niedziela, 15 Wrzesień 2019

Felietony

Jak to z Żydami w Polsce było część 32
Ostatnia wyprawa krzyżowa Watykanu i Niemiec nieudana, 1939 – 1945 rok, w której zginęło ponad 60 milionów ludzi.
Zbrodnie przeciwko ludzkości nigdy nie ulegają przedawnieniu.
Gdy mówią pieniądze prawda milczy.
W roku 2014 w niedziele byłem w Muzeum Regiona

lnym w Stęszewie. Wszedł mężczyzna i poprosił o dostęp do Internetu. Podobno był tymczasowym mieszkańcem Stęszewa. Usiadł obok mnie przy stoliku, przy komputerze. Mówił płynnie po niemiecku i po polsku. Po chwili zaczął do mnie mówić, że Niemcy, to bardzo mądry, gospodarny naród. Odpowiedziałem mu na to, że ma rację, Niemcy to bardzo mądry, gospodarny, oszczędny naród i w tym momencie zaczął się do mnie miło uśmiechać i po chwili dokończyłem swoją wypowiedź.
– Tak, żaden naród na świecie nie potrafił zrobić z ludzi mydła.
W tym momencie mojemu rozmówcy włosy się najeżyły. Zaczął na mnie krzyczeć, że to są całkowite bzdury i nie ma na to żadnych dowodów, że Polacy zrobili błąd, nie było komisji, która spisałaby akta z badań, iż Niemcy robili z ludzi mydło.
Dlatego, jak już wcześniej zapowiadałem chcę przedstawić wierne kopie wszystkich dokumentów, spisanych w roku 1945, przez specjalną komisję do badania zbrodni niemieckich w Polsce.
Oto protokół komisji z dnia 16 i 17 maja 1945 roku. Komisja pracowała w składzie: profesor medycyny sądowej Uniwersytetu Warszawskiego Grzywo-Dąbrowski, radca min. Wagner, główny biegły lekarsko-sądowy II frontu białoruskiego mjr. sużby zdrowia Szybanow, wojskowy anatomo-patologiczny biegły mjr. służby zdrowia Lubiński, wojskowy sądowo-lekarski, biegły mjr. służby zdrowia Atler, dyr Wydz. Bezpieczeństwa oraz obyw. inż. Markowski.
Znaleziono 148 trupów, w tym: 18 kobiet, 4 dzieci, 126 mężczyzn i 1 trup małpy, 82 trupy bez głów, 2 kobiece trupy bez głów , ale mocnej budowy ciała. Na niektórych zwłokach były atuaże (gwiazdy pięcioramienne, polskie sztandary narodowe i inne). Oprócz zwłok znaleziono 89 odciętych głów ludzkich. Głowy leżały nie tylko w osobnych skrzynkach, ale i pod trupami. Wszystkie niestaranie ogolone i ostrzyżone. Było osim przypadków odrąbania głowy żywym ludziom, 4 przypadki zaduszenia pod postacią zadźgnięcia, jeden przypadek postrzelenia, 3 przypadki śmierci w następstwie uszkodzenia głowy tępym narzędziem, młotkiem lub siekierą-obuchem, jeden przypadek człowika z jamistą gruźlicą płuc, jeden przypadek malarii, jeden przypadek przewlekłego schorzenie serca i naczyń.
Prof. Grzywo-Dąbrowski poddał sekcji dziesięć zwłok. Wybrał tych z odciętymi głowami tępym narzędziem, z uszkodzoną czaszką za życia, i trzy przypadki w następstwie chorób.
Z kolei komisja rosyjsko-polska przeprowadziła sekcję wszystkich trupów wykorzystując analogiczne przypadki.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski

W lipcu 1919 roku – wikariusz ks Teodor Zimoch, zetknąwszy się z patriotyczną postawą mieszkańców, zorganizował wśród młodzieży pozaszkolnej i ostatnich klas szkolnych, drużynę skautową. Wtedy po raz pierwszy słyszano w Stęszewie „czuwaj”. Drużyna liczyła wówczas około 30 członków.
W czasie II wojny światowej 1939-1945, w tych tragicznych latach i represjach okupanta, cierpią i giną stęszewscy harcerze. Ksiądz Teodor Zimoch zmarł z wycieńczenia w obozie w Gusen. Druh Leon Piotrowski ginie w kampani wrześniowej; druh Mieczysław Krowczyński zamordowany w Poznaniu; druh Witold Piotrowski i druh Edward Koziołek  zamordowani w 1943 roku w Łodzi – cześć ich pamięci.
Po wojnie 27 marca 1945 roku, przy pomocy byłych harcerzy, druh Janusz Zieliński przeprowadza, jako powojenny pionier, pierwszą zbiórkę. Dokonuje podziału na zastępy i zostaje ich drużynowym. Na zbiórkę przybyło 87 harcerzy i 30 zuchów. Założoną 4 drużynę harcerzy im. H. Dąbrowskiego zarejestrowano w wojewódzkiej komendzie chorągwi ZHP w Poznaniu dnia 10.04.1945r.
* * *
Wspomnienia Jacka Górnego – młodego harcerza z 1957 roku
Z harcerstwem zetknąłem się już w 1955 roku. Co prawda była to Organizacja Harcerstwa Polski Ludowej, w której nie znalazłem tego, co słyszałem z opowiadań mojego ojca i jego znajomych. Były opowieści o: wycieczkach, biwakach, obozach, a ja miałem tylko zbiórki na których były poruszane sprawy ideologiczne związane z ustorjem socjalistycznym.
Po powrocie z wakacji w 1956 roku zaczęło się mówić w szkole o innym harcerstwie. Przychodził do nas Zygmunt Parchliniak, który nam opowiadał, że powróci Związek Harcerstwa Polskiego tj. ZHP na zasadzie przedwojenej i powojennej organizacji. I tak 27 marca 1957 roku ogłoszono zbiórkę organizacyjną na podwórzu Szkoły Centralnej, tak wówczas nazywano budynek szkolny przy ul. Szkolnej nr 1 w Stęszewie. Zebrała się tam ogromna ilość dzieciaków ze szkoły podstawowejm jak i młodzież starsza. Wydarzeniem tej zbiórki i ogólnym zainteresowaniem cieszył się Stasiu Florczak w czapce rogatywce z lilijką, Zazdrościliśmy mu tej czapki, ale poinformowano nas, że teraz możemy sobie kupić nie tylko czapkę, ale i mundur harcerski.
Wyznaczono następoną zbiórkę, na którą przyszedłem w mundurku harcerskim, ale bez rogatywki. Na tej zbiórce podzielono nas na pięć zespołów. Ja znalazłem się w zastępie Bobrów. Nie pamiętam nazwisk moich kolegów, a zastępowym został druch Krzysztof Wolas. Wtedy też dowiedziałem się o takich funkcjach, jak drużynowy, przyboczny, opiekun drużyny, a zostali nimi w tamtym czasie druhowie Michał Biały, Roman Ciesielski, i Jerzy Krzyżagórski.
Zbiórki zastępów były ciekawe. Przeważnie, jak pogoda dopisywała, to w terenie, gdzie na podchodach uczyliśmy się obcowania z przyrodą, znaków patrolowych i zachowywania się w lesie. Zbiórki drużyny były natomiast w niedzielę po mszy, po godzinie 10.00. Na zbiórkach omawiano sprawy organizacyjne, podawano do wiadomości rozkazy drużyny. Najwięcej mi utkwiły w pamięci marsze ze śpiewem. Nauczyłem się też piosenek harcerskich. Piosenką śpiewaną na każdym marszu była „Choć burza huczy wkoło nas”. Pamiętam ją do dzisiaj.
Pierwszym wypadem był w czerwcu biwak nad Źródełkiem w Żarnowcu, gdzie dh Janusz Zieliński nauczył nas piosenki „W zielonym lesie”. Pierwszy obóz odbył się w Dymaczewie nad jeziorem. Był to obóz szkoleniowy. Komendantem obozu został dh Roman Ciesielski, obozowym dh Janusz Zieliński. Właśnie na tym obozie zacząłem uczyć się harcerskiego rzemiosła.
Znamiennym dla mnie wydarzeniem była próba na III stopień „młodzika”, którą to ukończyłem z wynikiem pozytywnym. Przygodą była pierwsza warta z Edziem Waselczykiem. Po usłyszniu kilku podejrzanych szelestów poza obozem, wyszedłem zza liny stwierdzić, co nas niepokoi po nocy. W pewnym momencie ktoś się na mnie rzucił, zatkał mi usta ręką, ręce związano do tyłu, czapkę na oczy i zostałem uprowadzony w las, nim Edziu zdążył ogłosić alarm. Słyszałem tylko w oddali harmider w obozie, a mnie prowadzono w zupełnym milczeniu bardzo długo. Zacząłem się niepokoić, dokąd mnie prowadzą. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się, kazano mi uklęknąć i coż, oprawcy pozostawili mnie w lesie. Rogatywka spadła mi z oczu na trawę, więc ją podniosłem zębami, wstałem, rozejrzałem się i stwierdziłem, że jestem jakieś 100 metrów od obozu. Przyszedłem do obozu witany jak bohater. Nie było mnie około godziny. Jak się okazało, to nasi druhowie tj. Zygmunt Parchliniak ze swoim kolegą, nie pamiętam nazwiska, w taki oto sposób przyszli nas odwiedzić.
Po powrocie do Stęszewa byliśmy witani niemal przez wszystkich mieszkańców. Ustwieni byli wzdłuż naszego przemarszu. Były okrzyki i kwiaty. Na rynku odbył się apel kończący obóz. Z rozkazu dowiedziałem się o dopuszczeniu mnie do przyrzeczenia. W końcu, we wrześniu odbyło się pierwsze po 7-letniej przerwie przyrzeczenie harcerskie. Miało to miejsce na podwórzu wspomnianej Szkoły Centralnej, na sztandar powstańczy 1848 r. „Zjednoczona i Niepodległa” – obecnie jest przechowywany w zbiorach stęszewskiego Muzeum.
Tak rozpocząłem moją przygodę harcerską przez; zbiórki, wycieczki, biwaki, zloty, obozy, kursy szkoleniowe, uroczystości patriotyczne. Przygoda trwa do dziś, tj. 57 lat. Obecnie jestem – ja Jacek Górny – przewodniczącym Harcerskiego Kręgu Seniorów im. Jerzego Krzyżagórskiego w Stęszewie. Stęszew, 26.04.2019
Opracowanie Zbigniew Tomaszewski

Cezary Julski – aktor o grodziskich korzeniach
W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Grodzisku wspominano go jako „swojego”, który poszedł w wielki świat i odniósł sukces w pracy aktorskiej. Choć na wielkim ekranie był raczej na drugim planie, to swoją rubasznością i wdziękiem zaskarbił sobie pamięć i sympatię wielu kinomanów i telewidzów.
Cezary urodził się w pobliskim Wolsztynie, 23 czerwca 1927 roku, ale Grodzisk był jego drugim miastem, który darzył sentymentem. Stąd pochodziła jego matka, tutaj mieszkali dziadkowie, u których w dzieciństwie spędzał wakacje. Mieszkali na Starym Rynku, naprzeciwko pompy Bernarda.
Po latach II wojny światowej, którą spędził na tułaczce m.in. w Lublinie, wkroczył na drogę aktorstwa. Początkowo pracował na ziemiach odzyskanych w Zielonej Górze. Później występował w Teatrze Lalki i Aktora w Poznaniu, następnie w Kaliszu. W 1950 roku przeniósł się do Łodzi i grał na deskach teatru im. Stefana Jaracza. Później była już stolica, kolejne epizody w Teatrze Ludowym i Teatrze Polskim, by wreszcie na trwałe, do końca kariery na ponad trzy dziesięciolecia osiąść w Teatrze „Komedia”. W teatrze i w filmie został zapamiętany przez role komediowe.
Cezary, to postawny i wysoki mężczyzna. Grywał epizody w komediach filmowych i serialach. Na dużym ekranie zadebiutował w socrealistycznej „Celulozie” w 1953 roku, jako bandyta. Potem były coraz ciekawsze role u Aleksandra Forda. W 1960 roku zagrał Zawiszę Czarnego w „Krzyżakach”, a cztery lata później w „Pierwszym dniu wolności”. Przybierał role gwałciciela, rzemieślnika, kowala, gestapowskiego kata, złodzieja. Prawie zawsze na drugim planie. Jednak popularność i nieśmiertelność przyniosły mu role z lat siedemdziesiątych w najlepszych serialach Telewizji Polskiej. Zagrał w „Janosiku” oficera austriackiego, który doprowadza do pojmania i powieszenia głównego bohatera. W „Czarnych chmurach” grał rolę wiecznie pijanego szlachcica Błazowskiego, który obiecuje bukłaczkiem potraktować Prusaków – przeciwników pułkownika Dowgirda. Grał również w „Czterdziestolatku” oraz w filmach i serialach Stanisława Barei. – m.in. w kultowym „Misiu”.
Podobnie. jak epizod z „Czarnych chmur”. tak rola w „Alternatywach 4” Stanisława Barei przynosi mu ponadczasową popularność. Gra tam gościa – weselnego Franusia „fachowca”- hydraulika, który z pełną gracją demoluje instalacje wodną w bloku.
Julski obdarzony był bardzo charakterystycznym, niskim głosem. Ten głoś do dziś brzmi znajomo dzięki temu ze gościł w naszych domach bardzo często. Cezary Julski użyczał głosu Fredowi Flinstonowi w Jaskiniowcach. Wszystkie dzieci młodsze i strasze pamiętają również, tekst „Pasibrzuch być głodny” z kultowej kreskówki „Smerfy”, wypowiadane przez naszego bohatera. Oprócz dubbingu współpracował z Polskim Radiem, gdzie m.in. występował audycji „Podwieczorek przy mikrofonie”.
Cezary Julski bywał wielokrotnie prywatnie w Grodzisku, w czasach swojej wielkiej popularności. Przyjeżdżał, odwiedzać rodzinę, szczególnie swoją kuzynkę Ireny Filcek, zmarłą przed kilku laty, znaną grodziską bibliotekarkę. Tak w latach osiemdziesiątych opowiadał o Grodzisku na łamach „Wiadomości Grodziskich” podczas wywiadu przeprowadzonego przez Kazimierza Borowskiego:
– Grodzisk, to mój prapoczątek. Tu sięgają korzenie mojej egzystencji. W rynku naprzeciw Ratusza, a jeszcze dokładnie, vis a vis pompy św. Bernarda, dziadkowie moi mieli, jak ongiś mawiano „gestthoff” – Otto Bloch. Tu ojciec oczarował moją mamę, tu miałem całą masę wujów, kuzynów i kuzynek (….) Z Grodziska pamiętam barwny korowód na Piwobranie. Miasto jest bardzo czyste i schludne. Jestem dumny, że pochodzę z tych stron.
Aktor do kocaa życ mieszkał pod Warszawą. Zmarł przeżywszy siedemdziesiąt lat i spoczął na cmentarzu bródnowskim w stolicy. Za prace sceniczna był odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
W ślady Cezarego Julskiego od kilku lat podąża Łukasz Kucharzewski. Rodowity Grodzisczanin, który po ukończeniu wrocławskiej szkoły aktorskiej w 2010 r., pracuje w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze. Początek kariery więc podobny do Cezarego Julskiego. W obu postaciach można znaleźć jeszcze więcej podobieństw, niż debiutancki teatr. Temperament, praca w dubbingu, wreszcie podobieństwo fizyczne to również cechy obu aktorów związanych z Grodziskiem. Być może wiec będziemy za kilka lat świadkami eksplozji popularności „grodziskiego” młodego aktora Łukasza Kucharzewskiego, równej co najmniej sławie odtwórcy niezapomnianego Błazowskiego..
Źródła: materiały „Stowarzyszenia Filmowców Polskich”, wywiad w WG nr 2 1988 r.

ZŁOTE MYŚLI ZBIGNIEWA TOMASZEWSKIEGO:
– Tylko słaby człowiek krzyczy i bije, – Biedak nie oszczędza, bo nie ma czego, – Obyś umierał pomiędzy tonami złota, gdy Ci zabraknie ta jedna szklanka wody, – Śmierć, to tylko element codziennego dnia, – Natura nie zna litości, Pan Bóg też, – Nie ma nic bardziej śmiesznego, jak bogaty udaje biednego, a biedny bogatego, – Kot w butach nigdy nie złapie myszy, – Aby pojechać w dalszą podróż, to musisz zrobić pierwszy krok, – Z życia każdy ma tyle, ile sam weźmie.
PRZYSŁOWIA NIEMIECKIE:
– Baran za baranem poleci, – Bogaty przyjaciół ma wielu, – Bóg czasami zamyka drzwi, aby otworzyć bramę, – Ból z kimś podzielony w połowie ulżony, – Brzęczące dowody posłuch mają największy, – Całą prawdę lustro pokaże, – Jeśli chcesz rozkazywać, to najpierw naucz się słuchać, – Mężczyźnie żona nie umiera, tylko dzieciom matka. – Cierpliwy zajdzie daleko, – Cnota zdobi ciało, a bogactwo domy, – Co dadzą tytuły, kiedy w kieszeni dziury, – Co wie trzech, dowie się tysiąc, – Co zasiał w młodości, zbierze w starości.
Jak to z Żydami w Polsce było cześć 31
Zbrodnie przeciwko ludzkości nigdy nie ulegają przedawnieniu.

Gdy mówią pieniądze, prawda milczy.
Ostatnia nieudana wyprawa krzyżowa 1939-1945.
W części 30 skończyliśmy, jak 5-letnia dziewczynka rychłym rankiem pobiegła do wioski Szczurowa i była świadkiem to, gdy niemieccy nowocześni zakonnicy krzyżaccy, ss-mani zamordowali 93 cyganów, od kilkutygodniowych dzieci po starców, w tym jej rodziców i dziadków. Potem widziała, jak Niemcy najpierw zmusili mieszkańców wioski do wożenia Cyganów z osady na cmentarz, a następnie do ich grzebania.
Dramat ten jest żywy po dzień dzisiejszy w pamięci miejscowej ludności. Z inicjatywy mieszkańców wsi Szczurowa grób Cyganów obudowano kamieniami i wzniesiono na nim kamienny obelisk i krzyż. Przez cały czas ludność wsi dba o to miejsce czyniąc je miejscowym pomnikiem historii. W roku 1966 powstała idea pamięci Romów. Podjęli ją Adam Bartosz – dyrektor Muzeum w Tarnowie oraz Adam Andrasz – prezes Stowarzyszenia Romów w Tarnowie. Wykorzystując stare wozy romskie z muzealnej kolekcji, przy pomocy dyrekcji, pobliskiego stada ogierów, Romowie z Tarnowa wybrali się wtedy na pierwszy „Tabor pamięci”, który miał na ceu przypomnieć zagładę szczurowskich Cyganów. Z czasem wędrująca grupa rozrosła się. W projekcie biorą udział Romowie z innych krajów, a wędrówce, która trwa 4 dni towarzyszy ogólne zainteresowanie mediów i okolicznej ludności. Założenia, które przyświecają realizatorom taboru są następujące:
1/ upamiętnienie cygańskiego holokaustu, 2/integracja Cyganów poprzez odwołanie się do mitu wędrówki, 3/Edukacja historyczna i kulturalna stereotypu Cyganów, 4/ wykorzystanie pozytywnego stereotypu Cyganów – kolorowych wędrowców, aby zmienić ich negatywny wizerunek w społeczności polskiej, 5/ eksponowanie symboli cygańskich uznanych przez instytucje międzynarodowe – flagi i hymnu.
Tabor wyrusza, co roku pod koniec lipca, spod Muzeum Etnograficznego w Tarnowie, gdzie od 1990 roku istnieje stała wystawa poświęcona historii i kulturze Cyganów. Każdy kolejny postój ma symboliczny charakter. Barwna kolumna wozów i samochodów dociera na tarnowski Rynek i tu zatrzymuje się pod tablicą poświęconą martyrologii tarnowskich Żydów, mordowanych na Rynku w czerwcu 1942 roku. Kolejny postój następuje przy pomniku ofiar Oświęcimia, upamiętniającym pierwszy transport więźniów polskich do obozu w Auschwitz. Stąd bowiem została w czerwcu 1940 roku wywieziona grupa 728 mężczyzn, którzy stali się pierwszymi więźniami obozu oświęcimskiego. Następnie tabor pamięci zatrzymuje się pod cmentarzem w dzielnicy Krzyż, gdzie każda z rodzin biorąca udział w wędrówce pamięci żegna się ze swoimi zmarłymi. Popołudniem tabor dociera do miasteczka Żabno. Na miejscowym cmentarzu znajduje się mogiła pomordowanych, bezimiennych Cyganów. Pochowano tu rozstrzelanych na cmentarzu prawdopodobnie 49 Cyganów niemieckich oraz 12 Cyganów węgierskich. Wieczorem tabor na nocleg zatrzymuje się w pobliskim ośrodku wypoczynkowym. Tu też odbywa się nocny koncert dla miejscowej ludności. Następnego dnia tabor rankiem rusza do wsi Szczurowej, gdzie odbywają się modły za pomordowanych, a na wieczór tabor dociera do wsi Dołęga. Tu następuje dwudniowy postój przy leśnej kapliczce. Towarzyszący wędrowcom kapelan cygański, ks. Stanisław Opocki. Udziela wtedy ślubów oraz chrzci cygańskie dzieci. Dwa dni tu spędzone poświęca się na przypomnienie taborowego, wędrownego życia, które odeszło w przeszłość. Czwartego dnia, w drodze powrotnej tabor zatrzymuje się w Borzącinie Dolnym. Tam leżą szczątki 28 ekshumowanych po wojnie Cyganów, rozstrzelanych w pobliskim lesie w 1943 roku. Barwność wędrującej kolumny, nagłośnienie projektu przez media sprawiają,że na całej trasie taborowi towarzyszy ogromna życzliwość ludzi i wielkie zainteresowanie ideą pamięci zagłady.
Tabor pamięci jest projektem, w którym obok Cyganów, uczestniczą ich sympatycy, przyjaciele, dziennikarze, a także często zupełnie przypadkowi ludzie, którzy do wędrowców dołączają na trasie, albo na postojach.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski

Czy znają te miejsca?

W obrębie dzisiejszego Osiedla Wojska Polskiego, na tyłach posesji należących do ulicy Nowotomyskiej znajduje się coraz bardziej zarastający staw, który grodziszczanie w przeszłości nazywali „stawem Cichej.”
Warto przytoczyć barwną historię opowiadaną przez mieszkańców Grodziska i opisaną również przez Otto Knoopa – XIX wiecznego pruskiego badacza folkloru. Zdarzenia opisane przez Knopa miały miejsce, na początku XIX wieku. Wtedy to miejsce stanowiło obszar przedmieścia zwanego Doktorowem, którego mieszkańcy słynęli z „praktyk doktorskich”, czyli kradzieży kieszonkowych.
Doktorowo z kolei, to dawna wieś położona na zachód od miasta. Wzmiankowane po raz pierwszy było w 1563 roku, jako własność Ostrorogów. Wieś Doctorowo położona była w 1581 roku w powiecie kościańskim. Pod koniec XIX wieku miała 905 mieszkańców.
W czasie Wiosny Ludów, w 1848 roku, Doktorowo było jednym z miejsc w Grodzisku Wlkp., gdzie doszło do walki „Kosynierów Grodziskich” z wojskiem pruskim. Powstańcy uzbrojeni przeważnie w kosy i broń myśliwską oraz dowodzeni przez miejscowego lekarza Marcusa Mosse próbowali bezskutecznie zatrzymać atak niemieckiej kawalerii na miasto. O wydarzeniu tym przypomina głaz z tablicą pamiątkową przy ulicy Zbąszyńskiej. W 1896 wieś włączono w granice miasta Grodziska.
Doktorowo graniczyło z Piekłem (dzisiejsza ulica Nowotomyska), którego mieszkanki trudniły się „stosowaniem praktyk magicznych”. W tej to okolicy do dnia dzisiejszego, wielu z mieszkańców Grodziska przechodzi, co dzień w drodze do pracy, wyprowadza swoje czworonogi, albo po prostu spaceruje.
Wielu dzisiejszych mieszkańców miasta zamieszkujących bloki osiedlowe ma z pewnością niewielką świadomość zdarzeń, które wiążą się ze stawkiem i całą tą barwną okolicą. Mimo swojego dziś, „marnego” wyglądu, „staw Cichej” okrył się bowiem bardzo ponurą sławą. Nikt nie policzy istnień, które pochłonął. Jego tajemnica wiąże się z pewnym tragicznym wydarzeniem, które opisuje wspomniany Knoop.
– Jeden z parobków, po całodziennej pracy chciał w nim napoić swoje konie. Siedząc na wozie podjechał blisko wody. Nagle coś, lub ktoś, wystraszyło okropnie zwierzęta, które razem z wozem i woźnicą skoczyły do wody. Po rozpaczliwych krzykach parobka i szamotaniu koni, nastała cisza, a woda pochłonęła wszystkich. Zrozpaczony właściciel koni, miał bardziej żałować zwierząt, niż życia parobka, którego nawet po jego śmierci przeklinał za nierozwagę.
Prawdopodobnie już później wyciągnięto wóz z utopionymi końmi, lecz zwłok mężczyzny nigdy nie odnaleziono. Mają tam leżeć do dziś wciągając do wody wciąż nowe ofiary.
Podobno jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy na wysokości wspomnianego stawu kończyła się ulica Winna, a dalej rozciągały się jedynie pola, można było czasami zobaczyć wyłaniający się z wody wóz z końmi. Wszyscy wówczas mówili, że jest to zapowiedź kolejnej tragedii.
Teraz od kilku lat miejscowa Spółdzielnia Mieszkaniowa chce w tym miejscu trzy bloki. Miasto wydało zgodę, mieszkańcy wolą otwarte tereny przy tak zwanym stawku Cichej przy ul. Winnej. Od momentu powiadomienia o toczącej się sprawie rozpoczęli protest mający na celu nie dopuszczenie do realizacji przedsięwzięcia. (Seb, maz)
Foto 1

Poświąteczne wspomnienia Mariana i Hipolita
Wielki tydzień przed Świętami Wielkanocnymi u Lichych i Mizerków nie zmieniał się „od zawsze”. Mycie okien, upinanie firan, czyszczenie lamp, trzepanie dywanów i znoszenie zakupów, było na pierwszym planie. W przewadzie prace na wysokościach, taszczenie ciężkich toreb i grzmocenie dywanów przypadały Marianowi i Hipolitowi. Co roku obiecywali sobie, że nie pozwolą się wykorzystywać. Skoro się poddamy – mówili do siebie – to będą nam kazały prać, zmieniać pościele, piec, gotować i szykować święconkę.
Na nic zdały się ich wysiłki, aby się z roboty wykręcić. Próbowali różnych sztuczek – w tym zatrucie żołądkowe, niemoc fizyczną, a nawet ogromny ból głowy – gdy „domowe gestapo” wkraczało do akcji z rozkazami, to potrzeba symulowania szybko ich opuszczała. Kobiety posuwały się też do szantażu mówiąc o „szklanym zajączku”, czyli koszyczku, w którym znalazłby się ich obiecany napój. Ciągle mieli nadzieję, że nadejdzie czas, że i dla nich świąteczne słoneczko zaświeci.
Tegoroczne święta kumple Marian Lichy i Hipolit Mizerka mieli spędzić w domu. Mieli, ale nie spędzili, bo szyki – jak to już w przeszłości bywało – pokrzyżowały im żoneczki. Wszystko mieli zapięte na ostatni guzik. W piwnicy każdy miał flaszkę gorzałki, a do tego krążek suchej kiełbasy i słój kiszonych ogórków.
– Diabli lub jak wolisz, baby nam radość zabrały. Zołzy jedne obiecały, że tym razem będziemy w domu – nie zważając na kumpla w liczbie mnogiej biadolił Hipolit.
– Tak, tak przyjacielu nie po raz pierwszy, ale i jestem tego pewny, że nie ostatni postanowiły zepsuć nam Wielkanoc – wtórował Marian.
To spotkanie kumple odbyli w Wielką środę. Od razu też umówili się na wtorek po świętach. Mocno wnerwieni postanowili, że każdy przygotuje swoim połowicom jakąś niezbyt miłą niespodziankę. „Ma być taka, żeby im w pięty poszło” – przegadywali się nawzajem.
Po wewnętrznej walce Marian Lichy postanowił, że w Wielki Piątek da swojej Gabrysi „za boże rany”. Z kolei Hipolit wykombinował, że swojej żoneczce zrobi „zajączka” niespodziankę. Jak postanowili, tak zrobili. Rano we wtorek po świętach, spotkali się w umówionym miejscu. Przy ławce w parku pierwszy dreptał Hipolit. Gdy zobaczył kumpla w oddali, to podbiegł do niego i dopytywał, jak było.
– I co i co? Dupa sina! – dumnie rzekł Marian.
– Tak bez kłopotu, a co za tym idzie bez konsekwencji dałeś jej „za boże rany”? – z niedowierzaniem dopytywał Hipolit.
– Tak znowu bez problemu się nie obyło, ale od czego jest głowa – tłumaczył Marian. Ostatnie dwa dni przed świętami spisywałem się bez zarzutu. Pomagałem, w czym tylko mogłem. Moja i jej mamuśka podejrzanie na mnie spoglądały. Nawet teść z początku nie kumał, co kombinuję. Dorwałem go na podwórzu i powiedziałem, co zamierzam. „Dobre, dobre” rzekł teść. „Ale pamiętaj, że już kilka lat temu daliśmy matce i córce łomot po rzyci. Mam nadzieje, że tego nie pamiętają. Ryzyk fizyk. Wchodzę w to i jestem z tobą. Wiesz, co zrobimy zamianę. Ja dam wycisk Gabrysi, czyli moje pyskatej córuchnie, a ty mojej połowicy, czyli twojej teściowej. Pamiętaj, że w tej tradycji nie ma litości” – rzekł teść i ścisnął mi rękę.
W czwartek po skromnej kolacji teść rzekł, że dwa tysiące lat temu nie znano, ani kawy, ani herbaty. Do wszystkiego podawano wino. Napitek ten o nazwie „cud natury” był dobry na trawienie, a co za tym idzie szczupłą sylwetkę. Wszystkie babki wtedy były „szlankowne”. Przypadkowo byłem w markecie i udało mi się kupić, za spore pieniądze flaszkę takiego wina, według receptury sprzed wieków. Teść kłamał, jak z nut. Nie sądziłem, że ten numer przejdzie. „Tej, stary” – wtrąciła mamuśka, to daj no ten nektar na trawinie. Skosztujemy z córką po lampeczce. Ja patrzę, a teść taszczy flachę dwulitrową bez banderoli. Wiedziałem, że starszy coś wywinął. Otwarł butelkę i nalał kobietom po pół szklanicy. Dziobnęły i tak im to zasmakowało, że wytrąbiły całą butlę. Dym miały taki, że musieliśmy je zaprowadzić do łóżka. Rozebraliśmy je, a szczególnie odsłoniliśmy te miejsca, gdzie miały oberwać. Zapadły w kamienny sen. Nawet nie czekaliśmy do północy tylko z teściem, zaopatrzeni w wierzbowe rózgi, stanęliśmy na ofiarami. Zgodnie z ustaleniami, ja lałem mamuśkę, a tato córkę. Wolałbym mojej natłuc, bo zawsze to młoda skóra, ale umowa, to umowa. Odstąpiliśmy mocno wypompowani, gdy dupska naszych ofiar zaczęły się robić czerwone.
– Mów, co było rano, jak się kobitki obudziły –dopytywał Hipolit.
– Powiem ci – tłumaczył Marian – że obie miały drogę przez mękę. Na zmianę latały do kibla popijając zimną wodę. Dopiero, jak im lekko przeszło zaczęły zastanawiać się, dlaczego bolą je dupska. Zaczęły coś podejrzewać i dopytywać, co to może być i skąd te dolegliwości. Pewnie pod wpływem coś się wam przydarzyło – łgaliśmy jak z nut.
– Jesteście mistrzami. Dwa razy na przestrzeni kilku lat wyszedł wam ten sam numer. Brawo – z uznaniem rzekł Hipolit.
– A co tam u ciebie? Czy w ogóle coś udało ci się zrobić twojej połowicy? – zapytał Marian.
– Powiem ci tak – odparł Hipolit. Niezły numer wywinąłem mojej Kudzi. Przy kolacji powiedziałem u teściów, że przed laty fajny był zwyczaj koszyczków, do których zając wkładał różne prezenty. Teściowa podchwyciła to i rzekła, że czasu jest mało, ale na próbę wrócimy do tego zwyczaju. Ja już mam coś dla mojej żoneczki – dodałem tajemniczo.
– Nie mogę się doczekać, co wykombinowałeś – zapytał Marian.
– Powiem ci, że przez mój pomysł o mało nie doszło do rodzinnego nieszczęścia. Zrobiłem duże gniazdo, które wymościłem siankiem. Z papieru wyciąłem duże serce, na którym napisałem – „mojej kochanej Kundzi wszystko, co na dzień dzisiejszy mam” .
– Ale przecież nic jej nie dałeś – nie wytrzymał Marian.
– Tak też przyjęła moja i jej mamuśka. Obydwie zgodnie nawtykały mi od gołodupca i skończonego dziada. Ja miałem ubaw, bo tak naprawdę, to przewidziałem ich zachowanie – śmiejąc się mówił Hipolit.
– A co one przygotowały dla ciebie i teścia – zapytał Marian.
– Chciały być dowcipne i do gniazdka włożyły nam po sporej pyrze z napisem wódka „Wyborowa” 0,5 litra – odparł Hipolit.
– To wiedzmy te babsztyle – nie wytrzymał Marian.
– Z początku też tak pomyślałem, ale odstąpiłem od walki, której i tak bym nie wygrał. Miałem dużą frajdę, że im bez bicia nieźle dowaliłem. Powiem ci, że człowiek powinien dawać to, co ma najlepszego. Ja dałem Kundzi symboliczne serce, ale szczere bez cienia złośliwości. Widocznie inni myślą inaczej, ale to ich problem – zakończył Hipolit.
Seweryn Kaczmarek

Noblista związany z Rakoniewicami
Robert Koch, swoją drogę do sławy zapoczątkował w Rakoniewicach. Odkrył on prątki gruźlicy, bakterie wywołujące wąglika, cholerę. Dostał za to Nagrodę Nobla.
Współtwórca bakteriologii i pionier współczesnej nauki o chorobach zakaźnych, urodził się 11 grudnia 1843 roku w Niemczech w miejscowości Clausthal w górach Harzu. Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał aż 13-ściorga rodzeństwa. Jego ojciec był urzędnikiem górniczym.
Robert Koch od młodości interesował się zbieraniem i katalogowaniem roślin, gromadził minerały i konserwował ptaki, płazy, gady. Zdał maturę i jako prymus skończył studia na Uniwersytecie w Getyndze. Po studiach powierzono mu asystenturę na

uniwersytecie, jednak po zdaniu egzaminu na doktora nauk medycznych podjął praktykę lekarska. Pracował w Hamburgu w tamtejszym szpitalu, następnie w zakładzie dla umysłowo chorych pod Hanowerem.
Po wojnie prusko-francuskiej, w której wziął udział, jako ochotnik, po trzech latach od uzyskania egzaminu państwowego na lekarza, względy ekonomiczne zmusiły go do podjęcia wolnej praktyki lekarskiej. Rozpoczął tam badania, które przyniosły mu sławę. W tym czasie Koch w 1866 roku ożenił się z Emmy i zaczął pracować, jako lekarz w miejscowości Langenhagen (okolice Hamburga). Niebawem na świat przyszło ich jedyne dziecko – córka Gertrude. Na dwudzieste dziewiąte urodziny otrzymał od żony mikroskop. Koch rzeczywiście docenił ten przyrząd i urządził sobie w mieszkaniu laboratorium bakteriologiczne, stopniowo kompletując wyposażenie.
Niebawem z młodą małżonką w lipcu 1869 roku, mając niespełna 26 lat, sprowadził się do Rakoniewic. Zamieszkał na ulicy Pocztowej 13. Tutaj rozpoczął praktykę lekarską Początkowo nie cieszył się zaufaniem mieszkańców Rakoniewic. Był traktowany przez Polaków, jako obcy – Niemiec. Trwało bowiem nasilenie akcji germanizacyjnej. Z uwagi na młody wiek nie darzyli go zaufaniem miejscowi Niemcy. Rakoniewiczanie przekonali się do działalności nowego lekarza, kiedy szczęśliwie udało mu się wyleczyć skomplikowaną ranę postrzałową polskiego ziemianina. Wtedy zdobył rozgłos i poważanie wśród mieszkańców i kiedy jego kolejne diagnozy okazywały się trafione, zdobywał coraz więcej pacjentów z terenu Rakoniewic i sąsiedniego powiatu kościańskiego.
W tym czasie zaintrygował go wąglik, groźna choroba, która dziesiątkowała wówczas bydło. W długiej serii doświadczeń Koch wyizolował laseczki wąglika, znalazł metodę ich kontrolowanej hodowli, poznał cały cykl życiowy i wykazał, że to one są przyczyną choroby. W kwietniu 1876 roku uczony zawiózł swoje przyrządy i próbki do Wrocławia i tam zademonstrował je, wywołując wielkie wrażenie. Właśnie tak nieznany przedtem nikomu lekarz z prowincji stał się sławny.
W 1880 roku powołano Kocha na stanowisko dyrektora utworzonego w Berlinie laboratorium badania bakterii wywołujących gruźlicę
Znów jednak ekonomia sprawiła, że Koch w momencie wybuchu wojny francusko – pruskiej w 1870 roku zgłosił się do wojska i jako ochotnik przeszedł szlak bojowy armii pruskiej do Metzu. Po zwycięskiej dla Prus wojnie powrócił do Rakoniewic i równolegle oprócz pracy lekarskiej podjął pierwsze, skromne badania bakteriologiczne. W 1872 roku zdał egzamin „fizykalny” uprawniający do objęcia funkcji lekarza powiatowego. Ówczesny starosta babimojski (Rakoniewice- administracyjnie należały w tym czasie do powiatu babimojskiego) powołał go na to stanowisko. R. Koch wraz z rodzina przeniósł się wtedy do Wolsztyna.
Tam znalazł lepsze i wygodniejsze mieszkanie, a dzięki uprzejmości wolsztyńskiego aptekarza Józefa Knechtla – zamożnego mieszczanina podjął badania w jego przy aptecznym laboratorium. Pracując tam odkrył w 1876 laseczkę wąglika (w tym czasie bakteria ta dziesiątkowała stada owiec, bydła i kóz w okolicy, zarżała również ludzi) W 1878 opisał gronkowce. Te sukcesy zwróciły na niego uwagę i sprawiły, że Koch dostał propozycję wyjazdu do stolicy Niemiec.
Od 1880 został radcą Cesarskiego Wydziału Zdrowia w Berlinie, gdzie przeprowadził większość dalszych badań. W 1882 odkrył prątki gruźlicy, w 1883 (podczas wyprawy do Indii) przecinkowca cholery. Publikował traktaty naukowe z dziedziny medycyny.
W 1885r. został profesorem uniwersytetu w Berlinie. Podczas pracy naukowej wykrył szereg drobnoustrojów, opracował doskonalsze techniki badań bakteriologicznych. W 1890 z przesączu hodowli prątków gruźlicy otrzymał tuberkulinę, która nie okazała się lekiem przeciwgruźliczym (jak tego oczekiwał Koch), ale jest wykorzystywana w diagnozowaniu gruźlicy i badaniu związanych z tą chorobą zmian uczuleniowych (tzw. odczyny tuberkulinowe).
W latach 1891-1904 Koch był dyrektorem stworzonego specjalnie dla niego Instytutu Chorób Zakaźnych w Berlinie (późniejszego Robert-Koch-Institut). W uznaniu zasług w 1905 roku otrzymał Nagrodę Nobla za całokształt swych badań nad gruźlicą.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że Koch w 1889 roku poznał Hedwig Freiberg, młodszą o trzydzieści lat aktorkę i zakochał się w niej. Chciał rozwieźć się z żoną Emmy. Ponieważ potrzebował gotówki, miał nadzieję ją uzyskać dzięki tuberkulinie. Małżeństwo z Hedwig w 1893 roku i sprawa tuberkuliny silnie nadszarpnęły reputację naukowca.
Mimo wszystko Koch kierował utworzonym w Berlinie w 1891 roku Instytutem Chorób Zakaźnych. W 1905 roku otrzymał Nagrodę Nobla z fizjologii i medycyny. Pięć lat później zmarł na serce w Baden-Baden.(opr. seb, maz)

ZŁOTE MYŚLI ZBIGNIEW TOMASZEWSKI: -Po lecie zima, a bogactwie bieda, -Pan Bóg dał kobiecie piękne ciało, diabeł tatuaże. -Jak byłem dzieckiem miasto Stęszew skradło mi moje serce. -Uważaj jeśli w życiu masz pod górkę i wieje Ci ciągle wiatr w oczy – możesz zostać samobójcą, wielkim człowiekiem lub mordercą, wybór należy do ciebie. -Chcesz dostać w twarz? Za co? – za całokształt.-Mam taką samą pracę jak lekarz, ja ratuje życie zabytków, a lekarz życie ludzi. -Człowiek za wesoły? To są pozory? Dostaniesz w nos pstryczek i atoli stryczek. -Widziane czterema oczami dwa serduszka – to jest miłość. -Na początku wszyscy pionierzy są niezrozumiali dla wszystkich, doświadczył tego Mikołaj Kopernik. Cudem uniknął śmierci w płomieniach na stosie.
PRZYSŁOWIA INNYCH AUTORÓW: -Trudno być kowalem własnego losu w cudzej kuźni. – Jacek Wejroch, -Im więcej kontrolerów, tym więcej złodziei. – Przysłowie polskie, -Wszystko, co doskonałe, dojrzewa powoli. –Arthur Schopenhauer, -Żyjemy nie tak jak chcemy, lecz tak jak potrafimy. –Demokryt z Abdery. -Używaj dnia, jak najmniej ufając przyszłości. – Horacy, -Nie cel jest ważny, ale droga do celu. – Konfucjusz, -Nigdy nie dostrzegamy skarbów, które mamy tuż przed oczyma. –Paulo Coelho, -Cierpienie czyni człowieka przewidującym, a świat przejrzystym. –Victor Emil Franki, -Cierpienie daje prędką dojrzałość. – Joseph Conrad, -Cierpienie jest jednym z bardziej dominujących doznań życiowych. – Anonim

Jak to z Żydami w Polsce było część 30

Zbrodnie przeciwko ludzkości nigdy nie ulegają przedawnieniu.
Gdy mówią pieniądze, prawda milczy.
W ostatniej części wkradł się błąd w druku, pod fotografią 1994 rok prześladowanie Cyganów przez milicję, powinno być 1964 rok. Wracamy do mordowania Cyganów w czasie ostatniej wyprawy krzyżowej. nieudanej w latach 1939 – 1945.
Dzieje Cyganów w Europie, to historia prześladowań. Najsroższe prześladowania cierpieli w krajach zachodniej Europy, skąd wielu uciekało (zwłaszcza w ciągu XVI w.) do Polski. Ale i tutaj wydano kilka postanowień o wypędzeniu Cyganów, grożąc nawet karą banicji szlachcie, która by w swych posiadłościach chroniła Cyganów. Te antycygańskie ustawy często nie były przestrzegane i Cyganie dość swobodnie osiedlali się w wioskach, wędrowali po kraju, a nawet byli zaciągani do wojska.
Wkrótce po uchwaleniu Konstytucji 3-go Maja, w której tworzeniu uczestniczył właściciel Stęszewa Antoni Barnaba Jabłonowski i podpisał projekt Konstytucji 3-go maja, na zamku królewskim w Warszawie, w jednej z sal wiszą portrety wszystkich twórców Konstytucji 3-go Maja, wśród nich wisi portret naszego rodaka ze Stęszewa. Aż się prosi, aby w Stęszewie na Rynku stanął dumny pomnik Księcia Antoniego Barnaby Jabłonowskiego, a u jego stóp trzy piękne kozy ze wspaniałymi rogami. Do dzisiaj na Stęszew okoliczna ludność mówi Koźlary. Możemy przeczytać w pamiętniku matki księcia – Doroty, jak to mały Antoś biegał po rynku w Stęszewie, a za nim stado kóz.
Wracając do tematu. Wkrótce po uchwaleniu Konstytucji wydany został w 1791 roku uniwersał, który głosił „tego gatunku ludzie nie są wyjęci spod opieki rządowej i każdemu wolno jest przyjąć Cygana na posiadłość lub w służbę, do wsi swojej i komisję wojskowe nie mają pod tytułem włóczęgów ich aresztować”
Jednak znacznie surowiej, niż w Polsce traktowano Cyganów w tych krajach sąsiadujących z Polską, gdzie obowiązywały prawa cesarstwa niemieckiego. Zacytuję dwa fragmenty dokumentów:
– Wciąż podróżują, a przez to nie tylko wszelkim oszustwem gminnemu człowiekowi wielkie szkody czynią, a także pozwalają sobie całkiem karygodnie szkodzić na ciele i życiu. Kłopotom im postanowiliśmy zapobiec i dlatego zdecydowaliśmy tę niepotrzebną rabuśniczą i kraj nawiedzającą Hołotę rychło z kraju wypędzić.
Są to słowa z listu z 1619 roku Księcia Christiana. 3 lipca 1943 roku w wiosce Szczurowej, watykańscy zakonnicy w czarnych mundurach i białych rękawiczkach na pazurach, trudno jest mi napisać rękach, z napisem na pasach „Bóg z nami” rozstrzelali Cyganów. Wśród zamordowanych było 42 dzieci, niektóre miały tylko dwa tygodnie.
Dla banku Watykanu i banków szwajcarskich śmierć dzieci i rzeka krwi była nieważna, liczyło się tylko zabrane od zamordowanych złoto.
Spośród innych masowych grobów jest wszakże jeden, który się szczególnie wyróżnia. To grób pomordowanych Cyganów na obecnym terenie Polski. Pochowano w niej 93 Romów – całą niemal osadę ze skraju wsi Szczurowa. W osadzie tej mieszkała grupa około 100 Romów. W Szczurowej żyli też w podobnej liczbie Żydzi.
Romowie, mimo że biedni, żyjący w izolacji od reszty wsi, byli z ludnością miejscową bardzo zżyci. Istniało tu nawet kilka małżeństw mieszanych polsko-romskich.
SS-mani, czyli nowocześni krzyżacy watykańscy, zakonnicy, w pierwszej kolejności wymordowali tutejszych Żydów. Mord ten dokonał się jednak z daleka od wioski. W 1942 roku wszystkich Żydów wysiedlono do Getta w mieście, skąd wysłani zostali do obozu śmierci. Ich zakłada dokonała się gdzieś poza świadomością mieszkańców wsi.
Zupełnie inny los spotkał mieszkańców cygańskiego osiedla. Na nich przyszła kolej rok później. Rychłym rankiem 3 lipca 1943 roku otoczono osadę, pod którą przyjechały furmanki powożone przez zmuszonych do tego miejscowych chłopów. SS-mani Niemcy załadowali cygańskie rodziny na wozy i odwiózłszy ich na cmentarz w Szczurowej, mordowali z broni maszynowej. Zginęły tego dnia 93 osoby, od niemowląt po starców. Pochowano ich wszystkich we wspólnej mogile. Kilkoro Romów ocalało, w tym pięcioletnia dziewczynka, która rychło rano pobiegła do wioski. Była świadkiem mordu swoich rodziców i dziadków.
Ciąg dalszy nastąpi
Zbigniew Tomaszewski

Złote myśli Zbigniew Tomaszewski

-Życie jest piękne, najtrudniejsze jest tylko pierwsze sześćdziesiąt lat.

-Jeżeli siedzisz i myślisz czy jesteś szczęśliwy czy nie, to wstań, przestań myśleć i zrób coś abyś był szczęśliwy.

-Każdy człowiek pragnie mieć swoje małe eldorado.

-Pięćdziesiąt gram wódki wieczorem to nie wódka – to lekarstwo.

-Każdy konflikt czy wojna jest zabawą przerośniętych bachorów.

-Wiedzę i milczenie zdobywa się razem.

-Lepiej pisać książki z głupim niż pić wino z mądrym.

-O szóstej rano nawet zaproszona świnia do domu nie wejdzie.

-Ludzie wchodzą w związki, a potem to jest tylko „jakoś to będzie”.

-Małpy są oszczędniejsze od ludzi, banany jedzą ze skórą.

-Marzenia i człowiek umierają razem i to na długo.

-Cierpienie jest nasieniem geniuszu albo zbrodni.

 

Przysłowia hiszpańskie

-Plon bardziej pochodzi z trudu, niż z pola.

-Pokój w domu, gdy mąż głuchy, a żona ślepa.

-Strzeż się złej kobiety i nie ufaj dobrej.

-Ten kto siedzi tyłem do przeciągu, stoi przodem do śmierci.

-Wiele rąk szybciej kończy dzieło.

-Wizyty zawsze sprawiają przyjemność, jeżeli nie przyjściem, to wyjściem.

-Z małżeństwem jak z melonem, trafia się dobry.

-Z obcowania z kobietami wyniknąć może tylko ogień albo dym.

 

Zbrodnie przeciwko ludzkości nigdy nie ulegają przedawnieniu.

Gdy mówią pieniądze prawda milczy.

Na tym etapie moich badań historii mogę stwierdzić o co toczy się spór na całym świecie, czy Polacy czy Niemcy mordowali Żydów, a więc ani Polacy ani Niemcy nie ponoszą odpowiedzialności za potworną zbrodnie przeciwko ludzkości. Była to perfekcyjnie przygotowana ostatnia wyprawa krzyżowa,  przez watykański bank i banki szwajcarskie, na co wyłożyli razem około 4000 ton złota. Wydali wyrok śmierci na około 36 milionów ludzi czyli Bolszewików (głodnych robotników rosyjskich). Następnie 6 milionów głodnych, bezrobotnych robotników niemieckich Żydów wszystkich ponieważ złoto, które wyłożyły banki szwajcarskie było w 90 procentach własnością Żydów, aby się nigdy nie upomnieli o wypłatę pieniędzy w złocie z banków szwajcarskich tylko za okazaniem numeru. Dlatego specjalnie oddziały nowoczesnych zakonników krzyżackich ss-manów  nawet kilku miesięczne lub tygodniowe dziecko żydowskie wyciągali z kołyski i rozbijali główką o ścianę, a w obozach zaraz po porodzie topili w wodzie, w specjalnie przygotowanych beczkach. Wszystko po to, aby nigdy żaden Żyd nie upomniał się o wypłatę w złocie w bankach szwajcarskich. Po wymordowaniu taboru lub osady cygańskiej Niemcy kradli po zabitych około 50 kg złota tylko w jednej gminie żydowskiej w Tunezji Niemcy zebrali 43 kg złota. Niemcy ładowali na szczelną pakę 60 Żydów i wieźli ich do lasów gdzie były wykopane doły. Rura wydechowa była podłączona do skrzyni ładunkowej szczelnie obitej blachą i po przejechaniu kilku kilometrów do lasu, 60 ludzi było martwych. Złoto zebrane z egzekucji w lasach i obozach koncentracyjnych było natychmiast transportowane do banków szwajcarskich i banku Watykanu. Szacuje się, że złoto zebrane z egzekucji i obozów koncentracyjnych mogło przekroczyć ponad 500 ton. Przed wojną były na całym świecie powiedzenia dwa : „Pewne jak w banku szwajcarskim” i drugie: „Chodzi jak szwajcarski zegarek” Dzisiaj te powiedzenia są nieaktualne, bo powszechnie wiadomo, że banki szwajcarskie i banki Watykanu to są mordercy i złodzieje. Wracamy do masowych mordów w Polsce narodu cygańskiego, na których Eugenio Pacelli kardynał Niemiec, późniejszy Papież wydał wyrok śmierci. Znalazłem w moim archiwum dokładny opis zbrodni w Polsce. Cyganie byli jedną z tych kategorii ludzi, która miała zapewnić rasie panów dobrobyt na następne 1000 lat, których organizatorzy ostatniej wyprawy krzyżowej skazali na całkowitą zagładę. Przygotowali Cyganom los ten sam co Żydom. Razem z Żydami zamykano ich w gettach i razem z nimi mordowano w komorach gazowych w obozach Chełmna nad Nerem, Auschwitz – Birkenau, Bełżca, Treblinki i innych obozów zagłady. Większość tak mordowanych Cyganów to byli ludzi, których Niemcy do obozów śmierci rozlokowanych na terenie napadniętej, okupowanej Polski zwozili z okupowanych krajów zachodniej Europy. Niemcy bali się Cyganów znając ich cygańską determinację i zahartowaną odporność na ekstremalne trudy. Z uwagi na zahartowanych Cyganów do życia w głodzie i chłodzie, Niemcy ułatwiali sobie plan unicestwienia Cyganów, mordując ich w miejscach ich stałego pobytu, czy chwilowego postoju. Ciała pomordowanych kazali okolicznym polskim mieszkańcom zakopywać w polu, w lesie, przy drodze. Po wojnie ekshumowała je okoliczna ludność, przenosząc szczątki zabitych na cmentarze. Są to często mogiły bezimienne, nierzadko zapomniane. Doświadczenia wieków sprawiły, że Cyganie traktowali zagładę zgotowaną im przez nowych krzyżackich zakonników ss-manów z napisem na pasach „Bóg z nami” jako kolejny przejaw prześladowań, tyle że szczególnie okrutnych, ale paradoksalnie naturalnych, w tym nieżyczliwym im świecie. W procesie budowy tożsamości narodowej przywódcy i intelektualiści cygańscy odwołują się więc do mitu indyjskich przodków, kultywując mit wędrówki. W Polsce szczególnym miejscem pamięci jest były obóz w Auschwitz-Birkenau, gdzie pośród 19 tablic informujących o ofiarach jest też tablica w języku Romani – poświęcona Romom. W obozie tym wydzielony był funkcjonujący w latach 1943-44 specjalny obóz cygański (Zigeunerlager) przez który przeszło około 21.000 Romów. Niemal wszyscy zginęli tutaj lub w innych obozach. Ostatnich 3000 Cyganów Niemcy zabili gazem w nocy z 2 na 3 sierpnia 1944 roku. Dzień 2 sierpnia to od wielu lat data pamięci o zagładzie, obchodzona przez organizacje romskie. Ważnym miejscem pamięci Romów jest też miejsce po byłym obozie w Chełmnie nad Nerem, gdzie Niemcy w styczniu 1942 roku zamordowali w komorach gazowych 4000 Cyganów, wcześniej zgromadzonych w getcie w Łodzi. O ostatniej nieudanej wyprawie krzyżowej 1939-1945 ocalało w Polsce około 20 tysięcy Cyganów. Ci, którzy przeżyli prześladowania, znów wyruszyli w wędrówkę. Wędrówka ta nie trwała długo – 24 maja 1952 roku uchwałą prezydium rządu nr 452/52 urzędu rady ministrów nakaz przechodzenia ludności cygańskiej na osiadły tryb życia rozpoczęły się kolejne prześladowania wędrujących Cyganów.

Ciąg dalszy nastąpi

Zbigniew Tomaszewski

 

Właśnie zbliża się rocznica 80 lat, od kiedy królewski herb oficjalnie patronuje miastu. Zatwierdzony został treścią obwieszczenia o nadaniu herbu przez Prezesa Rady Ministrów. To ważne wydarzenie naznaczone jest datą 12 października 1938 roku (Dz. U. R. P. Nr 2, poz z 1939 r.). Decyzja ta weszła w życie zarządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 22 lutego 1939 roku, zgodnie z art 4 ust.(3) rozporządzenia Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 13 grudnia 1927 roku o godłach i barwach państwowych oraz o oznakach i pieczęciach. Decyzję podjęto w porozumieniu z Ministrem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.
Wszyscy grodziszczanie utożsamiają herb z królem Przemysłem II, który wg tradycji miał nadać miastu prawa miejskie. Tymczasem jego pochodzenie jest związane z innym polskim monarchą.
Historia grodziskiego herbu sięga dalej, przed przytoczoną datą jego sformalizowania w 1939 roku. Jak powszechnie wiadomo tradycja wywodzi miasto od roku 1303. Każdy ośrodek posiadający prawa miejskie, już w XIII stuleciu posiadał swój herb – godło. W przypadku Grodziska był to pierwotnie konar drzewa lipy. Analogie do dawnego grodziskiego herbu znaleźć możemy do dziś w herbach sąsiednich miast, a dokładnie w Buku, Opalenicy i w Rakoniewicach. Ten herb poszedł jednak w naszym mieście w zapomnienie, a wraz ze zmianami przynależności własnościowej miasta, zmienił się również jego symbol.
W XIV wieku Grodzisk na krótko znalazł się w rękach królewskich. Kazimierz Wielki oddał wtedy miasto w lenno Mikołajowi Tomickiemu, a następnie zostało ono wykupione przez Stanisława Zbąskiego. Na dokumencie przekazania miasta w lenno, prawdopodobnie pojawiła się pieczęć majestatyczna króla Kazimierza Wielkiego. Ta pieczęć stała się wzorem dla ustanowionej początkowo pieczęci herbowej miasta. Zachowana pieczęć majestatyczna Kazimierza Wielkiego z 1334 roku wyobraża króla w koronie, siedzącego na tronie o elementach poetyckich, trzymającego w prawej ręce berło, a w lewej jabłko królewskie.
W latach osiemdziesiątych Albin Łącki, nie żyjący już dziś przyrodnik i artysta z Rakoniewic, wykonał akwarelę i akwawafortę herbu miasta. Jego pierwowzór znajduje się w witrażu gmachu grodziskiego sądu. Przedstawia ona tarczę heraldyczną, z wizerunkiem siedzącego na tronie – o cechach gotyckich – monarchę. Tarcza herbowa znajduje się w stylizowanym otoku roślinnym.
Ponad herbem widoczny jest półpancerz, a nad nim hełm. Ponad hełmem są trzy baszty. Otoczenie heraldyczne nawiązuje do rycerskiego charakteru miasta, albowiem Grodzisk był zawsze własnością rodów rycerskich i szlacheckich.
Herb Grodziska, według wspomnianego na wstępie rozporządzenia, przedstawiał następujący wizerunek:
„(…) W polu błękitnym król na tronie złotym, w koronie, z berłem w ręce prawej, z jabłkiem w ręce lewej. Twarz, szyja i ręce królewskie, barwy naturalnej. Włosy jasne. Korona, berło i jabłko – złote. Tunika królewska – biała z obramowaniem złotym przy rękawach, płaszcz – czerwony obramowany złotem, spięty na prawym ramieniu klamrą złotą. Trzewiki czerwone (..).”
Dokument podpisał w zastępstwie Ministra Spraw Wewnętrznych – podsekretarz stanu Władysław Korsak.