wtorek, 16 Październik 2018

Felietony Seweryna Kaczmarka

Pierwsi do koryta
– Dawaj, dawaj zagęszczaj ruchy, bo się pali – wolał Marian Lichy w stronę idącego z nogi na nogę Hipolita Mizerki. Ten drugi ruszył z kopyta i po chwili mocno zdyszany seryjnie dopytywał:
– Co się stało przyjacielu, że cię tak przypiliło? Czyżby seksowana babka sprowadziła się na nasze osiedle lub nie daj Boże znów pęcherz ci wysiadł?
– Nie wysilaj się na głupie teksty tylko się skoncentruj i wytęż słuch. Wiedz, że pospiech w moim przypadku jest więcej, niż pożądany, co ci zaraz udowodnię – naskoczył na kumpla Marian.
– Znalazłeś portfel z większą gotówką, otrzymałeś dostawę darmowych mocnych trunków, wygrałeś wyjazd na RODOS lub piątkę w totka, teściowa kupuje ci nowe auto? – wyliczał Hipolit spoglądając na kumpla i nie przyjmując się jego poirytowaniem. Po tych słowach na chwilę krew mocno uderzyła do głowy Mariana. Nabrał głęboko powierza i w miarę spokojny rzekł:
– Jeżeli myślisz, że mnie wyprowadzisz z równowagi, to jesteś w błędzie. Jednocześnie ostrzegam cię i informuję, że skoro przeciągniesz strunę, to poznasz smak mojego prawego sierpowego. Zrobiłbym to już teraz, ale będziesz mi w całości potrzebny.
Sytuacja dla Hipolita była z jednej strony niebezpieczna, ale z drugiej dopadła go ciekawość. Postanowił wybadać kumpla:
– Posłuchaj przyjacielu – rzekł – w takim razie, co masz mi do przekazania i jaki ja mam mieć udział w tym całym interesie?
Było widać, że Marian już dłużej nie może wytrzymać. Natychmiast wypalił, jak z armaty:
– Wytartuję w wyborach.
– Nie i jeszcze raz nie – wyrwał się Hipolit. Może mi wyjaśnić, w jakich? Chyba nie do zarządu hodowców kur futerkowych, albo na członka koła uprawiających rapie.
– Wybaczam ci kury futerkowe i te rapie, chociaż o nich jeszcze pogadamy. Wracam do walki o mandat – siląc się na spokój mówił Marian. Mój znajomy Antek Cwancygier zgłosił ekipę do wyborów. Miał kłopot z kandydatami i nazwą, dlatego zwrócił się do mnie o pomoc. Wymyśliłem mu dwie. Jedna to CeBeA a druga Pstryk. Co do hasła, to podrzuciłem mu „Krętymi ścieżkami pieszo lub rowerem, na gazie lub bez, z nami będzie ci lepiej”.
– O mandat nie musisz walczyć, bo możesz go mieć jeszcze dzisiaj – wtrącił Hipolit. Złapią cię jak nie będziesz przełaził po pasch, albo chlał piwsko w miejscu publicznym, najlepiej koło szkoły. Ale, ale skąd przyszły ci do głowy takie nazwy i dziwne hasło?
– Już ci wyjaśniam – tłumaczył Marian. Nazwy, jak nazwy, takie przyszły mi do głowy i każdy zrozumie je po swojemu. „Cebea” czy „abece” jednemu kojarzyć się będzie ze służbami, a drugim z alfabetem. Pstryk natomiast ze strzelaniem placami, lub błyskiem flesza. Ma to obrazować, że wystarczy pstryknąć, a wszytko zrobi się szybko, łatwo i samo. Nic, tylko żyć, nie umierać.
– Ale to wierutna bzdura. Przecież ja się na to nie nabiorę i sorki, ale na ciebie nie zagłosuję – nie wytrzymał Hipolit.
– Przecież jestem elokwentny, życiowy, dobrze ubrany, rozumiem ludzkie potrzeby, dbam o rodzinę bliższą i dalszą, Chcę, by ludziom żyło się spokojnie i dostatnio. Walczył będę, aby w sklepach było tanio, a częściowo za darmo. Dużą część mojej diety oddam na tych, co nie mają nawet na piwo – nakręcony wymieniał Marian.
– Hola, hola przyjacielu – zastopował go Hipolit. Co to jest za demagogia? Co to są za obietnice? Przecież ty nawet jeszcze nie zdeklarowałeś się, co do kandydowania, a już obiecujesz? Jestem pewny, że gdybyś, w co wątpię otrzymał mandat, to nic lub bardzo niewiele byś z tego zrobił. Są to słowa bez pokrycia i nic więcej.
– Ale przecież wszyscy tak robią, a najbardziej ci, co po raz pierwszy chcą zaistnieć i dorwać się do koryta – wyraźnie zbity z tropu tłumaczył się Marian.
– Władza tak, jak upał lub narkotyki, dla nieprzygotowanego może posłać go do piachu lub pizgnąć mu w dekiel. Znaczy to, że kto nie jest odporny, niech się za to nie bierze. O ile sam sobie zrobi krzywdę to pal licho, ale jak unieszczęśliwi ludzi, to już jest masakra – poważnie mówił Hipolit.
Coś musiało się dziać w głowie Mariana, bo spoglądał wysoko i nad czymś dumał. Bardzo poważnie zwrócił się do kumpla:
– Wiesz, że jak cię słucham, to nawet przyznaję ci rację. Więcej ci powiem, nie wystartuję w wyborach. Na potwierdzenie tego, przy tobie zadzwonię do Antka i powiem mu o swojej decyzji.
Sięgnął po komórkę i po chwili oświadczył, że ma na niego nie liczyć. Nazwę i hasło może sobie wykorzystać. Znajomy chciał jeszcze go przekonywać na różne sposoby, ale ten był nieugięty.
– Powiedz mi, co ostatecznie cię przekonało o zmianie decyzji? – cicho zapytał Hipolit.
– Od dobrego rządzenia są autentyczni, sprawdzeni fachowcy. Oni wiedzą, co i jak trzeba robić, aby było dobrze. Wielu jest w tym kraju przypadkowych pseudo fachowców i oni powinni sobie dać raz na zawsze spokój. Ja do nich byłbym należał. Nie chciałbym być postrzegany, jako ten, co się nie znał, ale wymądrzał i nie spełniał przedwyborczych obietnic – wyjaśnił Marian.
– To co? Będzie, jak dawniej? Będziemy robić dobrze to, co najlepiej potrafimy? – uradowany zapytał Hipolit.
– Tak! Póki co idziemy na piwo – uciął rozmowę Marian i lekko popchał kumpla w stronę baru „Pod pianką”.
Seweryn Kaczmarek

Niech się „unii” odwalą od nas
– Są takie rzeczy, że fizjologom się nie śniły – zwrócił się Marian Lichy do kumpla Hipolita Mizerki.
– Filozofom chyba chciałeś powiedzieć – poprawił go kumpel.
– Patrzcie go, znawca języka polskiego się znalazł. Wiedz, że specjalnie użyłem określenia fizjologom, aby sprawdzić, czy jeszcze jesteś czujny i rozumiesz, co do ciebie mówię – natarł na kumpla Marian.
– Nie wiem, co ci się stało, że znów dopadło cię wisielcze poczucie humoru i próbujesz mnie atakować? – spokojnie odparł Hipolit.
Tym razem Marian nie zwracał uwagi na wyjaśnienia kumpla. Dalej konsekwentnie zmierzał do celu.
– Ty tam, w tej twojej zabitej dziurami wiosce, niewiele styczności miałeś ze światem. Coś tam może docierało do ciebie przez dziurawe okiennice i strzechę w dachu, ale to był pryszcz wobec tego, co się działo – rzekł Marian.
– Tak nie będziemy rozmawiać. Wypraszam sobie ten ton i insynuacje pod moim adresem – ostro zareagował Hipolit.
Przyjaciel nadal prowadził swoją gierkę:
– Co ci mówi „unia” – zadał pytanie. Twarz Hipolita się rozpogodziła i od razu zaczął mówić:
– Nie mogłeś kolego tak od razu? Unia to jest gigant i co do tego nikt nie ma wątpliwości. Z nią muszą się liczyć wszyscy. Każdego potrafi pokonać, a nawet rozgromić u siebie.
– Gdzie? – wyskoczył z pytaniem Marian.
– Jak to gdzie? W Lesznie! – z błyskiem w oczach odparł Hipolit.
– O czym ty mówisz? – ponownie zapytał Marian.
– Jak to o czym? O klubie żużlowym Unia – odparł Hipolit. Widząc, że oczy kumplowi wyszły na wierch ze zdziwienia dodał:
– To taki zespół z bykiem w herbie.
– Przecież wiem – natychmiast naskoczył na kumpla Marian. Wyobraź sobie, że jak ja jeździłem na zawody, to ty nie wiedziałeś, że gdzieś tam ścigają się na motorach. Ty, ze swoim tokiem rozumowania, potrafisz człowieka wprowadzić w osłupienie. Ja mam na uwadze, co innego i do tego zmierzam. Skup się, bo mam na myśli sprawy poważne, które są bardzo istotne dla naszej, dalszej historii. Zadam ci pytanie i o oczekuję szczerej odpowiedzi: „Czy ty byłeś za wejściem naszego kraju do Unii Europejskiej”?
– Tak, ale miałem wątpliwości – szybko odparł Hipolit.
– Sądzę, że kłamiesz. Śmiem przypuszczać, że wcale nie poszedłeś głosować – ironicznie rzekł Marian.
Kumpel na przemian robił się czerwony i blady. Po chwili wyrzucił z siebie:
– Byłem przeciw, ale na referendum nie poszedłem. Szkoda było mi czasu na coś, do czego nie byłem przekonany. Czułem, że jest to lipa. Zadam ci zwrotne pytanie: „A czy ty byłeś za wstąpieniem do tej Unii?”
Na chwilę zapadła cisza. Marian zrozumiał, że wpadł w sidła, które sam zastawił na kumpla.
– No, ten tego! – mruczał grając na zwłokę Marian.
– Przecież widzę i czuję przez skórę, że nie byłeś głosować – nabijał się Hipolit.
– Nie byłem – tłumaczył się Marian, bo mnie do tego nie niczym przekonali. Wiedz jednak, że zdecydowanie byłem przeciw.
– Wiem – spokojnie zwrócił się do kumpla Hipolit. Jak sobie przypomniałem mieliśmy zdrowo w czubie i zamiast glosować poszliśmy na piwo, a potem szlajaliśmy się po mieście.
– Tak teraz sobie też to przypomniałem – niepewnie mówił Marian.
– Powiedz mi, dlaczego dzisiaj dyskutujemy o Unii? – zapytał Hipolit.
– Już ci mówię – mówił Marian. Te brukselskie „leśne dziadki”, z przeciętną wieku plus 85 lat, do wszystkiego nam się wtrącają. Pouczają nas, czy możemy wycinać drzewa ze szkodnikami, czy nie. Dalej, czy „temida” ma mieć opaskę na obydwóch oczach, czy tylko na jednym. Instruują nas o przestrzeganiu prawa, a tym samym o praworządności. Póki, co nie wtrącają się do picia gorzały, bo sami za „kołnierz nie wlewają.
Marian chciał jeszcze przytaczać kolejne przykłady, ale Hipolit mu przerwał:
– Tak sobie myślę, że brukselska unia chciałaby ingerować w nasze osobiste sprawy. Tylko patrzeć, jak zaczną nam nakazywać, w jaki dzień tygodnia lub miesiąca możemy iść z babą do łóżka. Nie dopuścimy do tego – ostro zareagował Hipolit.
– Ale co robić, jak się przeciwstawić? – zapytał Marian.
– Wspomniałem ci, że leszczyńska unia ma w herbie byka. Tak sobie myślę, że trzeba będzie skierować to bojowe zwierzę na Brukselę.
– Trochę fantazjujesz, kolego! – przerwał Marian. Moim zdaniem ci, co perfidnie szkalują nasz kraj, zarówno obcy, jak i nasi, za każde obraźliwe słowo, gest powinni dostać z byka w mordę. O tym jestem głęboko przekonany. Rozkwaszona „kichawa” i ból, jakiego by doświadczył, raz na zawsze przypominałaby takiemu osobnikowi, że każdy ma prawo do rządzenia i stanowienia prawa w swoim kraju.
– Z tym się zgadzam w stu procentach. Nie chcę być złym prorokiem, ale leszczyńska unia trwać będzie, bo ma dobrych zawodników, oddanych działaczy i wiernych kibiców, a brukselska Unia jest tylko kwestią czasu, kiedy zniknie raz na zawsze z „mapy” świata – zakończył rozmowę Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Latające taczki
– Mam dzisiaj do ciebie przykłady z życia wzięte. Często, jak wiesz do nich wracam. Są one interesujące i pouczające – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Mój bratanek Antoni, od dzieciaka miał ciekawe spojrzenie na świat. Wszystkiego był ciekawy. Interesował się gołębiami, królikami, kotami. Szanował starszych członków rodziny. Niekiedy jednak zbyt dosłownie wykonywał ich polecenia. Kiedyś jego babcia mówi mu – „Antoś idź do sklepu po mąkę, ale tak na jednej nodze”. Mieszali w bloku, w którym punkt handlowy był na parterze. Chłopiec po chwili wraca potwornie zmęczony. „Co się stało, że tak dyszysz?” – pyta babunia. Na to chłopie, że babcia kazała na jednej nodze, to on cały czas skakał na jednej nodze. Śmiejąc się starsza rodu głaskała go po głowie i tłumaczyła, że to tylko się tak mówi, gdy trzeba szybko coś załatwić.
Na chwilę Marian zamilkł i spoglądał na reakcję kumpla. Zasłuchany w opowiadanie przyjaciela Hipolit dopiero po chwili się odezwał:
– Zgadzam się z tobą, że w życiu są sytuacje i absurdy, których nijak nie można do końca rozgryźć, ani pojąć. Faktem niezaprzeczalnym jest, że stoi za tym człowiek. Mam przykład i to świeży z budowy drogi. Jeżeli chcesz, to opowiem. Codziennie jeżdżę w kierunki Poznania. Od około dwóch lat robią tam nowy odcinek drogi. Z początku, to nawet nieźle tej firmie szło. Wyrówniarki, spychacze, koparki, wywrotki uwijały, się jak mrówki. Stawiali konstrukcje i lali beton pod wiadukty. Jednocześnie zabrali się też za nowe ronda.
– Nie ma co, sensacja i dreszczowiec, jak podczas zbieraniu grzybów w lesie. Czy ty chcesz mi teraz opowiadać historię budowy? To mnie kompletnie nie kręci – wyrzucił z siebie Marian.
– Dobra, już dobra przyjacielu, ja tylko wprowadzam cię w klimat tego, co tam widziałem i ci opowiem – spokojnie kontynuował Hipolit. Tempo robót na budowie siadało. Doszło do tego, że zaprzestano jakichkolwiek prac. Z placu zjechały maszyny, urządzenia i zniknęli ludzie.
– Strajk, nic tylko strajk. Chcieli podwyżki, bo gonili ich do roboty za psie bejmy. Zaczyna mnie ta historia wciągać – wyrwał się Marian.
– Po części masz rację – rzekł Hipolit. Wykonawca wszystkim w koło zalegał z płatnościami za materiały, za godziny pracy ich i sprzętu. Powiedzieli mu, aby cmoknął ich tam, gdzie słońce nie dochodzi i zwinęli żagle. Panika, że ho, ho. Ruchliwa trasa w części zablokowana. Jeden wyjazd zupełnie zamknięty. Ludziska, aby dojechać po zakupy, do lekarza, czy dowieść dzieci do szkoły nadkładali kilkanaście kilometrów drogi.
– To, to w głowie się nie mieści – ponownie wyrwał się Marian.
– Wyobraź sobie, że ludzie z miejscowości „Krukowo” drogę widzieli ze swoich podwórek, a nie mieli do niej dojazdu. Jeżdzili na około, robili po czterdzieści kilometrów dodatkowo dziennie i modlili się o zmiłowanie boskie, bo ludzkiego nie było widać – mówił Hipolit.
– I co? Nie było sposobu, aby tych pożal się boże wykonawców pogonić? – dopytywał Marian.
– Już ci wyjaśniam – pospiesznie zaczął mówić Hipolit. Przecież nie mogli czekać ze założonym rękoma, bo uciążliwości były nieziemskie, a do tego zbliżały się żniwa. Szum się zrobił, bo rolnicy zrobili raban i nagłośnili sprawę. Jaja były, jak berety. W geście rozpaczy, pokazania problemu i mordęgi zrobili blokadę drogi. Rolnicy razem z mieszkańcami miasta mądrze wykombinowali, że w święto, po południu ograniczą ruch na ruchliwej trasie, na kilka kilometrów przed nieszczęsną budowa.
– No, no robi się ciekawie – wtrącił Marian.
– Słuchaj, co było dalej – mówił Hipolit W jedną z niedziel protestujący chodzili po pasach w „Mysłowie” i tamowali ruch. Sznury pojazdów czekały, aż ich przepuszczą. Kierowcy, gdy zorientowali się, o co chodzi wspierali protestujących. Przyjechały telewizje, przybyli redaktorzy gazet. Każdy robił materiał pod siebie. Jedni byli za, inni przeciw. Taki jeden przyszedł, co to był za, a nawet przeciw. Dotarł na protest, chodził po drodze, a w telewizji mówił, że sięz nim nie zgadza.
– Nie powiesz mi, że gościu przyjechał z Gdańska – niepewnie zapytał Marian.
– Bez przesady przyjacielu – uspokajająco tłumaczył Hipolit. Protestujący całą tą batalię wygrali. Taki jeden szef od dróg obiecał, że roboty ruszą i droga w terminie zostanie oddana. W całość jego zapewnień nikt nie wierzył, ale liczno, że choć trochę poprawią trudną sytuację. Wyobraź sobie, że po tygodniu wykonawca, sprzęt i ludzie wrócili.
– Trochę jednak już mnie nudzi ta historią – wtrącił wyraźnie zniechęcony Marian. Czy były jakieś momenty, z których można było się pośmiać?
– No właśnie do tego zmierzam – uspokajał kumpla Hipolit.. W pewnym monecie na budowie drogi było ludzi, jak mrówek. Jedni nosili krawężniki, inni znaki, kostkę lub barierki. Łopaty i szypy wyrywali sobie z rąk. Najlepszy był numer z taczkami. Jeden z robotników zasuwał z pustą. Z boku przyglądał się na poczynania drogowców mieszkaniec gminy. Gdy „taczkowy” przejeżdżał koło niego zapytał, dlaczego lata z pustą. Ten ze zdziwieniem odparł, że jest taki zapieprz, że nawet nie zdążył jej załadować.
– Nie mów! Wozili powietrze taczkami zamiast piachu i zaprawy? – śmiejąc się pytał Marian.
– To jeszcze nie koniec jaj z tą inwestycją. Ona nadal nie jest ukończona i długo nie będzie. Kiedyś wrócę do tematu i jeszcze cię położę ze śmiechu. Obiecuję – zakończył opowiadanie Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Statki, czy okręty?
Przez kilka dni upalnego lata serdeczni kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka się nie widzieli. Pierwszy pojechał pomóc szwagrowi przy żniwach. Drugi udał się z małżonką do Mielna. Zgodnie z ustaleniami na drugi dzień po powrocie spotkali się na miejskich plantach. Pierwszy przybył Hipolit i z niecierpliwością oczekiwał na Mariana. Nie mógł usiedzieć na miejscu. Wreszcie w perspektywie ulicy dojrzał przyjaciela. Ten w ślimaczym tempie, patrząc w bezchmurne niebo szedł z nogi na nogę. Widząc podekscytowanie kumpla postanowił go ostudzić.
– A ty Hipciu, co taka latasz, jak Żyd po pustym sklepie? Stało się coś szczególnego? Chyba nie potrącił się statek?
Hipolit pominął kąśliwe pytania i zaczął szybko mówić”
– Wiesz, że byłem kilka dni nad morzem. Powiem, ci, że takich przeżyć jeszcze nie miałem. Super pogoda, ciepła woda, nawet niedrogie jedzenie i te malownicze okręty.
Wypowiedź kumpla mocno wkurzyła Mariana. Gdy on ciężko tyrał na żniwach, to Hipolit smażył się na słońcu i dupą leżał w piasku. Postanowił, że musi zdecydowanie sprowadzić go na ziemie.
– Mówisz, że widziałeś okręty. Były to może pomalowane w barwy maskujące lotniskowce, krążowniki, kutry torpedowe uzbrojone z działami i wyrzutniami rakietowymi? – ironicznie dopytywał Marian,
– Coś ty oglądałem i podziwiałem takie duże pasażerskie, masowce, kontenerowce oraz inne – szybko tłumaczył Hipolit.
– To ty mój ty mój „mizeraku” widziałeś statki, a nie okręty – wytknął mu Marian. Może dla ciebie nie ma to różnicy, ale wiedz, że jest kolosalna. Statki, oprócz tych, co ci już mówiłem, mogą być kuchenne i też pływają, ale w zlewie. Okręty, to uzbrojone po zęby morskie potwory, które nie boją niczego i nikogo.
– Oj tam, oj tam! Czepiasz się – próbował łagodzić Hipolit. Dobra, już dobra! W takim razie widziałem statki. Powiem ci więcej, na jednym odbyłem rejs wycieczkowy. Zaledwie kilka mil w morze, ale zawsze.
– I nie dostałeś choroby morskiej lub nie popuściłeś w gacie? – drwił Marian.
– Ty jak zwykle wszystko sprowadzasz do kpiny. Wiem, że kryje się za tym zazdrość. Wiedz, że ani rzygania na morzu, ani pełnych gaci po przypłynięciu do portu nie miałem – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– Dobra już dobra – przerwał Marian. Mówiłem ci, że byłem w marynarce, ale nigdy nie lubiłem tej służby.
– Chyba za podszewkę. Przecież ty w wojsku nie byłeś – nie wytrzymał Hipolit.
Kumpel miał rację, że munduru nigdy nie przywdział. Migał się od woja z wszystkich sił. Chodził od lekarza do lekarza i zbierał zaświadczenia, aby w końcu dostać kategorię „D”. Nie byłby jednak sobą, aby łatwo Hipolitowi odpuścić.
– Jak cię palnę to z papci wyskoczysz – wkurzony naskoczył na kumpla Marian. Nie byłem, bo jako jedyny żywiciel rodziny zostałem zwolniony z odbycia służby wojskowej i trochę chorowałem.
– Powiedz, że ze strachu przed wojem Gabrysi zrobiłeś brzuch i rzeczywiście musiałeś utrzymać rodzinę – drwił Hipolit.
– Ty mały skurczybyku trochę masz racji, ale wróćmy do statków – przerwał Marian.
– Kuchennych – wypalił Hipolit.
Niezrażony tym Marian rzekł:
– A pamiętasz grę w statki?
– Nie w statki, ale okręty – nie wytrzymał Hipolit. Przecież wielokrotonie w to graliśmy przed laty. Chyba pamiętasz, że nauczyłeś mnie zasad. To też sobie przypomnij, że tak długo w to graliśmy, aż przyłapałem cię, że oszukujesz.
– Nie pamiętam- udając głupiego odparł Marian. Powiedz mi, jak to się stało, że zaprzestaliśmy w to grać na plantach.
– A kto podczas gry dorysowywał okręty w zależności od tego, gdzie ja strzelałem. Gdy niechcący wypadła ci kartka, to po raz pierwszy dojrzałem przedziwny krążkownik. Był króciutki, za to mocno wysoki. Przypominał pływający wieżowiec. Mocno się wtedy na ciebie wkurzyłem. Powiedziałem, że ja już nigdy w to z tobą nie zagram – wytknął kumplowi Hipolit.
– No dobra było tak, ale ty też przeginałeś. Z tego, co ja sobie przypominam, też na bieżąco rysowałeś okręty. Możesz przysiąc, że tak nie było – odpalił Marian.
Twarz Hipolit nabrała czerwonej wstydliwej barwy.
– Niestety masz rację. Próbowałem różnych sztuczek, ale i tak przegrywałem z tobą. Uważam, że nie ma się, o co się sprzeczać. Jak świat światem statki i okręty zawsze się mieszały w głowie. Zostawmy więc to tym, co mają szajbę na punkcie poprawności określeń – spokojnie mówił Hipolit.
– Nie do końca się z tobą zgadzam, ale w taki upał nie mam, ani siły, ani ochoty dalej o tym dyskutować Proponuję ten temat raz na zawsze utopić w piwie – pojednawczo rzekł Marian.
Kumpel bez szemrania zaakceptował propozycję i po chwili obaj zgodnie maszerowali do piwiarni pod „Dużą pianką”.
Seweryn Kaczmarek

Jedni chcą i nie mogą, a drudzy mogą, ale na siłę nie chcą
Poplątanie z pomieszaniem
Kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka w upalny, lipcowy dzień schronili się w cieniu rozłożystej wierzby nad Samicą. Leżąc na trawie, z chłodnym piwkiem w ręku, znaleźli temat na pogaduchę. Tym razem pytaniem zaczął Hipolit:
– Powiedz mi przyjacielu, co o tym sądzisz. Jedni chcą, a nawet tego pragną i robią wszystko, aby jak naprędzej ją otrzymać, inni, gdy już się doczekali, to nie zamierzają z tego skorzystać.
– Jest to dla mnie bułka z masłem. Oczywiście, że chodzi o emerytów, a co za tym idzie o wiek, w którym mogą na emeryturę przechodzić – rzekł Marian. Pozwól jeszcze, że wyrzucę z siebie to, co w tej kwestii leży mi na wątrobie. Od dzieciaka czarna rozpacz ogarniała mnie, gdy pomyślałem, ile to jeszcze lat czeka mnie do zasłużonego odpoczynku. Każdy rok, począwszy od kilku szkół, aż do pracy zawodowej, ślimaczył mi się niemiłosiernie.
– Nie przesadzaj z tymi szkołami, bo z tego, co wiem i to od ciebie, że podstawówkę zaliczyłeś i nawet nie repetowałeś. W dalszej edukacji już szło ci, jak po grudzie i kilka razy zaliczałeś tę samą klasę – ironicznie wtrącił Hipolit.
Kumpel miał częściowo rację, dlatego też Marian musiał przełknąć jego przytyk. Postanowił definitywnie wyjaśnić, jak to rzeczywiście było.
– Chcę ci raz na zawsze wytłumaczyć – rzekł Marian, że ulali mnie w szkole ponadpodstawowej tylko raz i to dlatego, że chorowałem i dużo godzin opuściłem.
– Już ja znam tę twoją chorobę. Wcześnie zacząłeś chlać gorzałę i latać za dziewuchami. Z kacem i opuszczonymi do kolan portkami ciężko było chodzić do budy – drwił z kumpla Hipolit.
– Wiesz także ode mnie, że średnią szkołę robiłem wieczorowo. Równolegle pracowałem, bo chciałem mieć kasę. Było „siano”, były laski i zabawa. Nie było czasu na wbijanie do łepetyny bzdurnych regułek i całego tego materiału. Zawaliłem rok i tego nie da się ukryć – tłumaczył się Marian.
– Chciałem jednak powrócić do istoty sprawy – zdecydowanie rzekł Hipolit.
– Rozumiem, że temat niezmiennie dotyczy emerytów – ożywił się Marian.
Hipolit zaczął mówić:
– Siedziałem w szkolnej ławce i myślałem, ile to lat pozostało mi do emerytury. Kiedyś zwierzyłem się z tego mamie. Matula setnie się uśmiała i rzekła: „Ty chłopcze myślisz o tym, czego ja jeszcze nie mam. Dużo wody w rzekach upłynie zanim ja przejdę na emeryturę. Potem długo ty popracujesz i dopiero po około czterdziestu latach, takie świadczenie otrzymasz. Nie martw się, szybko to przeleci” – pocieszała mnie matula. Po takiej rozmowie z rodzicielką szczęka mi opadła i więcej do tego tematu nie wracałem. Rzeczywiście mama miała rację. Lata minęły, jak z bicza trzasnął. Rodzina, dzieci, praca i tak w kółko. Ani się obejrzałem, jak wszedłem w wiek emerytalny i zbliżyłem się do 65 lat. Już, już się cieszyłem, że zbliża się kres mojej pracy zawodowej. Moja radość była przedwczesna. ponieważ zdarzyło się coś, co zaskoczyło mnie, a jednocześnie ogromnie wkurzyło. Jak grom z jasnego nieba spadła widomość, że muszę popracować o jedenaście miesięcy dłużej. Tak ówcześnie rządzący, bez moje zgody zadecydowali. Kląłem ich na czym świat stoi. Tyle zakrętów po łacinie, co ja na nich wywaliłem tego nie zliczę. Nie chciałem, ale musiałem tyrać. Zacisnąłem zęby i dotrwałem.
– Hola kolego, hola – przerwał Hipolit. Przecież to wszyscy tak mieli od chwili podjęcia tej ustawy. Powiedz mi jednak, o co ci tak naprawdę chodzi?
– O to przyjacielu, że ja nie chciałem dłużej pracować, a mnie do tego zmusili. Byłem tak zmęczony, że miałem wszystkiego dość i chciałem odpocząć.
– Nadal nie kumam, o co ci chodzi! – zapytał Hipolit.
– O to, że nie pozwolono mi tak, jak to wcześniej było po ukończeniu 65 lat, przejść na emeryturę. Na siłę wciskali, że jest to konieczne, bo za dużo jest emerytów, za mały przyrost naturalny i na emerytury nie ma i w perspektywie nie będzie kasy. Wyobraź sobie jednak, że byli i nadal są tacy, którzy pomimo tego, że ukończyli lata na „emę” nie chcą przejeść. Ani siłą, ani przepisami nie idzie ich ruszyć. Mało tego, walczą wszędzie, gdzie się da, aby pracować do „osiemdziesiątki” – nabuzowany tłumaczył Marian.
– Chyba nie mówisz o lekarzach lub o kominiarzach? – ironicznie zapytał Hipolit.
– Ci, o których myślę i mówię, są od tych wspomnianych, nieporównywalnie więksi – nadawał Marian.
– Wiem, do kogo pijesz. Cicho bądź przyjacielu, ba jak oni usłyszą lub im ktoś na ciebie doniesie, to z „pierdla” nie wyjdziesz – ściszonym głosem rzekł Hipolit.
– Co cicho, co cicho? – zły wrzasnął Marian?. Czyli wiesz, że chodzi o tych, co w „szyldzie” mają babkę z opaską na oczach.
– Nie bądź taki okrutny, bo oni chcą kilka lat tylko dłużej pracować. Z tego, co wiem do 67 roku życia – uspokajająco mówił Hipolit.
– Mam to głęboko gdzieś! Co oni chcą lub kombinują. Gdyby w życiu rzeczywiście się narobili i mieli ręce do kolona, żylaki na nogach i roztrzaskane kręgosłupy, bolące głowy, to rwaliby na emeryturę tak, jak normalni ludzie – nabuzowany mówił Marian.
– Nie chcą, bo mają pozycję, duże pieniądze i inne przywileje – wyliczał Hipolit.
– Skończmy ten temat, bo za chwilę szlak mnie trafi! – przerwał Marian.
– Masz rację, wrzućmy na luz – pojednawczo rzekł Hipolit. Dodam tylko, że jest takie powiedzenie: Gdy ktoś w swojej idiotycznej filozofii pieprzy od rzeczy i ustawia coś pod siebie, to powinien zmienić lekarza.
– Po co? Dlaczego? – z pytaniem wyskoczył Marian.
– A to dlatego, że ten dotychczasowy go oszukuje – odpowiedział Hipolit.
– To jest dobre! To jest mocne! – śmiejąc się rzekł Marian.
Po tym kumple wstali, przybili sobie piątkę i udali się do domów.
Seweryn Kaczmarek

„Cykor” przed czarnym
– Człowiek całe życie czegoś się boi. A to czarnego kota, a to białego psa, rudej i zezowatej baby. Tak sobie myślę, że strach, jak cień idzie z nami krok w krok z tym, że ten drugi tylko w dni słoneczne lub nocą. Takie jest moje zdanie – rzekł Marian Lichy zwracając się do Hipolita Mizerki.
– Oho! Jest coś na rzeczy. Tylko nie wiem jeszcze co – odparł kumpel. W związku z tym zadam ci kilka pytań i to po kolei. Spróbuj się do nich od razu ustosunkować.
– Zaczynaj, choć wiem, że jesteś za cienki w uszach, aby rozszyfrować, o co mi chodzi – rzekł Marian.
– Co to znaczy lęk przed rudą, wielokolorową babą? – zadał pytanie Hipolit.
– Zapomniałeś sprecyzować zezowatą – wszedł w zdanie kumplowi Marian. Już ci mówię, gdy taką spotkasz i nie zdołasz przejść, a najlepiej uciec na drugą stronę ulicy, to miń ją i natychmiast spluń na cztery strony świata.
– A to niby dlaczego? – niepewni dopytywał Hipolit.
– Musisz wiedzieć, że jak ktoś jest „ryż i zyz tego się strzyż”. Jak takie coś krzywo na ciebie spojrzy, to masz murowanego pecha. W najlepszym razie urośnie ci kurzajka, a w najgorszym zbijesz flaszę gorzały, kupioną za ostatnie bejmy.
– Czy to dotyczy obojga płci? – odezwał się niepewnie Hipolit.
– W zasadzie tak! – szybko wyjaśniał Marian. Jestem pewny, że baby są zdecydowanie mocniejsze w tym działaniu. Krzywo spojrzy, mruknie coś pod nosem i nieszczęście jest gotowe.
– Nie strasz przyjacielu, bo ja mam sąsiadkę rudą, jak wiewióra, a do tego ma koszmarnego „strita”, czyli zeza. Nazywa się Melpomena Winkiel, ale jak do tej pory nic złego mi nie zrobiła – pocieszał się głośno Hipolit.
– Na wszelki wypadek noś przy sobie coś, co odstrasza czary. Najlepiej zakładaj gacie na lewą stronę, lub łapkę zdechłego szczura ewentualny ząbek czosnku pod lewym zębem – z ironicznym błyskiem w oku tłumaczył Marian.
– Zdecyduję się na noszenie bielizny na „ręby”. Może nie pomoże, ale też nie zaszkodzi. A co z tym białym psem? – szybko zadał pytanie Hipolit.
– Z tego, co ci powiem w tym temacie się nie śmiej, bo nie ręczę za siebie. Mówił mi o tym przed laty mój ojciec, a on na psach znał się jak nikt inny – z błyskiem w oczach tłumaczył Marian.
– Mów szybko, bo umieram z ciekawości – wtrącił Hipolit.
– Słuchaj i ucz się – wyjaśniał Marian. Białego psa bali się zarówno ludzie jak i zwierzęta. Uważali, że takiej maści zwierzę jest rozebrane do koszuli i ich błyskawicznie dopędzi – po tych słowach wybuchnął śmiechem.
Jakoś żart ten nie dotarł do Hipolita, dlatego sarkastycznie rzekł:
– Ale suchar. Nie ma co, bujda na resorach. Chociaż po głębokim namyśle muszę przyznać, że podczas wysiłku ludzie zrzucali kurtkę lub sweter i pracowali w samej koszuli. Taki jeden Felek Pompka, jak wypił kielicha na zabawie, to szukał zwady. Gdy trafił mu się potencjalny przeciwnik ściągał marynarkę i w koszuli rwał się do bójki.
– A więc widzisz, że białe niekiedy ciekawie się kojarzy – przerwał kumplowi Marian. A teraz powiem ci o czarnym kocie. Mój kuzyn Zygfryd Stękacz przekonał się, że to zwierzę przynosi pecha. Wyobraź sobie, że na zabawie wiejskiej w Cykowie poznał taką jedną Melę Zając. Miał w czubie i było ciemno, więc dziewczyna wydała mu się ładna. Kojarzył, jak przez mgłę, że były buziaki i „tango przytulango”. Na koniec zabawy umówił się z nią na następny dzień. Przypomniał sobie o randce dopiero około południa, gdy minął mu kac. Specjalnie mu się nie chciało jechać, ale obiecał, że wstawi się na pewno. Przygotował sobie rower i ruszył. Trochę czasu mu zajęło zanim pokonał osiem kilometrów, jakie dzieliło go od wioski dziewczyny. W połowie drogi przez jezdnię przeleciał mu czarny kot. Zły znak pomyślał, ale w takie przesądy specjalnie nie wierzył. Pruł dalej, ale kocisko nie dawało mu spokoju. Analizował to, co mu jego ciotka – lokalna guślarka mówiła, aby zwracał uwagę, z której, na którą stronę zwierzę przebiega. Nie mógł sobie przypomnieć, czy jak z prawej na lewą to szczęście, czy pech. Bijąc się z myślami wjechał na podwórze dziewczyny. Kot powrócił mu przed oczy, gdy spojrzał na Melę. Ale musiałem mieć w czubie pomyślał, bo dziewczyna wczoraj ładna, dzisiaj nie była krzykliwej urody. Skoro już przyjechał, to postanowił jakiś czas u dziewczyny spędzić. Nie przewidział, że najgorsze dopiero przed nim. Gdy rozmawiał z Melą na kanapie przyszli jej bracia Wicek i Wacek. Oni po śmierci ojca przyjęli opieką nad siostrą. Obiecali jej, że znajdą jej męża. Chłopy, jak dęby lubią sobie popić. Wtedy o wszystkim decydują. Gdy dowiedzieli się, że Mela spędziła wieczór i część nocy z Feliksem oznajmili, że na pewno ją wykorzystał i musi się z nią ożenić. Próbował się stawiać. Zmuszony do wypicia kilku kielichów topniał w ochach. Gdy miał w czubie oświadczył się Meli. Zanim dobrze wytrzeźwiał już było po ślubie. Sam teraz widzisz, że czarny kot, o ile przebiegnie ci ze złej strony przynosi pecha.
– Wiesz, że czarnego koloru wielu bardzo się boi – wszedł w zdanie kumplowi Hipolit.
– Co masz na myśli? – zapytał Marian.
– Już ci mówię – oznajmił Hipolit. Dla wielu kolor czarny, to żałoba, a dla innych moda. Syn mojego kumpla Szymek Lufa gra w nogę i jak przegrał zawody, to podawał rożne powody. Jednym z nich było to, że przeciwnicy grali w czarnych strojach. Była to obsesja, którą przejęli od niego kumple z zespołu.
– Powiedz mi, co by było, gdyby przyszło im grać z murzynami? – nagle zapytał Marian.
– Ty chytrusie! Ty cwaniaczku! Już wiem, do czego zmierzasz. Miarkuję, że nawiązujesz do meczu z Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, które odbywają się właśnie w Rosji. Nasi pokazali dobitnie, że z murzynami nie potrafili niczego ugrać – tłumaczył Hipolit.
– Tak! Dokładnie! I więcej ci powiem, że kot i gracz czarny, to dla niektórych los i wynik, więcej niż marny! – zakończył rozmowę Marian.
                            Seweryn Kaczmarek

Za, a nawet przeciw

– Tak sobie myślę, że mój dziadek, którego niestety nie pamiętam, w wielu sprawach miał rację. Mawiał między innymi, że głupich nie sieją, ale sami się pchają na ten świat. Skoro już się na min pojawią, to w przewadze patrzą, jakby coś spieprzyć i przy tym jeszcze się obłowić. Nie grzeszący rozumem udają mądrych stroniąc od pracy. Łasi są – i to ogromnie – na władzę. Dziadek dodawał też, że jak nie ma wojny, co dwadzieścia lat, to się ludzie nie szanują i bez powodu atakują – mówiące te słowa Marian Lichy chciał jeszcze coś dołożyć, ale przerwał mu kumpel Hipolit Mizerka.

– Powiedz mi przyjacielu, bo czegoś nie rozumiem, jak możesz cytować dziadka, którego nie znałeś?

– To już sam powinieneś widzieć – odparł Marian, że ważne powiedzenia, przysłowia, ba prawdy, przekazują rodzice. W tym przypadku był to mój ojciec. Pewnie, że dziadka nie pamiętam, bo urodziłem się grubo po wojennej zawierusze. Zapewniam cię jednak, że jego przekaz jest ciągle żywy i aktualny.

– Trochę dzisiaj mnie zaskoczyłeś. Ty, stary jajcarz, tym razem mówisz z sensem, a do tego poważnie w tematach, które nie są, ani łatwe, ani proste. Co leży ci na wątrobie?- zapytał Hipolit.

– Już zaspokajam twoją ciekawość – szybko zaczął Marian. Jeden taki Kajetan Smolny z dobrego serca, za darmo dał swojemu bratu Ignacowi płytki ceramiczne do łazienki. Ten drugi był straszny chytrus i jak to mówią „gówno by spod siebie zżarł”. Swoją łazienkę miał zrobioną i tak naprawdę, to kafelków nie potrzebował. Skoro jednak spadły mu z nieba i to za „friko” wykombinował, że przekaże je najmłodszemu z braci Janowi, oczywiście nie za darmo. Chytrus do brata jeszcze powiedział, że nie chce, ale musi się płytek tanio pozbyć, bo mu zawadzają. Sądził w swojej głupocie, że to się nie wyda i w rodzinie nikt się nie dowie o jego szwindlu. Sprawa się rypła za sprawą ich siostry Hiacynty, która z zazdrości, że to nie ona kafelki dostała, wygadała wszystkim po kolei, włącznie z rodzicami. Smrodek rozszedł się po bliższych i dalszych krewnych. Ty wiesz, że Ignac to taki macher – więc jeszcze się obraził, że go szkalują. Tłumaczył, że owszem dostał kafelki, ale przez tydzień je pilnował. Wyszło mu na to, że nie mógł płytek przekazać dalej, ale sprzedać bratu, aby zwróciło mu się czuwanie nad tym, aby ich nikt nie ukradł.

– Przecież to jest normalne świństwo, aby nie rzec skurwesyństwo. To nie mógł być ich rodzony brat, ale jakaś hiena – wyrwał się Hipolit.

– Masz rację i podzielam twoją złość. Mogą bulwersować słowa Ignaca mówione podczas przekazywania płytek bratu – „nic chcę, ale muszę”– spokojnie komentowł Marian.

– Ty wiesz, że przypomniał mi się taki jeden elektryk z Wybrzeża, który jako pierwszy użył tego zwrotu. Było to w bardzo ważnych sytuacjach, które decydowały o istnych sprawach dla ludzi w kraju. Nie chcę ciągnąć wątku o nim, bo okazał się być, najdelikatniej mówiąc – niegodziwy. To ten, co obiecał mi „sto milionów”, a do dzisiaj nie dał, ani kasy, ani wędki, którą zaoferował zamiast ryby. To były jego słowa „nie chce, ale muszę” – z wyraźną złością w głosie mówił Hipolit.

– Wyobraź sobie, że wiem, o kim mówisz. Ten gościu ma wiele wspólnego z tym moim Ignacem – wtrącił Marian.

– A to niby, co takiego? – zapytał Hipolit.

– Sumiastego wąsa i zmysł do nieładnych zagrywek – śmiejąc się rzekł Marian.

– Poczekaj – zareagował Hipolit – bo mam też takiego jednego na oku. Przypomniał mi się też taki jeden Leon Pisiak. Ten nie ma wąsa, ale wiele cech, o których przed chwilą mówiliśmy. On nie wie nawet, że ktoś kiedyś powiedział „nie chcę, ale muszę”. Stosuje natomiast zasadę, że może być „za, a nawet przeciw”.

– Stop! Stój przyjacielu! Przecież to są słowa tego samego gościa z Wybrzeża – nie wytrzymał Marian.

– Dokładnie tak, kolego – odparł Hipolit – i już ci mówię, co mam na myśli. Lesio starł się być tam, gdzie jest zamieszanie i kogoś, kogo nie lubi, atakują. Był łasy na kasę i na funkcje. Jego sposób bycia był – mówiąc delikatnie – wkurzający. Chorobliwie nie cierpiał być w cieniu innych, znaczniejszych osób. Wynikało to z jego kompleksów. Przypominał chorągiewkę na wietrze. Z której strony zawieje tam Lesio się ustawiał. Wielu sądziło, że daje cwany popis. Miał też chore ambicje. Aby je realizować szukał wsparcia i niekiedy je znajdował. W swojej pokrętnej filozofii musiał nieźle lawirować, aby stworzyć wrażenie, że nic nie robi dla siebie, ale wyłącznie dla innych.

– Przecież to trzeba zawrzeć pakt z diabłem lub zmienić orientację – wyrwał się Marian.

– Ponownie przyznaję ci rację, ale wracam do zwrotu „jestem przeciw a nawet za „– spokojnie tłumaczył Hipolit. Psioczył Leoś na to, że idzie procesja ulicami i tamuje ruch, a tym samym utrudnia mu kierowanie przejazdem. W różnych gremiach knuł intrygi na wielebnego, że za dużo bierze dla siebie z kopert i tacy.

– Znałem takich fałszywych osobników. Jak przychodziło co do czego, to duchownego całował w rękę i dawał otwartą kopertę na ofiarę, aby ksiądz wiedział, ile daje – szybko rzekł Marian.

– Ten Leoś był przeciw procesjom, a uczestniczył w nich. Gdy procesja szła bezczelnie wmieszał się w tłum?. Ludzie go widzieli i pokazywali palcami – mówił Hipolit.

Ale przecież to hipokryzja, to nikczemność  – po raz kolejny nie wytrzymał Marian.

Trzeba by było dosadniej to nazwać. Tak długo jak tolerować się będzie takich osobników i popierać ich w chorych pomysłach to oni będą robić krecią robotę zafałszowując rzeczywistość. Na takich, co to mówią „nie chcę, ale muszę” i „jestem za a nawet przeciw” dostatnio żyją kawalarze i kabareciarze. Być sobą w pozytywnym tego słowa znaczeniu dla wielu jest bardzo trudne a wręcz nie osiągalne – zakończył Hipolit przybijając piątkę Marianowi.

Seweryn Kaczmarek

Kawalerzysta bez światła
– Już kiedyś ci wspominałem, że takie jaja z nazwiskami, jakie są w naszym kraju, to nie mają nawet Węgrzy. Madziarom, to nawet nie ma się, co dziwić, bo oni, jak budowana była „wieża Babel” to byli najwyżej. Bóg, gdy zaczęli zbliżać się do nieba wszystkim budującym pomieszał języki – na chwilę mówiący te słowa Marian Lichy umilkł. Natychmiast odezwał się jego kumpel Hipolit Mizerka.
– Coś ty znowu wymyślił i co kluczysz, jak Żyd po pustym sklepie.
– Jak ci wspomniałem, do mojej klasy chodzili Grzymała, Drzymała, Jurga i Jórga – nie zrażony mówił Marian.
– No i co w tym dziwnego? Nazwiska, jak nazwiska – przerwał Hipolit.
– Już ci mówię, o co mi chodzi – spokojnie rzekł Marian. Jeden Jurga pisał się przez „u” zwykłe, a drugi „ó” zamknięte. Jakby tego było mało, obaj mieli na imię Andrzej. Nauczyciele mieli z tym kłopot. Ciągle dopytywali, jak się piszą.
– Nazwiska, to oddzielny rozdział. Tak się piszą, bo tak zostały wprowadzone do rejestrów i dokumentów. Inne nazwy i określenia wynikają z ortografii – skonstatował Hipolit.
– Widzicie go, mądrala z kaczego kupra się znalazł. Nie widziałem, że ty jesteś taki językoznawca. Nic dodać, nic ująć, tylko kumpel Miodka – kpił Marian.
– A co w tym Grzymale i Drzymale jest tak dziwnego, że musimy o tym mówić? – niezrażony kumpla atakiem zapytał Hipolit.
– Mam w tym swój cel i o tym chciałem ci powiedzieć – powiedział Marian. Nie przerywaj, to opowiem ci o gościu, który mieszkał w wozie cygańskim.
– Każdy Rom kiedyś mieszkał w czymś takim i co z tego? – wypalił Hipolit. Szybko jednak pożałował niewyparzonego języka.
– Czy ty możesz wejść w temat, który chcę ci przybliżyć? Wysil mózgownicę, to liźniesz trochę wiedzy z barwnej historii naszego kraju – atakował Marian.
– Wiesz, że lubię cię prowokować, przyjacielu. Mów, co masz do powiedzenia. Zamieniam się w słuchu – pojednawczo rzekł Hipolit.
Udobruchany uległością kumpla Marian zaczął:
– Około dwudziestu kilometrów od naszego miasta mieszkał Michał Drzymała. Dodam ci, że akcja, o której ci mówię rozgrywała się podczas zaboru pruskiego.
– Dzieje się, jak sądzę, przed pierwszą wojną światową – wtrącił Hipolit.
– Dobrze miarkujesz – jeszcze spokojnie kontynuował Marian. Gościu nie specjalnie chciał pracować dla Prusaków. Nie lubił zaborców, a oni nie lubili Drzymały. Michoł, jak na niego mówiła rodzina, sąsiedzi i znajomi był nie lada gigantem. Kombinował, jakby zarobić, ale przede wszystkim, jak okpić szkopów.
– Zapomniałeś dodać, że lubił wypić i to sporo. Dokładnie tak, jak ty – ponownie wskoczył Hipolit.
– Prawda, że on i ja nie wylewaliśmy za kołnierz. Nie zaprzeczę, że nadal lubię sobie golnąć, ale za swoje – tłumaczył się Marian.
– Z tym bym polemizował, ale dzisiaj mi się nie chce z tobą sprzeczać – spokojnie odparł Hipolit. Wróć do tego Drzymały, bo rozwadniasz temat.
Nie czekając na dalsze ponaglanie Marian szybko zaczął mówić.
– Któregoś dnia późnym popołudniem wracał furmanką do chaty. Wypita gorzałka sprawiała, że był w dobrym nastroju. Nagle w oddali ujrzał pędzącego za nim policjanta pruskiego. Był to ten sam, z którym miał na pniu. Za każdym razem mundurowy czepiał się o brak światła. Wiedział, że i tym razem tak będzie. Szybko zeskoczył z wozu i wyprzągł konia. Zanim policjant dojechał dosiadł kobyłę. Prusak tak jak przypuszczał przyczepił się o to, że zaprzęg jest nieoświetlony. Na to Drzymała bezczelnie rzekł, że on nie jedzie wozem, ale podróżuje na koniu. Czy kawalerzysta musi być oświetlony – ironicznie zapytał. No nie – odparł policjant i mocno wkurzony. Nacisnął na pedał roweru i odjechał.
– Wiem, wiem i znam tę historię. Już wcześnie kilka razy mi ją opowiadałeś. Za każdym razem coś zmieniasz i chętnie jej słucham – wtrącił Hipolit. Przypomnij mi jeszcz,e jak to było z tą jego chatą na kółkach.
Marian poczuł się w swoim żywiole i zaczął opowiadać:
– Leciwa chata Drzymały się rozwalała. Chciał sklecić sobie nową. Poszedł do urzędu, a tam usłyszał, że nie wolno nic nowego stawiać. Nie to nic nie odrzekł i odszedł. Miał rodzinę i musieli, gdzieś mieszkać. Postanowił, więc kupić wóz cygański. I tak też zrobił. Gdy tylko postawił go na swojej działce przyjechał urzędnik i oznajmił, że nowy dom nie może tu stać. Na to Drzymała znalazł sposób. Codziennie przesuwał go o metr do przodu, Objeżdżał działkę i na jednam miejcu nie stał. Prusacy tak długo szukali na niego haka, że i znaleźli na to sposób. Wóz zgodnie z ich przepisami musiał mieć dwa i pół metra wysokości, a jego miał tylko dwa dwadzieścia. Nie było rady zmuszony został do opuszczenia chaty na kółkach. Wyjechał ostatecznie do innej miejscowości, w której od sympatyzującym z nim człowiekiem dostał mieszkanie.
– Ja myślę – przerwał kumplowi Hipolit – że tego Drzymałę nie lubili, za co najmniej dwie rzeczy. Pierwsza to kombinowanie, a druga to nazwisko. Już widzę tego urzędnika, który musiał zapisać Drzymała, którego nie mógł nawet wymówić.
– Jak tak mówisz, to przypomniał mi się film „Jak rozpętałem II wojnę światową?” Podczas przesłuchania Niemiec, gdy usłyszał nazwisko Brzęczyszczykiewicz, to gały wyszły mu na wierzch. Przy próbie powtórzenia połamał sobie język. Ulżyło mu dopiero, gdy okazało się, że zatrzymany blefuje – śmiejąc się mówił Marian.
– Zgadzam się z tobą, bo widziałem ten film. Wrócimy do niego przy innej okazji – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Komórki zamiast puszczanie bąków

– Kiedyś to umieli się bawić. Uliczki: Dębna, Dębienka, Witobla, Zamyslowa, Stęszewa, Kościana, Śmigla, Czempinia i innych osad, do późnych godzin wieczornych wypełnione były gwarem bawiących się dzieciaków. A teraz, to nawet latem pustka wyziera spod każdego domu. Tak na dobrą sprawę, to niewielu dziś pamięta o robieniu kaczek na wodzie, puszczaniu bąka, grę w nożyka, klipę, babę, dołka, kutego, gonitwę, chowanego i dwa ognie. Czy ty cokolwiek wiesz na ten temat? – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Hola, hola mój przyjacielu – zareagował Hipolit. Ty pewnie myślisz, że ja mieszkałem na biegunie i o niczym nie wiem. Doskonale pamiętam te wszystkie zabawy, choć trochę przerobione, czyli dopasowane do danej miejscowości.
– Pewnie puszczanie bąka ci przyszło do głowy. U was pewnie czyniono to zaraz po tłustej grochówie z kapustą – szydził Marian.
– Nie mam zamiaru z tobą się droczyć – spokojnie odparł Hipolit. Powiem ci też, że masz kosmiczną sklerozę. Nie dalej, jak w zeszłym roku opowiadałeś mi o pustych uliczkach, bez gwaru dzieci i ich zabaw.
– Wiem, wiem – niepewnie odpowiedział Marian udając, że coś sobie przypomina.
– O co więc chodzi tym razem? – dopytywał Hipolit.
– Tak naprawdę, to w tej rzeczywistości coraz częściej dopadają mnie wspomnienia. Ta sentymentalna podróż w przeszłość, w czasy dzieciństwa jest taka cudowna i wzruszająca – mówił Marian. Na chwilę w jego oczach pojawiły się łezki.
– Co z tobą, przyjacielu? Wrzuć na luz i zaczerpnij powietrza – uspakajająco zwrócił się Hipolit do Mariana.
– Wiesz, że jestem posiadaczem nowej komórki – zmienił temat Marian.
– To co tę, którą miałeś była za mała do chowania po kątach flaszek z napojami wysoko oktanowymi? Sądzę, że do nowego lokalu się nie przeprowadzasz, chyba że Gabysia wywaliła cię z chaty ? – kpił Hipolit.
– Ty to jesteś sam z siebie tak głupi, czy twoja Kundzia ci każe. Chcesz być dowcipny, a jest żałosny – sztorcował kumpla Marian.
– Jak ty nabijasz się ze mnie przeinaczając fakty i znaczenia, to jest dobrze. Gdy ja próbuję delikatnie z ciebie jajczyć, to ty od razu rzucasz się na mnie z gębą, a nawet pięściami – nie dawał się Hipolit.
– Twoim zdaniem jest to delikatnie, a moim – złośliwie. Ty mały łachudro, jak już wsadzisz szpilę, to idzie człowiekowi w pięty – atakował kumpla Marian.
– Przy twojej złośliwości i agresywności ja jestem malutki i milutki, jak baranek – łagodnie rzekł Hipolit.
– Jak ci wspomniałem zostałem właścicielem komórki, ale nie do węgla tylko telefonu – wrócił do tematu Marian. Nazywa się hua, hua, czy jakoś tam.
– Oho to jest maszyna z górnej półki – wyrwał się Hipolit.
– A ty skąd to wiesz? – odpalił Marian. Kumpel bez słowa wyjął z kieszeni właśnie taką samą.
– Mam ją od tygodnia i wiesz mi, że jest rewelacyjna – tłumaczył Hipolit.
– Co? I ty nic mi nie mówiłeś? –naskoczył na kumpla zły Marian.
– Nie mówiłem ci, bo niedawno zarzekałeś się, że nigdy nie będziesz miał tego gówna, co to życie zatruwa. To są twoje słowa – patrząc na kumpla mówił Hipolit. Powiem ci też, że „hua” wśród wielu możliwości w swoim menu ma mobilny Internet. Prze dwa dni nie mogłem sobie poradzić z komórką. Dopiero, jak moja córuchna Bercia mi pokazała, o co tak naprawdę w tym „ustrojstwie” chodzi, to zacząłem kumać iz każdym dniem robiłem postępy.
Już, już Marian chciał zaczepić kumpla o słowo internet, który chciał zamienić na internat, ale ugryzł się w język. Powziął pewien plan, który zamierzał wcielić w życie.
– Skoro już staliśmy się właścicielami komórek, to musimy je w stopniu podstawowym opanować – pojednawczo mówił Marian.
– Mów za siebie – odpalił Hipolit.
– Dobra, już dobra – spokojnie rzekł Marian. Czy jesteś skłonny mnie poinstruować, jak, co i z czym, to się je – specjalnie omijał słowa proszę i naucz mnie. Ten grzecznościowy zwrot postanowił wykorzystać Hipolit.
– Czy może znasz takie magiczne słowo – prowokacyjnie zapytał.
– Niech ci będzie – proszę niezadowolony odparł Marian. Sporo czasu przeznaczył Hipolit ucząc kumpla, jak obsługiwać komórkę. Ten na przemian klął i wykrzykiwał, gdy mu się coś udało. Pojął w miarę szybko, jak wybrać numer, zadzwonić i odebrać rozmowę. Z boku przechodzący mieli niezły ubaw, gdy patrzyli, jak dwaj osobnicy prowadzili ze sobą rozmowę z odległości niespełna metra. Po kilku godzinach nauki Marian rzekł:
– To już wystarczy. Sam resztę doszlifuję. Powiem ci, że od teraz będziemy wykorzystywać komórki tylko w bardzo ważnych, nie cierpiących zwłoki – sprawach. Mam na myśli pilne spotkanie, czy wyskok na piwo lub inne przyjemności. Telefon dzisiaj wypada mieć, by spełniać normy europejczyka.
– Ja nawet bez komórki też je spełniam – przerwał Hipolit.
– Niepotrzebnie czepiasz się, przyjacielu. Ja też, ale są rzeczy i przedmioty, które – czy chcemy czy nie – funkcjonują w naszym życiu. Jest to m.in. łączność bezprzewodowa i rewelacyjne sms-y.
– Rozwiń, co masz na myśli – zapytał Hipolit.
– Gdy „sms” będzie pusty, czyli bez tekstu znaczyć to będzie, że mamy szybkie spotkanie. Rzucasz wszystko i walisz do mnie, bo jest akcja browar – wyjaśniał Marian.
– Z tym się zgadzam bez dyskusji – rzekł Hipolit i przybył kumplowi piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Chłop z wojska, krowa do wojska
– Z tego, co wiem o wojsku masz pojęcie tyle, co babcia o stringach. Nie wiem, czy w ogóle temat ten poruszać. Nie ukrywam, że zależałoby mi na tym zważywszy, że mam jedno odświeżone powiedzenie, którego ty i tobie podobni nie znają, że nie wspomnę o wyjaśnienie, czego dotyczy – mówiący te słowa Marian Lichy wyraźnie drwił i zarazem prowokował kumpla Hipolita Mizerkę. Ten spokojnie, ale zdecydowanie odparł:
– Skoro bardzo ci na tym zależy to mów, ale do rzeczy, bez tej twojej fanfaronady.
– Wracam na właściwe tory, a ty zamieniaj się w słuch i uruchom wyobraźnię – natychmiast zaczął Marian. Czasy są, jakie są. Na ulicach, po latach posuchy znów można zobaczyć żołnierskie mundury. Młodzi ludzie chętnie zgłaszają się do służby i wskakują w kamasze. Nie ma co ukrywać, że wojsko zawodowe, bo o nim mówię, daje im niezłą kasę. Ponadto młodzi mogą wykazać się sprawnością, wytrzymałością i pewnym okiem.
– Co ty mi tu chrzanisz – nie wytrzymał Hipolit. Zacząłeś w miarę obiecująco. Ale teraz zacząłeś smęcić.
– Czy coś mówi ci „chłop z wojska, krowa do wojska” – natychmiast zadał pytanie Marian.
– Tak sobie myślę, że to jest coś głupiego i na poczekaniu wymyślone przez ciebie – odciął się Hipolit. Krowa, wojsko nie trzyma się, ani kupy, ani dupy.
– Nie wymądrzaj się i nie próbuj mnie wyprowadzić z równowagi – lekko wnerwiony rzekł Marian. Wiedz, że to ma sens i zarazę ci udowodnię. W przeszłości niezbyt odległej, gdy była obowiązkowa służba wojskowa, co roku trwał pobór.
– Przecież to było za komuny. Lekko licząc było to z pól wieku temu. Jakie to niezbyt odległe czasy – wtrącił Hipolit.
– Oj tam! Oj tam! Czepiasz się, jak spity płotu – uspakajająco kontynuował Marian. Młodzi żołnierze nazywani „kotami” na początku mieli przerąbane, jak w ruskim czołgu. Zanim przekroczyli koszarową bramę zobaczyli plakat, na którym widniało „witany was”. Z drugiej strony o zgrozo odczytali już „mamy was”. Na ugiętych nogach szli do fryzjera, gdzie tracili ukochane, długie włosy. Dalej oddawali cywilne ciuchy i zakładali mundury. Z tym to były jaja. Wydający nie patrzył na posturę rekruta, tylko rzucał ciuchy, jak leci. Wysoki dostawał za krótkie portki. Niski bluzę z rękawami mocno za długimi. Natychmiast żołnierze dokonywali zamiany, a bystrzejsi poprawek. Po kilku godzinach byli, jako tako ubrani. Zabierali bieliznę i to, co im się należało i szli na swoje sale. Kolejna batalia trwała o najlepsze łóżka. To był jednak tylko wstęp do dalszej ich przygody. Od pierwszego dnia dostawali regularnie w dupsko. Zaprawa goniła zaprawę i do tego musztra kroku defiladowego.
– Litości, bo mi się chce rzygać – przerwał kolega. Skąd ty to wszystko wiesz, przecież w wojsku nie byłeś – przerwał Hipolit. Dużo ryzykował, bo Marian był uczulony na tym punkcie. Przed laty wciskał mu, że był w woju i na potwierdzenie tego pokazywał zdjęcie w mundurze czołgisty. Sprawa się rypła, jak jego żoneczka Gabrysia wypaplała się, że Marych dostał kategorię „D” i od woja się wymigał. Mundur do fotki pożyczył od kuzyna Teodora Skoczka. Zdawał sobie Marian sprawę, że nie ma, co dłużej udawać, więc rzekł:
– Mówił mi o tym właśnie kuzyn Teoś. On też wyjaśnił mi to powiedzenie „chłop z wojska krowa do wojska”. Jak ci mówiłem młody żołnierz dostawał pełen ekwipunek w tym rzeczy i odzież. Starzy żołnierze wcale nie dbali o ciuchy. Mieli duże braki w ekwipunku. Gdy zbliżał się czas odejścia do cywila uzupełniali ubytki. Gdy„koty” szły na ćwiczenia starzy zabierali to, czego im brakowało. W dniu zdawania sprzętu, „rezerwiści” jak się kazali nazywać, mieli wszytko w komplecie. Młodzi, gdy się zorientowali, że zostali „oskubani” szli do oficera. Ten jednak nie słuchał, co mu meldują tylko postawił ich do pionu. Zanim dał komendę odmaszerować, łagodnie dodał, że oni też kiedyś pójdą do cywila i będą musieli mieć stan. Zrozumieli, że zmuszeni będą iść tą samą ścieżką, aby skompletować ekwipunek. Jeden się odważył i kiedyś zapytał – a co będzie, jeżeli rąbnie mi wycior od lufy czołu. Usłyszał najpierw, że lepiej, aby się nie urodził i za chwilę pytanie skąd pochodzi. Usłyszał, że ze wsi. Dodał zatem, że sprzęt, o którym mówią kosztuje tyle, ile dobra krowa. „Synku – rzekł mu oficer – wyszedłbyś z wojska, gdyby twoi rodzice sprzedaliby krowę i wpłacili całość za wycior”.
– Myślę, że nigdy do czegoś takiego nie doszło – podenerwowany pytał Hipolit.
– Ty to jesteś kiep bez wyobraźni – skarcił go Marian. Przecież mówiłem ci, że w wojsku proceder uzupełniania braków trwał od zawsze. Młodzi dostawali pełny ekwipunek, z którego starzy uzupełniali swoje braki. Bilans zawsze wychodził na „zero”. Czy to tak trudno zrozumieć?
Przez chwilę Hipolit nad czymś rozmyślał. Nabrał powietrza i rzekł:
– Powiem ci szczerze, że mocno przeżyłem twoje opowiadanie. Zadaję sobie pytanie, co za wycior musiałby oddać żołnierz pochodzący z miasta. Wychodzi, że rodzice mieszczucha musieliby oddać do wojska „Syrenkę” lub Malucha. To powiedzenie mi się nie podoba.
– Z tego, co wiem nigdy takie rozlicznie nie miało miejsca. Po latach je odświeżyłem, tylko dlatego, że niedawno użyłem go w rozmowie z Balbiną Szprychą. Babeczka nigdy go nie słyszała, ale lubi zasłyszane terminy. Nie ukrywała, że ją pozywanie zaskoczyłem. Widzisz więc, że warto niekiedy poszperać w łepetynie – rzekł Marian i pożegnał kumpla.
Seweryn Kaczmarek