uatrakcyjnić, a tym samym zarazić innych. Ktoś wpadł na pomysł, aby przy każdym dołku był kielich wódki (whisky). Ten, kto trafił wychylał zawartość i grał dalej.
– Osiemnaście dołków po pięćdziesiąt gram, to daje około jednego litra na łeb – głośno liczył Hipolit. Przecież po takiej ilości mało, kto trzymał się na nogach.
– Dokładnie tak, jak mówisz. Grając codziennie, przy dobrej skuteczności, można było wpędzić się w alkoholizm. Sport dla pijaków – tak mówiono wtedy na golfa. Musisz wiedzieć, że wokół tej dyscypliny funkcjonował interes. Produkowano sprzęt: stroje, buty, kije, torby i wózki do przemieszczania się. Te ostatnie już na początku przydawały się do odwożenia do chaty upitych graczy. Dalej powstawały pola golfowe wraz z zapleczem. Oczywiście musiał być bar z dobrym zaopatrzeniem. Nie mogło zabraknąć trunków oraz innych napojów.
– Ty wiesz Maryś, że ten golf zaczął mi się podobać coraz bardziej. Zainteresowanie tą dyscypliną rośnie wprost proporcjonalnie do tego, jak mi o nim mówisz – z wypiekami na twarzy nakręcał się Hipolit.
– Hola, hola przyjacielu! Nie dla psa kiełbasa. Pozwól, że ci coś powiem na ten temat –tłumaczył Marian. Musisz wiedzieć, że w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie ma terenów do golfa. Zakładam, że może jeden lub dwa szukając ze świecą, by się znalazły w Wielkopolsce. Wiedz i to przyjmij do swojej mózgownicy, że tam, gdzie być może są, nie ma wstępu dla takich, jak ty i ja. Powiem, ci jednak, że i to cię powinno uspokoić, że przy dołkach nie ma już kieliszków z gorzałą. Amatorzy, latania z kijami po łące grają na punkty i często o dużą kasę. Zrobili z tego snobistyczną, wymagają dużych środków, rozrywkę.
Podczas mówienia obserwował kumpls bacznie. Było widać, że wzbiera w nim złość.
– Wycofuję to, co przed chwilą powiedziałem- wybuchnął Hipolit. Nie lubię golfa w tej nowej wersji. Owszem tamtego sprzed lat, gdy nie było pracy, a przy okazji w miłym towarzystwie się wypiło, uprawiłbym namiętnie.
– Oho zaczynasz filozofować mój przyjacielu – stopował go Marian. Każdy ma taką dyscyplinę, na którą go stać. Zrozum też, że my mamy swojego kopa, tysiąca i zapomnianego dołka. Po co nam sięgać gdzieś, po udziwnione dyscypliny. Skoro wspomniałeś o namiętności, to my mamy ją do browarków i rozmowach o „życi Maryni”. Nie zmieniajmy tradycji, przyzwyczajeń i swoich pasji.
– No to może skoczymy na browara – niespodzianie dodał.
– Nie widzę przeszkód – odparł Hipolit i kumple ruszyli w stronę ulubionej piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Jak się da, czyli opaczne znaczenia
– Pewnie nie uwierzysz, że są takie zwroty i gesty, które potrafią wbić człowieka w zdziwienie, a nawet wywołać konsternację – tak tym razem Hipolit Mizerka zwrócił się do Mariana Lichego.
– Czy możesz mi przybliżyć, o co ci biega? Z tego, co mogę zrozumieć, to masz problem, z którym przyszedłeś do mądrzejszego – chełpliwie rzekł kumpel.
– Jakoś nie mam ochoty na swary z tobą. Od razu więc ci mówię, że chodzi o zwrot „jak się da”. I w tej kwestii kilka przykładów: „Jak się da, rób wszystko, aby nie iść do szpitala”, „Jak się da, to pójdziesz do szpitala.” Inną jest kwestią, czy i ile się da – spokojnie mówił Hipolit.
– To nie jest takie całkiem głupie – odparł Marian. Mój kuzyn Mietek Pyrkacz wszem i wobec mówił, że on wytrzymuje, ile się tylko da. Łeb chłopisko miał mocne, to dawał radę trzem flaszkom. W aucie tak gazował, że pruł, ile się dało, lub jak wolisz, ile fabryka dała. Drugi z moich kuzynów Witas Cykaj miał powiedzenie „w razie, czego”. Z tym powiedzonkiem, to robiłem sobie z niego jaja. Jak on tyko odezwał się „w razie, czego” dodawałem „ja na niego, jak ty na mnie, to ja w skok”. Z początku się na mnie wkurzał. Po jakimś czasie przyzwyczaił się do moich wtrąceń.
– Wiedziałem, że z tobą na poważne tematy nie można rozmawiać – ostro rzekł Hipolit. Skoro jednak chcesz, to przejdę na twój ton narracji.
– O Jezu! – jęknął Marian. Skąd u ciebie takie słowa. Czy ty może coś piłeś lub wypaliłeś, co zmąciło ci umysł. Wracając do wywołanego przez ciebie tematu, sam wiesz, że „jak się da” funkcjonuje od niepamiętnych czasów. Pamiętasz, jak czegoś nie można było kupić, to ten zwrot otwierał drzwi do fachowca, lekarza, urzędnika itd. W głowie też nieźle mieszało słowo „prowadzenie”. Często dotyczyło to ludzi i pojazdów. „Ta” ale się fatalnie prowadzi, mówiło się o kobiecie „nielekkich obyczajów”, która wyzywająco rzucała dupskiem. Z kolei o dobrym samochodzie rozpływano się w zachwytach. Cacko, ale pięknie się prowadzi. „W razie, czego” nie będę omawiał, bo zapewne je znasz.
– Cz ty wiesz, że gesty też mogą nieźle skomplikować życie?– przerwał kumplowi Hipolit zmieniając temat.
– Chyba nie masz na myśli pokazanie środkowego palca? – śmiejąc się rzekł Marian. Powiem, ci, że dzieci i młodzież zaczęli stosować ten gest w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wielu rodziców nie wiedziało, co on oznacza. Sądzili, że ich pociechy w ten sposób wyrażają wdzięczność, lub, że ich pozdrawiają. Jeden taki Teodor Wycior, jak dowiedział od kumpli, co mu córka Celinka pokazywała, to o mało nie padł na glebę. Odgrażał się, że on tej gówniarze pokaże. Nie pokazał, bo w domu rządziła jego małżonka Rządziła Helena, nazywana Heksą, więc on na dyscyplinowanie dzieci miał szlaban.
– Nie! Nie o ten gest mi chodzi – przerwał Hipolit. Mam na myśli kiwanie głową na tak lub nie.
– Przecież to proste, jak drut. Kiwanie głową góra – dół oznacza tak, a kręcenie na boki nie – wyrwał się Marian.
– W Polsce tak jest, ale nie wszędzie – rzekł Hipolit.
– Chyba na innej planecie – ponownie nie wytrzymał Marian.
– Otóż nie i zaraz ci to wyjaśnię – mówił Hipolit. Dla przykładu w Bułgarii gest na ni,e oznacza tak. Oni sami dokładnie nie wiedzą, od kiedy i dlaczego tak u nich jest.
– Skąd ty to wiesz, ty Mizeraku? – lekko zły na kumpla naskoczył Marian.
– Nie denerwuj się przyjacielu i nie próbuj mnie obrażać – tłumaczył Hipolit. Powiem ci, że warto to wiedzieć. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie się znajdziesz. Uwierz, że nieznajomość kultury i obyczajów może drogo kosztować i możesz się sporutować.
– Do rzeczy! Do rzeczy kolego – przewał mu Marian.
– Już, już nie denerwuj się przyjacielu – kontynuował Hipolit. Chłopak z Bączy – Dezydery Miętus – studiował w Poznaniu. Poznał tam Bułgarkę Stefkę Biustową. Wpadli sobie w oko i zakochali się. Dziewczyna obroniła pracę i wyjechała do swojego kraju. Wcześniej dali sobie słowo. Zaledwie tydzień po jej wyjeździe przyszło zaproszenie. Wsiadł w pociąg i po kilkunastu godzinach był na dworcu w Sofii. Radosny wyskoczył z wagonu i mocno ucałował dziewczynę. Udali się do jej domu. Dyziu miał przygotowany plan działania. Postanowił, że zaraz po przywitaniu poprosi jej rodziców o rękę i po chwili zapyta Stefkę, czy przyjmie pierścionek zaręczynowy. Dokładnie też tak zrobił. To, co się stało wprawiło go w osłupienie i rozpacz. Na pytanie, czy zgadzają się oddać mu córkę za żonę zobaczył, że poczciwi ludzie pokręcili przecząco głowami. O mało nie zemdlał z wrażenia. Zwrócił się do Stefki, czy przyjmie pierścionek zaręczynowy. Ona także wzruszona pokiwała przecząco głową. Młodzieniec zakrył dłońmi twarz i się rozbeczał. Chciał wyjść, ale dziewczyna go zatrzymała. Zrozumiała, że Dyziu nie wie, co się stało. Przytuliła go i wyjaśniła, że u nich zaprzeczenie jest akceptacją na tak. Zrozum kochany, że moi rodzice i ja wyrażamy zgodę na twoje oświadczyny – szybko mu wytłumaczyła. Dyziu promieniał z radości. Kolejno wszystkich ucałował. Po kilku miesiącach odbyło się huczne wesele. Ja tam byłem miód i wini piłem.
– Nie przesadzaj Hipciu – przerwał mu Marian. Na weselu nie byłeś, bo zapewne odbyło się w Bułgarii. Ponadto ty nawet nie wiesz, gdzie ten kraj leży, że o ich kulturze i obyczajach nie wspomnę.
– Ja ci nie mówiłem, że tam byłem. Przyjmij do wiadomości, że wielka impreza, jak uzgodniły obydwie rodziny, odbyła się w kraju nad Wisłą w Palędziu w Zajeździe „Pod pierzyną” – niezrażony tłumaczył Hipolit.
– Ale pościemniałeś, ale nawciskałeś! – nie wytrzymał Marian.
– „Dajmy na to”, że w przewadze jest to prawda. Na koniec, jak się zorientowałeś użyłem kolejnego zwrotu, który można na różne sposoby wykorzystywać – rzekł Hipolit.
– Z tym się zgadzam – odparł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Gościnność na dystans
– Posłuchaj kolego – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Zanim kogoś zaprosisz do domu zastanów się kilka razy. Konsekwencje nierozważnego kroku mogą być brzemienne w skutkach. Wiem coś o tym, bo kilka razy to przerabiałem. Wiedz, że uprzejmość i gościnność powinna być, ale bez przesady, czyli umiarkowana. Najgorsze jest to, że niekiedy nie masz wpływu osobę, która zostanie do twojej chaty zaproszona.
– A tobie, co się znowu stało? Kogo wpuściłeś pod swój dach, że żółć ci się ulewa? – rzekł Hipolit.
– Posłuchaj uważnie, to zrozumiesz – zaczął Marian. Gdy byłem mały, w letnie, świąteczne popołudnie mieliśmy z rodzicami i siostrą jechać rowerami do brata na wioskę. Bardzo cieszyłem się na tę wycieczkę. Po raz pierwszy miałem jechać swoim jednośladem. Przez kilka dni pucowałem go szmatką tak, że dosłownie błyszczał. W niedzielę zjedliśmy obiad i szykowaliśmy się do wyjazdu. Nagle na podwórze rowerem wjechał Walenty Rympał. Miał on potężny nochal, dlatego też przezywałem go „tukanem”. Był kuzynem mamy z drugiego lęgu, czyli siódma woda po kisielu. Pojawiał się, jak grom z jasnego nieba, raz do roku. Zawsze oczywiście w nieodpowiednim czasie. Rozsiadał się na krześle i zaczynał te swoje „pierdalamento”. A to, a tamto, a wiecie, według mnie, aha jeszcze to! I tak smęcił. Mógł tak długo, a nawet bardzo długo. Tym razem jednak nie zamierzałem dalekiego krewniaka tolerować. Zacząłem głośno pytać rodziców, kiedy jedziemy. Mama rzekła, że mamy gościa. Byłem nachalny do tego stopnia, że matula groźnie na mnie spojrzała. Walek nawet nie przypuszczał, jak jest niemile postrzegany. Do trzeciej po południ ględził. Trzy razy zbierał się do wyjścia i siadał z powrotem na „rzyci”. Gdy wreszcie wylazł, mama oświadczyła, że jest zbyt późno i że nie pojedziemy. Byłem zły, ale nie tak do końca. Przewidując, że Walek zmarnuje mi wyjazd wyszedłem na podwórek i podłożyłem mu pluskiewkę pod oponę. Ten, gdy wsiadł na rower po chwili już stał. W kole nie miał powietrza. Wrzeszczy z podwórza, że popsuł mu się rower. Ojciec wyszedł do niego i zobaczył, że krewniak ma „laczka”. Wyobraź sobie, że ten, ani myślał, aby zabrać się za naprawę. Myślałem, że padnę, jak zwrócił się do mojej mamy, że nie pojedzie i prześpi się u nas. W poniedziałek sąsiad przyjedzie na targ, to w drodze powrotnej miał go zabrać. Perspektywa wielu godzin z nudziarzem Walkiem była nie do przyjęcia z moje strony. Szepnąłem ojcu na ucho, by wziął dętkę od mojego roweru i mu założył. Zaraz po tych słowach się rozbeczałem. Ojciec widocznie też miał Walka dość, bo natychmiast zabrał się do naprawy. Dętkę jednak wziął ze swojego koła, a moje koło oszczędził. Gdy tylko skończył, pod pretekstem próbnej jazdy wsadził krewniaka na rower i wypchnął go z podwórza. Natychmiast za nim zamknął furtkę. Po chwili spojrzał na mnie i rzekł – to ty przebiłeś mu dętkę. Przez łzy od razu się przyznałem. Ojciec nawet nie podniósł głosu. Cicho rzekł, aby mama nie ususzała. Wiedz, że ja też myślałem, jak się pozbyć rodzinnej pierdoły.
– Pamiętasz jak przywędrowałem do miasta – znienacka z pytaniem wyskoczył Hipolit.
– Doskonale, wiem, jakie temu towarzyszyły okoliczności. Pół osiedla leżało ze śmiechu, jak zobaczyli furmankę zaprzężoną w konie, a do tego wyładowaną gratami i sprzętem. Było tego tak dużo, że niektórzy myśleli, że całą wiochę ze sobą wleczesz – odparł Marian.
– Wiem, że odstawiłem wiochę, ale to nie jest przedmiotem tego, co chcę ci o gościnności powiedzieć – natychmiast zaczął tłumaczyć Hipolit. Wypadało się jakoś wkupić w łaski nowych sąsiadów. Z tobą to już na „dzień dobry” się poznałem. Wymusiłeś na mnie alkohol i upiłeś mnie, aż do „urwania filmu”.
– Z tego, co wiem, to sam tak łapczywie pochłaniałeś gorzałę, że padłeś i musiałem cie znieść do chaty. Trochę trwało zanim trafiłem pod twój nowy adres. Nie ma co, twoja połowica mordą podziękowała za moje poświęcenie – natarł na kumpla Marian.
– Pozwól, że ci powiem, do czego zmierzam – nie dawał się zbić z tropu Hipolit. W miarę szybko ogarnęliśmy nowe mieszkanie. Moja żoneczka nie wiedziała, kogo na pierwszą parapetówkę zaprosić. Ciebie z wiadomego względu skreśliła od razu. Po tygodniu wreszcie mówi „Zaprosiłam Cecylię i Onufrego Bąkojadów”. Wtrąciłem jej, że powinna od razu jeszcze wziąć Cielebąków i miałaby całą menażerię. Moja, jak to moja, sama podjęła decyzję oświadczając, że zaprosiła kulturalnych ludzi i nie zamierzała niczego zmieniać. Próbowałem jej podpowiedzieć,żze powinna do kompletu wziąć jeszcze tych ze sztuki i byłyby cały osiedlowy intelekt. Nie wiem, czym się Kudzia kierowała stawiając na tych, bąków”, bo mi oni od początku nie przypadli do gustu. Niby nieźle ubrani, grzeczni, ale na lisich pyskach była wypisana u nich jakaś przebiegłość i chytrość. Nieśmiało sugerowałem, że może lepiej zaprosić sąsiadkę Dzidkę Posuń spod „siódemki”, bo taka sympatyczna, a do tego samotna. Ty wiesz jak dała mi do wiwatu. Tę cycatą lafiryndę, ty „zboku”! – krzyczałą. Dodała, abym zapomniał.
– Oh Dzidka, laseczka palce lizać. Też za nią oberwałem od mojej małżonki – odezwał się Marian.
– A wiec tak – kontynuował Hipolit. W sobotę „Bąki” przyszły, a raczej wleciały do naszego mieszkania. Ręce opadały na sam ich widok. Od drzwi rzekli, że przynieścli mały upominek i wręczyli nam szampana. O Boże pomyślałem, gdy spojrzałem na butelką „ruskiego gazowanego napoju”. Był bez wątpienia jeszcze z lat sześćdziesiątych. Drucik trzymający korek był nieźle przerdzewiały. Postawiliśmy flaszkę i tego ich szampana. Gdy tylko alkohol uderzył do głowy, to nasi intelektualiści dostali małpiego rozumu. Na przemian chwali się i wymądrzali. Wreszcie zaczęli nam radzić, a dalej pouczać. Moja postawiła kolację sądząc, że sąsiedzi zjedzą i się wyniosą. Minęła północ, a ci ani myśleli o odejściu. Włączyli tupet mówiąc, że może byśmy jeszcze coś mocnego postawili. Wkurzony, niby żartem odparłem, że postawię jak się im przewróci. Kundzia podchwyciła ironię i dodała, że jej znajmy, gdy była późna pora, to tak niby żartem mówił, że chmurzy się i nie ma, jak za pogody być w domu. Ty myślisz, że zrozumieli aluzję? Gdzie tam! Udawali „niekumatych”. Siedzieli i ględzili do drugiej. Dopiero, jak zauważyli, że zaczynamy przy stole „kimać” wstali i wyszli. W drzwiach niezbyt uprzejmie bąknęli, że o terminie rewizyty nas poinformują. Moja odparł, że nie trzeba, na co usłyszeliśmy – jak uważacie.
– Rozumem, że nie byliście u nich nigdy – wtrącił Marian.
– Oczywiście, że nie, bo Bąkojady zapomnieli o nas zaraz po tym, jak zamknęli drzwi. Powiem ci przyjacielu, że gościnność i serdeczność być powinna, ale mocno umiarkowana i najlepiej na dystans – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Obiecanki, cacanki?!
– Nie wiem, czy wiesz lub może słyszałeś, że jak ktoś obiecuje, że zrobi coś wielkiego wbrew zdrowej logice i finansom, to kwituje się to powiedzeniem, że prędzej kaktus na ręce wyrośnie, niż on to zrobi. Wobec takich osobników jestem nieufny. Niedowiarkiem jestem i nic na to nie poradzę. Jak nie zobaczę i nie dotknę, to nie uwierzę – takim przydługim wstępem Marian Lichy rozpoczął spotkanie z Hipolitem Mizerką.
– Poczekaj, poczekaj – rzekł kumpel – kiedyś to już słyszałem od ciebie. Już wiem było to przy okazji budowy sali w mieście nad Obrą – dodał.
– No, no Hipciu zaskoczyłeś mnie pamięcią – natychmiast zareagował Marian. Faktycznie jedna rządząca ekipa Jędrzeja Stękacza, przed laty w mieście obiecała, że wybuduje nową salę sportową. Pamiętam w KL napisali, że jak zrealizują tę inwestycję, to autorowi tego tekstu kaktus na ręce wyrośnie.
– I co i co – dopytywał Hipolit.
– Ekipa Stękacza słowa nie dotrzymała, bo nie zdobyli kasy na inwestycję. Ogromnie narazili się ludziom i przegrali wybory. Dopiero następny wybrany „gospodarz” Baltazar Turkuć sprężył się i spokojnie wybudował salę. Sam kapujesz, że kaktus w redakcji nikomu nie urósł – tłumaczył Marian.
– Takie „gajdy-obiecajdy” były, są i będą. Powiedz mi jednak, jaki ma się związek twoje niedowiarstwo z wywołanym tematem? – zadał pytanie Hipolit.
– Ma i to wiele, o czym cię przekonam w kilku zdaniach – rzekł Marian. W mieście nad Obrą jest kilka węzłów gordyjskich. Od lat z różnych względów nie potrafił ich nikt rozwiązać. Zmieniali się „włodarze”, a problemy były, są i zapew3ne jeszcze długo będą.
– Możesz mówić przyjacielu jaśniej, bo nic nie kumam – przerwał Hipolit.
– Zapomniałem, że ty jesteś flancowanym kościaniakiem – ironicznie tłumaczył Marian. Niektóre tematy od początku cię nie dotyczyły. Wdepnąłeś w nie jakiś czas temu i tego musisz być świadomy. Mam na myśli wiadukty w mieście. Ty znasz jedynie ten koło Wesołego Miasteczka i krzywe rondo przy ulivy Poznańskiej. Największa zmora pieszo – zmotoryzowana tkwi jednak od lat na przejeździe koło „skarbówki”. Podczas przejazdu pociągu, gdy zamknięte są bariery tworzą się kilometrowe kolejki przejazdów. Stoją tam też piesi i klną na równi ze zmotoryzowanymi. Czterdzieści lat temu zakłady „chemiczne” podjęli temat pobudowania kładki nad torami. Chcieli ulżyć pieszym, rowerzystom i matkom z dziećmi. Przez zamknięte bariery pracownicy spóźniali się do roboty. Pomysł upadł, bo kolejarze uparli się, aby wiadukt miał ponad sześć metrów wysokości. Koszty były tak duże, że „chemiczne” same nie udźwignęłyby finansowo tej inwestycji i się wycofały.
Przez kolejne lata tylko mówiło się o wiadukcie. Było tak zawsze przed wyborami. Kandydaci grali wiaduktami i przejściami, aby pozyskać głosy. Gdy wygrali o obietnicach zapominali. Nie zawracali sobie głowy tematami, które zmusiłoby ich do ogromnego wysiłku i użycia mózgu.
Nic więc niewiele na przestrzeni lat się zmieniło w tej materii. Rzekomo w międzyczasie nieśmiałe rozmowy trwały i były jakiś rzucane obietnice, ale bez pokrycia. Kiedyś to nawet chcieli budować kładkę przez teren koło dawnej „cukrowni”, ale był to poroniony plan, nazwany „mirażem”. Pomysł szybko upadł. Tak, więc tasiemcowe kolejki, jak stały, tak stoją z jednej strony do Śmigielskiej, a z drugiej do Gostyńskiej.
– Z tego, co się orientuję – przerwał kumplowi Hipolit – to całkiem niedawno zaświtał promyk nadziei. Wkrótce rozpocznie się kapitalny remont torów i przy tej okazji powstaną tunele, wiadukty i przyjścia. W czym więc tkwi powód twojego problemu?!.
– Pozwól, że ci przybliżę mój punkt widzenia w tej kwestii – zaczął Marian. W mieście od kilku kadencji rządzi Maikel Broda. Nie będę się silił na ocenę jego efektów. Za rok kolejne wybory. Powiedziała mi moja sąsiadka Melania Jasnowidząca, że „broda” nie weźmie udziału w wyścigu do fotela burmistrza. Wiesz, że wielu tak mówiło, a potem dodawali, że nie chcą, ale muszą.
– Ale heca, ale numer! W takim razie o ile nawet rozpocznie budowę tuneli i kładek, to on nie będzie ich kończył. Kłopoty z kasą, komunikacyjne zawirowania, klęcie mieszkańców zwali na innych. Niezły pasztet zostawi następcy – wyrwał się Hipolit.
– Bingo przyjacielu! – wsparł go Marian. Wiesz życzę mu i jego następcy, żeby się z tymi inwestycjami zmierzyli i wyszli zwycięsko. Ale powtarzam, że jestem niedowiarkiem i nie uwierzę, aż pierwsza łopata nie zostanie wbita w ziemię i ruszy budowa. Potem będę czekł na pierwsze namacalne efekty. Moje zdanie ulegnie zmianie, gdy po raz pierwszy pokonam dołem lub górą dotychczasowe zawalidrogi.
– A jeżeli im się to uda? – zapytał Hipolit.
– Tak, jak ci wcześniej mówiłem, nie uwierzę, aż nie dotknę tuneli. Cgcę usłyszeć słowa przecinających wstęgę, bo bez tej ceremonii się otwarcie nie obędzie. Chcę też usłyszeć, że przepraszają mieszkańców za lata udręki i że koniec wieńczy dzieło.
– Przyjacielu, ale oni mówią, że do lat dwudziestych tego wieku będzie koniec inwestycji – nieśmiało odezwał się Hipolit.
– Znasz powiedzenie – „Między ustami, a brzegiem pucharu?” – zapytał Marian.
– Znam i wiem, co znaczy. Pozornie łatwa czynność może stać się czymś bardzo trudnym lub nie do wykonania – na skróty tłumaczył Hipolit.
– Masz rację kolego. Pożyjemy, zobaczymy! – rzekł Marian i podał rękę na pożegnanie Hipolitowi.
Seweryn Kaczmarek

Gacie w garści, portki na kolanach
– Lepszy wróbel w garści, niż gołębi sto na dachu – rzekł Marian i uważnie spojrzał na Hipolita Mizerkę. Ten drugi nie zwlekając odparł:
– A tobie, co się stało? Upał ci walnoł w dekiel, bo ględzisz coś o wróblu, garści, gołębiu i dachu?
– Tak sobie myślę po twojej reakcji, że z wysoką temperaturą to ty sobie nie radzisz. Masz spowolniony tok rozumowania. Sądzę nawet, że twój mózg się zagotował. Użyłem tego porzekadła, ponieważ chciałem opowiedzieć ci, co mi się niedawno przytrafiło. Skoro nie jarzysz, to twoja strata – mówił Marian. Znał doskonale kumpla i wiedział, że ten nie wytrzyma i będzie go prosił, aby mu powiedział o swojej przygodzie. Dokładnie tak było jak pomyślał. Bez chwili wahania Hipolit rzekł:
– Przepraszam cię przyjacielu za moje wcześniejsze uwagi. Proszę ci, bo umieram z ciekawości, co to ci się przydarzyło?
– Już ci nawijam – powiedział Marian i zaczął Idę ja sobie ulicą Poznańską i nagle czuję trzaśnięcie i portki spadły mi z dupska. Aha pomyślałem pękł mi pasek od spodni i „dżinsy” znalazły się na wysokości kolan. Jak na ironię naprzeciwko szły dwie moje znajome sprzed kilku lat. Lata mijają, a one ciągle laski do tańca i nie tylko.
– Nie rozpraszaj się, tylko mów dalej – upomniał kumpla Hipolit.
– Babki, jak zobaczyły mnie bez porów, tylko w gaciach wybuchły śmiechem – kontynuował Marian. Uważaj na „ptaszka”, aby ci nie odleciał, nabijały się ze mnie. Wstyd zastąpiła złość i odpaliłem im, że jak chcą przypomnieć sobie, jak w młodości przerabialiśmy w pokoju „ornitologię”, to zapraszam kolejno wieczorem. Możecie przyjść razem, też dam radę. Znały mnie, bo to i owo wieczorami robiliśmy. Na tamto wspomnienie spłoniły się, jak nastolatki i czym prędzej odeszły. Biedny ja podciągnąłem portki i gorączkowo myślałem, jak sobie z nim poradzić, bo się nadal osuwały. Pomyślałem, że trzeba w trybie pilnym gdzieś kupić, albo nowy pasek, albo szelki.
– A nie miałeś pod ręką „zicherki”? – dopytwał Hipolit.
– Nie wiem, o czym mówisz, ale o to cię za chwilę zapytam – nie dawał się zbić z tropu Marian. Po kilkudziesięciu metrach dostrzegłem pawilon prowadzony przez „azjatów”. W swojej ofercie mieli też paski. Wszedłem do środka i wybrałem sobie – w miarę ciekawy pasek – z krokodylowym wzorkiem. Dziurki pasowały do obwodu mojego pasa, więc zapłaciłem skośnookiemu kasjerowi piętnaście złociszy i ruszyłem do domu. Moja radość trwała dosłownie pięć minut. Podczas marszu pasek się poluzował i musiałem dopiąć go na ostatnią dziurkę Znów pomogło na kilkanaście minut i portki zaczęły się zsuwać. Jakoś udało mi się panować nad dolną częścią odzieży. W domu wybijakiem dorobiłem dwa dodatkowe otwory. Wyobraź sobie, że wystarczyło to na kilka dni. Znów wykorzystałem wszystkie dziurki. Pomyślałem, że jak tak dalej pójdzie i pasek będzie się rozciągał to w końcu owinę się nim dookoła. Miałem nadzieję i nadal mam, że do tego nie dojdzie. Ale, ale kolego przed chwilą wspomniałeś coś o „zicherce”.
– Ślązacy tak mówią na agrafkę. Szkoda, że nie miałeś jej, bo byś nie musiał latać za paskiem, a przedtem się nie sporutowałeś. Posłuchaj fragmentu piosenki kabareciarza Bercika, to łatwiej skumasz. -„ Bo jo jadę moplikiem na szychta. Na głowie mom gogle Carrera, a zicherką spięte galoty” – tłumaczył Hipolit.
– Masz rację, że agrafka załatwiłaby sprawę. Jestem wnerwiony, bo w domu mam kilka skórzanych super pasków, znacznie lepszych od tego, co kupiłem – odparł Marian.
– Wiesz co, ja też przypomniałem sobie przygodę znad jeziora – odezwał się Hipolit. Nie czekając na akceptację kumpla zaczął. Jak tego lata zaczęły się upały pojechałem z Kundzią nad jezioro. Nie ukrywam, że moja samodzielnie podjęła tę decyzję, a ja musiałem się dostosować. Gdy dotarliśmy na miejsce natychmiast poszliśmy nad wodę. Ja specjalnie nie garnąłem się do wejścia w jezioro, ponieważ pływak ze mnie marny. Moja natomiast z rozanieloną miną brodziła w wodzie. Po jej minie było widać, że odczuwa ulgę po odmaczanych odciskach.
– A przypadkiem ryby brzuchami do góry nie wypływały od zapachu jej stóp? – wyrwał się Marian.
– Chceż widzieć, co było dalej, czy cię to nie interesuje? – odciął się Hipolit. Ponownie nie czekając na przyzwolenie kumpla mówił dalej:
– Krótko po nas na plaże wtoczył się Waldek Patan. Wyglądał tak, jak się nazywał. Potężne chłopisko, ubrany w kąpielówki typu gacie wielkie, jak namiot, szedł po piaski w stronę wody. Nagle pod nogi spadła mu piłka od siatkówki i chciał ją odrzucić. Schylił się i pękła mu guma od gaci. Zdążył tylko jedną ręką złapać „ptaszka” w rękę, a drugą podnieść „kąpielówki” z kostek. Plaża ryknęła śmiechem. Facet z wielkim brzuszyskiem i białym, gołym dupskiem stał i nie wiedział, co zrobić. Po chwili udało mu się podciągnąć galoty i złapać je w garść na brzuchu. Może udałoby mu się wybrnąć z tej sytuacji, gdyby nie osa. Owad uciął go boleśnie w plecy. Wrzasnął i puścił gacie, który spadły mu na kostki. Ludziska ponownie ryknęli śmiechem. Matki same bezwstydnie spoglądały, ale dzieciom zasłaniały oczy. Spanikowany Waldek podjął – jego zdaniem – najlepszą decyzję i pędem skoczył do jeziora. Po drodze zgubił gacie. Stojąc po szyję w wodzie na chwilę poczuł ulgę. Mniej bolało go ugryzione przez osę ramię, ale ciągle był pod obstrzałem plażowiczów. Powoli przemieszczał się w stronę pomostu. Przy jednym z pali zauważył wiaderko takie, jakie używają rybacy do zanęty. Szybko zakrył sobie podbrzusze i ruszył w stronę leżących na brzegu kąpielówek. Zdziwił się, że ludziska znów na niego się gapią, śmieją się i pokazują palcami. Nie zważając na nich doskoczył do swoich galotów, podniósł je i ponownie wskoczył do wody. Po szamotaninie udało mu się kąpielówki założyć, złapać w garść i ku uciesze plażowiczów wyjść na brzeg.
– Poczekaj przyjacielu, bo czegoś nie kumam – przerwał Marian i zapytał. Skoro zakrył się wiadrem idąc po kąpielówki to, z czego się ludzie śmiali.
– Jak to, z czego? – powtórzył Hipolit. Wiadro, którym się zasłonił było bez dna i cały interes miał na wierzchu.
– Ale, jaj, ale jaja! – zanosił się od śmiechu Marian.
– Je też było widać – dodał na zakończenie Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Wakacje nie tylko z krówkami
– Pamiętam jak wracałem ze szkoły ze świadectwem, po zakończeniu kolejnej klasy i bez względu na komentarze moich rodziców po obejrzeniu cenzurki, natychmiast zapominałem o „budzie. Przez ponad dwa miesiące ferii robiłem w przewadze, co chciałem – po tym krótkim wstępie Marian Lichy na chwilę zamilkł. Jego kumpel Hipolit Mizerka tylko na to czekał i rzekł:
– Co to znaczy w przewadze?
– No, wiesz – zaczął się tłumaczyć Marian. Dobrze wiesz, że ja jestem z miasta i specjalnie od dzieciaka niewiele do moich obowiązków należało.
– Bujasz jak z nut – wtrącił Hipolit. Pozwól, że ci przypomnę tylko niektóre z nich: rwanie trawy do królików, zbieranie stonki w pyrach, zrywanie porzeczki i wiśni, wnoszenie węgla do szopy, zamiatanie i grabienia podwórza – ironia w głosie kumpla zabolała Mariana. Nadrabiając miną rzekł:
– Tak, to prawda, że miałem swoje obowiązki, ale godziłem je z tym, co lubiłem najbardziej.
– To znaczy co? Lenistwo i chodzenie na harendę? – nie wytrzymał Hipolit.
Po raz kolejny nerwy Mariana zostały wystawione na próbę. Wytrzymał jednak i spokojnie odparł:
– Fakt, że codziennie spałem do dziesiątej. Gdyby nie synowie kuzyna, którzy pod oknem wrzeszczeli, abym wstawał, to zapewne moje „nyny” byłoby jeszcze dłuższe. Do ogrodów na cudze owoce nie chodziłem, bo pod dostatkiem miałem swoich. Powiem ci więcej, że gdy pogoda dopisywała, to codziennie chodziłem się kopać na staw. Ponadto tłukło się też często i długo w piłę, palanta i nożyka. Wieczorem z dziewuchami grało się w mrzyku lub jak wolisz w szukano lub chowanego. Co zresztą ty możesz o tym wiedzieć ,osobnik z głębokiej wsi, który w wakacje krówki na łące pasał – prowokacyjnie zakończył Marian.
– Wiedziałem, że wytkniesz mi moje pochodzenie – odparł Hipolit. Dobrze, że jeszcze nie nawciskasz mi od wieśniaka, który trochę kultury liznął, gdy spotkał na swojej drodze ciebie. Wyobraź sobie, że pasanie krów w wakacje też miało swoje uroki. Od rana matula przygotowywała mi „wałówkę” i flaszkę kompotu. Brałem „mućki” i heja na łąkę pod las. Najlepsze było to, że leżałem na trawie, gapiłem się w niebo i nic nie robiłem. Od czasu do czasu tylko spoglądałem, czy krowy nie poszły do sąsiada w szkodę. Miałem też tam przygodę, o której ci do tej pory nie mówiłem.
– Krowa nadepnęła ci na ucho, czy nakichała na łańcuch – nie wytrzymał Marian.
– Powiem, o ile mi nie będziesz przeszkadzał. Zapewniam cię, że będziesz autentycznie mi zazdrościł – kontynuował Hipolit. Obok na łące pasła krówki moja sąsiadka Rozalia Maluśka. Wbrew jej nazwiska była to dziewczyna duża. Jak na swoje piętnaście lat była rozwinięta, aż nad to.. Nie powiem, bo pożądliwie spoglądałem w jej stronę. Byłem od niej o rok młodszy, dlatego z początku nie zwracała na mnie uwagi. Któregoś dnia krowy jej się splątały i zaczęły się dusić. Rzuciłem się zwierzętom na ratunek. Udało mi się rozplątać łańcuchy i krowy uwolnić. Nie masz pojęcia, jaka Rózia była szczęśliwa i jak mi dziękowała. Z początku trochę się broniłem. Ona jednak nie poprzestawała i rozszerzała swoją wdzięczność.
– Mów, mów prędzej, do jakiego stopnia – dopytywał Marian.
– Co ci będę mówił – ciągnął Hipolit – ona pokazała subtelną różnicę pomiędzy kobietą, a mężczyzną. Nie uwierzysz, ale uczyniła to na drzewie. Mieliśmy takie ulubione, na którym w rozłożystych gałęziach siadaliśmy blisko siebie. Wtedy, gdy „ją” ujrzałem, to od nadmiaru emocji zakręciło mi się w głowie i spadłem na trawę. Niby wysoko nie było, ale skręciłem nogę. Do wieczora, aż do chwili powrotu z krowami do domu, Rózia czule się mną opiekowała. Niestety wieczorem noga mi spuchła i musiałem na drugi dzień pojechać do lekarza. Przez trzy tygodnie miałem gips. Z powodu urazu na pastwisko nie chodziłem. Niestety nie widywałem się też z Rózią. Tymczasem wakacje dobiegły końca i zakończyło się wypędzanie krów na pastwisko. Nie masz pojęcia, jak ja podczas choroby cierpiałem. Ciągle przed oczami miałem kształty Rózi.
– Przecież skoro bawiliście się w doktora, to też chyba jej się podobało A ona nie szukała kontaktu z tobą? – nie wytrzymał Marian.
– Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem się, że na drugi dzień koniecznie chciała mnie odwiedzić, ale moja Matula jej nie wpuściła. Nie lubiła jej, bo była zbyt kobieca i zbyt wyzywająca. Rodzicielka rozpracowała też mnie widząc, jak dziewczyna działa na mnie w dzień i w nocy. Szkoda, że nasze drogi się rozeszły. Ona po wakacjach wyjechała do szkoły do odległego miasta, a ja zacząłem się uczyć w technikum, kilkanaście kilometrów od domu. Pomimo tego, że często o niej myślałem czas zrobił swoje. Dla każdego z nas życie napisało swój scenariusz.
– No, no przyjacielu, muszę ci przyznać, że tamtych wakacji trochę ci zazdroszczę. Powiem, że babeczki być muszą i to zdrowe w każdym calu. Tak było, jest i niech zostanie. Nie uwierzysz, ale ja mam też swoje coś, o czym będę pamiętał przez całe życie – rzekł Marian.
– Jak cię znam to masz na myśli kobitki z dużymi walorami – śmiejąc się wtrącił Hipolit.
– Wyobraź sobie, że w dużej mierze masz rację. Wiedz jednak, że mam też na myśli chleb ze smalcem, z pomidorem i do tego świeży, kiszony ogórek. Nic lepiej nie smakowało latem nad wodą na świeżym powietrzu, jak włąśnie takie jadło – poważnie oświadczył Marian.
– Z tym to się w pełni z tobą zgadzam – dodał Hipolit i podał rękę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek