czwartek, 24 Maj 2018

Felietony Seweryna Kaczmarka

„Lipa” za darmo
– Kolego mam dla ciebie rower. Prawie „nówka” nieśmigany. Nie uwierzysz, ale dam ci go za darmo – z takimi słowami zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Ten drugi spojrzał na przyjaciela i rzekł:
– Czuję w twoim głosie szelmowską nutę. Jeszcze nie wiem, co kombinujesz, ale sądzę, że masz niecne zamiary. A tak naprawdę to ci powiem, że za darmo, to nawet po mordzie dzisiaj człowiek nie dostanie.
– Jeszcze raz ci mówię, że nie wezmę od ciebie za rower, ani złotówki – kusił kumpla Marian.
– Aha za jednoślad, ani zeta, a za dodatkowe wyposażenie zedrzesz ze mnie skórę! – nie dawał się Hipolit.
– Przecież mnie znasz – poważnie odparł Marian.
– I tu masz rację. Dlatego, że cię znam, to ci, ani nie wierzę, ani i nie chcę od ciebie nic. Powiem ci też, dlaczego – spokojnie tłumaczył Hipolit.
– O co ci biega? Co masz na myśli? – próbował podejść kumpla Marian.
– Już ci mówię, co mam na myśli – odparł Hipolit. Może Ty masz krótką pamięć, ale ja doskonałą. Przypomnę ci, jak mnie przed laty wyrolowałeś z okazją za darmo.
– Ja, ja!? – wyrwał się Marian.
– Ty, ty!! – przerwał mu Hipolit i kontynuował. Po wprowadzeniu się do nowego mieszkania potrzebowałem kafelki do łazienki. Zwróciłem się wtedy do ciebie o pomoc.
– I co i co zawiodłem cię? – ponownie wyrwał się Marian.
– Oho przyjacielowi wraca pamięć – ironicznie rzekł Hipolit. Powiedziałeś mi, że masz kafelki, których starczy na łazienkę i jeszcze na kuchnię. Przez chwilę nie posiadałem się ze szczęścia. Lekko kopara opadła mi, jak powiedziałeś, że masz płytki, ale trzeba pojechać po nie do kuzyna Szczepana Klejberta kawałek za Wrocław.
– No i co? Były? – próbował wtrącić się Marian.
– Proszę nie przeszkadzaj, bo na samą myśl mógłbym ci udusić. Wynająłem samochód i pojechaliśmy, ale jak się okazało, aż do Wałbrzycha. Na miejscu, ze sterty mało atrakcyjnych płytek, jakoś udało się wybrać potrzebną ilość na łazienkę i kuchnię. Za „niby klej” już twojemu kuzynowi musiałem zapłacić tak samo, jak za zaprawę do fugowania. Transport i te dodatki kosztowały mnie sporo grosza. Ten twój krewniak ze Śląska zaoferował się założyć płytki. Tego też zapewne nie pamiętasz lub nie chcesz, że Szczepan siedział i zakładał pytki w moim mieszkaniu przez dwa tygodnie. Najgorzej nawet mu to nie wyszło, ale za robotę zdarł z nas skórę. Moja, jak przeliczyła wszystko, łącznie z wypitą gorzałą, chciała mnie wywalić z chaty. I to niby miało być twoim zdaniem za darmo? – zły nakręcał się Hipolit.
– Przepraszam kolego, ale płytki były gratis. Teraz proponuję ci rower także za darmochę – niezrażony mówił Marian.
– Proszę powiedz mi, gdzie po niego trzeba jechać i jakie czekają mnie niespodzianki? – dopytywał Hipolit.
– Zaraz jechać – łagodził Marian. Tu jest w naszym mieście w piwnicy, u szwagierki Heli Zasuwaj. Mówię ci damka, pierwszy właściciel, oryginalny lakier. Wprawdzie nie ma błotników, jednego pedała, światła, pompki i stoi bez powietrza, ale pozostałe części ma prima sort.
– Przecież, jak ja to wszystko dokupię i dam założyć mechanikowi, to stracę sporo kasy. Wyjdę na tym, jak „Zabłocki na mydle”. O nie, dziękuję przyjacielu. Jak chcesz, to weź go sobie sam. Ten temat uważam za zamknięty – rzekł Hipolit.
– Mam jeszcze coś dla ciebie za darmo – nie dawał za wygraną Marian. Na pewno cię zainteresuje, tym bardziej, że dotyczy zdrowia. Przecież ja wiem i ty wiesz, że masz je kiepskie.
– Od kiedy ty się przyjmujesz moim zdrowiem. Skoro tak jest, to powiedz, co masz dla mnie „czarcie żebro”, czy zdechłego kota pod poduszkę? – kpił Hipolit.
– Nie rób sobie jaj. Posłuchaj, dostałem telefoniczne zaproszenie na darmowe badanie serca i układu krążenia. Mogę przyprowadzić ze sobą jedną osobę i pomyślałem o tobie, może byśmy na to poszli razem, tym bardzie, że za darmo – zachęcał Marian.
– O nie i jeszcze raz nie, przyjacielu – natychmiast zareagował Hipolit.
– Taka okazja, dlaczego nie chcesz z niej skorzystać? – pytał Marian.
– Powodów jest kilka i już ci mówię, co mam na myśli – zapalił się Hipolit. Nie mówiłem ci, że moja teściowa kilka tygodni temu wraz z moją Kundzią skorzystały z takiego zaproszenia. W gabinecie na kółkach zostały przebadane, Dowiedziały się, że są poważnie chore i mają liczne wady. Ten fachowiec w białym kitlu zalecił im: spokój, bezsterowy styl życia i lekarstwa, w tym zastrzyki, tabletki, przepuszczającą powietrze pościel, olejki zapachowe pozwalające lekko oddychać, kremy otwierajże pory, a nawet bieliznę. Badanie było za darmo, a moje panie przytargały do chaty dwie duże torby za cztery stówy rewelacyjnych środków nasercowych.
– A garnków im nie wciskali? – wtrącił Marian.
Widzę przyjacielu, że wiesz, o co w tym wszystkim chodzi – oznajmił tryumfalnie Hipolit.
– Krótko i zwięźle, ty nie chcesz roweru, ani bezpłatnego badania. Ja to szanuję. Powiem ci więcej, solidaryzuję się z tobą – rzekł Marian i przybił piątkę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Nieduży baran
– Ani się obejrzeliśmy i już po świętach. Szkoda tylko, że jest coraz mniej tradycji z nim związanych. Pamiętam, jak wiele było i jakie były ekstra – tymi słowami zwrócił się Hipolit Mizerka do Mariana Lichego.
– Jakie ty możesz pamiętać, ty mój „mizeraku” – przerwał mu ten drugi. Nazwisko masz więcej, niż kiepskie nie mówiąc o imieniu.
– A co ci się nie podoba w moim oryginalnym imieniu i szlacheckim nazwisku? – przerwał mu kumpel.
Marych pokładając się ze śmiechu mówił:
– Hipolit to pewnie pochodzi od Hipopotama, a Mizerka od ogórkowej mizerii. Ze szlachtą to ty na pewno nic, a nic nie miałeś wspólnego.
– Widzicie go Lichego, a nawet bardzo „lichego”, jak się puszy – pięknym za nadobne odpalił Hipolit. Masz szczęście, że meble nie mają nóżek, bo byś na stojąco pod nie wlazł.
Faktycznie Marych ze swoim metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu do wieżowców nie należał. Z tego powodu miał sporo docinków. Najbardziej jednak nie cierpiał przezwiska „nieduży baran”. W części wzięło to się z tego, że był krępy i miał też mocno kręcone włosy.
Nagle jak grom z jasnego nieba spadło pytanie kumpla:
– A dlaczego na ciebie tak nieładnie mówią?
Na samo wspomnienie Marychowi lekko „kopara” opadła. Po chwili jednak już uśmiechnięty walnął:
– To wszystko przez moją żoneczkę Gabrysię.
– Jak to przez twoją połowicę? – nie wytrzymał Hipolit. To ona tak cię nazwała, że niby masz twardy i zakuty łeb?
– Uważaj, bo moja cierpliwość się kończy – zły jak szerszeń wrzasnął Marych. Chcesz się dowiedzieć, dlaczego, to trzymaj pysk na kłódkę.
Od razu też zaczął opowiadać.
– Mojej Gabrieli zawsze było mało pieniędzy. Z tego powodu mi wygadywała i co rusz do czegoś mnie namawiała. Nieraz dałem się wciągnąć w jej podpowiedzi. Jak w interesach coś nie wypaliło, to winnym byłem zawsze ja. Faktem było, że klęska goniła klęskę. Już myślałem, że mam życiowego pecha.
– A cóż żeś takiego wymyślił i robił, aby zaspokoić swoją żoneczkę? –przerwał mu Hipolit.
– Było tego całkiem sporo i już ci mówię – odparł Marian. Łańcuszek do św. Antoniego, spółka hodowli jedwabników z jej matką, uprawa konopi. itd. Nic tylko w łeb sobie strzelić. Łańcuszek to klęska. Jedwabniki przemieniły się w motyle i poleciały w niebo. Za konopie niedługo poszedłbym do paki. Mamuśka, czyli teściowa wraz z moją, jak przyszła policja powiedziały, że nie wiedzą, co Marych, czyli ja tam grzebie w ziemi. I nie uwierzysz, ale przyszedł mi pomysł prosto z nieba. Dowiedziałem się od kuzola Rycha o hodowli owiec rasy wielkopolskiej. Te duże zwierzęta były opłacalne ze względu na wełnę i mięso. W tajemnicy przed moją i jej mamuśką zamówiłem z rodowodem jednego barana i sześć owiec. Pierwszego – tryka (samca) jesienią samochodem dostarczyli na moje podwórze. W tym czasie nie było mnie w domu. Moja wraz z teściową musiały pomóc go rozładować i pokwitować. Było by wszystko w porządku, ale „mamuśce” zwierzę się nie podobało. A to duży, a to źle patrzy, a to śmierdzi – zrzędziła. Zapewne także „trykowi” nie spodobała się paplająca istota. Jak tylko nadarzyła się okazja, to walnął ją rogami w „siedzenie”. Teściowa wrzeszczała, że to moja sprawka i że to ja zwierzę na nią napuściłem. Po tygodniu dojechał transport owiec samic. Te na biedę zostały w miarę spokojnie przyjęte przez moje panie. Po kilku dniach teściowa zaczęła awanturę, że zwierzęta ją denerwują. Ciągle beczą i beczą – jątrzyła. „Czy może kojarzy się manie to z ube, ube, ube?” – ironicznie zapytałem. „Dokładnie tak!” nieopatrznie odpowiedziała. Ja na to odparłem, że beczenie przypomina jej stare, dobre czasy milicji i „ubecji”. Przecież było tak niedawno, bo sześćdziesiąt lat temu. Teściowa przyjęła, to jak aluzję do jej wieku i znów z córeczką, czyli moją żoneczką postawiły mnie do pionu. I słuchaj teraz jest najważniejsze. Moja lubiła zaglądać do zwierząt, jak te miały ze sobą no wiesz „tryku, tryku, fiki, miki”. Tak jej się to spodobało, że wieczorem pod pierzynką zrobiła się bardzo uległa. No i stało się. Moja Gabrysia zaszła w ciąże. Jak się o tym dowidziała jej mamuśka, to obrażona wyjechała do swojego synusia Benka do Będlewa. Brzuszek żoneczki, jak i moje owce rosły, jak na drożdżach.
Nagle Marian zadał kumplowi pytanie:
– Czy wiesz, że lubię sobie trochę wypić?!
– Tak, tak! Trochę na dnie, ale w wiadrze – ironicznie wtrącił Hipolit.
Niezrażony tym Marych ciągnął.
– W marcu moja sądziła, że już przyszedł czas na poród. Zawiozłem ją do szpitala. Coś poszło nie tak i wszystko się przedłużało. Byłem sam w chacie i z tęsknicy chciało się czegoś mocniejszego. Grosza przy duszy nie miałem. Patrzę przez okno, a tam moje owieczki się do mnie uśmiechają. „Dobra nasza” pomyślałem sobie patrząc na ich dorodną wełnę. Zaopatrzony w nożyce poszedłem do chlewika i jedną ostrzygłem. Wełnę tego samego dnia sprzedałem. Nie masz pojęcia, jak mi się to spodobało. Zanim moja po dwóch tygodniach przyjechała do domu, to już cztery owce zdążyłem „ogolić”. Jakoś pieniądze też mi się rozeszły. Fortuna przestał mi sprzyjać. Okazało się, że mojej „kalendarz myszy zjadły” i czas rozwiązania chwilowo się opóźnił i lekarze odesłali ją do domu. Gabrysia zadowolona, że jest w chacie stanęła przy oknie od strony podwórza. Byłem cały w nerwach i modliłem się, żeby czasem owce się nie pokazały. Niestety pomyślałem to w złą godzinę. Nagle zza narożnika chlewu wybiegła jedna, a za nią kolejne. Moja patrzy i przeciera oczy. Z sześciu cztery były dokładnie ostrzyżone. Groźnie spojrzała w moją stronę i zapytała, co ja zrobiłem. Gdzie jest wełna, gdzie są pieniądze seriami pytała. Próbowałem nadrabiać miną i zażartowałem. Pieniądze w worach, a wory pod oczami. Nie zdążyłem się uchylić, jak dostałem ścierą w łeb. Po tym jeszcze i jeszcze raz. I pewnie przed śmiercią by mnie zabiła, gdyby jej wody nie odeszły i nie zaczęła rodzić. Zanim przyjechało pogotowie usłyszałem instruktaż. „Słuchaj ty „nieduży baranie” nie waż się ruszyć pozostałych owiec. Jak wrócę to pogadamy”. Moja z tych nerwów już w karetce urodziła synka. Po trzech dniach przywiozłem ją do domu. Nasz Jasiu, bo tak daliśmy imię synkowi był śliczny. Miał króciutkie, jasne, kręcone włoski i niebieskie oczęta. Gabrysia wybaczyła mi, ale w złości nadal nazywa mnie „niedużym baranem”.
– A co z tradycją? – po chwili zapytał Hipolit.
– Bez niej i barwnych akcentów nie byłoby żadnych świąt. Ale o tym przy innej okazji – zakończył spotkanie Marian Lichy.
Seweryn Kaczmarek

Lenistwo postawą filozoficzną
– Są takie osoby, które mają niechęć do pracy i starają się na różne sposoby to tłumaczyć. Jak ognia unikają określenia leń. Swój stosunek do roboty mają solidnie ugruntowany. W związku z poruszonym przeze mnie tematem mam kilka osób na myśli, ale nie chciałbym ich od razu pokazywać palcem – mówiący te słowa Marian Lichy uważnie przyglądał się kumplowi Hipolitowi Mizerce.
– Powiem ci – spokojnie włączył się do rozmowy Hipolit, że też nam takich, co żadnej pracy się nie boją. Oni tylko potrzebują do niej ludzi. Mało tego są też tacy, co to pracy się nie boją i mogą nawet koło niej leżeć „bykiem”. Koniecznie trzeba wspomnieć o nierobach bujających w obłokach. Ci uważają, że lenistwo jest postawą filozoficzną.
– Kogo masz na myśli. Mów i to natychmiast – nie wytrzymał Marian.
Rzeczywiście Hipolit pomyślał o Marianie. Reakcja kumpla była tak gwałtowna, że poczuł granie w kolankach. Czuł, że musi szybko coś wymyślić, aby nie sprowokować przyjaciela. Wiedział, że musi być wiarygodny, bo w przeciwnym razie ten sprawi mu słowne manto. W panice przyszła mu na myśl postać Ferdynanda z telewizyjnego serialu. Postanowił, że wykorzysta ją do wybrnięcia z przykrej dla niego sytuacji.
– Jak sam wiesz jest taka postać o nazwisku Ferdynand Kiepski – zaczął ostrożnie. Ten gościu króciutko pracował na saturatorze i sprzedawał wodę gazowaną. Gdy zwinął rzekomo nieopłacalny interes żadną robotą się nie z hańbił. Był na utrzymaniu połowicy o imieniu Halina. Na jej ataki, aby poszedł do pośredniaka i znalazł sobie robotę odpowiadał, że dla ludzi z jego wykształceniem nie ma pracy.
– Tak, tak pamiętam jak przy każdej okazji to wykorzystywał – wtrącił Marian.
– Tylko, że on nie miał żadnego wykształcenia, tak jak ty – wyrwało się Hipolitowi.
– Ty, ty kaczy zadzie. Wiedziałem, że cały czas pijesz do mnie używając tego patentowanego lenia Ferdka – naskoczył na niego Marian.
– Zgodzisz się, że on robił wszystko, aby nic nie robić. Jedno, co umiał, to chlać piwsko, wino, gorzałę i pierdzieć w fotel. Potrafił, też sprytnie wciskać ciemnotę swojej małżonkę. Imał się wszelkich sposobów w dramatycznej sytuacji, gdy Halina straszyła go spotkaniem u adwokata. Czyż tak nie było przyjacielu? – swoje tłumaczenie pytaniem zakończył Hipolit.
– No tak zgadzam się – przyznał Marian. Wytłumacz mi, ale dokładnie, co to ma wspólnego ze mną zadał pytanie.
– W każdym z nas tak naprawdę tkwi taki Ferdek. W tobie, we mnie i wielu jeszcze innych. Gdyby udało się żyć bez pracy, być na czyimś utrzymaniu to, kto by sobie zawracał głowę tyraniem za kiepskie wynagrodzenie. Wbrew temu, co sądzisz bezpośrednio mój wywód nie tyczy się ciebie, przyjacielu. Jak obaj wiemy, od pracy jest traktor, baba i koń – próbował łagodzić Hipolit.
– Czy Kundzia zna twoją filozofię w tej kwestii. Zresztą zaraz jej to powiesz, bo idzie w naszą stronę – ironicznie przerwał kumplowi Marian.
Ten na słowo Kundzia przygarbił się ze strachu. Panicznie rozejrzał się dookoła. Gdy zorientował się, ze kumpel blefuje i nic mu nie grozi odetchnął i naskoczył na przyjaciela słowami:
– Tak się nie robi, przyjacielu.
– Spoko kolego – uspakajająco rzekł Marian. Wiem, że masz cykora swojej połówki, ale nie sądziłem, że do tego stopnia. O mało nie wywinąłeś orła ze strachu, jak wywołałem jej imię. Przecież wiem, że ona ma dla ciebie dużo litości. W przeciwnym razie dawno już za twoje obijanie w pracach domowych, ba, unikanie wszelkich zajęć, dawno odesłałaby cię do rodzinnego Pierdziszewa.
– Wymawiała haka gracy, a oboje jedynacy. Ty, ale się rwiesz do roboty w domu. Gdyby nie to, że potrzebujesz wsparcia Gabrysi na piwsko i „fajki”, to z fotela byś się nie ruszał – odpalił Hipolit.
– Tak myślę, że my nie jesteśmy tytanami pracy. Jestem jednak przekonany, że ty jesteś większym nygusem – Marian próbował w polemice przełamać kumpla.
– Wiesz – nie dawał za wygraną Hipolit – że ten serialowy Ferdek musi być twoim krewniakiem. On nie tylko, że miga się od roboty, ale jest kłamczuchem, „sępem”, a do tego małym filozofem, dokładnie tak jak ty.
Na słowa kumpla ostre i dosadne, których się po nim nie spodziewał, aż zatkało Mariana. Po ochłonięciu, jak echo powtórzył:
– Sęp, filozof, migacz. Ty wiesz, że nawet się nie obrażę na ciebie. Jeżeli już chcesz mi dać ksywkę, to tylko „filozof”. Nie kryję, że w tej interesującej mnie dziedzinie mocno pracuję nad sobą. Przecież robię wszystko, aby nic nie robić. Pracuję z bólem tylko wtedy, kiedy muszę. Nie jestem kłamczuchem, tylko czasem mijam się z prawdą. Czy migam się od pracy? Na to, patrząc na mnie i na siebie, odpowiedz sobie sam – spokojnie mówił Marian. Teraz przez chwilę coś w głowie rozważał Hipolit.
– Nic dodać nic ująć. Jesteśmy siebie warci. Każdy na swój sposób jest filozofem. Gdy trzeba jest mądry i przebiegły. Wznosi się na wyżyny swojej wiedzy i inteligencji. Wszystko zależy, do czego i ile jej potrzebuje – trajkotał Hipolit.
– Hola, hola przyjacielu – zastopował go Marian. Jak patrzę na ciebie, to dochodzę do wniosku, że filozofia jest dla ciebie zbyt trudna. Pozostań przy swoim lenistwie, a ja ci w nim pomogę – rzekła Marian i na pożegnanie podał rękę kumplowi.
Seweryn Kaczmarek

Skarb w srebrnym jeziorze
Wałbrzych miał mieć rzekomo zakopany przez Niemców pociąg wypełniony złotem. Jak widomo z przekazywanych w telewizji, radiu i Internecie informacji, wielu poszukiwaczy omamionych wizją bogactwa, wspieranych elektronicznym sprzętem sprawdziło, a nawet przekopało dziesiątki hektarów ziemi. Póki, co figa z makiem, choć fanatycy się nie poddają.
W przeszukiwaniu pewnych miejsc wskazanych przez miejscową ludność pomocne są zdjęcia satelitarne i samolotowe wykonane niezwykle czułymi aparatami cyfrowymi.
Niezaleznie od tamtej historii zdarzają się przypadkowe odkrycia. Tak było w przypadku jeziora Góreckiego w gminie Stęszew. Podczas sporządzania precyzyjnych map topograficznych, pilot Cezary Okoń, który wykonywał zdjęcia, dojrzał w toni ciemny kształt. Kilkakrotnie nadlatywał nad to miejsce i za każdym razem ogarniało go coraz większe zdziwienie. W czystych wodach, w odległości około trzydziestu metrów od brzegu, dojrzał zarys samolotu. Zaryzykował jeszcze bardziej i z bardzo niskiego pułapu dojrzał kadłub i skrzydła z namalowanymi czarnymi krzyżami. Zrozumiał, że jest to „szkopski”, transportowy „gigant”.
O swoim odkryciu powiadomił dyrekcję Parku Narodowego, który jest właścicielem jeziora. Niedowierzanie przeplatało się z euforią. Niezwłocznie o znaleziśku poinformowano odpowiednie ministerstwo. To z kolei skierowało w to miejsce znanego historyka i poszukiwacza Zygfryda Grzebielczyka. Ten zanim przyjechał poszperał w dokumentach z końca II wojny światowej. Szczególną uwagę zwrócił na katastrofy lotnicze w naszym terenie. Za którymś razem szperając w dokumentach, aż krzyknął z wrażenia. Doczytał, że pod koniec grudnia 1944 roku, kiedy już Niemcy byli w odwrocie, zarządzający jeziorami i okolicznymi ziemiami Hans Grajzer postanowił wywieść złoto, kosztowności i dzieła sztuki. Zgromadził, a w zasadzie nakradł tego spore ilości. Powiadomił Himlera, że ma skarby, które chce wywieść, a z którymi się podzieli. Szef lotnictwa Rzeszy, mocno pazerny na dobra materialne, postanowił wejść w interes z Grajzerem. Z Berlina dał sygnał, że w grudniowy poranek przyleci największy z transportowców Rzeszy nazywany „gigantem”. Zgodnie z umową maszyna dotarła i pilot posadził maszynę na łące niedaleko „grajzerówki”. Natychmiast zaczęto załadunek. Skrzynia po skrzyni trafiała do ładowni. Pilot, gdy zorientował się, że ładunku jest tak dużo, że nie zdoła go zabrać zaczął protestować. Doszło do tego, że Grajzer przystawił mu do głowy lufę pistoletu i kazał się pakować dalej. Załadowano wszystko, co było przygotowane. Samolot, pomimo ogromnych rozmiarów usiadł, na amortyzatorach. Zamknięto luki i pilot dostał rozkaz startu. Lotnik blady, jak ściana wlazł do kabiny i rozgrzał silnik. Zdawał sobie sprawę, że krótki pas wykonany na nieutwardzonej łące nie pozwoli rozpędzić się maszynie tak, aby pewnie wystartowała. Dał pełen gaz i poderwał „giganta”. Przeładowany samolot wzbił się na kilkaset metrów i po przeleceniu niewielkiego odcinka runął do góreckiego jeziora.
Krótko przed tym dało się słyszeć wstrzał z broni palnej. Jeden z miejscowych, a był to Szczepan Miętus, po latach twierdził, że był w lesie z gajowym Cyprianem Grzmotem, który wypalił do samolotu ze sztucera. Zaklinał się, że samolot dostał w silnik i to spowodowało, że wpadł do jeziora.
Wszystkie te fakty pozbierał Zygfryd Szperacz i po otrzymania stosowanych pozwoleń, zamierza podnieść samolot z dna. Na początku kwietnia pojawią się nad jeziorem płetwonurkowie, pontony i dźwigi. Przyjedzie też potężny samochód „sejf”, do którego załadują znalezione przedmioty.
Do czasu rozpoczęcia akcji miejsca tego pilnuje firma ochraniarska.
Ludzie z tego terenu zacierają ręce. Nasz znajomy Zenobiusz Smakosz wie, że wszystkiego ci mądrale od poszukiwań nie znajdą i coś dla innych zostanie. Jak tylko odjadą, to on z kumplami wejdzie na ten teren. Jest pewien, że w Wałbrzychu skarbu nie ma, ale u nas jest „na bank”. Ale póki, co o tym sza.
Seweryn Kaczmarek

Medal medalowi nierówny
– Wielkie mi halo. Zdobyliśmy na olimpiadzie po wielu dniach oczekiwania dwa medale i fala euforii zalała kraj. Ja przed laty zdobywałem po pięć złotych i nie robiłem wokół tego szumu – mwiący te słowa Marian Lichy spod przymrożonych powiek spoglądał na Hipolita Mizerkę. Kumplowi o mało nie wyszły oczy z orbit. Przełykając ślinę Hipolit rzekł:
– Jak, gdzie, kiedy, w czym. Z tej strony, to ja cię nie znałem.
– Gdzie, gdzie? W punkcie skupu butelek, kiedy to flaszki były po złotówce a ja zaniosłem ich pięć. Byłem jeszcze mały. Miałem może z dziesięć, no może dwanaście lat – rzekł Marian i ryknął śmiechem.
– Jak zwykle jaja sobie ze mnie robisz? Ja przeżywam starty naszych reprezentantów na olimpiadzie, nie mogę spać, a ty wylatujesz z farmazonami o flaszkach, skupie i jak cię znam o dupie Feli – poirytowany mówił Hipolit.
– A żebyś wiedział – odciął się Marian. Temat o rzyci i seksie jest ekstra, a do tego bezstresowy. Mogę o tym mówić godzinami, bo to i owo u kobitek się widziało.
– W to ci graj. To może, choć mi powiesz, o ile wiesz, jaki związek mają walory babek z olimpiadą? – zadał pytanie Hipolit.
Z ironicznym błyskiem w oku Marian na pytanie odparł pytaniem:
– A gdzie to medale się wiesza zwycięzcom w poszczególnych konkurencjach.
– Jak to gdzie? Nna piersi! – niepewnie odparł Hipolit.
– Wiesz, więc gdzie. Więcej ci powiem! Powinno być wyraźnie podawane w przypadku zawodniczek, że na piersiach – spokojnie mówił Marian.
– Coś sobie przypomniałem – nagle wyrwał się Hipolit.
– O Boże – jęknął Marian. Sądzę, że przypomniało ci się, jak na dożynkach w Pierdziszewie Górnym wygrałeś zawody w rzucie butem gumowym lub beretem z antenką.
– Pominę twoje ironiczne słowa i skupię się na tym, co cię kompletnie zaskoczy, a może zwali z nóg – rzekł Hipolit.
– Oho już to widzę, wal a ja zamienię się w słuch – drwił Marian.
Przyjaciel przełkną ślinię i zaczął:
– Przypomniałem sobie, że ja też dostałem medala.
– Coś z twoją polszczyzną jest nie tak. Kolego źle odmienisz – pouczał Marian.
– Nie będziemy się kłócić o nazewnictwo, czy chodzi o medal, czy medala – zareagował Hipolit.
– Czuję lipę, ale mów, co masz na myśli – jątrzył Marian.
– Powiem ci, był sporych rozmiarów w kolorze brązowym – tajemniczo rzekł Hipolit i spojrzał na kumpla.
Zaskoczony Marian na chwilę stracił glos. W głowie kotłowały mu się różne myśli. A jeżeli Hipolit jakimś sposobem coś wygrał i ma na to dowód w postaci „medala”. Postanowił delikatne wybadać kumpla:
– Powiedz mi, czy był duży i brązowy. Gdzie i za co go dostałeś? – dopytywał Marian.
Tym razem z szelmowskim uśmiechem zwrócił się do niego Hipolit.
– Był spory, dobrze wypieczony i miał ćwierć kilo. Zamówiłem go sobie w gospodzie, jak byliśmy na wycieczce w górach. Nie dostałem go za darmo. Zapłaciłem, co do zeta. A ponieważ był smaczny, kelner dostał napiwek.
Gdy Hipolit wypowiadał te słowa Marianowi oczy wyszły z orbit:
– Ty mała szelmo. Ty krowi ogonie. Zrobiłeś minie w konia. Zapomniałem, że rzeczywiście w lokalach serwowano danie o nazwie „medal” – wyrzucił z siebie Marian.
W polemikach pomiędzy kumplami od lat tak było, że Marian był tym, który miał ostatnie zdanie. Nie zamierzał z tego rezygnować.
– Wiesz Hipolit – odezwał się Marian, że olimpiadę też oglądam. Jak widać na szklanym ekranie specjalnie nam nie idzie. Gdyby nie skoki, to byłaby mizeria do potęgi. Narciarze, saneczkarze, łyżwiarze formę zostawili w domu a do Korei pojechali tylko ze sprzętem Wielu znawców sportu tłumaczy, że liczy się udział w tej imprezie. Pewnie, że po części jest to racja. Wiem jednak, w czym tkwi słaba postawa naszych. Tak sobie myślę, że nasi mają za grube i zbyt ciepłe dresy. Sądzę też, że są zbyt zdrowi.
– A to niby dlaczego? – przerwał Hipolit.
– Już ci tłumaczę – rzekł Marian – gdyby nasi mieli liche ubranie to, aby nie było im zimno, od startu rwaliby do przodu, że rywale oglądaliby im plecy. Na mecie braliby pierwsze miejsca. A co do tej drugiej sprawy, to gdyby nasi mieli astmę tak, jak Skandynawowie, to po dawce ich specjalnych leków na oddychanie, też nikt by im nie dał rady.
– Coś w tym jest – głośno myślał Hipolit.
Widząc zdziwienie w oczach Hipolita Marian mówił dalej:
– Nie wiem, czy już do ciebie dotarła sensacyjna wiadomość. Rzekomo Korańczycy swoje skocznie narciarskie chcą nazwać imieniem naszego złotego medalisty Kamila Stocha. Tak przypadła im do gustu jego postawa, technika, elegancja, inteligencja, że już ogłosili konkurs. Z całego świata już spływają propozycje. Może i my byśmy spróbowali w nim wziąć udział – zakończył pytaniem Marian.
– W to ci nie uwierzę. Bujasz jak z nut – nieomal krzyknął Hipolit.
– Ja też nie – spokojni mówił Marian – ale zobacz, jakie byłoby to fajne. Skocznie z polskimi nazwami w kraju ludzi o skośnych oczach, to byłby hit.
– Z tym się z tobą zgadzam – rzekł Hipolit i pożegnał się z kumplem.
Seweryn Kaczmarek

„Szkoda” kasy
Przyjaciele Marian Lichy i Hipolit Mizerka specjalnie nie martwili się zimowymi temperaturami, talimi ponad zero stopni Celsjusza. Dla nich każde osłonięte od wiatru miejsce było dobre do ucięcia sobie pogaduchy, a nawet pociągnięcia z buteleczki. Tym razem temat, który zalegał mu na żołądku poruszył Hipolit.
– Mój kuzyn Zygmunt Fryc zawsze miał hopla na punkcie samochodów. Zmieniał je, jak rękawiczki. W swojej filozofii, niepopartej znajomością marek i ich walorów lub wad, kupował pojazdy na chybił trafił. Najgorsze było to, że płacił coraz więcej za wątpliwej marki auto. Wkurzało to jego żoneczkę Petronelę z domu Hakata. Za każdym razem starał się, aby był samochód inny, niż mają wszyscy dokoła, a szczególnie w rodzinie.
– Dorzuć coś interesującego do „pieca” bo jeszcze nie zacząłeś, a już przynudzasz – naskoczył na niego Marian.
– Nie pozwalasz mi się rozwinąć – nabzdyczony biadolił Hipolit.
– Dobra wal, ale jak to mówią prosto z mostu – ośmielająco rzekł Marian. Zachęcony Hipolit zaczął:
– Ostatnio krewniak kupił „Szkodę”. Wcześniej zarzekał się, że będzie to benzyniak, a nagle przytrafił mu się „diesel”.
– Ile on ma lat, że na pysku wychodzi mu trądzik nazywany potocznie „dieslem” – przerwał śmiejąc się Marian.
– No, nie z tobą nie można poważnie porozmawiać. Wszystko obracasz w szyderstwo – zły gderał Hipolit. Pomimo tego kontynuował. Zdecydował się, na ropniaka, bo pilnie potrzebował auto ubezpieczone i z ważnym przeglądem technicznym.
– Rychłego wstawania i szybkiego ożenku podobno się nie żałuje – wtrącił Marian.
– Penie częściowo masz rację. Jeżeli jednak uwzględnić dodatkowo szybkie nabycie auta, to żałość i kłopoty mogą się szybko pojawić – tłumaczył Hipolit.
– Ja tam tego nie pojmuję, bo mam dobre skojarzenie o ropniakach – spokojnie wszedł kumplowi w zdanie Marian. Jak byłem mały, to miałem z nimi do czynienia i to bardzo często. Nieomalże codziennie chodziłem do ojca do firmy transportowej. Mieli tam sporo pojazdów na ropę. Któregoś dania ojca nie było na bazie, ale za to kręcił się znajomy kierowca Izydor Jakitaki. Zapytał mnie, czy już kierowałem pojazdem. Odpowiedziałem, że teoretycznie tak, ale praktycznie nie. Nie zważając na mój lekki opór wsadził mnie do kabiny i włączył pierwszy bieg i wyskoczył z kabiny. Maszyna jechała, a ja, czy chciałem, czy nie musiałem kierować. Po dłuższej chwili nawet zaczęło mi się to podobać i lekko zacząłem dodawać gazu. Po kilku rundach dokoła placu, Izydor wskoczył do kabiny i zatrzymał pojazd.
– Poczekaj, co ty mi tu nawijasz. Kiedy to było i jaki był to pojazd – dopytywał Hipolit.
– Jaki, jaki? Był to traktor Ursus, zwany też „Bombajem” ze względu na odgłos, jaki wydawał. Było to, jak sięgnę pamięcią, około lat sześćdziesiątych – z trudem utrzymując powagę mówił Marian.
– Jaja sobie robisz ze mnie? – nie wytrzymał Hipolit. Ja całkiem na serio nawijam ci o krewniaku i jego perypetiach, a ty wylatujesz z archaicznym traktorem marki Bombaj.
– Ale był na ropę i to jest wspólny mianownik do pojazdów, o których rozmawiamy – spokojnie mówił Marian. Dokończ wreszcie tę swoją historię, ale błagam cię, aby była z ogniem.
– Zapewniam cię, że będzie i sam się przekonasz – szybko zaczął Hipolit. Jak ci mówiłem Zygmunt kupił samochód na ropę. „Szkoda”, którą kupił z wyglądu była całkiem, całkiem. Kosztowała jednak sporo „kasy”. Pierwszy dzień, podczas próbnych jazd, minął spokojnie. Na drugi dzień, po półgodzinie pracy silnika, zapaliła się kontrolka od spalin, a potem druga, od płynu chłodniczego. Natychmiast pojechał do warsztatu. Mechanik coś przeczyścił i uzupełnił i niby wszystko miało być dobrze. O zgrozo, po dziesięciu kilometrach kontrolka od spalin ponownie się zaświeciła. Jakby tego było mało, na trasie do Poznania coś zgrzytnęło w przekładni. Musiał zjechać na pobocze i wezwać fachowca. Samochód na lawecie przewieziony został do warsztatu. Wymieniono łożysko w przekładni i wyjazd. Jazda była, ale krótka. Tym razem łożysko w kole tak buczało, że auto ponownie wylądowało w warsztacie. Kolejne dwie doby u mechanika i samochód miał być na bank sprawny. Po każdej awarii w domu Fryców, była wojna. Izydor wściekał się i myślał o oddaniu pojazdu. Auto, jakby coś czuło, bo zaczął sprawować się lepiej. Wystarczyło jednak sześć stopni mrozu, aby Skoda nie dała się uruchomić. Rozrusznik kilka razy zakręcił, ale za słabo, aby silnik zapalił. Akumulator siadł i koniec. Przyjechał ten sam mechanik, co zwykle i wraz z pomocnikiem popchnęli auto i o dziwo odpaliło. Krewniak musiał pilnie wyjechać w trasę i nie miał czasu słuchać zapewniania fachowca, że trzeba będzie wóz odstawić do elektryka. Na szczęści mróz zelżał i w kolejne dni pojazd chodził.
– Uh! To krewniak miał przeboje. Powiem ci, że pech pakował się za pechem. Ten samochód, to podwójna „Szkoda”. Na pierwszym miejscu marka, a na drugim „szkoda” było kasy na rzęcha – wyrzucił z siebie Marian.
– Korciło mnie, aby mu podpowiedzieć, że skoro nie odpala to trzeba grata podpalić, ale ugryzłem się w język – rzekł Hipolit.
– Wiesz, że ten traktor, o którym ci mówiłem, zanim odpalił musiał być podgrzany specjalną lamą. Było to niekiedy niebezpieczne. Podczas tej koniecznej czynności dochodziło do wypadków. Zamiast podgrzać głowicę traktora zapalił się kierowca. Tak też było w bazie, której pracował mój ojciec. Pal sęk z tym rozważaniem o awariach i ich usuwaniu. Powiedź, co o tych perypetiach, ba przygodach myśli twój kuzyn – zakończył pytaniem Marian.
– Jak to, co? Nie minęło jeszcze pół roku od feralnego zakupu, a już myśli o nowym, innym, oryginalnym pojeździe. Jaki tym razem będzie, tego nikt nie wie, nawet on. Pewne jest, że „Szkodę” będzie omijał, bo ta mocno dała mu popalić – odpowiedział Hipolit.
– Powiem ci, że lubię tego twojego, zwariowanego krewniaka. Może i nie miał farta w tym przypadku, ale nie zraża się, ani nie przyzwyczaja się do żadnego auta. Szuka, zmienia i kupuje. Taki już jest i inny nie będzie – rzekł Marian.
– A to prawda – odrzekł Hipolit i pożegnał kumpla.
Seweryn Kaczmarek

Gdzie ta zima?!
– To są jakiś jaja. Jest zima, ani mrozu, ani śniegu nie ma. Ptaki za oknem śpiewają. Drzewa i kwiaty zaczynają kwitnąć. Jakby tego było mało, wczoraj mucha wpadła mi do zupy. Tak sobie myślę, że świat stanął na głowie. Czy ty masz, o ile masz, jakiś zdanie na ten temat? – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki.
– Głupi nie jestem i swoje wiem – szybko odparł kumpel.
– Wiem, wiem, że od czasu przyjazdu do miasta sporo się w twojej łepetynie zmieniło i to na korzyść. Nie zapominaj, że dużo musiałem się nad tobą natrudzić, aby wyprowadzić cię na ludzi – ironizował Marian. Hipolit zbył milczeniem złośliwości przyjaciela. Dopiero po chwili rzekł.
– Masz rację, że zimy od lat u nas nie ma. Mrozu i śniegu, jak na lekarstwo. Zdajesz sobie sprawę, że łyżwy, sanki, kożuchy i ciepłe, barchanowe gacie pójdą niebawem w zapomnienie.
– Tym ostatnim, to ja bym się nie przejmował, bo wielkie galoty były ohydne, a do tego wielce uciążliwe. Jak ciężko było dobrać się do takiej kobitki noszącej barchany od pępka do kolan – śmiejąc się nawijał Marian.
– Ty jak zwykle wszystko sprowadzasz do seksu – nie wytrzymał Hipolit.
– A czy jest coś lepszego na świecie, niż figo fago, szmege rege i fiku miku, na łonie natury lub w pościeli – nakręcał się Marian.
– Ja pamiętam takie zimy z ogromnymi opadami śniegu, że z mojej rodzinnej miejscowości można było tylko wyjechać saniami zaprzężonymi w konie. Fajnie było, bo do szkoły się też nie chodziło. W chacie było ciepło. Nosa za drzwi się nie wytykało. Jedyne, co musiałem zrobić, to odgarnąć śnieg tak, aby szło dojść do chlewika i kurnika – spokojnie rzekł Hipolit.
– I do wychodka też musiałeś przetrzeć szlak – kpił z kumpla Marian.
– A ty to niby, co miałeś – kibel w łazience- w tym twoim Sękowie? Też zasuwałeś szuflą śnieg, aby na podwórzu dojść do sraczyka – odgryzał się Hipolit.
Przyjaciel miał rację i z tego zdawał sobie sprawę Marian. Wprawdzie mieszkał na peryferiach przypisanych do miasta, ale „wygódka” była na dworze. Wielokrotnie, gdy go nacisnęło, toszufle aż trzeszczały, aby dotrzeć do miejsca ulgi. Po chwili Marian pojednawcze zagaił:
– A u nas to były takie zaspy, że chłopa nie było widać.
– Chyba jak się położył – odpalił Hipolit.
– Ty kaczy pępku. Skąd to ty pochodzisz, przypomnij mi i od kiedy mieszkasz w mieście, że kwestionujesz mój wywód? – ironizował Marian. Nie masz pojęcia, jak przed laty wyglądało u nas w mieście od listopada do marca i ile śniegu zalegało na ulicach i w rowach. Wbij sobie do łba, że u każdego na podwórzu stała porządna drewniana szufla do odgarniania śniegu. Była też miotła z witek do oczyszczania ścieżek i chodników – spokojnie tłumaczył Marian.
– A pamiętasz, jak robiło się w śniegu orła? – przerwał pytaniem kumplowi Hipolit.
– Pamiętam, bo byłem mistrzem w ich robieniu. Moje orły, to były dzieła sztuki. Każdy, aż rwał się do lotu – chełpliwie odparł Marian.
– Wiesz, co ta dzisiejsza rozmowa nie trzyma się, ani kupy ani dupy – ponownie wtrącił Hipolit.
Z ociąganiem zareagował Marian:
– Masz rację, ale wszystko przez zimę, a w zasadzie jej brak. Ciśnienie skacze, jak głupie. Raz człowieka boli głowa, a innym razem chce się spać. Wypiłby człowiek piwko lub dwa, że o flaszeczce nie wspomnę i nastrój by się poprawił. Niestety z kija bułki, jak młyn stoi. Nie ma funduszy, a jak sądzę mogłyby być.
– Dajesz mi nadzieję i wiarę w cud. Skąd zdobyć środki? – dopytywał Hipolit.
– Musimy zwrócić się do niebios o śnieg. Jeżeli spadnie, to zaczynamy świadczyć usługi. Rozpowiemy, a dodatkowo na słupie damy ogłoszenie, że tanio, szybko i fachowo radzimy sobie ze śniegiem. Jeżeli nasze prośby zostaną wysłuchane, to będą zlecenia i kapnie parę groszy – Marian próbował tchnąć trochę optymizmu w siebie i w kumpla.
– Lipa i jeszcze raz lipa. Marnie widzę ten nasz interes. Zimy, ani śniegu nie będzie chyba, że w telewizorze – biadolił Hipolit.
– A propos telewizji. Pokazywali na szklanym ekranie, że konie na wschodnich kresach kraju, na mroźną zimę zawsze dostawały grubą sierść. W poprzednich latach tak, ale nie w tym. Szkapiska mają cienką i gładką sierść. Znający się na tym wieszczą, że zimy na pewno nie będzie – bez przekonania mówił Marian.
– Może by się zająć, po światach, usuwaniem choinek i to za małym wynagrodzeniem? – nieśmiało podpowiadał Hipolit.
– To jest jakiś pomysł, ale w dużym mieście, a nie w małym grajdole. Ze suchej choinki, to możesz sobie zrobić „kwyrlejkę” do mieszania zupy lub drapaczkę do pleców – ostudził kumpla Marian.
– Repertuar usług nam się kończy, a więc co robimy? – zdał pytanie Hipolit. Marian drapał się po głowie i nad czymś dumał, wreszcie rzekł:
– Wiesz co? Jest już późno i idźmy do chaty. Mamy problem, więc spróbujemy go przespać. Miejmy wiarę i nadzieję, że nowy dzień zrobi nam miłą niespodziankę i przyniesie coś dobrego.
Z tym zgodzili się kumple i każdy ruszył w swoją stronę.
Seweryn Kaczmarek

Migać się trzeba umieć
Przedświąteczne dni powinny być spokojniejsze, z mniejszą ilością przygotowywanych potraw i gruntownego sprzątania. Tak mówią niewiasty w grodach nie tylko nad Samicą, Obrą i Wartą. Gdy jednak w kalendarzu pokaże się grudzień karuzela zaczyna się kręcić. Z początku wolno, a im bliżej świąt, to coraz prędzej. Lista sporządzonych koniecznych zakupów wydłuża się z każdym dniem.
Nie inaczej bywa w domach Mariana Mizerki i Hipolita Lichego. Kumple nakręcają się wzajemnie, zaklinając się, że nie tkną palcem niczego w chacie i tylko będą leżeć „bykiem” oczekując na pierwszą gwiazdkę.
Wiele spraw mieli jednak do pilnego obgadania, dlatego postanowili w przedświątecznym tygodniu kilkakrotnie się spotkać. Wcale nie było to takie łatwe, ponieważ ich połowice wobec nich miały swoje plany. Gdy tylko się spotkali zaczęły się gorączkowe pytania.
– Co twoja ci wymyśliła? – zapytał kumpla Marian Lichy?.
– Łeb pęka – odparł Hipolit Mizerka. Gdybym wszystko musiał zrobić to, co mi nakazała, to święta musiałby być za miesiąc, a nie za kilka dni.
– Zapewne są wśród nich rzeczy zbędne, a nawet głupie. Powiedz coś o tym – dociekał Marian.
– Jak sobie życzysz przyjacielu – od razu zaczął tłumaczyć Hipolit. Rutynowe to: trzepanie dywanów, sprzątanie na szafach, przetarcie mebli specjalną pastą, gruntowne odkurzanie całego mieszkania włącznie z grzejnikami, futrynami drzwi i okien. To ostatnie z wypucowaniem szyb. To tylko wstęp. Do tego dołożyła ręczne utarcie maku, ubicie nad parą babki, zakup karpi, ich zabicie i pokrojenie. Przyniesienie z bazaru i oczyszczenie warzyw. Zakup i przytaszczenie choinki. A teraz – o głupoto ludzka – mam pomalować balkon na zielono, wnękę na jasny kolor, a balustradę na ciemny tak, aby widać było stojącą żywą i dużą choinkę.
– Stop, stój kolego, bo zaczyna mi się kręcić w głowie – Marian przerwał przyjacielowi. Mogę ci od razu powiedzieć, że nasze kobiety musiały się spotkać i obgadać plan pracy dla nas, bo specjalnie niczym one się nie różnią. Moja też oznajmiła, że na te święta choinka będzie na balkonie. Dłużej wytrzyma na dworze i nie będzie tak szybko oblatywała – nadawała, gdy spojrzała na moją wielce zdziwioną minę. O malowaniu już nie mówiła, bo po ostatnim moim malarskim wyczynie w kuchni, jest zaciek na ścianie i plama na podłodze. Coś jednak wspomniała o naturalnej wykładzinie na balkonie pod choinkę. Odstąpiła od poronionego pomysłu, gdy jej powiedziałem, że dobra, ale zakupimy wykładzinę z pieniędzy na jej prezent pod choinkę. Moja natychmiast odpaliła, że jeżeli to ma być jej kosztem, to ona rezygnuje. Na moje pytanie o to, jaka będzie choinka w mieszkaniu odparła, że mała bajecznie kolorowa, ale sztuczna.
– Dokładnie tak samo wciskała mi Kundzia – wyrwał się Hipolit. Od malowania balkonu też się jakoś wykręciłem. Nagadałem połowicy, że wszyscy dokoła pomyślą, że robiąc to zimą szajba nam odbiła.
– To jest nie do zaakceptowania – przerwał Marian. Musimy coś takiego wymyślić i wywinąć, że nasze zrezygnują z naszych usług.
– Ale, co, ale co – jąkając się pytał Hipolit.
– Jutro myję okna – rzekł Marian. Gdy tylko otworzy drzwi ja udam, że był przeciąg i zbiję szybę. Jak to nie wystarczy, to w kuchni popsują telewizor moje żoneczki, a do tego urwę antenę.
– A ja, a ja, co mam zrobić? – dopytywał Hipolit – aby moja powiedziała, że nie mam niczego tykać iżebym wyniósł się z chaty.
– Już ci mówię – pouczał kumpla Marian. Podczas kręceniu maku upuścisz donicę, która się rozbije. Za jednym zamachem zapaskudzisz podłogę i zmarnujesz mak. Przy trzepaniu dywanu tak go wygrzmocisz, że zrobi się dziura. Gdy będziesz go wnosił na korytarzu zbijesz lampę.
– Dobra nasza – wykrzyknął Hipolit. Ale co będzie, jak to nie wystarczy.
– Ryzyk fizyk – jak mówił mój ojciec. Jak znam życie wylecimy z chaty z hukiem – nadrabiając miną gadał Marian.
Na drugi dzień około południa kumple już byli razem.
– Jak ci poszło – zapytał Hipolita Marian.
– Dokładnie tak się stało jak przewidziałeś – wyrzucił z siebie Hipolit. Wieczorem w donicy kręciłem mak. Długo nie trwało, jak cisnąć zbyt mocno złamałem kałkę. Moja chyba przeczuwała, że coś wywinę, bo wyjęła z szuflady drugą i tryumfalnie mi ją wręczyła. Podczas tej czynności donica wysunęła mi się z pomiędzy kolan i gruchnęła na podłogę. Rozbiła się na kilka części. O Jezu stęknęła Kundzia i dawaj mnie sztorcować. Rano, gdy wychodziłem z dywanem do trzepania rzekła – mam nadzieję, że niczego złego już nie wywiniesz. Chyba w złą godzinę to powiedziała, bo po chwili solidnego walenia trzepaczką na środku dywanu zrobiła się spora dziura. Ty ofermo, ty łachudro, czego się tkniesz, to wszystko sknocisz – wrzeszczała na mnie, gdy wróciłem do chaty. Zła, jak szerszeń dała mi pieniądze i kazała iść kupić nowy. Nie ważne gdzie, byle był ładny, duży i tani. Jak widzisz idę i proszę cię o pomoc w zakupie – zwrócił się do kumpla.
Idąc do miasta Marian wyjaśnił Hipolitowi, jak on wykręcił się od roboty.
– Dokładnie tak, jak ci mówiłem. Podczas mycia okna w pokoju zbiłem szybę. Huk był taki, że Gabrysia o mało nie padła na podłogę. Przy zmywaniu szafek w kuchni, niby niechcący, rozlałem wodę na włączony telewizor mojej połowicy. Odbiornik, w którym z wypiekami na twarzy oglądała swoje seriale, tylko zaskwierczał, zrobił się czarny i zamilkł. Gdy zeskakiwałem z drabinki, niby przypadkiem wyrwałem ze ściany gniazdo od anteny. Na szczęście telewizor udało się uratować i moja odetchnęła z ulgą.
Przy okazji jak będziemy w mieście muszę kupić gniazdko i zamontować. Moja Gabrysia oznajmiła mi, że musze to zrobić, a dalej to już nie chce mnie widzieć na oczy.
– Czyli, że cel osiągnęliśmy. Jak dobrze pójdzie i dokonamy tanich zakupów, to jeszcze zostanie na jedną, a może i na dwie flaszki – rzekli jednogłośnie kumple i przybili sobie piątkę.
Seweryn Kaczmarek

Z opery na zbity pysk

Tak się złożyło, że kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka musieli się na trzy dni rozstać. Pierwszy z żoną Gabrysią w piątek pojechał do jej kuzynki, do Bydgoszczy. Drugi ze swoją połowicą w ten sam dzień udał się na wesele do siostrzeńca do Jawora. Ustalili, że o ósmej w poniedziałek spotykają się, aby zdać sobie relacje. Coś niezwykłego musiało się obu dwom przytrafić, bo sporo przed czasem, w ustalony dzień, byli już w wyznaczonym miejscu.

– Jak ci powiem, gdzie byłem, co robiłem i co widziałem, padniesz na glebę – zaczął Hipolit.

– Nie podniecaj się, bo przecież wiem, że byłeś na weselu. Jak cię znam, ba – jestem pewny, że się uchlałeś i połowy imprezy nie pamiętasz – ironiczne rzekł Marian.

– Ciekawe, co ty byś zrobił na moim miejscu gdybyś widział, jak strony młodej i młodego siedziały oddzielnie i z byka na siebie patrzyły. Ja specjalnie tym się nie przejmowałem. Zaraz po obiedzie kiwnąłem na szwagra Benka Kurka i poszliśmy do barku. Mieścił się w piwnicy i w przewadze był zaopatrzony w „Rakije” z własnej produkcji. Jak wyszliśmy, a raczej, jak wytoczyliśmy się po trzech godzinach na salę, goście ryczeli ze śmiechu. Nie wiedzieliśmy, co jest grane. Spojrzeliśmy na siebie i także zrozumieliśmy, z czego mają ubaw. W piwnicy była lampa naftowa i okropnie kopciła. Klosz był osmolony i aby naleć kielicha musieliśmy się do nie zbliżać. Unosząca się sadza osiadła na naszych pyskach i wyglądaliśmy, jak diabły. Moja, jak mnie zobaczyła, to złapała mnie pod mankiet, zaholowała do pokoju i walnęła na łóżku. Obudziłem się, jak orkiestra grała „do widzenia, do widzenia”. Co będę więcej gadał specjalnie impreza weselna mi się nie udała. Na szczęście mojej się też nie podobała, więc w drodze powrotnej dała mi spokój.

– Znasz powiedzenie, „diabli go wzięli” – nagle zadał pytanie Marian.

– Znam, a bo co – szybko odparł Hipolit.

– To teraz uważaj, bo będzie „petarda” z czartem w tle i nie tylko – powoli mówił Marian. Skup się na tym, co ci opowiem, bo uszy ci oklapną, a zęby spocą z emocji i niedowierzania.

Nie chwal się, tylko do rzeczy przyjacielu – poganiał go Hipolit.

– Czy ty możesz sobie wyobrazić, że z kuzynki mężem Waldkiem, byliśmy w operze?

– Gdzie w operze? Nie bujaj. Jakoś w tym miejscu cię nie widzę. Może padało lub byliście pijani, że o chorobie nie wspomnę – dopytywałHipolit.

– Możesz chwilę nie kłapać dziobem – ofukną kumpla Marian. Już ci mówię, jak znaleźliśmy się w operze. Moja w sobotę z kuzynką napiły się wiśniówki, poprawiły koniakiem i w niedzielę miały kaca giganta. My wykorzystaliśmy ich niedyspozycje i po południu nawialiśmy z chaty. Po drodze kupiliśmy po flaszce i spacerowaliśmy po ulicach. Na dworze był ziąb i szukaliśmy miejsca do zrobieniu po łyku. Przechodziliśmy koło opery. Sporo ludzi kłębiło się na holu. Spojrzeliśmy na afisz. Szyby były zaparowane i kiepsko było widać, ale jakoś odczytaliśmy „Pogrążenie Fałsza”. Stwierdziłem, że może być niezłe. W środku ciepło, a tego było nam potrzeba. Nagle ktoś barwnie ubrany podszedł do nas i pyta, czy ja jestem Marian Lichy. Spojrzałem i poznałem go od razu. Mój kumpel z wojska –  Sebastian Żarówa. Zapytałem „Co ty tu robisz?” A on na to, że pracuje w operze przy kasowaniu biletów. Bez ceregieli, bocznym wejściem wpuścił nas na zaplecze. W małym pokoiku walnęliśmy po klika kielichów. Gdy flaszki były puste Seba rzekł, że ma dla nas miejsca w pierwszym rzędzie. Obejrzycie sztukę, a potem skoczymy jeszcze na piwo. Nie zdążyliśmy zapytać, co grają. Nagle światło zgasło i zaczęło się. Orkiestra dawała „czadu”, a my patrzyliśmy, kiedy pojawi się jakaś fajna sztuka. Zamiast niej, w smudze światła, stanął gościu w ciemnym stroju, bodajże „Fałścik” i zaczął śpiewać. Żeby to byłó coś melodyjnego, to byśmy mu pomogli, bo gorzała zaczęła nas rozbierać, ale ten tym swoim głosem zasuwał. Odwalił swoje i na scenie pojawiły się postaci: babki i faceci, przeważnie odkluftowani na szaro i buro. Taka jedna kobitka, to nawet była niezła, ale jak na mój gust, za chuda. Po pewnym czasie zaczęła mnie wkurzać, bo koło niej pojawił się łysy gościu w czerwonych papciach. Połapałem się, że odgrywa Diabła. Czart cwaniaczek zorientował się, że Fauścik ma kosmate myśli w stosunku do Margarity. Łysy łaził za nim i śpiewem kusił. Diabeł zorganizował parze schadzkę, na której młodzi pobaraszkowali i zrobili sobie dzieciaka. Nie było to jednak za darmochę. Za przysługę chłopisko podpisał cyrograf i stał się własnością łysego. Może byśmy dotrwali do końca sztuki, ale wywalili nas ze sali.

– Co się stało?,Co żeście nawywijali? – nie wytrzymałHipolit.

– Nie uwierzysz, ale za dobre serce – ciągnął Marian. Jak pojawiła się na scenie ta jego Margarita w białej sukni, to krzyknąłem, że to nie Margarita, ale Danusia z Krzyżaków. Jeden z ochraniarzy podszedł do nas i ostrzegł, że jeszcze jeden wybryk i na zbity ryj nas wywali. Szybko o tym zapomnieliśmy. Diabeł stanął za Fauścikiem, a ten go nie widział. Ponownie nie wytrzymałem i krzyknąłem „Uważaj z tyłu na łysola”. I to był koniec naszej przygody z operą. Wywalili nas za drzwi i postraszyli policją. Poczekaliśmy, aż spektakl się skończy. Wyszedł Seba. Już wiedział, że wyjechali z nami na dwór. Byłem ciekawy, jak się ten śpiewany cyrk skończył. Szybko mi wyjaśnił, że Fałścika diabli zabrali do piekła. Sama ta scena jego zdaniem była bardzo widowiskowa. Podobno fojer i dym spod sceny waliły, jak z wulkanu. Hipolit możesz być pewny, że moja noga już w operze nie postanie. Jeden raz wystarczy i to tylko dlatego, że było zimno, chciało nam się pić, a do tego spotkałem kumpla z woja.

– Koniec już? Koniec Maryś? – przerwał opowiadanie kumplowi Hipolit. Zacznijmy przygotowania do Bożego Narodzenia, bo o suchym pysku przyjdzie nam je spędzić.

– Czas, czas się tym zająć potwierdził – Marian. Juro rusza akcja święta i żaden diabeł w tym nam nie przeszkodzi.

Seweryn Kaczmarek

Uśmiech za „dwa lata”
– Jeżeli boisz się dentysty, to temat, który poruszę będzie dla ciebie bardzo przykry – zwrócił się Marian Lichy do Hipolita Mizerki. Kumpel pobladł i dostał wielkie oczy.
– Nie, czemu, dlaczego miałbym się bać lekarza od zębów – jąkając się tłumaczył Hipolit. Zachowanie przyjaciela bawiło Mariana. Dopiero po chwili rzekł:
– Nie bujaj kolego. Wiem, że masz cykora na dźwięk słowa dentysta. Nogawki od spodni ci się trzęsą i nieładnie od ciebie pachnie. Już pewnie nie pamiętasz, jak po raz pierwszy zciągnąłem cię do przychodni. Tak się zapierałeś na deptaku, przed wejściem, że płytki z chodnika zrywałeś. Nieźle się umordowałem, zanim udało mi się cię wepchnąć do gabinetu i posadzić na fotelu.
– Ty wiesz i ja wiem, że tylko częściowo tak było – tłumaczył Hipolit. Prawdą jest jednak to, że ogromnego „pietra” miałem. Pewnie nie uwierzysz, ale długo zęby miałem, jak murzyn – równe, mocne i białe. Zakładem się z kumplami o flaszkę, że w „kłach” podniosę, na wysokość metra, worek ze zbożem. I robiłem to bez problemu. Zębami otwierałem kapsle na butelkach. Ogromnie lubiłem chrupać landrynki. Tak je śrutowałem, że pościerałem szkliwo i zaczęły mi się zęby psuć. Zaczęły mnie boleć, ale bałem się iść do dentysty. Imałem się różnych środków, aby uśmierzyć ból. Znajomi podpowiadali mi, abym zadziałał lodami. Tyle ich „wtranżoliłem”, że aż zapalenia gardła dostałem. Inny znawca uśmierzania bólu zalecił kroplę kwasu siarkowego na nerw zęba. Kilka razy to zrobiłem. Nie tylko, że nie pomagało, ale zębiska zaczęły robić się czarne. Zastosowałem jeszcze leczenie spiritusem i gorzałką. Skutkowało tak długo, jak alkohol był w „czubie”. To ostatnie było kosztowne i żoneczka szybko wybiła mi tę metodę z głowy. Wtedy najadłem się poruty, bo moja wsadziła mnie do samochodu i przywiozła do miasta, do dentysty. Przed drzwiami chciałem nawiać, ale tak mocno mnie trzymała, że nie dałem rady się wyrwać. Powiem ci, że wtedy ten fachura w białym kitlu tak mnie obskoczył, że ani się obejrzałem, jak zęba mi usunął. Tak! Przyznaję się, że może teraz trochę mniej mam pietra, ale ciągle mam. Gdy trzeba idę, nie czekając, aż mnie rozboli i da mi popalić. Rzeczywiście kiedyś mnie zaprowadziłeś do dentysty i jestem ci za to wdzięczny. Powiedź mi, dlaczego poruszyłeś ten nieprzyjemny temat? – zakończył pytaniem Hipolit.
Przez chwilę Marian się nie odzywał. Kumpel nie zamierzał czekać w nieskończoność, dlatego lekko chrząknął, aby go zmusić do odpowiedzi.
– Powód jest oczywisty – zaczął Marian. Od roku okresowo dokucza mi ząb. Jak na ironię jest to jedynka. Kilka miesięcy temu z duszą na ramieniu, w tajemnicy przed tobą, poszedłem do znajomego dentysty. Oddałem się w jego ręce. Jest dobry w swoim fachu i niestety ma sporo klientów. To sprawia, że niekiedy przyjmuje do północy. Umówiłem się z im i późnym wieczorem pojechałem na wizytę. Popatrzył mi w gębę pomruczał i mówi, że albo wyrywamy i będę szczerbaty, albo podklei mi go do zdrowej jedynki. Przestanie się kiwać i na jakiś czas będzie dobrze. W perspektywie uroczystości rodzinnej, w której miałem uczestniczyć, zgodziłem się natychmiast. Potem byłem jeszcze trzy razy u niego i poplombował mi oraz usunął kamień z zębów. Latem stomatolog wyjechał na urlop na wyspy „Hula Gula”. Gdy wrócił na kolejną wizytę się nie wstawiłem. Nic mnie nie bolało, to uważałem, że szkoda bejmów. Nie mówiłem ci, że w ubiegłym tygodniu znów moja „jedynka” się odezwała, a do tego zaczęła się mocno chwiać. Ból się nasilał i równie szybko mijał. Miałem nadzieję, że się uspokoi. Tak się nie stało i zacząłem rozglądać się za specjalistą. W ubiegłym tygodniu rowerem objechałem pięć gabinetów stomatologicznych i włos mi się zjeżył na głowie. W jednym z nich w recepcji siedziała niekiepska pielęgniarka. „Siostrzyczka” z uśmiechem powiedziała, że na Narodowy Fundusz Zdrowia nie ma szans na leczenie. Pani doktor przyjmuje, ale tylko prywatnie i że może mnie zapisać. „Kopara” mi opadała, ale pytam – czy dotyczy to leczenia i usuwanie, czy też jest jakaś perspektywa na sztuczną szczękę. Z rozbrajającym uśmiechem powiedziała, że na „protezkę” trzeba czekać dwa lata. Ponownie moja osobista szczęka opadła. Widząc zbolałą minę dała mi reklamówkę gabinetu z adresem, zakresem usług i numerem telefonu – po tym wywodzie Marian złapał się za twarz.
– Boli cię ząb przyjacielu, przyznaj się. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić ciebie szczerbatego. Ty promieniejący i czarujący uśmiechem od ucha do ucha, musiałbyś zakrywać gębę ręką– śmiejąc się mówił Hipolit.
– Nie doczekanie twoje – groźnie odparł Marian. Wiedz, że od jutra ruszamy na poszukiwanie dentysty: dobrego, bezboleśnie leczącego i taniego.
– Obawiam się, że takiego, o którym ty nawijasz, to chyba w naszym mieście, ba kraju, nie znajdziemy. Od razu szukajmy fachowca od grabi. On ci zrobi od ręki szybko i wstawi drewniane zęby z twardej akcji – ironizował Hipolit.
– Gdyby mnie gęba nie bolała, to bym ci tak dołożył, że przestałbyś sobie jajczyć ze mnie – groźnie mówił Marian.
– Coś wspomniałeś, że jutro ruszamy? – zapytał Hipolit.
– Mój ból, twoim bólem. Twój wróg, moim wrogiem. Wiedz, że zgodnie z tymi powiedzeniami prawdziwi przyjaciele muszą się wspierać w każdej sytuacji. Czy zrozumiałeś i chcesz mi pomóc? – zapytał Marian.
– Oczywiście, że tak i pójdę z tobą – odparł Hipolit. Coś jeszcze wpadło mi do głowy – dodał. Dwa lata oczekiwania na sztuczną szczękę, pięć lat na biodro, siedem lat na oczy, to jest koszmar. Jutro zrobimy dokładną listę specjalistów i ruszamy ze zapisami.
– Masz racje przyjacielu, tak zrobimy! – zakończył rozmowę Marian.
Seweryn Kaczmarek