niedziela, 15 Wrzesień 2019

Felietony Seweryna Kaczmarka

Kto nie lubi prezesa
Jak ci kiedyś opowiadałem pracowałem w branży rolniczej – rozpoczął rozmowę z kumplem Marian Lichy.
Nie dokończył, a już Hipolit wypalił – to fachowo orientowałeś się czy twoja Gabrysia ma prosty przedziałek.
Szybko tego pożałował, Marian natychmiast na niego naskoczył słowami
– w twoich świńskich oczkach widzę, co masz na myśli.
Ja, ja myślałem o głowie i włosach. Przysięgam, że nie miałem „kosmatych” myśli – jąkając się tłumaczył Hipolit.
Ty, ty – przedrzeźniał kumpla Marian. Przecież wiem, że ty mały świntuchu wszystko ci się kojarzy z seksem. Tym razem musisz przyjąć do widomości i to akcentuję, że chodziło mi tylko o to, że pracowałem zakładzie, który ściśle współpracowały z rolnictwem.
Co do skojarzeń i sprowadzania wszystkiego do bab i seksu to znam kogoś, kto mnie bije na głowę. Nie będę owijał w bawełnę i powiem ci od razu, że tym kimś jesteś ty przyjacielu – prowokująco odparł się Hipolit.
Wiem, że mam coś w sobie kobitki lecą na mnie – chełpił się Marian.
Do rzeczy kolego, bo czas leci a ty chwalisz się i puszysz jak żonaty wróbel, który wyrwał się z gniazda na zaloty do sąsiadki – ponaglał Hipolit.
Wiedz, że mam dobre serce i płazem puszczam ci te twoje głupie przycinki – skarcił kumpla Marian. Słuchaj zaczął – prezes spółdzielni „Rug – cug” Baltazar Ozimina miał trzy słabości. Po kolei: kobitki, gorzałę i kosmiczne pomysły. Miał, bo jakże inaczej zdrową sekretarkę Ksenię Puszczaj. Kobitka miała takie walory, że w drzwiach trzeba było się z nią mijać bokiem. Miała czym oddychać.
Ty mi tu nie wyjeżdżaj o Kseni z wielkimi cyckami tylko nawijaj – ponaglał Hipolit.
Coś ty taki niecierpliwy. Już wracam na właściwe tory – uspakajająco rzekł Marian.
Ten leciwy już prezes miał nieustanny apatyt na wódeczkę, Gdy już sobie popił to dostawał twórczej weny. Kombinował nad nowymi odmianami zbóż, warzyw i narzędzi. W często spoconej pustej głowie kłębiły mu się krzyżówki zwierzą i drobiu. Kombinował jakby skrzyżować psa z kotem, aby i pilnował obejścia i wychwytał myszy. Chciał stworzyć warzywo o nazwie kopórki. Za jednym zamachem miałby ogórki i koper gotowe do zakiszenie. Próbował też usprawnić pług do orki nocą. Kazał mechanikowi przykręcić z przodu lampę od roweru na baterie. Chłopisko to zrobił i nieźle się przy tym uśmiał. W zasadzie prezesina niczego nie wymyślił. Wszystko, co wykombinował było do kitu nie do wykorzystania ani w polu ani w zagrodzie. Gdy na tej niwie nic nie wskórał zabrał się za oszczędności w firmie. Sądził, że każdemu można coś zabrać, obciąć a sobie dołożyć. Z wynagrodzenia swoich pracowników nie mógł nic uszczknąć, Wpadł na kolejny genialny pomysł aby zabrać wszystkim łącznie ze sobą trzynastą pensję. W zamian za to dla siebie wymyślił i zamierzał wprowadził „czternastkę”. Zanim wcielił go w życie zrobił się taki szum wśród załogi, że musieli przyjechać urzędnicy z centrali i po zapoznaniu się z fanaberiami „szefa” wywalili go na zbity pysk. Były prezes chodził po mieście i znajomym biadolił, że pomimo tego, iż tak dużo dla ludzi zrobił ci go nie rozumieli i nie lubili.
Czyli, że niczego nie zrozumiał. Z tą czternastą pensją to miał jednak niekiepski pomysł oczywiście ustawiony dla siebie – wtrącił Hipolit.
Widzisz przyjacielu – po chwili rzekł Marian, że był to klasyczny nieudacznik na kierowniczym stanowisku. Czego się złapał to spieprzył.
Mam uzasadnione podejrzenie, ze ten Baltazar Ozimina jest tylko przykrywką do tego co mi chcesz powiedzieć – przerwał Hipolit.
Dokładnie masz rację przyjacielu – od razu zareagował Marian.
Chce ci przybliżyć prezesa Jaro Dobrotliwego, który zrobił coś autentycznie dobrego dla bardzo wielu ludzi i też niektórzy go nie akceptują a do tego nienawidzą.
Trudno w to uwierzyć. O co tak naprawdę chodzi i jak jest to możliwe – zapytał Hipolit.
Muszę ci to wyjaśnić – zaczął Marian.
Wiesz, że ostatnio na twoje, moje i innych rencistów oraz emerytów kapnęło sporo grosza. Dodatkowa kasa w zdecydowanej przewadze zadowoliła ludzi. Byli niestety też malkontenci, którzy nie ukrywają, że są wrogami Prezesa, ale oni o dziwo też przytulili kasę.
Uszczypnij mnie w ucho, bo myślę, ze śnię. Przyjęli bejmy od znienawidzonego człowieka – z niedowierzaniem mówił Hipolit.
Widzisz przyjacielu w naszym kraju już tak jest, że jak dają za darmo obojętnie, co nawet to zagorzały przeciwnik bierze. Jeżeli wchodzą w grę pieniądze to tym bardziej – tłumaczył Marian.
Ale przecież na siłę nikomu kasy nie wpychali i każdy mógł ich nie przyjmować lub przekazać na szczytny cel – wtrącił Hipolit.
„Trzynasta emerytura” trafiła na każdego indywidualne konto, Nie znam ani jednego osobnika, który oświadczyłby, że unosi się honorem i od wroga nie weźmie ani złotówki – wyrzucił z ulgą z siebie Marian.
Ja znam wielu, którzy bez szemrania kasę przyjęli i na różne cele i zachcianki ją przeznaczyli. Były to min. zakupy, wycieczki zagraniczne, balangi – z wypiekami dołożył przykłady Hipolit.
Powiem ci, że ja też. Rozmawiałem z nimi o tym. Nie było u nich widać jakiegokolwiek zażenowania, czy wstydu. Dobitnie pokazało to też, że pieniądze, jakie by nie były i od kogo pochodzą nie śmierdzą i chętnie po nie wyciągają łapę. Tak sobie myślę, że można kogoś nie lubić, ale jeżeli robi dobrze, poświęca się to należy go szanować i docenić – spokojnie mówił Marian.
Jestem tego samego zdania – rzekł Hipolit i pożegnał się z kumplem.
Seweryn Kaczmarek

Nic od wroga?!
– Od dziecka w moim domu mówiono mi o grzeczności, uprzejmości, taktownym zachowaniu, szacunku do starszych, zadawaniu się z ludźmi dobrymi. Rodzice, a szczególnie ojciec powtarzał mi, abym od wroga nie wziął niczego bez względu, czy to jest prezent, czy szklanka wody. Musisz chłopcze mieć honor i odwagę, aby pokazać, że z takim osobnikiem mocno nie jest ci po drodze – powtarzał. Tak, tak! Wiem, co mówię – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Ten drugi wielokrotnie zaskakiwany tematami, które poruszał przyjaciel, spoglądał na niego i nic nie mówił. Po chwili dopiero rzekł:
– Wiem też coś na ten temat. Może mam trochę inne spojrzenie na pewne sprawy, ale zgadzam się z tobą.
– Możesz mi przybliżyć!? – podejrzanie zapytał Marian.
– Koleżeństwo i czasami świństwa, które nie powinny, ale się przytrafiają – odparł Hipolit.
– Chyba nie masz na myśli początku naszej znajomości, kiedy zapytałem twoją Kundzię, jak to możliwe, że taka szprycha wzięła sobie facecika mizerotę, a do tego życiowego golasa. Przecież wiesz, że to był często używane przeze mnie żart – rzekł Marian.
– Głupi żart, bo mojej połowicy odbiło i przez długi czas dawała mi do wiwatu docinając, że u mnie widać na pierwszy rzut oka, że jestem oferma przywieziona do miasta w kanie od mleka. Dopiero, jak się przekonała, że ty to jesteś niezły numer, to zaczęła zmieniać zdanie. Sądziłem wtedy, że jesteś mi nieprzychylny – lekko poirytowany mówił Hipolit.
– Coś świta mi w głowie. To dlatego, gdy chciałem postawić ci kiedyś piwo, to zdecydowanie odmówiłeś. Ty mały karakanie, smakoszu „browara”, uniosłeś się honorem za tamtą wypowiedź. Powiem ci szczerze, że rozumiem i szanuję twoją postawę – łagodnie zwrócił się do kumpla Marian.
– Czuję pod skórą, że mój przyjaciel ma mi dzisiaj coś bardzo ważnego do przekazania –oznajmił Hipolit.
– Dokładnie tak jest i to w temacie: honor, wróg i kasa, a co za tym idzie – różnych postaw ludzkich – z głębokim namysłem mówił Marian.
– Zamieniam się w słuch, bo mój przyjaciel musi wyrzucić żółć, która zalega mu na żołądku – zachęcał Hipolit.
Marian wciągnął powietrze do płuc i zaczął:
– Wiesz, że dwa jakieś dwa lata temu, rządzący w naszym kraju podjęli decyzję i zaczęli wypłać na drugie dziecko pięć stów. Wielodzietne rodziny bardzo się z tego ucieszyły. Przeciwnicy zaczęli jątrzyć. Wytykali, dlaczego nie na pierwsze i dalej, że jest to rozdawnictwo. Sami, gdy rządzili nie potrafili niczego zrobić dla rodzin. Mało tego, wydłużyli okres pracy dla kobiet i mężczyzn do 65 i 67 lat.
– Wiem, wiem! – wyrwał się Hipolit. Ja sam tyrałem o rok dłużej i nikt mnie się nie zapytał, czy chcę. Sami zadecydowali, że muszę.
– Wytrzymaj jeszcze trochę, bo chcę ci jeszcze powiedzieć o postawach ludzkich i hipokryzji – uspokajał Marian. Jak ci mówiłem, honor nie powiem pozwalać niczego brać od wroga. Tymczasem niechętni, których trzeba nazwać „wrogami” wobec rządzących i prezesa natychmiast, gdy uchwalono plus pięćset złotych, pierwsi ruszyli z druczkami do urzędów i jeszcze prędzej do kasy. Nie wybrzydzali, że ci źli dają, ale brali, a środki przeznaczali często na zbytki. Za miesiąc będą otrzymywać także kolejną „pięćsetkę” na pierwsze dziecko. To także nie sprawia, aby zrozumieli, że to działanie jest bardzo dobre, a przede wszystkim pozytywne perspektywiczne.
– Ale przecież nie muszą tej kasy brać, skoro daje im ten, którego nie akceptują, a wręcz krytykują – wtrącił się Hipolit.
– Nie musza, ale biorą, bo w naszym kraju już tak jest, skoro dają, to bez względu, co to i kto daje, biorą, choć nie kryją, że „darczyńców” nie lubią i nie będą na nich głosować – tłumaczył Marian.
– Ale to jest podłe. Gdyby „gówno” było zapakowane w papierek za darmo, to też by brali!? – dopytywał Hipolit.
– Przecież wiesz, że tak – odparł Marian. Do tego, co już ci mówiłem – dołóż trzynaste świadczenie, jaką otrzymali emeryci.
– Tak wiem, bo już dodatkową „kaskę” otrzymałem. Wprawdzie moja bejmy zarekwirowała, ale i tak jest to spory zastrzyk gotówki – szybko gadał Hipolit.
– Ja też już mam na koncie „trzynastkę” – rozwijał myśl Marian. Tylko, że znów wszyscy bez wyjątku chętnie gotówkę przytulili. Uczynili to nawet ci, co nie skrywają swojej niechęci do sprawujących władzę. Jak mantrę powtarzają, że rządzą źle i oni ich nie popierają.
– To po co biorą te pieniądze? Przecież, o ile już im wypłacono, to mogą je natychmiast przekazać na jakiś cel lub wsparcie osoby potrzebującej – wszedł w zdanie kumpla Hipolit.
– Nie znam, ani jednej takiej osoby. Bejmy chapnęli nie zważając na słowa krytyki swoich politykierów, którzy mówią, że dostają ochłapy- rzekł Marian.
– Wiem, że jeżeli ktoś dla mnie robi dobrze, to uważam go za swego czlowieka, a nawet za przyjaciela. Kibicuję mu i popieram go. Co ty o tym wszystkim sądzisz, bo ja lekko się w tym pogubiłem! – ponownie zapytał Hipolit.
– Nie gubisz się przyjacielu, bo ja mam takie samo zdanie w tym temacie. Uważam też, że to, co dla mnie zrobiono pokazuje chęć ulżenia wielu, a nawet bardzo wielu ludziom. Za takie decyzje naleąą się słowa uznania i podziękowania, a nie gryzienia w rękę. Wrogów i opozycję trzeba mieć, ale normalnych– tłumaczył Marian.
– Twoje słowa są balsamem na skołowaną moją duszę. Powiedz coś, co umocni mnie na ten trudny czas – zwrócił się do kumpla Hipolit.
– Mój wróg, twoim wrogiem i na odwrót. Zapamiętaj sobie raz na zawsze, o ile chcesz mieć we mnie przyjaciela. Przyjaźń, to wielka rzecz, którą należy pielęgnować i dbać tak, jak o najcudowniejszą kobietę, a kto wie, czy nie bardziej! – filozoficznie spotkanie zakończył Marian Lichy.
Seweryn Kaczmarek

Pochodowe „momenty” oczami Mariana
Tym razem w umówionym miejscu pierwszy pojawił się Marian Lichy. Usiadł na ławce i wygrzewał się w majowym słońcu. Było mu tak błogo, że zanim się zorientował powieki mu opadły i uciął sobie drzemkę. Śniło mu się, że tak, jak przed laty idzie w pochodzie pierwszomajowym i niesie ogromny sztandar. Nie był to jednak, ani polski, ani żaden z zaprzyjaźnionych państw, ale amerykański. Nie może go unieść, bo coś mu przeszkadza. Szybko się zorientował, że borą w tym udział dwa czynniki Jeden. to porywisty wiatr. a drugi, że stojący na trybunie ludzie dmuchają. ile sił w płucach w jego stronę, aby było mu jeszcze ciężej. Zły. jak szerszeń. przez sen krzyczał używając niewybrednych określeń, aby nie utrudniali mu udziału w pochodzie. Nagle coś szarpnęło go za ramię i otwarł oczy. Nad nim stał Hipolit:
– Przyjacielu musiałeś mieć koszmarny sen, bo krzyczałeś na cały głos – rzekł.
– Możesz mi powiedzieć, co niby wrzeszczałem? – niepewnie zapytał Marian.
– Z tego co usłyszałem to, aby czerwone pająki zamknęły modry i pocałowali cię w dupsko – odparł Hipolit.
– Powiem ci, że za słabo im dowaliłem – już spokojnie mówił Marian. Ty nic nie wiesz o „świecie pracy”, bo żyłeś z dala od świata i ludzi w tej swojej Pipidówce. Nie musiałeś iść na pochód i udawać, że jesteś patriotą.
– Proszę cię przyjacielu, nie próbuj swojej złości na tamte czasy przelewać na mnie – nie dawał się Hipolit. Z różnych źródeł wiem, że udział w pochodzie był obowiązkowy, ale jeżeli ktoś nawet nie poszedł, to kary, ani wylanie z roboty mu nie groziło.
– Muszę ci wyjaśnić – rzekł Marian – faktycznie nie, ale „komuna” stosowała różne metody zachęty dla biorących udział w pochodzie i społeczeństwa.
– Powiedz mi o tym – wtrącił Hipolit.
– Nie uwierzysz – zaczął Marian – ale na początku lat sześćdziesiątych ulicami miasta nad Obrą jeździł samochód ciężarowy z zakładów mięsnych, z którego rzucano parówki. Sporo kiełbasy ludzie złapali, ale też wiele upadło na ziemię.
– No to przecież była super akcja. Kiełbasa leciała z nieba i to za darmo –
nie wytrzymał Hipolit.
– Musisz też wiedzieć – nie dawał się rozkręcić kumplowi Marian – że wędlin i podrobów w sklepach w tamtych latach nie było lub były śladowe ilości. Z jednej strony, więc chcieli się podchlebić społeczeństwu. Z drugiej chcieli się jakoś wykręcić od rozdawnictwa. Szukali sposobu na to i znaleźli. Przez zaufanych puścili famę, że bardzo dużo kiełbasy się zmarnowało. Oczywiście nigdy już parówki z „nieba” nie leciały.
– Niesamowite – sapał Hipolit – Myślę jednak, że wiele było zła, ale były też akcenty zabawne, aby nie rzec – śmieszne. Wiem, że ty, jako dorosły na pochody nie chodziłeś, ale bacznie wychwytywałeś takie sytuacje. Opowiedz mi o nich.
– Proszę bardzo – rzekł Marian i natychmiast zaczął. Na dzień przed pierwszym majem smakosze alkoholu w rożnych miejscach i różnymi sposobami zaopatrywali się w opakowania szklane o pojemności, co najmniej pół litra. Wśród nich oczywiście byli ci, co zdeklarowali się wziąć udział w pochodzie. Myślę, że na trzeźwo nie za bardzo chcieliby się pokazać na ulicach miasta. W samo święto, zanim dotarli spod swojego zakładu na stadion miejski, już niejeden miał zdrowo w czubie. Jedna z firm z branży zbożowej wzbogaciła się o nowy zakład. Ówczesny „szef” wymyślił sobie, że czterech pracowników poniesie dużą makietę tego obiektu. W ten sposób chciał pochwalić się, jak dobrze rządzi i jakie ma efektowne pomysły.
– Zaczyna robić się ciekawie. Nawijaj szybciej przyjacielu – wtrącił Hipolit.
– Słuchaj, bo teraz będzie najważniejsze – mówił Marian. Wybrana ekipa „tragarzy”, która miała nieść makietę, ze względu na spory jej ciężar miała się włączyć do pochodu na dwie ulice przed trybuną honorową. W czasie oczekiwania, kilka razy pociągnęli z „flaszek”. Na rozmiękczonych nogach ustawili się przy wylocie ulicy, aby widzieć, kiedy nadejdzie ich zakład. Ich siły i cierpliwość została wystawiona na wielką próbę. Z głów im się kurzyło i niezbyt się orientowali, kto aktualnie maszeruje. Dwukrotnie próbowali włączyć do pochodu z nie swoim zakładem. Służby czuwające nad pochodem zorientowały się i kazały im się wycofać. Gdy wreszcie ich firma pojawiała się w oddali, nierówno poderwali makietę, drewniane uchwyty się złamały i całość runęła na asfalt. Makieta przełamała się na dwie części. Stojący na chodnikach i idący w pochodzie pokładali się ze śmiechu. Mówię ci, poruta była na całej lini.
– Powiem ci jeszcze historię z murzynem w tle – kontynuował Marian.
– Afro- Amerykaninem – przerwał kumplowi i Hipolit.
– Nie wymądrzaj się tylko posłuchaj, a sam się przekonasz, że był murzyn i szedł w pochodzie – ustawił kumpla Marian. Być może kiedyś wspomniałem ci, że byłem w harcerzach. Mama na moje prośby kupiła mi mundurek, czapkę, chustę i brązowy sznur.
– W razie czego mogłeś się powiesić. Tylko po co sznur był kolorowy? – prowokacyjnie odezwał się Hipolit.
– Jeżeli jeszcze raz się wtrącisz z tym swoimi, głupim tekstami, to nie ręczę za siebie – groźnie rzekł Marian. Wiedz małpi cycku, że byłem zastępowym, dlatego miałem brązowy sznur. Harcerze obowiązkowo musieli iść w pochodzie. Miałem wtedy dwanaście lat i już spoglądałem na dobrze zbudowane dziewczyny. Koniecznie chciałem dobrze wypaść na tej imprezie. W świąteczny poranek założyłem czyściutki wyprasowany mundurek. Martwiło mnie, że lekko spadają mi spodnie. Pomyślałem, że założę pas harcerski i będzie po kłopocie. Nie wiem, co się stało, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć. Czas uciekał, a ja trzymałem portki w ręce. Przypomniałem sobie, że przecież mój brat jest kominiarzem i ma szeroki skórzany pas. Chętnie pożyczył mi go, dodał tylko, abym go wyczyścił, bo jest od sadzy. Zrobił dodatkowe dziurki, by mi spadnie nie spadły z rzyci. Specjalnie nie miałem czasu, więc tylko przetarłem pas ścierką. O dziurkach zapomniałem. Pędem dotarłem na zbiórkę w chwili, gdy harcerze ruszali spod szkoły. Dołączyłem do nich i dumnie maszerowałem przed swoim zastępem. Pas na spodniach był za duży i co chwilę musiałem go poprawiać. Tego dnia było bardzo ciepło i w moim harcerskim uniformie mocno się pociłem. Na przemian poprawiałem pas i dłonią ocierałem twarz. Nie wiedziałem, dlaczego ludzie mi się bacznie przyglądali i się uśmiechali. Dopiero po przejściu przed trybuną jeden z kolegów podszedł do mnie, parsknął śmiechem i rzekł – te murzyn skąd się tu wziąłeś? Z duszą na ramieniu podbiegłem do okna wystawowego w sklepie i zobaczyłem odbicie swojej umazanej sadzą twarzy. Co miałem robić nadrabiałem miną. Biegiem pobiegłem do domu i umyłem się.
Jak widzisz przyjacielu było sporo jaj związanych z tym świętem pracy. Powiem ci też, że wielu ze sentymentem wspomina ten dzień. Mają do tego pełne prawo. Jest demokracja i każdy może myśleć i mówić, co mu się podoba lub nie. Jak to w życiu, jeden lubi, jak mu gra orkiestra cygańska, a drugi jak mu skarpety śmierdzą – swoim ulubionym powiedzeniem zakończył pierwszomajowe wspomnienia Marian.
Seweryn Kaczmarek

Poświąteczne wspomnienia Mariana i Hipolita
Wielki tydzień przed Świętami Wielkanocnymi u Lichych i Mizerków nie zmieniał się „od zawsze”. Mycie okien, upinanie firan, czyszczenie lamp, trzepanie dywanów i znoszenie zakupów, było na pierwszym planie. W przewadzie prace na wysokościach, taszczenie ciężkich toreb i grzmocenie dywanów przypadały Marianowi i Hipolitowi. Co roku obiecywali sobie, że nie pozwolą się wykorzystywać. Skoro się poddamy – mówili do siebie – to będą nam kazały prać, zmieniać pościele, piec, gotować i szykować święconkę.
Na nic zdały się ich wysiłki, aby się z roboty wykręcić. Próbowali różnych sztuczek – w tym zatrucie żołądkowe, niemoc fizyczną, a nawet ogromny ból głowy – gdy „domowe gestapo” wkraczało do akcji z rozkazami, to potrzeba symulowania szybko ich opuszczała. Kobiety posuwały się też do szantażu mówiąc o „szklanym zajączku”, czyli koszyczku, w którym znalazłby się ich obiecany napój. Ciągle mieli nadzieję, że nadejdzie czas, że i dla nich świąteczne słoneczko zaświeci.
Tegoroczne święta kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka mieli spędzić w domu. Mieli, ale nie spędzili, bo szyki – jak to już w przeszłości bywało – pokrzyżowały im żoneczki. Wszystko mieli zapięte na ostatni guzik. W piwnicy każdy miał flaszkę gorzałki, a do tego krążek suchej kiełbasy i słój kiszonych ogórków.
– Diabli lub jak wolisz, baby nam radość zabrały. Zołzy jedne obiecały, że tym razem będziemy w domu – nie zważając na kumpla w liczbie mnogiej biadolił Hipolit.
– Tak, tak przyjacielu nie po raz pierwszy, ale i jestem tego pewny, że nie ostatni postanowiły zepsuć nam Wielkanoc – wtórował Marian.
To spotkanie kumple odbyli w Wielką środę. Od razu też umówili się na wtorek po świętach. Mocno wnerwieni postanowili, że każdy przygotuje swoim połowicom jakąś niezbyt miłą niespodziankę. „Ma być taka, żeby im w pięty poszło” – przegadywali się nawzajem.
Po wewnętrznej walce Marian Lichy postanowił, że w Wielki Piątek da swojej Gabrysi „za boże rany”. Z kolei Hipolit wykombinował, że swojej żoneczce zrobi „zajączka” niespodziankę. Jak postanowili, tak zrobili. Rano we wtorek po świętach, spotkali się w umówionym miejscu. Przy ławce w parku pierwszy dreptał Hipolit. Gdy zobaczył kumpla w oddali, to podbiegł do niego i dopytywał, jak było.
– I co i co? Dupa sina! – dumnie rzekł Marian.
– Tak bez kłopotu, a co za tym idzie bez konsekwencji dałeś jej „za boże rany”? – z niedowierzaniem dopytywał Hipolit.
– Tak znowu bez problemu się nie obyło, ale od czego jest głowa – tłumaczył Marian. Ostatnie dwa dni przed świętami spisywałem się bez zarzutu. Pomagałem, w czym tylko mogłem. Moja i jej mamuśka podejrzanie na mnie spoglądały. Nawet teść z początku nie kumał, co kombinuję. Dorwałem go na podwórzu i powiedziałem, co zamierzam. „Dobre, dobre” rzekł teść. „Ale pamiętaj, że już kilka lat temu daliśmy matce i córce łomot po rzyci. Mam nadzieje, że tego nie pamiętają. Ryzyk fizyk. Wchodzę w to i jestem z tobą. Wiesz, co zrobimy zamianę. Ja dam wycisk Gabrysi, czyli moje pyskatej córuchnie, a ty mojej połowicy, czyli twojej teściowej. Pamiętaj, że w tej tradycji nie ma litości” – rzekł teść i ścisnął mi rękę.
W czwartek po skromnej kolacji teść rzekł, że dwa tysiące lat temu nie znano, ani kawy, ani herbaty. Do wszystkiego podawano wino. Napitek ten o nazwie „cud natury” był dobry na trawienie, a co za tym idzie szczupłą sylwetkę. Wszystkie babki wtedy były „szlankowne”. Przypadkowo byłem w markecie i udało mi się kupić, za spore pieniądze flaszkę takiego wina, według receptury sprzed wieków. Teść kłamał, jak z nut. Nie sądziłem, że ten numer przejdzie. „Tej, stary” – wtrąciła mamuśka, to daj no ten nektar na trawinie. Skosztujemy z córką po lampeczce. Ja patrzę, a teść taszczy flachę dwulitrową bez banderoli. Wiedziałem, że starszy coś wywinął. Otwarł butelkę i nalał kobietom po pół szklanicy. Dziobnęły i tak im to zasmakowało, że wytrąbiły całą butlę. Dym miały taki, że musieliśmy je zaprowadzić do łóżka. Rozebraliśmy je, a szczególnie odsłoniliśmy te miejsca, gdzie miały oberwać. Zapadły w kamienny sen. Nawet nie czekaliśmy do północy tylko z teściem, zaopatrzeni w wierzbowe rózgi, stanęliśmy na ofiarami. Zgodnie z ustaleniami, ja lałem mamuśkę, a tato córkę. Wolałbym mojej natłuc, bo zawsze to młoda skóra, ale umowa, to umowa. Odstąpiliśmy mocno wypompowani, gdy dupska naszych ofiar zaczęły się robić czerwone.
– Mów, co było rano, jak się kobitki obudziły –dopytywał Hipolit.
– Powiem ci – tłumaczył Marian – że obie miały drogę przez mękę. Na zmianę latały do kibla popijając zimną wodę. Dopiero, jak im lekko przeszło zaczęły zastanawiać się, dlaczego bolą je dupska. Zaczęły coś podejrzewać i dopytywać, co to może być i skąd te dolegliwości. Pewnie pod wpływem coś się wam przydarzyło – łgaliśmy jak z nut.
– Jesteście mistrzami. Dwa razy na przestrzeni kilku lat wyszedł wam ten sam numer. Brawo – z uznaniem rzekł Hipolit.
– A co tam u ciebie? Czy w ogóle coś udało ci się zrobić twojej połowicy? – zapytał Marian.
– Powiem ci tak – odparł Hipolit. Niezły numer wywinąłem mojej Kudzi. Przy kolacji powiedziałem u teściów, że przed laty fajny był zwyczaj koszyczków, do których zając wkładał różne prezenty. Teściowa podchwyciła to i rzekła, że czasu jest mało, ale na próbę wrócimy do tego zwyczaju. Ja już mam coś dla mojej żoneczki – dodałem tajemniczo.
– Nie mogę się doczekać, co wykombinowałeś – zapytał Marian.
– Powiem ci, że przez mój pomysł o mało nie doszło do rodzinnego nieszczęścia. Zrobiłem duże gniazdo, które wymościłem siankiem. Z papieru wyciąłem duże serce, na którym napisałem – „mojej kochanej Kundzi wszystko, co na dzień dzisiejszy mam” .
– Ale przecież nic jej nie dałeś – nie wytrzymał Marian.
– Tak też przyjęła moja i jej mamuśka. Obydwie zgodnie nawtykały mi od gołodupca i skończonego dziada. Ja miałem ubaw, bo tak naprawdę, to przewidziałem ich zachowanie – śmiejąc się mówił Hipolit.
– A co one przygotowały dla ciebie i teścia – zapytał Marian.
– Chciały być dowcipne i do gniazdka włożyły nam po sporej pyrze z napisem wódka „Wyborowa” 0,5 litra – odparł Hipolit.
– To wiedzmy te babsztyle – nie wytrzymał Marian.
– Z początku też tak pomyślałem, ale odstąpiłem od walki, której i tak bym nie wygrał. Miałem dużą frajdę, że im bez bicia nieźle dowaliłem. Powiem ci, że człowiek powinien dawać to, co ma najlepszego. Ja dałem Kundzi symboliczne serce, ale szczere bez cienia złośliwości. Widocznie inni myślą inaczej, ale to ich problem – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Wiecznie niezadowoleni
– Znasz powiedzenie – jak dają to bierz, a jak leją to uciekaj – mówiący te słowa Marian Lichy spoglądał na Hipolita Mizerkę.
Ten drugi bez namysły odparł:
– Pewnie że znam. Mało tego odnośnie prezentów, bo zapewne masz je na myśli, to powiem, ci, że z tym to są dopiero jaja.
– Hola, hola! Za kilka dni Wielkanoc i nie wyskakuj mi tu, jak Filip z konopi, ze symbolami – zastopował kumpla Marian.
– Do świąt jeszcze powrócimy – niezrażony mówił Hipolit. Posłuchaj! Mój brat Wawrzyn, wiele lat temu, na prezent ślubny dostał od kuzyna Feliksa Buły maszynkę do mięsa, wartą pięć złotych. Jakby tego było mało, to łącznie od gości i delegacji dostał ich sześć. O ironio, u rzeźników towaru nie było, a tu urządzeń od rozdrabniania mięsiwa pół tuzina.
– Co zrobił z takim urodzajem? – ze śmiechem zapytał Marian.
– Co, co? Nadwyżkę puszczał do ludzi dając je na prezenty ślubne i różne lecia . Karuzela byle jakich darów się kręciła – spokojni wyjaśniał Hipolit.
– Nie będziemy ględzić o tym, co było przed pól wiekiem, ale o aktualnej sytuacji społecznej – przerwał Marian. Taka zmiana tematu lekko wnerwiła Hipolit i już chciał się odezwać, ale spojrzał na srogą minę kumpla i się powstrzymał.
– Zobacz, jak to jest! – zaczął Marian. Ktoś może otrzymać wcale niemałe pieniądze i ciągle coś mu nie pasuje. Tak przynajmniej przed innymi udaje. Pożal się Boże osobnik z gołą dupą, a do tego z licznymi kredytami, ale kręci nosem i smęci, że powinno być inaczej i jeszcze więcej.
– Ale przecież każdy w tym kraju bierze, obojętnie ile by tego grosza nie było! – nie wytrzymał Hipolit.
– Niby tak, ale każdy ma swoja filozofię. Mam na myśli, od kogo, za co, ile tej „kasy” ma otrzymać i czy jest to zgodne ze jego orientacją polityczną – tłumaczył Marian.
– Co ma do tego jakieś tam zapatrywanie? – dopytywał Hipolit.
– Ma, ma! I o tym cię zaraz przekonam – lekko wnerwiony tłumaczył Marian. Moja znajoma Mela Kapucha przed laty, w czasach „komuny” wygrała w totka dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Tyle wtedy płacili lub jak wolisz dawali za „piętkę”. Zamiast się cieszyć, że grosz spadł jej z nieba, ta dawaj narzekać, na ironię losu. Klęła, że tydzień wcześniej płacili osiemdziesiąt tysięcy za tyle samo trafień.
– Przybliż mi, jaką wtedy te bejmy miały siłę nabywczą? – wznosząc się na wyżyny swojej wiedzy zapytał Hipolit.
– Kobieta za wygraną mogła kupić kolorowy telewizor i pralkę wirnikową – wyjaśnił Marian.
– No to szału nie było, ale darowanemu koniowi w pysk się nie zagląda i nie bruździ – poważnie rzekł Hipolit.
– Ty to wiesz, ja to wiem i wielu normalnych ludzi też. Są jednak malkontenci, którzy z niczego i nikogo nie będą zadowoleni. Będą kręcić nosem – spokojni mówił Marian.
– Co masz na myśli, bo wiem, że ten temat mocno ci leży na wątrobie – ponownie z pytaniem zwrócił się Hipolit.
– Mam zabitego klina, ale też na samą o tym myśl cieszę się ogromnie. Powiedz, ale tak szczerze, czy coś słyszałeś, że w maju od tej władzy dostaniemy „trzynastą” emeryturę. Co o tym sądzisz? – pytaniem na pytanie odpowiedział Marian.
– Coś o tej dodatkowej kasie do mnie dotarło. Specjalnie jednak nie mam powodów do radości. Tylko tyle, trochę mało, mogliby więcej dać – stękał Hipolit.
– Nic tylko twoja Kundzia za tym stoi! – nie wytrzymał Marian. Powiedz mi, szczerze bez względu na plany żoneczki, czy cieszysz się, że dostaniesz jedną ręką dziewięć stówek.
– Masz rację – zaczął się tłumaczyć Hipolit. Moja Kundzia maczała w tym swoje grube paluchy. Gdy się o tym dowiedziała, to jednoosobowo zadecydowała, że dodatkową emeryturę już przeznaczyła na konkretny cel. Na moje pytanie, na co odparła na to, abym nie przepił jej z tym ochlapusem Marianem. Wiem jednak, że plany zakupowe miałaby Kundzia ogromne. Gderała, że trzeba by wymienić pralkę, lodówkę, robota kuchennego i wyjechać na zagraniczny urlop. Pytałeś mnie, czy się cieszę, to odpowiadam, że tak, choć wiem, że nic dla mnie nie kapnie.
– Stop stój! Bo padnę na glebę – wtrącił Marian. Wybaczam twojej połowicy tego ochlapusa. Przyjdzie pora, to coś specjalnego dla niej przygotuję. Co do jej inwestycyjnych planów, to potrzebowałaby kilka, a nie jednej dodatkowej emerytury.
– Ja też chciałem jej to powiedzieć, ale spojrzała tak na mnie, że ochota na dalszą dyskusję uważałem za zbyteczną – niemalże z płaczem mówił Hipolit.
Chwilę trwała przerwa w rozmowie pomiędzy kumplami.
– Powiedz mi przyjacielu, co ty zamierzasz zrobić z dodatkową kasą – ponownie zdał pytanie Hipolit.
Twarz Marian z lekko czerwonej zmieniła się w pulpową. Chwilę sapał zanim złapał właściwy oddech.
– Jakby ci to powiedzieć – rzekł Marian. Moja Gabrysia po szerokiej konsultacji ze mną zadecydowała, że wymienia okna w chacie. Będą wysokiej klasy plastikowe takie, co to nie przepuszczają zimna. Będą same oszczędności, a do tego nie będzie innych pokus.
– Mój przyjacielu, z całej siły Cię pocieszę. Niestety tak jak ja, z dodatkowej kasy nie będziesz miał, ani grosza dla siebie. No, ale dobra już dobra, bo za kilka dni Wielkanoc, ani na zajączka, ani na święta nic nie mamy – ironicznie biadolił Hipolit.
– „Ty nie masz nic i ja nie mam nic, to razem mamy wiele”. Tak powiedzieli kumple w jakimś filmie i po czasie zbudowali fabrykę. Mamy głowy na karku, to coś wymyślimy. Kilka dni temu w tajemnicy przed Gabrysią sprzedałem Jachowi Żabie długie buty wędkarskie. Mam drugą parę, to nawet się nie kapnie. W bucie już flaszeczka jest schowana – z radosnym błyskiem rzekł Marian.
– A ja! A ja! – wyrwał się Hipolit – też mam kilka złociszy. W kącie piwnicy zawalony stał rowerek po moje córuni Balbinie. Po cichu „klopnąłem” go gościowi, który lubuje się w takich starociach. Już też zrobiłem zaopatrzenie.
– Przed chwilą stękaliśmy, że nie mamy nic. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w jednej chwili sytuacja diametralnie się odmieniła. Mamy już na swoje „szklane” świąteczne potrzeby – rzekli kumple i z radością rozeszli się do domów.
Seweryn Kaczmarek

Precz z łapami

Mam dla ciebie kolejną petardę – rzekł Marian Lichy do Hipolita Mizerki.

Już ja ją znam – natychmiast zareagował ten drugi. Ma być jak grom z jasnego nieba a jest zaledwie huczkiem po wystrzale małego kapiszona, lub jak wolisz koperetki.  

Teraz zapewniam cię, że będzie inaczej i na to daję słowo honoru. Posłuchaj to się przekonasz – zaczął Marian.

W pewnej firmie pracownica techniczna Hiacynta Mokra za namową swojej siostry Ksantypy także Mokrej wniosła do sadu sprawę o naruszenie nietykalności cielesnej to jest o gwałt.

No, no nieźle się zaczęło. Dlaczego sama nie poszła do „temidy” tylko nakłoniła  ją do tego siostra?. Gdzie się to stało i kto się tego dopuścił – seryjnie zadawał pytania Hipolit.

Nie uwierzysz, ale doszło do tego w pracy na korytarzu w firmie „Tu i teraz”, a uczynił to sam dyrektor Pankracy Posuwaj – jednym tchem rzekł Marian.

Poczekaj przyjacielu, bo lekko się pogubiłem. Wiem, o co chodzi, ale jaki udział miała w tym Ksantypa Mokra i jakie były okoliczności gwałtu – dociekał Hipolit.

Już ci mówię – rzekł Marian. Ksantypa, która na siebie kazała mówić Ksenia krótko była sekretarką u Pankracego Posuwaja. Nie była krzykliwej urody, ale mniemanie o sobie miała ogromne. Wstawiała się szefowi w ślepia. Ubierała się tak, że pół dupska i cycki były nieomalże na wierzchu. Prowokacyjnie proponowała pozostanie po godzinach.  Robiła wszystko, aby „szefa uwieść”. Na swoje nieszczęście poprosiła go o przyjęcie do pracy swojej siostry Hiacynty. Szef bez entuzjazmu zgodził się zatrudnić ją, jako sprzątaczkę. Gdy ją zobaczył od razu wpadła mu w oko. W odróżnieniu od Ksantypy była bardzo ładna i do tego super zgrabna. Kilka razy przelotnie wymienili ciepłe spojrzenia. Było widać, ze ona także ma słabość do szefa. W letnie gorące popołudnie, gdy wszyscy poszli do domu Hiacynta skąpo ubrana na mokro wycierała korytarz. Kręciła przy tym zmysłowo tyłeczkiem. Z gabinetu wyszedł Pankracy Posuwaj i przez chwilę na nią spoglądał. Na ugiętych nogach zaszedł ją od tyłu i stało się.

No, co, no, co się stało – nie wytrzymał Hipolit.

Ty to jesteś jak dziecko. Doszło do bzyk, bzyk, czyli zbliżenia – wyjaśnił Marian.

A kobieta, co na to, nie krzyczała, nie broniła się – natrętnie dopytywał się Hipolit.

A gdzie tam wszystko odbyło się jak trzeba, czyli czule i spontanicznie – spokojnie nawijał Marian.

Co więc poszło nie tak, że sprawa trafiła do sądu – ponownie zadał pytanie Hipolit.

Rozanielona Hiacynta opowiedziała o zajściu Ksantypie, a ta narobiła rabanu. Nakrzyczała na siostrę a na dodatek naskarżyła rodzicom. Zmusili lekko zastraszoną, aby wzniosła sprawę o gwałt – wyjaśnił Marian.

I teraz słuchaj – kontynuował. Odbyła się wokanda. Siostra Hiacynty Ksantypa od początku tak pyskowała i wtrącała swoje „trzy grosze”, że sędzia wywalił ją ze sali rozpraw. Doszło do zabawnego momentu, po którym prowadzący rozprawę sędzia Anatol Paragraf nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

A co to takiego się stało – dopytywał Hipolit.

Sędzia zapytał powódkę, dlaczego nie uciekła, gdy widziała szefa, który się do niej przysposabiał. A gdzie panie Sędzio na świeżo wymyte, przecież tak nie można. Ponadto „szef” był taki miły, delikatny i szeptał mi piękne słowa. Nie mam do niego żalu i proszę o oddalenie pozwu – wyjaśniła.

Sędzia ciągle ubawiony przychylił się do prośby kobiety dodał jednak kierując się do Pankracego Posuwaja, aby trzymał łapy i nie tylko z daleka od wszystkich swoich pracownic.

Ułaskawiony przez Temidę na korytarzu poprosił Hiacyntę o rękę. Oświadczyny zostały przyjęte. Stojąca z boku Ksantypa pękała z wściekłości.

Super, ale fajowa historiaentuzjastycznie komentował Hipolit.

Pa propos precz z łapami nie dopuszczając do głosu Mariana mówił Hipolit. Nie tak dawno byłem w Grochowie. Mój kuzyn Jachu Lufa zaprosił mnie na piwo. Była kiepska deszczowa pogoda i dlatego poszliśmy do pobliskiej knajpki. Zamówiliśmy po browarze i usiedliśmy przy bufecie. W tym czasie jedna z pracownic wycierała „mopem” podłogę w sali konsumpcyjnej. Siedźcie tam „piwo żłopy” tak długo aż posadzka wyschnie rzuciła w naszą stronę. Teraz słuchaj, bo z moje strony będzie bomba.

Już to widzę tę twoją sensację jak przy zbieraniu pyrów – nie wytrzymał Marian.

Zostaw te swoje uwagi i słuchaj – rzekł Hipolit. My siedzimy a do lokalu wchodzi kobieta z dużym kudłatym psem zmokniętym jak kura. Zwierzę jak to zwierze nie przejmując się nikim i niczym lazło po sali. „Kejter” pozostawił mnóstwo brzydkich śladów łap na wytartej posadzce. Pracownica jak zobaczyła, że jej wysiłek poszedł na marne wkurzyła się na maksa. Niemalże wykrzyczała właścicielce, że zwierząt do lokalu nie można wprowadzać, a skoro już weszli to niech krótko trzyma i pilnuje swojego „pupila”.

W innych miastach można wchodzić do lokali z psem i nikt z tego nie robi problemu. Nie wiem, dlaczego u was nie można i po co ten hałas – niezrażona odparła właścicielka czworonoga.

Tak pokrótce wyglądała  przykra wymiana zdań  pomiędzy kobietami.

Widzisz przyjacielu w życiu tak już jest, że musisz odpowiedzialnie i z kulturą postępować. Gdzie cię nie proszą tam cię kijem wynoszą. Powiem tak, że „precz z łapami”, jakie by one nie było to jest często najlepsze hasło dla niepokornych – dyskusją zakończył Marian.

Seweryn Kaczmarek     

 

Naiwność nie zna granic
Serdeczni kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka,gdy tylko temperatura przekroczyła dziesięć stopni powyżej zera natychmiast udali się do małego parku na swoją ławkę. Zlustrowali oparcie i siedzisko. Stwierdzili, że nikt na nią nie napaskudził i spokojnie usiedli.
– Jest klawo, jak cholera – zwrócił się Hipolit do przyjaciela.
– Te nie bądź taki duński Olsen, bo poza wzrostem, niczym go nie przypominasz. Tamten to miał głowę na karku, a nie tak jak ty, koński łeb – odpalił Marian.
– Nie odpowiadam na twoje zaczepki i nie wdaję się w bezsensowną pyskówkę – niezrażony odparł Hipolit.
– No i dobrze, bo jeszcze nie zacząłeś mówić, a już wieje nudą – zdecydowanie rzekł Marian. Pozwól zatem, że ja pociągnę interesujący temat. Sądziłem, ba byłem pewny, że nic już i nikt mnie zaskoczy. Tymczasem kilka dni temu usłyszałem taką petardę, że o mało z fotela nie spadłem.
– Sąsiadka ta, co ma krzywe nogi, a do tego kiepski wzrok, na ciebie leci – nie wytrzymał Hipolit.
– Bo jak cię palnę w ten poniemiecki łeb, to z ławki spadniesz – natychmiast zareagował Marian. Znasz moje sąsiadki i wiesz, że ciągle są niezłe laseczki i to do użycia. Wiedź też, że i owszem kilka na mniej leci, ale nie o tym chcę ci powiedzieć.
– Jedna to nawet o lasce chodzi –przeciągał strunę Hipolit i szybko dodał -A o jaką to petardę ci chodzi?
Zdegustowany postawą kumpla Marian rzekł:
– Niechętnie ci powiem, bo widzę, że trochę starszych wynalazków z dziedziny farmakologii cię nie ciągnie.
– Rumianek, szałwia, czarcie żebro, lipa są powszechnie znane pod różną postacią i nie musisz się popisywać – wyrwał się Hipolit.
– Wrzuć na luz, bo mnie wnerwiasz. Mówi ci coś komarze sadło i maść maciczna? – zapytał Marian.
– Nie ma co, walnąłeś jak zając na zakręcie, przyrodzeniem o sosnę. To, jakie duże te komary i skąd pochodzą, że można z nich otrzymywać tłuszcz na lekarstwo? A ta maść, to chyba od małży, bo jakoś nie umiem sobie wyobrazić, aby od kobiet. A na co to, to ma być pomocne? – zanosząc się śmiechem mówił Hipolit.
– Na głupotę, czyli na wszytko – bez emocjo odparł Marian.
– Nie rozumem kolego. Drwisz ze mnie w żywe oczy, czy mówisz serio? – niepewnie zapytał Hipolit.
– Od razu ci odpowiem – rzekł Marian. Jedno i drugie. Uzbrój się w cierpliwość i nie wtrącaj tych twoich trzech groszy, to ci wyjaśnię, o co w tym chodzi. W życiu można wszystko sprzedać i kupić. Kwestią jest odpowiednie podejście do kupującego. Taki dla natychmiastowej poprawy zdrowia, urody, sprawności, samopoczucia, nabycia siły zwykłej i witalnej wyda każdą kasę. W Warszawie przed wojną był aptekarz bardzo znany o nazwisku Różycki. Człowiek bardzo bogaty, spokojny i zarazem obrotny. Miał w firmie oddanego pracownika Baltazara Cwancygera. Ten to dopiero był agregat. Smykałkę do interesu miał nieziemską, a do tego dar przekonywania ogromy. On to wymyślił sadło komarze i maść maciczną. Wmawiał klientowi w zależności od jego potrzeb, że są to pewne specyfiki na porost włosów, wydłużanie narządów a szczególnie jednego, na zajście w ciążę, na zapobiegnie ciąży. Jak złapał „jelenia” to już go nie wypuścił. Zanim ten się zorientował, już miał towar w ręce i mocno odchudzony portfel.
– Ale to jakaś niedorzeczność, aby nie rzec bzdura. I na takie numery nabierał i naciągał ludzi? – nie wytrzymał Hipolit.
– Dobry bajer, to połowa sukcesu. Znasz to powiedzenie? – spokojnie zapytał Marian.
– Może tak niekiedy jest, ale ja bym się nie dał tak nabrać – wstawiał się Hipolit.
– Po wysłuchaniu mojej historii twierdzisz, że nikt by cię nie wyrolował. Przypomnę ci, że ktoś zupełnie niedawno zrobił cię w trąbę – z nutą złośliwości rzekł Marian.
Po słowach kumpla twarz Hipolit zrobiła się purpurowa. W jednej chwili przypomniał sobie zdarzenie, o którym sądził, że Marian już zapomniał. Próbował jeszcze lawirować. Po chwili zadał pytanie:
– Co masz na myśli przyjacielu?
– Nie zgrywaj głupka. Przecież wiesz, jak było z farbą do konserwacji twojego samochodu. Odświeżę ci pamięć, że sporo zapłaciłeś za ten wysokiej klasy środek do konserwacji karoserii – dogryzał Marian.
– Dałem się nabrać, ale tylko, dlatego, ze facet, który przyniósł farbę rzekomo z polecenia mojej żoneczki powiedział, że pani Kundzia kazała mi zapłacić. Trochę byłem zdziwiony, że konserwant jest w butelce po oleju. Gdy gościu odszedł tknięty złym przeczuciem odkręciłem korek. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że we flaszce jest woda. Nawet o tej przygodzie nie powiedziałem mojej żoneczce, bo miałbym przerąbane – tłumaczył się Hipolit.
– Czy nadal sądzisz, że nie ma cwaniaka, który gdy trafi na naiwniaka potrafi wszystko mu sprzedać? – dopytywał Marian.
– Zgadzam się z tobą, przyjacielu – odparł Hipolit. Zastanawiam się, dlaczego ludzie dają się tak łatwo nabierać?
– Naiwniaków nie sieją, ale się rodzą. Ekstra towarowa okazja bez względu na czasy – o ile zdrowy rozsądek śpi – może być kosztowna i wstydliwa – poważnie rzekł Marian i przybił kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Krzyżówki, czyli co, z czym się „je”
– Mam dla ciebie zagadkę, a potem podejmę z tobą konstrukcyjną rozmowę na bardzo poważniejszy temat – tak zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Oho, mój przyjaciel wstał lewą nogą lub co gorsza, nie mógł w nocy spać. Nie wiem, co jest gorsze. Sądzę, że jedno i drugie nieźle walnęło cię w dekiel – zaczepnie rzekł Hipolit.
– Koleżko tak sobie ze mną nie pogrywaj, bo źle na tym możesz wyjść. Pamiętaj, kto jest mózgiem w naszej grupie i organizuje wszelkie spotkania i rozrywkę. To właśnie, to dzisiaj jest przedmiotem naszej rozmowy. Temat jest niezwykle istotny w naszym życiu –groził i pouczał Marian.
– O Boże, ale suchary! – jęknął Hipolit. Powiedz wreszcie tę zagadkę, bo już mnie skręca z ciekawości.
– Co to są krzyżówki?– natychmiast odezwał się Marian.
– No, nie ma co, wymyśliłeś proch. To nic innego, jak kratki skomponowane w jakąś figurę, w które wpisuje się odgadnięte wyrazy i z tego powstaje hasło. Najczęściej występują w gazetach lub w książeczkach – jak nakręcony odpowiedział Hipolit.
– Pierwszy sprawdzian z twojej wiedzy zaliczyłeś – odparł Marian. Teraz przyszła kolej na drugą, znacznie trudniejszą część. Powiedź mi, jak nazywa się krzyżówka osła i konia.
– To jest muł – radośnie odpowiedział Hipolit.
– Jedziemy dalej – spokojnie rzekł Marian. A jak się mówi na krzyżówkę krowy i żubra.
Tym razem chwilę trwało zanim Hipolit odparł:
– Żubroń! – zawołał.
– No, no! Może jeszcze będą z ciebie ludzie – pochwalił kumpla Marian. Warunek jest jeden, musisz mi powiedzieć, co to jest okapi.
Kumple na chwilę zaniemówił. Było widać, że stara się zyskać na czasie. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Postanowił tak odpowiedzieć, aby przyjaciel oniemiał z wrażenia. Ni z gruchy ni z pietruchy wypalił:
– To taki daszek nad drzwiami lub oknami, który ochrania drewno przed deszczem, a nawet słońcem – spokojnie odparł Hipolit.
Po tej odpowiedzi o mało nie doszło do nieszczęścia. Marian tak się śmiał, że aż się krztusił. Po chwil, gdy lekko ochłonął rzekł:
– Różne głupoty od ciebie słyszałem, ale ta bije wszystkie na łeb na szyję. Nie chcę cię, ani prowokować, ani dłużej trzymać w niewiedzy. Okapi, to nic innego, jak zwierzę afrykańskie, w połowie przypominające żyrafę, a w połowie zebrę.
– To one, no te dwa gatunki, ze sobą tak cyk, cyk i z tego to, to powstało – nieśmiało wtrącił Hipolit.
– Niewykluczone, że mogło dojść do takiego pomieszania krwi w efekcie, którego urodziło się to dziwne zwierzę ze średnią szyją i zadkiem w pasy o nazwie okapi – poważnie tłumaczył Marian.
– Skąd ty to wiesz i do czego ci to jest potrzebne? – zadał pytanie Hipolit.
– Spróbuję ci to wyjaśnić – rzekł Marian. W szkole podstawowej bardzo interesowałem się zoologią. Nie starczał mi materiał programowy o znanych gatunkach. Nowych, nieznanych egzemplarzy szukałem w książkach, atlasach, a nawet encyklopedii. Pasjonującą formą poznawania świata była literatura. Moim ulubionym autorem był Alfred Szklarski. On to fantastycznie opisywał przygody Tomka Wilmowskiego na różnych kontynentach m.in. w Afryce. U niego właśnie w książce pt. „Przygody Tomka na Czarnym Lądzie” natknąłem się na okapi.
– Stop stój, mój zacny kolego. Chyba nie zamierzasz mi opowiadać o antylopach, nosorożcach, słoniach, małpach i twoich czytelniczych doznaniach. Czy to już koniec w temacie pt. „krzyżówki”? – poirytowany przerwał Hipolit.
– Powiem ci, że niezupełnie. Mam w zanadrzu taki gatunek, o którym nawet słyszałeś. Jestem jednak pewny, że nie dasz rady mi cokolwiek na jego temat powiedzieć – rzekł po chwili Marian.
– W twoich szelmowskich ślepiach widzę, że coś wykombinowałeś, ale nie wiem co, dlatego wal prosto z mostu – prowokował Hipolit.
– Skoro tur z krową, to turoń, zechciej zatem wytłumacz mi, co to takiego jest biedroń –dociekał Marian.
– To proste krzyżówka biedronki i konia lub biedy z nędzą – wypalił Hipolit i wybuchnął śmiechem.
– A połączenie słonia i mrówki? – dopytywał rozbawiony Marian.
– Oczywiście, że słonina – bez sensu odparł Hipolit.
Po tym obaj zaczęli się śmiać tak, jakby im szajba odbiła.
– Czy ty wiesz jak kombinują jeże? – próbował podtrzymać temat Marian.
– Ostrożnie lub z wykorzystaniem miski na grzbiet – odparł Hipolit i dalej zanosił się śmiechem.
– A ślimaki, jak ślimaki – drążył Marian.
– Nawzajem – odpowiedział Hipolit i spoważniał.
– Mam wrażenie przyjacielu, że osiągnęliśmy szczyt głupoty. Jesteśmy o krok od krzyżówki kota z psem i psa z kotem. Wrzućmy natychmiast na luz i chodźmy na chmielowy zastrzyk. On nam dobrze zrobi, a przede wszystkim oczyści zmącone umysły – rzekł Marian i popchnął kumpla w stronę piwiarni.
Seweryn Kaczmarek

Uliczny rekonesans
– Powoli zima odpuści i zaatakuje wiosna. Tylko patrzeć, jak będzie więcej słońca i temperatura wyraźnie podskoczy powyżej zera. Watowane kurtki i ocieplane buty wpakujemy do szafy – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Ten drugi uśmiechnął się i rzekł:
– Już nie mogę się tego doczekać. Gdy tak się stanie, to weźmiemy, co nie co, do kieszeni i udamy się na obchód miasta.
– Jak cię znam, to groszem nie śmierdzisz, a do kabzdy, co najwyżej weźmiesz powietrze lub podartą poszewkę – zaczepnie zwrócił się do kumpla Marian.
– A od czego się ma przyjaciele. On zawsze, albo coś ma, albo choć wykarze się dobrym pomysłem – przymilał się Hipolit.
– Tym razem nie o alkohol chodzi, a o trzeźwy rekonesans bliższego i dalszego terenu, a przede wszystkim o stan jezdni i nazwy ulic – spokojnie mówił Marian.
– Pamiętam, jak niemal w centrum miasta, przed domami był ogródki, ogrodzone ładnymi płotkami. Wiosną zaczynały się tam zielenić krzewy i rozkwitać kwiaty – marzył Hipolit próbując dołożyć coś do słów kumpla.
– Bo nie wytrzymam – przerwał mu Marian. Gdy ty przywędrowałeś do miasta, że nie wspomnę, to ogródki były już zlikwidowane!
– Ale kilka było – upierał się Hipolit. Przyjaciel spojrzała na niego z politowaniem i rzekł:
– Dziaś mi nie chodzi o ogródki, ale o obejście miasta i przypomnienie sobie starych ulic i zapoznanie się z nowymi nazwami.
– Nie widzę w tym nic interesującego – poirytowany rzekł Hipolit.
– Tu cię zaskoczę na przykładzie tych już od lata istniejących – natychmiast przerwał Marian. Posłuchaj: Klonowa, Akacjowa, Brzozowa, Jesionowa, Bukowa, Wiśniowa, Czereśniowa, Morelowa itd.
– No i co z tego? – nie dawał się Hipolit. Przecież na tych ulicach nie ma, ani jednego drzewa z tego gatunku, które powinni tam być, jako znak rozpoznawczy, gdzie się znajdujemy.
– Czepiasz się, jak pijany płotu – napierał Marian. Na ulicach o nazwie Kajakowa, Żeglarska, Łanowa, Piaskowa, nie ma, ani jednego kajaka, żaglówki, zamiast łanów są parkany, a po piasku na Piaskowej nie ma śladu.
– To prawda, ale powiedz mi, do czego zmierzasz – zadał pytanie Hipolit.
– Już ci mówię, kolego! – odparł Marian. W Stanach Zjednoczonych nie ma nazw ulic, ale za to jest numeracja. Taką przyjęli zasadę i od niej nie odstępują. U nas ulice otrzymywały nazwy ludzi zasłużonych, wybitnych, ze świata kultury, sztuki, świętych, polityków, przywódców itd.
– No były i co z tego? Komu to przeszkadzało? – jątrzył Hipolit.
– Ty to jesteś ciężki przypadek – naskoczył na kumpla Marian. Sądzę, że jak dobrze potrząśniesz mózgownicą, to przypomnisz sobie, jak z tym było w przeszłości. Przecież różni osobnicy spod ciemnej gwiazdy mieli swoje ulice, ba nawet miasta. Byli to sprawujący władzę, pseudo-bohaterowie, artyści wspierający jakiś system. O dziwo, swoje tabliczki mieli też ci z ościennych krajów. Niechętnie sobie przypominam, że był to jakiś Józef, Feliks, Helmut. Jak patrzyłem na te tabliczki, to aż mnie skręcało. Ale nich tam, to już było i sądzę, że nie wróci.
Po tych słowach Marian na chwilę zamilkł.
– Jakoś zrobiło się smutno. Nie sądzisz, że nazwy ulic mogą być wesołe, pogodne, a nawet zabawne – odezwał się Hipolit.
– Zgadzam się i mam nawet na to pomysł – szybko wszedł w zdanie kumplowi Marian.
– Jak zwykle tylko ty!? Może byś najpierw wysłuchał moich propozycji – nie wytrzymał Hipolit.
– To mów skoro musisz – łaskawie zezwolił kumplowi Marian.
– Proszę bardzo: Misia Uszatka, Pszczółki Mai, Reksia, Bolka i Lolka, Calineczki – sypał jak z rękawa Hipolit.
– Nie, ma co, to żeś wymyślił. Z tego, co się orientuję, to już są takie ulice dedykowane dzieciom. Mnie chodzi o takie dla dorosłych – tłumaczył Marian.
– Jak jesteś taki mądry, to powiedz, jakie masz propozycje – dopytywał Hipolit.
– Mogłyby być to np. Pelagii Mokrej, Hiacynta Fiflaka, Ksymeny Chętnej, Baltazara Posuwały, Melpomeny Ciutciut, Ignaca Ogoniaka, Zefiryny Szparki – wyliczał skrywając śmiech Marian.
– Wiedziałem, że ty wszystko sprowadzisz do jaj i twojego ulubionego świntuszenia – zły rzekł Hipolit.
– No, już się nie gniewaj – rzekł pojednawczo Marian. Powiem ci, że lepiej już, gdy byłby to nazwy śmieszne, trochę zabawne, niż znienawidzonych polityków. Zdajesz sobie sprawę, że swoich miejscowych też nie możemy dawać na tabliczki, bo jedni chcą, a drudzy nie. Za i przeciw jest tyle argumentów, że „czacha dymi’.
– Skoro nie ma innych możliwości, to jak z tego wybrnąć? – po raz kolejny pytał Hipolit.
– Niech zatem w nazwach będą drzewa i rośliny – odparł Marian.
– Przecież przed chwilą robiłeś sobie z nich żarty – wtrącił Hipolit.
– Widzisz przyjacielu to, że nie ma tam, ani jednego drzewa, krzewu, czy kwiatu, to żaden problem. Posadzi się i będzie ok. Nikt do nikogo nie będzie miał żalu i uwag, dlaczego ten, a nie tamten ma swoją ulicę. Nie sądzisz, że sama przyroda daje spokój i poczucie ciepła na duszy? – spokojnie mówił Marian.
Kumpel popatrzył na niego i rzekł:
– Chyab się z toba zgodze. Pewnie, że masz rację, przyjacielu!
Przybili sobie „piątkę” i ruszyli przed siebie.
Seweryn Kaczmarek

Spóźniony biznes Marycha i Hipolita
Kilka dni mroźnej pogody sprawiły, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka szukali miejsca, gdzie mogliby spokojnie, w przyzwoitych warunkach spędzić czas. Wreszcie po kilku „adresach”, pod które zajrzeli, wybrali dwa. Pierwszy w piwiarni pod „Jeleniem” u Jacha Rogacza, a drugi w korytarzu bloku koło szkoły. Na parterze mieszkała w nim Rozalia Kogut. Szybko wkradli się w jej łaski. Mówili do niej Róża, a ona to bardzo lubiła. Doszło do tego, że proponowała im cieplą herbatę, a nawet szklaneczkę winka własnej roboty.
Zdarzyło się, że zaprosiła ich do mieszkania i wypiła z nim trochę trunku. Przyjaciele myśleli, że złapali Pan Boga za nogi. „Życie, jak w Madrycie” – mówili do siebie zacierając ręce.
Nic nie może wiecznie trwać. Tak było w ich przypadku. Nagle, niespodzianie wrócił z rejsu jej małżonek Narcyz Kogut. Był marynarzem i przez trzy miesiące nie było go w domu. Ogromnie był zazdrosny o swoją połowicę, a do tego jej nie ufał.
Jak grom wpadł do mieszkania. Zobaczył Mariana i Hipolita przy stole z jego małżonką. Do tego była flaszka wina i osobnicy, których nie lubił. Wtedy wpadł w furię. Zrobił karczemną awanturę. Wywalił ich ze słowami, że jak jeszcze raz ich zobaczy w pobliżu jego domu, to im coś tam powyrywa, a może jeszcze gorzej.
Gościu był potężnej postury i silny jak tur, dlatego kumple bez zbędnej dyskusji opuścili mieszkanie Kogutów. Pani domu nic nie robiła sobie z humoru małżonka i bezczelnie powiedziała, aby się nie kompromitował i zamilkł.
Marian i Hipolit wzięli sobie do serca groźby Narcyza i omijali jego chatę dużym łukiem. W akcie przyszłej, słodkiej zemsty obiecali sobie, że gdy porąbany Kogut wypłynie w kolejny rejs, to oni zajmą się jego żoneczką. Na samą myśl o tym zrobiło im się ciepło na sercu.
Przez kolejne dwa dni korzystali z ciepłego wnętrza piwiarni u Jacha. Udawało im się wyskrobać parę „zeciaków” i mogli golnąć po browarku. Właściciel niespecjalnie łaskawym okiem na nich spoglądał. Mruczał pod nosem, że zajmują mu przestrzeń barową siedząc po kilka godzin przy małym piwku. Za te niewybredne uwagi pod ich adresem, postanowili go „olać”.
W głowie Marian zrodziła się myśl. Bez ceregieli zwrócił się do Hipolita.
– Jest zima i mróz, bo taka jest kolej rzeczy w naszej strefie klimatycznej. Nie możemy korzystać ani z twojego, ani mojego mieszkania. Nasze żoneczki ogromnie nie lubią, gdy przebywamy razem, a jeszcze bardziej nie lubią naszych genialnych pomysłów. Mam pomysł, jak zdobyć finanse, które rozwiążą nasze kłopoty zimą.
Hipolit odezwał się niepewnie:
– Było usługowe trzepanie dywanów, mycie okien, wnoszenie węgla do piwnicy. Już się boję, co teraz wpadło ci do głowy. Do tej pory wszystkie pomysły twoje nie były warte funta kłaków, Zysku tyle, co pies ma w pysku, czyli nic.
– Tym razem na naszym osiedlu i przyległych ulicach, podczas mrozów, będziemy pomagali właścicielom odpalać samochody. Mówię ci, ba jestem pewny, że będzie to złoty interes. Bejmów, jak lodu, siana pełna górka – nakręcał się Marian.
– Hola, hola przyjacielu. Jak ty to sobie wyobrażasz. Trzeba będzie wstawać rychło rano i wziąć się do roboty. Jeżeli ma to być dochodowe, to musimy zaoferować skrobanie szyb i w razie opadów, odgarnianie śniegu. Zapychamy, a w razie ciężkiego zapalania, musimy mieć rezerwowy akumulator i przy użyciu dodatkowych kabli uruchamiać pojazd – konkretnie zwrócił się do kumpla Hipolit.
– Mam opracowaną strategię na ten czas – rzekł Marian. Każdego dnia wieczorem poszukam potencjalnych klientów i umówię się z nimi na usługę. Ty, skoro świat wstaniesz i pójdziesz pod wskazane przez ze mnie miejsce. Jak sam nie dasz rady, to zadzwonisz komórką, a ja możliwie szybko do ciebie dołączę. Odpalimy oporną „brykę”, skasujemy kasę i walimy na piwo.
– Już widzę, że to ty jesteś w tym przedsięwzięciu kierownikiem, a ja robotnikiem. Ty sobie leżysz do południa w ciepłym wyrku, a ja walczę z gruchotami na mrozie. Jakoś nie przekonujesz mnie do tego pomysłu – wyraźnie stawiał się Hipolit.
– Oj tam, oj tam! Szukasz pretekstu, aby nie wejść w biznes. Masz lenia i dwie lewe ręce. Ponadto sam nie masz lepszego pomysłu. Chyba, że masz? – po ataku na kumpla zadał pytanie Marian.
– Może mam, a może nie mam! – spokojnie odparł Hipolit. Wiedz jednak, że nie o moje chęci, nazywane przez ciebie nygustwem, ale czas chodzi.
– Wiedziałem, że nie będzie ci się chciało rychło rano wstawać – zaatakował Marian.
– Pozwól sobie coś powiedzieć – przerwał kumplowi Hipolit. Nie o ten czas chodzi, ale to, że już kończy się styczeń. Raptem było kilka dni mrozu i to nawet niezbyt siarczystego. Nie widziałem chociażby jednego przypadku, aby posiadacz pojazdu nie dał rady rano odpalić auta. W telewizji i radiu mówili, że będzie ocieplenie i temperatura skoczy powyżej zera. Twój pomysł – nie powiem – jest dobry, ale mocno spóźniony. Trzeba będzie do niego powrócić, ale na początku przyszłej zimy i wtedy modlić się o śnieg i mróz.
– Dobra, już dobra! Wrzuć na luz – rzekł Marian. Powiem tak, że częściowo, ale tylko częściowo masz rację. Zimy zapewne już nie będzie. Zleceń na usługi też nie uda się zdobyć. Musisz jednak przyznać, że genialny miałem pomysł. W takim razie, co robimy, zwrócił się do kumpla.
– To, co potrafimy najlepiej, czyli nic! – bez wahania odparł Hipolit.
– Rozumem – odparł Marian. Tymczasem idziemy na piwo, a biznesowe plany przekładamy na bliżej nieokreślony termin. Prawopodobnie na listopad.
W jednej chwili kumple wypracowali wspólne stanowisko, przybili „piątkę” i równym krokiem pomaszerowali do najbliższej piwiarni.
Seweryn Kaczmarek